piątek, 21 października 2016

Rozdział XVIII




Bernhard nie poczuł się swobodnie, dopóki Warszawa nie zniknęła z jego pola widzenia. Co i rusz odwracał się, aby sprawdzić, czy przez przypadek nie ruszył za nimi pościg. Na szczęście ani on, ani Cecylia nie mogli się czegoś takiego dopatrzyć, z każdą chwilą więc był coraz spokojniejszy.
Śnieg już nie padał i powoli robiło się coraz cieplej. Spanie na powietrzu jednak ciągle absolutnie nie wchodziło w rachubę, tak więc póki co podążali wyznaczonym szlakiem, licząc że uda im się natrafić na karczmę, w której mogliby spędzić noc.
-Jak długo będziemy jechać? – odezwała się w końcu Cecylia, a Bernhard, nagle wyrwany z rozmyślań, zwrócił na nią rozkojarzone spojrzenie.
            -Dzisiaj, czy w ogóle?
            -I to, i to.
            -Dzisiaj to już niedługo – odpowiedział jej. – Zaraz powinniśmy trafić na jakąś gospodę, to się tam zatrzymamy i prześpimy. Ach, i jakoś musimy sobie poradzić w jednym pokoju, trzeba oszczędzać pieniądze.
            -Da się zrobić. – Cecylia wzruszyła ramionami. Milczała przez chwilę, wyraźnie intensywnie o czymś myśląc. – Nie chcę, żeby twój brat miał przeze mnie kłopoty. I ty też.
            Bernhard westchnął ciężko na jej słowa.
            -Już chyba trochę za późno, żeby o tym myśleć, nie uważasz? – zapytał ją, ale zaraz tego pożałował widząc, jak posmutniała. – Posłuchaj mnie, jesteśmy dorośli, i ja, i Bengt. Naprawdę umiemy myśleć za siebie. Wiedzieliśmy, czym się to może skończyć. A i jesteśmy ci coś winni, więc nawet nie chcę więcej słyszeć podobnych bzdur, rozumiesz?
            -Ale…
            -Na Boga, kobieto! – jęknął Bernhard. – Spłacamy ci dług, który zaciągnąłem. Zresztą, musimy jeszcze porozmawiać na ten temat. Ale błagam cię, nie teraz, bo mi tak usta zesztywniały, że ledwo mogę nimi ruszać. Jeszcze trochę i znajdziemy karczmę i wtedy będziesz mnie męczyć. Może być?
Nic już nie odpowiedziała, tylko spięła konia i przyspieszyła. Bernhard musiał podążyć więc za nią.

*

Wolnych pokojów w karczmie nie było, ale pozwolono im za drobną opłatą zostawić konie w stajni i przespać się w stodole. Dostali dwa koce i ciepłą strawę, którą spożyli szybko i w milczeniu, a potem, z kubkami grzanego wina, udali się do swojej „kwatery”. Bernhard zastanawiał się, czy Cecylia nie będzie kręcić nosem na takie warunki, ale nic podobnego się nie stało. Dziewczyna ułożyła sobie z siana wygodne gniazdko w które wcisnęła koc, a później sama do niego wskoczyła, owijając się połami materiału niczym kokonem On uczynił podobnie; siano przyjemnie pachniało, choć Bernhardowi wcale spanie w nim nie odpowiadało. Dałby sobie głowę uciąć, że siedzi w nim masa robactwa. Skoro jednak nawet Cecylia powstrzymała się od narzekania, to i jemu ani jedno słowo skargi nie przeszło przez gardło.
Upił łyk ciepłego wina i ostatecznie uznał, że ta noc będzie całkiem przyjemna.
I wreszcie Cecylia się odezwała.
-Sądzisz, że Bengt będzie miał duże kłopoty przez to, co zrobiliśmy? – zapytała.
Bernhard wzruszył ramionami.
