wtorek, 13 marca 2018

Rozdział XXII

NIE MAM POJĘCIA CO JEST W TYM ROZDZIALE, TO JEST BEZCZELNE KOPIUJ WKLEJ Z GOTOWCA, BO POJUTRZE WIDZĘ SIĘ Z PROMOTOREM A NAWET NIE WIEM CO MI WYSŁAŁ XDDD
Sprawdzę na weekendzie, oczywiście jeśli ktokolwiek jeszcze tu zagląda.




Przyszła noc z dwudziestego dziewiątego na trzydziestego czerwca roku pańskiego tysiąc sześćset pięćdziesiątego szóstego i rozpętało się piekło.
Cecylię obudził ogłuszający huk, który, jak jej się zdawało, zatrząsł ziemią pod jej stopami. Zerwała się na równe nogi i wybiegła z namiotu, w biegu wciągając na siebie spodnie i buty.
W obozie panowała cisza. Kilka osób kręciło się tu i ówdzie, ale ogólnie rzecz biorąc, obóz opustoszał. Cecylia rozejrzała się i wreszcie zobaczyła błyski dział, kłęby białego dymu, toczące się z armat i stanęła jak wryta. Kamienie sypały się z murów miasta, gdzieniegdzie płonęły ognie, a wszystko to tonęło we wrzasku mieszkańców miasta.
Dziewczyna czym prędzej pobiegła do namiotu, w którym spać mieli Bernhard i Iwan.
Zastała ich już w trakcie naciągania na siebie ubrań.
-Biegniemy do nich – oświadczyła, roztrzęsiona. – Słyszałam, że ochotnicy walczą. Pójdziemy i pomożemy.
-Cecylio… - odezwał się Bernhard.
Zrozumiała. Nie chciał stanąć do walki przeciw swoim.
-Rozumiem – rzekła. – Zostań. Albo biegnij do mojego ojca i mu poskarż co zrobiłam. Raz, że więcej ci będzie zawdzięczał, a dwa, że będziesz na miejscu.
Po chwili skinął głową na znak zgody.
-Wańka, idziesz ze mną?
-Na koniec świata, mołodycja – kozak zerwał się na równe nogi, przypinając do pasa szablę i wtykając za niego samopał. – Idu.
-I szablę mi daj – zwróciła się do Benharda.
-Za długa dla ciebie, nic ci nie dam. Znajdziesz coś na miejscu.
I pobiegli. Ale Cecylia bardzo się rozczarowała, bowiem do samiutkiego rana trwał jedynie ostrzał artyleryjski, intensywny i niszczący. Bernhard, nim zdążył trafić do ojca Cecylii, odnalazł ją i kozaka siedzących spokojnie na wzgórzu i obserwujących to piekło.
Kozak był po prostu zainteresowany, natomiast Cecylia posłała Bernhardowi zaniepokojone spojrzenie, które ten doskonale zrozumiał. I z jednej strony podzielał jej obawy, ale z drugiej czuł narastającą irytację jej jawną i niekłamaną troską o jego brata.
Siedzieli w milczeniu do rana, obserwując miasto, rozsypujące się na ich oczach w gruzy i pył.
Około godziny dziewiątej Szwedzka załoga przysłała trębacza z prośbą o zawieszenie broni i rozpoczęcie układów. Póki co walki zostały wstrzymane, rozmowy trwały i trwały, a Cecylia, plącząc się wśród żołnierzy, dowiedziała się dwóch rzeczy – po pierwsze, to że dowódcy obradowali w pałacu Ossolińskiego i za nic nie mogli się dogadać, oraz że w rozmowach nie brał udziału Benedykt Oxenstierna.
Cecylia podzieliła się z Bernhardem i Iwanem jednynie pierwszą informacją, niepokój o męża zostawiając tylko dla siebie. Nie sądziła, by zginął podczas szturmu, już raczej że owa rana okazała się zbyt poważna albo że choroba wreszcie go zmogła.
Później Jan Kazimierz wysłał trębacza do Arvida Wittenberga, nakazując mu bezwarunkową kapitulację pod groźbą kolejnego szturmu. Czas na odpowiedź feldmarszałek dostał do godziny siódmej rano dnia pierwszego lipca.
Odpowiedź nie nadeszła.
I wtedy zaczął się czwarty już szturm na miasto.
Cecylia szybko wybiła sobie pomysł wtopienia się w tłumy i rzucenia w wir walki. Po stronie Polaków walczyło ponad siedemdziesiąt tysięcy ludzi. To aż nadto, by zdobyć miasto, a i mogłoby im, to znaczy Cecylii i Iwanowi, się coś stać w bardzo głupi i niepotrzebny sposób. Za to starała się nasłuchiwać, by dowiedzieć się jak wygląda sprawa rokowań i przede wszystkim czy Bengt jest cały.
Wkrótce Szwedzi poddali się. Cecylia i Bernhard przyjęli to z ulgą, kozak natomiast z lekkim rozczarowaniem. Na nowo rozpoczęły się rozmowy, aż wreszcie, ku wielkiemu zdziwieniu Cecylii, wysłano gońca po nią.