-Nie wiem – odrzekł. – Ostatecznie, to on jest od sprawiania kłopotów, jemu mało kto może je sprawić, więc nie przejmowałbym się tym zbytnio. Choć jestem pewien, że oberwiemy oboje, kiedy tylko nas dorwie.
-Oj, tak – powiedziała mu. – Widziałam jak na mnie patrzył. Nasłucham się, że mi w pięty pójdzie. O ile będzie jeszcze okazja, naturalnie.
Bernhard był bardziej niż pewien, że będzie. Ba, był gotów stwierdzić, że kiedy Cecylia dowie się, jak podłym zdrajcą okazał się jej narzeczony, to nie będzie miała już żadnych skrupułów, by zostać na zawsze hrabiną Oxenstierną. Zrozumie, że trafiła o wiele, wiele lepiej, niż mogła. I z jednej strony Bernhard się cieszył, bo nigdy nie czuł sympatii do tego cherlawego Litwina, za którym ona tak szalała. Ale przecież wiedział aż nazbyt dobrze, że to złamie jej serce.
-Zostawisz mnie w Kiejdanach? – zapytała go z taką nadzieją w głosie, że choć Bernhard szczerze chciał opowiedzieć jej już dziś o wszystkim, czego Toris Laurinaitis się dopuścił, to cała odwaga w tamtej chwili go opuściła i postanowił jeszcze z tym zaczekać. I tak zresztą powątpiewał, czy Cecylia zawierzy jego słowom.
-Dlaczego pytasz mnie tak, jakbyś do mnie należała? – zapytał ją, marszcząc brwi. – Zrobisz co zechcesz, Cecylio. Nie zamierzam nigdzie ciągać cię siłą. Chciałem ci jedynie pomóc, a jeśli zdecydujesz się mnie opuścić, to tak uczynisz. A jeśli zdecydujesz, że wolisz ze mną wrócić, to rad będę mogąc mieć cię u boku.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili je zamknęła i posmutniała. Bernhard aż nazbyt dobrze wiedział, o co chodzi. Bo pojęła, że jeśli zostanie w Kiejdanach, to on odejdzie. I prawdopodobnie nigdy więcej już się nie zobaczą.
Bernhard owszem, zdawał sobie sprawę, że takie ryzyko zachodzi. Ale nie martwił się specjalnie, bo wiedział, że ona tam nie zostanie. Odejdzie wraz z nim i później dopiero będą się zastanawiać, co z nią zrobić. Pewnie zechce wrócić do ojca. Albo zostać z Bengtem, tego przewidzieć nie mógł. Wszystko chyba zależało od reakcji jej ojca na wszystko, co w ostatnich dniach uczyniła. Bernhard co prawda Juliana Łukasiewicza nie znał, ale miał dość styczności z Polakami, szczególnie szlachcicami, by pojąć, że prawdopodobnie wcale mu się to nie spodoba.
Cecylia właściwie, choć ona sama nie rozpatrywała tego w tych kategoriach, postąpiła podobnie do swojego Litwina. Nawet gorzej, można by powiedzieć, bo nie dość, że odwróciła się plecami do swojej wiary i kraju, to jeszcze złamała słowo dane narzeczonemu. Tylko, że miała ku temu całkiem dobry powód.  Bernhard powątpiewał również, by Litwin spojrzał na to tak wyrozumiale, jak on.
Zapowiadał się kolejny bałagan, tak jakby ta dziewczyna była magnesem na wszelkiego rodzaju problemy. A on warował u jej boku jak pies, gotów zawsze stanąc w jej obronie.
-Cieszę się, że tam jedziemy – powiedziała cicho. – Ale nie widziałam go prawie rok, wiesz? Boję się, że może się okazać zupełnie innym człowiekiem. Myślisz, że o mnie zapomniał?
Bernhard nie wiedział, co jej odrzec. On też nie widział jej prawie rok. Ale nie zapomniał. Och, wcale nie zapomniał. Litwin byłby głupi, gdyby już jej nie chciał.