-Ja? – zapytała. – Na obradach? A po co im tam jestem?
-Nie wiem, pani Cecylio – odparł jej na to goniec. – Ale wydaje mi się, że ma to coś wspólnego ze sporem pani ojca z Benedyktem Oxenstierną.
Cecylii zrobiło się słabo.
-Proszą jeszcze o Szweda Bernarda Oxenstiernę.
-Bernharda – poprawił go Szwed machinalnie.
Popatrzyła po swoich towarzyszach błagalnie, że żaden nie mógł jej pomóc. Tyle tylko, że zgodzili się obaj jej towarzyszyć.
Przynajmniej Bengt żył, to już jej wystarczyło.
Miasto było w opłakanym stanie. Z murów została właściwie ruina, zresztą podobnie sprawy miały się w najodleglejszych od centrum dzielnicach. Musieli wszyscy sprawnie lawirować pomiędzy resztkami budynków i murów, by nie poskręcać sobie kostek. Większość rannych została już zabrana, ale Cecylia gdzieniegdzie dostrzegała ślady świeżej krwi. Słabo jej było na ten widok.
Weszła do pałacu, a potem do sali obrad, trzęsąc się jak osika, z trudem powstrzymując się od ujęcia Bernharda za rękę.
Było tam wiele osób, kilku Szwedów, w tej liczbie Wittenberg i Bengt, ale też i wielu polskich dowódców, włączając w to Juliana Łukasiewicza, Jana Kazimierza, Pawła Sapiehę i wielu innych, których nazwisk nie znała.
Wszystkie oczy zwróciły się na nią, a ona myślała, że zemdleje ze strachu.
-Podejdź, dziecko – usłyszała łagodny głos Jana Kazimierza i nie śmiała go nie posłuchać.
Bengt wyglądał okropnie. Bardzo chorował, był blady, miał podkrążone oczy i błyszczącą od potu skórę. Musiał mieć wysoką gorączkę, co jakiś czas jego ciałem wstrząsały dreszcze. Za okropnie okrucieństwo uznała fakt, że nikt nie zaproponował mu krzesła – Szwed ledwo trzymał się na nogach, a Arvid Wittenberg patrzył na to z perfidną satysfakcją wymalowaną na twarzy. Cecylia nagle zapragnęla rzucić mu się do gardła.
Jej zatroskany wzrok rozsierdził tylko jej ojca, widziała to dobrze. Chryste Panie, jak ona się bała ojca, jak ona się bała jego gniewu, jak bardzo przykro jej było, że on nie potrafił do końca tego pojąć…
Stanęła w neutralnej odległości i od Bengta, i od ojca. Popatrzyła po zgromadzonych, a potem na Jana Kazimierza.
-Dlaczego Wasza Wysokość życzy sobie mojej obecności? – zapytała ostrożnie, chociaż domyślała się. Jeśli chodziło o spór między jej ojcem, a mężem, to mogło to dotyczyć tylko jednej rzeczy.
-Próbujemy przedyskutować warunki ugody – wyjaśnił król. – Nie możemy dojść do porozumienia w pewnej kwestii. Otóż w jednym z punktów obiecujemy Szwedom, że wszystkie ich kobiety i dzieci zostaną puszczone wolno i z eskortą. W zamian zostawimy sobie kilku zakładników, żeby zagwarantować, że i Szwedzi puszczą nasze kobiety wolno.
Król zamilkł i wyraźnie czekał na jej odpowiedź.
Potrafiła wydusić z siebie tylko krótkie „Uczciwie”.
Jan Kazimierz pokiwał głową.
-Tak – rzekł z ociąganiem monarcha. – Z tym, że twój ojciec w tej liczbie widzi i ciebie.
Cecylia spojrzała na ojca i mimo wszystko wyrzut i zawód, jaki ujrzała w jego oczach złamał jej serce.
-Pan hrabia Benedykt natomiast uparcie twierdzi, że nie zostałaś wzięta siłą i że absolutnie oddać cię nie zamierza.
Mąż starał się patrzeć na nią spokojnie i bystro, jak zawsze, ale choroba wyraźnie mu to utrudniała. Cecylia widziała, że jest w doprawdy fatalnym stanie.
-Po kilku długich chwilach spierania się zaproponowałem – odezwał się spokojnym, choć słabym głosem hrabia – żeby zapytać o to ciebie.
Cecylia czuła na plecach palące, nienawistne spojrzenie Arvida Wittenberga.
-Przede wszystkim, należy rozstrzygnąć, czy hrabia Benedykt Oxenstierna wziął cię za żonę siłą – zaczął Jan Kazimierz.
Popatrzyła mężowi w oczy. Było w nich coś, przez co Cecylia zrozumiała, że nie powinna od niego odchodzić. Mogła, teraz nadarzała się ku temu fantastyczna okazja. Ale Bengt nie mógł jej teraz nic rzec, a wyraźnie widziała, że chce.
Nie wiedziała, co czynić. Może się teraz od niego uwolnić, raz na zawsze. Ale może warto by się wstrzymać? Przecież zawsze, zawsze może od niego odejść i nie wrócić. Zawsze.
Ostatecznie uznała, że Bengt nie posyłałby jej tak znaczącego spojrzenia bez powodu. A poza tym, przyszło jej do głowy, że on jeden pozwala jej podejmować własne decyzje. Zrozumiałby, gdyby odeszła. A ojciec nie rozumiał, że to co zrobiła, uczyniła z konieczności. Wyklął ją i zrugał, jakby uczyniła mu krzywdę. A ona tylko chciała się ratować. Bengt był dla niej dobry i liczył się z nią bardziej, niż jakikolwiek inny mężczyzna na tym świecie mógłby się liczyć z kobietą.
-Cecylio? – ponaglił ją król.
-Nie.
-Co znaczy: nie? – wypalił jej ojciec. Był wściekły, widziała to. Liczył na to, że teraz się z tego wyplącze, tak jak mu powiedziała, że zamierza. Wiedziała, że nie wybaczy jej, jeśli postąpi inaczej. I to zaważyło na jej decyzji. Ale zupełnie nie tak, jak Łukasiewicz by sobie tego życzył.
-Nie zmusił mnie – powtórzyła, nie patrząc ojcu w oczy. – Do niczego mnie nie zmusił. Sama za niego poszłam, z własnej woli.
-Uwiódł cię, dziecko? – pytał dalej Łukasiewicz.
-Nie, tato – powiedziała cicho, z poczuciem winy.
-Bałaś się? – drążył dalej. – Wszyscy wiemy, że zrobiłaś to, by ratować się przed Wittenbergiem!
-Prawda, jako żywo – potwierdził tamten. Cecylia odwróciła się i popatrzyła na niego. Spoglądał na Juliana Łukasiewicza z politowaniem. – Nawet do łoża była gotowa z nim pójść, byle tyle się ocalić.
Ojciec popatrzył na Cecylię tak, jakby była najgorszym, najokropniejszym w świecie robakiem, godnym tylko tego, by go obcasem rozdeptać. A ona tak właśnie się czuła, wystawiona na oceniające spojrzenia tych wszystkich mężczyzn. I tylko w jednym z nich nie było ani cienia pogardy. Tylko w jednym.
Wittenberg najwyraźniej liczył na to, że Cecylia zaraz wykrzyknie, że to nieprawda. Wiedział dobrze, że to nieprawda. Ale ona musiała dalej brnąć w swoje kłamstwo.
-Więc jednak cię uwiódł? – zapytał znów ojciec. Teraz słyszała w jego głosie nadzieję.
Spuściła wzrok jeszcze niżej i zagryzła wargi, próbując zdławić płacz.
-Nie, tatku – powiedziała tak cicho, że nikt niemal tego nie słyszał.
Ojciec milczał.
 – On mnie nie zmuszał – powiedziała zaraz z nowym przekonaniem. Musiała to ciągnąć. Musiała. Nie wyobrażała sobie odejść teraz od tego szlachetnego człowieka, który zadał sobie tyle trudu, by zapytać ją o zdanie, do ojca, dla którego już na zawsze pozostanie zdradziecką dziwką. Dlatego skłamała. –  A ja nie jestem głupią młódką. Wiem, co robię. Tak zdecydowałam i tak się stało. On dał mi wybór. On ZAWSZE daje mi wybór.
Łukasiewicz dalej uparcie milczał.
-Dlaczego, na miły Bóg, nie zostawisz go w diabły?! – Warknął na nią wreszcie ojciec, łapiąc ją za kołnierz i potrząsając nią z lekka. – Masz niepowtarzalną szansę dziewczyno… Co cię przy nim trzyma? Brzuch ci przyprawił? W tym problem?
-CO? – wybuchnęła. – Nie! Jaki… NIE!
-Więc o co chodzi, dziewczyno?
-Ja go nie zostawię – powiedziała, łapiąc ojca za ręce. – Puść mnie, tatku. Proszę. – Usłuchał. – Ja go nie zostawię. Nie mogę. I wcale nie chcę.
Łukasiewicz patrzył na nią z niedowierzaniem.
-Więc kwestię chyba mamy rozwiązaną – usłyszała głos Bengta. Szczerze zapragnęła go wtedy uderzyć.
-Tatku, proszę…
Spojrzał na nią z jeszcze większą pogardą i wyrzutem niż wcześniej.
-Ja już nie mam córki.
Serce zaczęło jej bić jak szalone, ręce jej się zatrzęsły, a łzy napłynęły do oczu. Jej serce rozsypało się w drzazgi. Jak ojciec mógł ją tak strasznie zawieść, jak mógł…
-Jesteś tego pewna, Cecylio? – zapytał ją król. Najwyraźniej i on spodziewał się innej odpowiedzi.
-Tak – rzekła, resztkami sił tłumiąc płacz. –Tak. Jestem pewna, wasza wysokość. Nie uwzględniajcie mnie w ugodzie. Tak będzie najlepiej.
A potem, bez słowa, odwróciła się i wyszła, pociągając nosem i ocierając łzy nim jeszcze drzwi zdążyły się za nią zamknąć. 