-Nie, Cecylio – rzekł jej na to Bernhard z cieżkim sercem. – Na pewno o tobie pamięta. Sama się przekonasz. Już niedługo.
Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.
A potem złapała się za krótkie, słomiane kosmyki.
-Szkoda mi tych włosów – rzekła jakaś osowiała. – Torisowi zawsze się podobały. Tylko dla niego nosiłam je takie długie, mnie trochę działały na nerwy.
Bernhardowi też się podobały, ale był na tyle rozsądny, ze pojmował, że są rzeczy ważne i ważniejsze. A włosy nie były nawet „ważne”.
 Nie uznał za stosowne odpowiadać, bo stwierdził, że Cecylia to wie. Zresztą, co mógł powiedzieć? Nic poza durnym komplementem nie przychodziło mu do głowy. A bardzo, bardzo chciał powiedzieć coś mądrego. Ale on nigdy nie był dobry w takie rzeczy.
A potem nagle, bez choćby słowa ostrzeżenia, dziewczyna głośno i gwałtownie się rozpłakała. Bernhard był tak zaskoczony, że jeszcze bardziej zapomniał języka w gębie. Zupełnie nie rozumiał, co takiego się stało, że wymagało aż takiego wybuchu. Wahał się przez chwilę, co zrobić, ale ona rozwiązała jego problem; wyplątała się z koca i usiadła na jego stercie siana, zmuszając go, by ją objął.
-A ja-ak To-oris będzie na mnie-e zły? – Szlochała głośno, ledwie udawało jej się wyraźnie mówić. Bernhard, nadal w głębokim szoku, objął ją sztywno i poklepał po plecach. Na Boga, jak on strasznie nie potrafił znajdować słów w takich sytuacjach! – A jak powie-e mi to, co K-karol G-gustaw? Że-e jeste-em dź… dzi-iwką?! – wybuchła jeszcze głośniejszym szlochem, choć Bernhard nie sądził, by to było możliwe. Najwyraźniej jednak się grubo przeliczył.
-Ale przecież królowi nie o to… - Zająknął się. No tak, nazwał ją dziwką. Bernhard pamiętał to dobrze – bezczelną, impertynencką dziwką. Ale przecież zupełnie nie z taką intencją, o jakiej Cecylia myślała.
-Ale to pra-awda! – zawyła. – Przecież ja miała-am Tori-isa! I poślubi-iłam twojego bra-ata…
Bernhard nie bardzo pojmował, co wspólnego z byciem dziwką ma ślub z innym, ale postanowił jej nie pytać. Chyba, ze chodziło o coś więcej. Chyba, że ona i Bengt… Bernhard poczuł, jak cała krew odpływa mu z twarzy. Zrobiło mu się słabo i czuł się chory z żalu.
-Ale przecież… - postanowił we względnie dyskretny sposób po prostu ją zapytać, bo wiedział, że inaczej będzie się zadręczał. – Przecież… Przecież ty i Bengt nie…
-Oczywiście, że nie! – zapewniła go szybko, jakby była przerażona perspektywą, że ktoś mógłby coś podobnego przypuszczać. Uspokoiła się też nieco i choć nadal płakała, to przynajmniej mówiła już względnie wyraźnie. – Ja bym nigdy… Och, Boże, dlaczego wy wszyscy tak źle o mnie myślicie…? Widzisz, jeśli nawet ty tak myślisz… to co dopiero To-oris! Co on sobie po-omyśli! On mi nie uwie-erzy!
-Ja nie… - Zamknął usta, nim znów powiedział coś, co doprowadzi ją do płaczu. Zaraz zaczął od początku. – Ja tak nie myślałem. Ja tylko… Och, Cecylio, uspokój się, błagam!
Ku jego wielkiemu zdziwieniu, posłuchała go.
-Po prostu pleciesz straszne bzdury – rzekł jej Bernhard, korzystając z tego, że dziewczyna spokojnie go słucha. – Zapytałem, bo skoro mówisz, że Karol Gustaw powiedział prawdę, to dla mnie to oczywiste, że usiłujesz powiedzieć, że nie trzymałaś nóg razem. Więc mi się, do licha, nie dziw, że zadaję takie pytanie. Sam z siebie nigdy bym cię o coś podobnego nie podejrzewał.
Cecylia aż zamrugała, zdziwiona, że powiedział się w tak dosadny sposób. A Bernhardowi nagle zrobiło się wstyd. Po pierwsze z powodu właśnie tego, że tak a nie inaczej ujął to w słowa, a po drugie to wyładował na niej swoje nerwy. Bardzo niesłusznie. Nie zamierzał jednak przepraszać, bo musiałby wytłumaczyć, dlaczego myśl o niej i jego bracie tak go wzburzyła.
-No tak – bąknęła. – Masz rację. Ale tak mnie nazwał i przecież wszyscy tak o mnie myślą – mruknęła zawstydzona. – Ja naprawdę na taką wyglądam?
-No cóż, zważywszy na teatrzyk, który odstawiliśmy przed Wittenbergiem, to obawiam się, że tak – powiedział szczerze, a ona ze zrozumieniem pokiwała głową. – Ale Toris tego nie widział. A co, chyba sama mi wtedy rzekłaś, że czego Toris nie widzi, to go nie zaboli, prawda? A ja będę milczał jak grób. I powiem ci coś, gdybym był na jego miejscu, to bym uwierzył w twoje zapewnienia. Bo jaki sens brać kogoś, czyim słowom nie ufasz?
Miało to sens i Bernhard widział, że nawet Cecylia nie umie go podważyć. Zadowolony, że udało mu się doprowadzić ją do porządku, poklepał ją pokrzepiająco po plecach.
-Chodźmy spać – rzekł jej potem. – Długa droga przez nami i nie chcę, żebyś mi jutro spadła z konia.

Podróż przebiegała szybko i bezproblemowo, jednak równie szybko okazało się, że kamuflaż Cecylii jest co najmniej średnio skuteczny – wiele osób i tak dostrzegało w niej dziewczynę. Wobec tego przestali się czaić i mówili otwarcie, że jest kobietą. Najpierw Bernhard chciał przedstawiać ją jako swoją siostrę, szybko jednak uznał to za głupi pomysł, bowiem wcale a wcale nie byli do siebie podobni. Ostatecznie przedstawiali się więc jako małżeństwo w podróży do rodziny.
I pewnego dnia ponieśli tego konsekwencję.
Oboje stanęli jak wryci, gapiąc się na – nie ma co się oszukiwać – małżeńskie łoże, jakie karczmarz im zaserwował. No cóż – w końcu udawali małżeństwo, to więc właściwie było do przewidzenia, jednak ani Bernhard, ani Cecylia nie należeli do jakichś przesadnie bystrych ludzi, a już na pewno mieli więcej problemów niż zastanawianie się nad tym, jaki pokój im przydzielą. Ale teraz trzeba było coś z tym zrobić.
Bernhard miał taką minę, jakby miał serdecznie dosyć tego, że całe jego dotychczasowe życie było właściwie jednym wielkim pasmem kpiny i złośliwości losu. I ten wieczór nie był wyjątkiem. Owszem, spanie z Cecylią w jednej izbie bez problemu mógł przetrawić, już to przecież robili. Ale w jednym łóżku już nie. Nie, bo przecież byli sobie obcy, bo ona ma narzeczonego, któremu na pewno bardzo by się to nie podobało, bo tak się zwyczajnie nie robi… A dodatkowo Bernhard nie chciał, zwyczajnie nie chciał –nie chciał, bo coś mu mówiło, że nie powinien, że to się bardzo źle skończy, i że naprawdę będzie lepiej, jeśli będzie się trzymał od niej na dystans.