*
Jako się rzekło, Cecylia została z Bengtem. Wszyscy Szwedzi mieli obowiązek opuścić miasto, za wyjątkiem tych obłożnie chorych i ciężko rannych, którzy odejść mieli dopiero, kiedy wydobrzeją. W tej liczbie znajdował się hrabia Bengt Oxenstierna.
Cecylia unikała ojca jak ognia, dlatego przesiadywała na okrągło z chorym mężem, w towarzystwie Bernharda zresztą, który, jak się okazało, zgodził się zostać w Warszawie jako jeden z zakładników, którzy to mieli być gwarantem zwolnienia przez Szwedów polskich kobiet w Prusach.
Cecylia pojęła, dlaczego Bengt tak bardzo chciał, by przy nim została. Gdyby nie chcieli go zwolnić, być może ona mogłaby coś zdziałać.
Zresztą, Cecylii nawet nie było żal tego, co uczyniła. Było jej przykro, ojciec złamał jej serce, ale z drugiej strony nie mogłaby stanąć po stronie człowieka, dla którego stawała się wrogiem, nie wybierając jego. Bengt jako jedyny zechciał ją zapytać o zdanie. I była pewna, że jako jedyny bez słowa skargi by je uszanował, jakie by ono nie było. Żaden inny mężczyzna nie postawiłby jej równie wysoko. Żaden nie pozwoliłby jej zdecydować.
Takich mężczyzn nie było na świecie. Nie było takich, co by kobietę na równi ze sobą stawiali. Cecylia nie mogła więc odwrócić się do niego plecami. Nikt do tej pory nie dał jej tyle szacunku, co on. Nie mogła tego nie docenić.
Dlatego teraz trwała przy nim, gdy leżał w gorączce, dbając, by mu było jak najlepiej i szybko wydobrzał. Usiłowano jej wytłumaczyć, że to niemądre, że sama jeszcze się zarazi i będzie podwójne nieszczęście, ale Cecylia ze spokojnym i stanowczym uporem grzecznie dziękowała za rady, uparcie twierdząc, że jej miejsce jest przy meżu.
Bernharda okropnie by to irytowało, gdyby nie fakt, że z Bengtem było naprawdę źle. Czatował przy nim na zmianę, albo i razem z Cecylią. Niewiele mówili. Cecylia nie miała nastroju, wykańczała się opieką nad Bengtem, pojąc go i karmiąc w chwilach większej przytomności, zmieniając okłady i słuchając jego rzężącego oddechu, Bernhard zresztą też dłużny nie pozostawał, bowiem kiedy było trzeba, to brata oporządzał, na stronę prowadził, gdy zebrał siły, a gdy ich nie zebrał, to pomagał jak mógł.
Aż w końcu, pewnego dnia, kiedy Cecylia siedziała na ziemi, drzemiąc z głową opartą o krawędź łoża, na którym jej małżonek spoczywał, a Bernhard spał w fotelu nieopodal, poczuła na głowie czyjąś dłoń i zerwała się na równe nogi.
Bengt spoglądał na nią całkiem przytomnie, choć jeszcze z pewnością nie w pełni sił, ale zdecydowanie miało się ku lepszemu, widziała to dobrze. Uśmiechał się do niej lekko, nieznacznie, jakby ciągle nie miał zbyt wiele sił, a ona z największym trudem zwalczyła w sobie chęć ucałowania go z radości.
-Jak się czujesz? – usiadła na skraju łoża i ujęła mężowską dłoń. Była gorąca i lepka od potu, ale nie trzęsła się już tak mocno, jak jeszcze parę dni temu.
-Przeżyję – odpowiedział jej cicho, z wyraźnym trudem. – Lepiej.
Uśmiechnęła się łagodnie, a w jej zmęczonej twarzy dostrzegł cień radości.
-Obudzę Bernharda – powiedziała cicho, skinąwszy głową w stronę młodszego Oxenstierny.
Skinął delikatnie glową, jednak zaraz się skrzywił.
-Nie ruszaj się jeszcze – skarciła go i wstała.
Położyła dłoń na ramieniu Bernharda i delikatnie nim potrząsnęła.
-Berciu? – Otworzył oczy i spojrzał na nią spod zapuchniętych od snu powiek. Zdziwił się, widząc jej uśmiech. – Obudził się.
Otworzył oczy szerzej i popatrzył na nią jakby przytomniej.
A potem wstał i po chwili, nie zważając na chorobę i słabość, uściskał brata z największą radością, jaką Cecylia kiedykolwiek u niego widziała.

Kilka dni później Bengt miał już się całkiem dobrze, przynajmniej w porównaniu z tym, co sobą i swoim stanem przedstawiał jeszcze przed paroma dniami. Nadal nie wstawał z łóżka, ale mógł już siadać i w razie potrzeby przejść z pomocą krótki odcinek.
I wtedy poprosił do siebie żonę i brata.