Ona jednak nie widziała problemu, jak w większości przypadków zresztą. Uśmiechnęła się szeroko i energicznym oraz nawet wyjątkowo zgrabnym jak na nią ruchem wskoczyła na łóżko w pełnym stroju, starając się jedynie butów nie trzymać na trochę już wysłużonej pościeli.
-Ja śpię po tej stronie – oświadczyła, rozkładając się wygodnie. – Jeeeejku, jak ja tęskniłam za normalnym łóżkiem, Berciu!
Bernhard nadal stał w miejscu, zaciskając mocno usta i przyglądając się leżącej na łóżku, wyszczerzonej Cecylii. Chryste Panie, to się musiało tak skończyć, Bernhard powinien był to przewidzieć.
-Pójdę po drugą kołdrę – westchnął w końcu i odwrócił się do wyjścia.
-Przecież się zmieścimy – powiedziała Cecylia, unosząc się odrobinę i spoglądając na niego ze zdziwieniem.
-Śpię na podłodze – powiedział i, nim Łukasiewiczówna zdążyła mu cokolwiek na to odrzec, wyszedł.
Bernhard czasem naprawdę zazdrościł jej tej prostoty, z jaką przyjmowała wszystko dookoła siebie. On za skarby świata nie mógł się zdobyć na podobne zachowanie.
Poprosił karczmarza o dodatkową pościel, a na jego pytające i odrobinę podejrzliwe spojrzenie odpowiedział, że żona tak się rzuca w nocy po łóżku, że niemożliwością jest wyspanie się pod jedną. Bernhard podejrzewał też, że w jego kłamstwie było jednak sporo prawdy, przynajmniej sądząc po tym co zaobserwował przez kilka ostatnich nocy spędzonych z Cecylią.
Dostał w końcu tę pościel i wrócił do pokoju, by zastać Cecylię, próbującą z największym wysiłkiem rozsznurować gorset swojej sukienki. Bernhard przypatrywał jej się przez moment z największym politowaniem, kontemplując jednocześnie nad tym, jak to możliwe, że kobiety w tym oddychają – to jednak miał pozostać poza zasięgiem jego rozumienia najprawdopodobniej już do końca życia.
-Pomógłbyś mi, a nie się tak gapisz – burknęła w jego stronę dziewczyna, siłując się z węzłem.
Bernhard zastanawiał się co trudnego może być w rozsznurowaniu gorsetu, jednak gdy ruszył jej z pomocą i sam spróbował tego dokonać, wszystko zrozumiał. Troczki zawiązane były w tak niemożebnie ciasny i dziwaczny węzeł, że miał ochotę aż jęknąć z rozpaczy, gdy wziął się za rozwiązywanie go.
A potem przypomniał sobie, że on sam to tak zawiązał.
Co za ironia, pomyślał, gdy po chwili walki z supłem zdecydował, że nie ma rady – trzeba ciąć. Idąc dalej, to jeśli chodzi o ironie losu, to co jak co, ale Bernhard nie tak wyobrażał sobie pierwsze w swoim życiu rozbieranie kobiety. Aż zaśmiał się pod nosem na tę absurdalną myśl.
-Z czego się śmiejesz? – zapytała Cecylia, spoglądając na niego przez ramię.
-Z niczego– pokręcił tylko głową. – Będzie trzeba ciąć.
-To tnij waść, bo oddychać nie mogę! – odpowiedziała na wpół żartobliwie.
Jak kazała, tak zrobił – upewnił się, że jej nie skaleczy i przeciął sznurek, najwyraźniej uwalniając ją tym samym od cierpienia.
-Właśnie zniszczyłeś chyba najdroższą suknię, jaką kiedykolwiek widziałam na oczy, możesz sobie pogratulować – rzekła, zdejmując z siebie gorset. – Jezu Chryste, jak mi cudownie!
-Więc wyjaśnij mi, po co się w to ubrałaś?
Cecylia tylko wzruszyła ramionami.