Przyszli oboje, już w po stokroć lepszych humorach. Cecylia dostała kilka sukien „w spadku” po szwedzkich damach, w pośpiechu opuszczających stolicę (albo raczej ich córkach) i teraz z właściwą wielu kobietom radością paradowała w nich po zamku, co dzień wdzięcząc się inną. Bengt i Bernhard patrzyli na to z lekkim politowaniem, należało jej się bowiem nieco radości po tych nieprzyjemnych dniach, których wszyscy doświadczyli.
Tego dnia nosiła ładną, kremową, skromną suknię z głębokim, obszytym koronką dekoltem i Bengt po raz pierwszy zobaczył, że Cecylia jednak coś w tym dekolcie ma. A jak już zobaczył, to chociaż w myślach musiał przyznać, że jej drobniutka, filigranowa postura i krągłości właściwe raczej młodej, dorastającej dziewczynie niż dorosłej kobiecie właściwie całkiem mu się podobały.
Bernhardowi też się podobały, widział to w jego zawstydzonym spojrzeniu.
Nic jednak nie rzekł.
-Cecylio – odezwał się wreszcie. – Wiesz, że Bernhard zgodził się zostać jako gwarant naszych obietnic.
-Tak, wiem – odrzekła.
-Nie rozmyśliłeś się?
-Nie – odparł twardo Bernhard. – Zostanę. Tylko nie zostawcie mnie tu na pastwę losu, jeśli cokolwiek pójdzie nie tak.
-No nie gadaj głupot Berciu, nie moglibyśmy cię zostawić! – zawołała zaraz dziewczyna, a on uśmiechnął się na jej słowa.
Bengt milczał przez chwilę.
-Polacy stwierdzili, że jestem już dostatecznie zdrów, by jechać – rzekł Bengt. – Dlatego jutro musimy opuścić Warszawę.
Żadne nic nie powiedziało, w milczeniu pokiwali tylko głowami.
-Przyślemy po ciebie gońca, Bernhard, jak tylko wszystko się naprostuje. Nie potrwa to dłużej niż kilka tygodni.
Młodszy w milczeniu skinął głową.
-Och, jacy wy obaj jesteście sztywni!
Cecylia zarzuciła Bernhardowi ręce na szyję i mocno, mocno go uścisnęła, a potem ucałowała kilkakrotnie to w jeden, to w drugi policzek, aż zrobił się czerwony. Z wyraźnym zakłopotaniem unikał wzroku Bengta.
Ale on nic nie rzekł. Cecylia Cecylią, takie zachowanie było jej właściwe i wiedział dobrze, że nie ma na myśli nic złego. A Bernhard? Tak, Bengt widział, wiedział dobrze, jak jego młodszy brat cierpi, oglądając swoją ukochaną w roli żony rodzonego brata. Bengt dobrze to rozumiał i było mu żal. Ale z drugiej strony wiedział też, że Bernhard jest człowiekiem porządniejszym niż ktokolwiek inny stąpający po ziemi i że nigdy, przenigdy nie pokusiłby się o uwiedzenie swojej bratowej.
A nawet jeśli, nawet gdyby, to Bengt przymknąłby na to oko. Udawałby, że nie wie. Żadna kobieta nigdy nie stanie pomiędzy nimi. Nawet ona.
W końcu sam Cecylii na to pozwolił.
Tylko, że teraz trochę tego żałował.
*
Wyruszyli z rana. Bengta Oxenstiernę ułożono na wozie, nadal bowiem był zbyt słaby, by podróżować konno. Cecylia postanowiła mu towarzyszyć i dbać o jego wygody. I była zaskoczona i wzruszona, bowiem król Jan Kazimierz piechocie nakazał broń przed kanclerzem prezentować, w wyrazie uznania dla jego cnoty, którą dostrzegał w nim pomimo bycia nieprzyjacielem.
Wzruszenie ogarnęło jej serce, gdy spoglądała na równie zaskoczonego gubernatora.
Pomogła mu usiąść, by mógł lepiej widzieć i pozwoliła mu się objąć.
Jan Kazimierz skinął jej głową na pożegnanie, odnalazłszy ją wzrokiem. I ona odpowiedziała mu skinieniem głowy pełnym szacunku.
Ojca nigdzie nie było widać. Ale może to i dobrze. Cecylia nie wiedziała, czy aby na pewno chce go oglądać.
Kozak podążał za nimi krok w krok, nie łamiąc, mimo wszystko, danemu ojcu Cecylii słowa.
Kiedy wyjechali z miasta i pozostawili za sobą jego mury, spostrzegła, że Bengt powaznie się jej przygląda. Nadal jednak nie wyglądał najlepiej.
-Może chciałbyś się położyć? – zapytała go. – Znów trochę gorzej wyglądasz. Podróż bardzo cię męczy?
Mężczyzna skrzywił się, co nie dodało jego i tak niezbyt urodziwej twarzy więcej ?????????????.
-Jestem twardszy niż ci się zdaje, Cecylio – rzekł z bladym uśmiechem. – Będzie dobrze, czuję się znacznie lepiej niż przed paroma dniami. Posiedzę sobie trochę, dobrze mi to zrobi.
-Ale powiesz mi, jeżeli będzie ci czegoś trzeba?
Uśmiechnął się do niej z pewną dozą politowania, ale też z wdzięcznością.
-Oczywiście. – Zaraz jednak zasępił się, a jego surowa twarz na nowo przybrała poważny wyraz. – Cecylio, czy mogę zadać ci pytanie?
-Już to zrobiłeś, ale proszę. – Wyszczerzyła do niego białe ząbki.
-Dlaczego nie odeszłaś?
Cecylia też spoważniała i popatrzyła na niego z pewnym smutkiem.
-A chciałbyś, bym odeszła?
-Nie – odrzekł jej hrabia. Mówili po polsku, dlatego woźnica zupełnie im nie przeszkadzał. – Ale przecież aż nazbyt dobrze świadom jestem tego, że tylko wypatrywałaś okazji, by odejść. – Cecylii na jego słowa zrobiło się wstyd. A jej zdawało się, że może to przed nim zataić! – Więc proszę, powiedz mi, dlaczego nie odeszłaś, gdy miałaś po temu tak doskonałą sposobność?
Cecylia wbiła wzrok w podłogę wozu. Czy powinna powiedzieć mu prawdę? Niespecjalnie chciała o tym mówić, ale Bengt zasługiwał na to, by wiedzieć. By mógł pojąć, co nią kierowało i, nie daj Bóg, nie odebrać tego opacznie. Postanowiła więc udzielić mu wyczerpującej i szczerej odpowiedzi.
-To jest… cóż, dość skomplikowana sprawa – zaczęła. Ręce jej się trzęsły, ale mówiła dalej. – Miałam… Mam narzeczonego. Litwina, którego bardzo, bardzo kochałam. A może nadal go miłuję? Nie wiem, nie potrafię ci powiedzieć, bo sama dobrze tego nie wiem. Dlatego tak straszliwie przerażał mnie pomysł naszych zaślubin.
-Pojmuję to.
-I widzisz, kiedy Bernhard zabrał mnie z Warszawy – mówiła dalej – to pojechaliśmy do Kiejdan. A on tam mieszka. Mój narzeczony. To syn wojewody kiejdańskiego, Vincasa Laurinaitis. Jego możesz nie znać, Toris mu na imię, ale jestem pewna, że choć jego ojciec obił ci się o uszy.
Bengt popatrzył na nią w największej konsternacji.
-Ależ ja dobrze wiem, o kim mówisz – rzekł Cecylii, a ona uniosła wysoko brwi. – Mam pamięć do twarzy, wydaje mi się, że to taki młody, wysoki i przystojny chłopiec o ciemnych włosach, mylę się?
-Nie – rzekła Cecylia. – A więc znasz go?
-Tego nie powiedziałem – rzekł hrabia. – Zamieniłem z nim słowo czy dwa podczas… cóż, podpisywania dokumentów.
Cecylia ze zrozumieniem pokiwała głową.
-Tak, ja wszystko wiem – rzekła. – I o to właśnie poszło. Bo widzisz, przyszłam tam z założeniem, że już tam zostanę. – Spojrzała na niego z wyrazem skruchy na twarzy.
-Cóż, obojętnie czy mi się to podoba, czy nie, to jest to w pełni zrozumiałe. Mów, proszę, dalej.
-Musiałam mu więc powiedzieć, co uczyniliśmy – rzekła. – Ale ach, zapomniałam! Najbardziej z tego wszystkiego oberwało się twojemu bratu, bo wiesz, on mi powiedział, co Toris nawyczyniał zanim do Kiejdan dotarliśmy. A ja mu wcale a wcale nie uwierzyłam. Jeszcze go zbeształam za to, że mi śmie takie podłe kłamstwa opowiadać. – Uśmiechnęła się smutno. – Nie pojęłam, czemu ojciec Torisa zrobił się taki okropnie blady na me słowa. Dopiero kiedy później, w nocy, Toris sam mi się przynał, i powiedział, że to wszystko, co Bernhard mówił, to szczera prawda, dopiero wtedy wszystko pojęłam. I wiesz, strasznie się z nim pokłóciłam. On wprost szalał z zazdrości o ciebie, nie wierzył w ani jedno moje słowo, kiedy zapewniałam go, że jestem mu wierna. – Wyraz twarzy Benita pozostał zupełnie niewzruszony. – Później zresztą i o twego brata zaczął mieć pretensje, kiedy już dotarło do niego, że ty i ja nie… Cóż, koniec końców nakazał mi dać mu dowód swojej wierności. – Cecylia skrzywiła i się i odwróciła wzrok, by Bengt nie widział, jak jej oczy zaszły łzami.
-I zrobiłaś to? – zapytał ją z wyraźnym zdziwieniem. – Nie powinnaś była. Nikt nie ma prawa czegoś takiego żądać.
-Och, oczywiście, że tego nie zrobiłam! – zapewniła. – Ale wiesz, mogłam. Mogłam dać mu ten przeklęty po stokroć dowód. Ale co, gdyby on kiedyś jeszcze we mnie zwątpił? Jak mogłabym mu udowodnić? Zresztą, jak można znosić takie podejrzenia, taki brak zaufania? Ty wie mnie wierzysz, kiedy zapewniam, że między mną a Bercią nigdy, przenigdy nic nie było. Ty, obcy mi człowiek! A on nie potrafił, tak strasznie zaślepiła go zazdrość. Ale to bym mu wybaczyła, naprawdę. Tylko, że on podpisał te wasze przeklęte papiery… I gdyby postąpił jak ja, w kwestii naszego małżeństwa, by się ratować… To bym wybaczyła. Ale on wiedział, że będę wściekła, wiedział, że odwraca się plecami do Korony i był przekonany, że czyni dobrze. Szydził z nas i naprawdę, słyszałam w jego głosie taką nienawiść… Jak mógł więc mimo całego tego jadu, całego żalu do Polaków, jak mógł nadal mnie chcieć? Toris jest mną zaślepiony. Powiedziałam mu, że absolutnie nie zostanę jego żoną. Musi sobie przemyśleć, co jest dla niego ważne i czego naprawdę pragnie. Bo podążył drogą, którą ja za nim iść nie mogę.
-Przepraszam, że to powiem, ale czy to, że ze mną zostałaś, nie czyni cię taką samą zdrajczynią?
Cecylia myślała przez chwilę, a potem spokojnie rzekła:
-Nie wiem. Ale miałam też inne powody by zostać. Ojciec przecież chciał mnie wykląć, za samo to, że coś takiego przeszło mi przez myśl… Widziałeś przecież, jak zareagował.
-Był zaskoczony. Prawdopodobnie zareagowałbym na jego miejscu podobnie – rzekł Oxenstierna, a Cecylia roześmiała się na to głośno.
-Ty? – spytała. – Jakoś nie wydaje mi się, żebyś umiał krzyczeć.
Bengt uśmiechnął się krzywo.
-I obyś nigdy nie miała okazji przekonać się, że jednak potrafię – rzekł. – Bo jestem spokojny, ale do czasu.
-Cóż – rzekła dziewczyna. – Każdy ma swoje granice. Bądź co bądź… widziałam, jak ojciec na mnie patrzył. Za kogo on mnie ma. To okropne, ale wydaje mi się, że on mnie nienawidzi nawet nie za to, że śmiałam cię poślubić, ale za to, że wybrałam nie jego, a ciebie. I w ten sposób przechodzimy do trzeciego powodu – możesz mówić co chcesz, że wiedziałam czego ode mnie żądasz i że teraz mam się z tego wywiązać. Ale wiesz, jakoś nie mogę uwierzyć, że kiedykolwiek do jakichkolwiek z tych rzeczy mnie zmusisz. I wierzę, że jeżeli zdecyduję się odejść, to nie będziesz mnie zatrzymywał i nienawidził. Możesz być zły, ale mnie nie znienawidzisz. Jeżeli pokocham innego, to wierzę, że mnie za to nie ukarzesz. Oczywiście nie planuję niczego podobnego, no i być może jestem w błędzie, ale wierzę, że cokolwiek nie zrobię, to jeżeli nie zrobię czegoś umyślnie przeciw tobie, jeśli moim celem nie będzie skrzywdzenie lub upokorzenie cię, to mnie nie znienawidzisz.
Bengt milczał, ale dla Cecylii było to wystarczającym potwierdzeniem jego słów.
-Dałeś mi wybór – powiedziała i popatrzyła mu w oczy. – Ty jeden spośród nich wszystkich, w tej liczbie Torisa i mego ojca, pomyślałeś o tym, by zapytać mnie o zdanie. I ciebie jednego to zdanie obchodzi na tyle, by pozwolić mi czynić co zechcę. Nikt mnie tak nie szanował. Nawet Toris nigdy, przenigdy nie potrafił aż tak mnie uszanować. Toris miał granice. Toris mógłby mnie z łatwością znienawidzić, choć nie sądze, by przestał mnie przy tym miłować. Ale ty… Ty dałeś mi wolność. I choć jestem twoją żoną, to mam teraz większą swobodę, niż zanim nią zostałam. Nikt inny nie dał mi tyle, co ty. I oto najważniejszy powód, dla którego zostałam. Nie mogę ci obiecać, że nigdy nie zechcę odejść. Być może kogoś pokocham i być może wtedy odejdę, musisz mieć tego świadomość. Być może zechcę wrócić do Torisa, jeśli dojdzie do wniosku, że to jednak ja znaczę dla niego więcej niż jego ideały. Ale zasługujesz na to, by to wiedzieć. Wiem, że to nie w porządku, że obiecałam co innego. Ale wiem, że ty zrozumiesz. A jeśli to się nie stanie, to nigdy nie odejdę. Będę ci dobrą żoną i choć nie mogę obiecać również tego, że kiedykolwiek cię pokocham, to będę dla ciebie jak najlepsza. Dam ci syna, dam ci tak wielu synów, jak zechcesz. Dam ci wszystko, bo ty mi dałeś więcej, niż mogłam tego pragnąć. Dałeś mi nadzieję. – Ujęła go za rękę. – Jesteś wspaniałym człowiekiem i chciałabym, jeżeli Toris nie zmądrzeje, by nie pojawił się nikt inny. Nigdy w życiu nie chciałabym cię zranić i chcę, byś o tym pamiętał, cokolwiek się stanie.
Bengt patrzył na nią w milczeniu bardzo, bardzo długo, a później spokojnie, ostrożnie dobierając słowa, rzekł:
-Jesteś o wiele bardziej skomplikowaną personą niż można by na pierwszy rzut oka sądzić – uśmiechnął się blado. – Nie mogę zaprzeczyć ani jednemu twemu słowu. I oczywiście nigdy nie dam ci przyzwolenia na to, żebyś odeszła, to jeżeli tak zdecydujesz, to jakoś to zniosę i nie będę cię nienawidził. Zawsze wiedziałem, że pojmę za żonę kobietę, którą podpowie mi rozsądek, a nie serce. Tak się też stało, dlatego nie było to dla mnie tak dramatyczne wydarzenie, jak dla ciebie. Nie mam ukochanej, do której mógłbym tęsknić. Jesteś tylko ty i chcę, byś wiedziała, że od początku do końca tak będzie. I ja nie wiem, czy kiedykolwiek cię pokocham, ty nieznośna dziewucho. Ale mam dla ciebie wiele serdeczności i sądzę, że to też jest dobra podstawa dla małżeństwa takiego jak nasze. Jesteś mi miłą przyjaciółką i będę cię zawsze szanował. Dopóki mnie nie skrzywdzisz. Pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że owszem – oby nigdy nie pojawił się nikt, kto zawróci ci w głowie. Chciałbym, byś została u mego boku. Przysięgam ci, że uczynię cię szczęśliwą.
Cecylia uśmiechnęła się z wdzięcznością, a Bengt nie mógł pozbyć się myśli, że to chyba najbardziej urocza istota, jaka chodzi po ziemi.
-Na razie… Na razie sprawa Torisa nie jest jeszcze zamknięta – rzekła dziewczyna. – Ale wiesz, nie sądzę, by on zmądrzał. Nie wiem. A nawet jeśli, to może być już za późno. Nie sądziłam, że on może być takim… prostakiem. Nie wiem, jeszcze sobie z tym nie poradziłam. Ale sobie prędzej czy później poradzę. W taki czy inny sposób.
Pokiwał głową ze zrozumieniem. A potem, uznając temat za zakończony, rzekł:
-Szkoda twoich włosów. – Ujął między długie, szczupłe palce jeden krótki, zwisający smętnie słomiany kosmyk. – Były bardzo piękne.
Cecylia wzruszyła ramionami.
-No cóż, też mi ich żal, ale jakoś musiałam uciec Wittenbergowi. – Wyszczerzyła zęby. – Odrosną, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. A co, nie podobam ci się jako chłopiec?
-Wcale nie wyglądasz jak chłopiec. Jesteś prześliczna. I zupełnie niczego ci nie brakuje.
Cecylia zachichotała, mile połechtana.
-Och, myślałby kto, że taki z ciebie pochlebca, panie hrabio! – zawołała.
Bengt jednak uśmiechnął się z nieskrywaną satysfakcją i rzekł, trochę poważnie, a trochę z humorem:
-Młody Nils Brahe zzielenieje z zazdrości, kiedy mu cię przedstawię. I jestem pewien, że nie on jeden.
-No proszę, proszę, jeszcze się będzie puszył jak paw! – zaśmiała się. A potem dodała konspiracyjnym tonem: - Jeszcze nie wiesz, panie Szwedzie, co cię ze mną czeka.
-O, toto toto! – dobiegło ich obojga wołanie kozaka Iwana. – Ta Laszka to jest diabeł wcielony, mości panie hrabio, wspomnisz waćpan jeszcze moje słowa!
-Nie powiedział ci ktoś kiedyś, Wańka, że się nie podsłuchuje?! 

5 komentarzy:

  1. Pani złota, za takie ociąganie mniej cukru będzie. Ponadto tajemnicze znaki zapytania się pojawiły, nie kończąc wypowiedzi - ewentualnie - jest to możliwość wolnej interpretacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kuźwa, wiedziałam że jak nie spojrzę to coś będzie ;-; oczywiście zapomniałam nazwy miejscowości, a potem zapomniałam poprawić. No zrobi się i dzieny za info, hehehe, teraz to jeszcze mam praktyki i już w ogóle nie wiem kiedy do tego siądę ;_; proszę mnie poganiać śmiało. Dzięki wielkie za pamięć, serio już bym w ogóle nic nie publikowała jakby mi się tu nikt nie odzywał <3

      Usuń
    2. He, to nie było miasto. Znaczy się w jakimś innym rozdziale wciąz jest bubel. Niedobrze :<

      Usuń
  2. Halo, halo! Dzień dobry/wieczór. Czekam, zaglądam od czasu do czasu a rozdziału ani widu ani słychu. Pani kochana, chociaż jeden krótki, żeby czas a i lukę czymś zapełnić.!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ok, będzie :) trzeba głośno krzyczeć bo ja tu rzadko zaglądam :) ale miło mi że ktoś tu jeszcze w ogóle przychodzi :)

      Usuń