-Zawsze chciałam spróbować – rzekła. – Jakiś cudem całe życie udało mi się unikać gorsetów. A takiej drogiej sukni to ja nie tylko nigdy w życiu na sobie nie miałam, ale nawet na oczy nie widziałam, jak mówiłam!
Bernhard nagle uświadomił sobie, jak obrzydliwie bogata była jego rodzina – takich materiałów, z jakich skrojona była pocięta dopiero co suknie, mógł mieć na pęczki. Rodzinny budżet nawet nie odczułby tego wydatku, gdyby zdecydował się kupić z tuzin takich sukien.
A po chwili pomyślał, że oddałby to wszystko, każdy jeden grosz, wszyściutko, żeby móc wieść życie prostego, ubogiego szlachcica, podobnego Cecylii. Cóż, ona może znów taka uboga też nie była, ale na pewno nie tak bogata i nie tak wysokiego rodu jak on – Łukasiewiczowie, z tego co się orientował, nie mieli żadnych tytułów, Julian Łukasiewicz miał własną chorągiew, i to by było na tyle. Ale on sobie na  to zasłużył swoją ciężką pracą. A Bernhard? Bernhard urodził się hrabią, niczego w życiu nie wypracował sobie sam – nawet w prowadzeniu kopalni musiał pomagać mu Sven. Co mu przyszło z tytułów i bogactwa? Tylko tyle, że skończył mając dwadzieścia osiem lat, nie osiągnąwszy w zasadzie niczego.
Cecylia wyraźnie zauważyła, że się zasępił.
-Co się stało? – zapytała go, poważniejąc.
-Nic – odrzekł szybko, nie chcąc uzewnętrzniać swoich, jak sam uważał, głupich rozterek. Był kim był i nic nie mógł na to poradzić. Nie widział więc sensu w zaprzątaniu sobie tym głowy. – Zostało nam trochę pieniędzy. Chcesz się wykąpać?
-Och, no pewnie, że tak! – zawołała z entuzjazmem. – Ale teraz jestem taka zmęczona!
-No to załatwimy to rano – odrzekł jej na to i właściwie westchnął z ulgą. On też był zmęczony i jedyne, o czym w tej chwili marzył, to położyć się spać. Kąpiel mogła zaczekać. Nawet, jeśli oboje nie mieli okazji porządnie się wyszorować od co najmniej tygodnia.
-Ty naprawdę chcesz spać osobno? – zapytała go Cecylia, ściągając z siebie suknię. Bernhard przez długą chwilę przyglądał się jej, nie mogąc przywyknąć do jej swobodnych zachowań. Cóż, do naga się nie rozebrała, nie zachowywała się niestosownie, ale tak czy inaczej, znoszenie jej widoku w samej tylko cienkiej, lnianej koszuli i wełnianych pończochach, które zresztą i tak po chwili zaczęła ściągać, to było trochę za dużo jak na Bernharda nerwy. Tak, teraz był pewien, że naprawdę chce spać osobno.
-Naprawdę – bąknął w odpowiedzi, odwracając wzrok od jej nagich ud, które aż prosiły o to, by przesunąć po nich dłonią. Zdecydowanie wolał ją w mundurze. Przynajmniej nie katowała go tego rodzaju scenami, ograniczając się do spania w koszuli i spodniach.
-Przestać, przecież się zmieścimy oboje! – żachnęła się, wpełzając pod kołdrę. – I że niby na podłodze chcesz spać?
Kiwnął jej głową w odpowiedzi, układając sobie posłanie na deskach. Wszystko było lepsze niż jej obecność. Bernhard nie chciał, naprawdę nie chciał mieć żadnych problemów. Ani mu nie wypadało spać z nią w jednym łóżku, tym bardziej taką roznegliżowaną, ani nawet tego nie chciał. Nie wiedział, jak by to zniósł, bo już dawno pogodził się z faktem, że ma do małej Polki słabość. Póki trzymał się na dystans, było dobrze, ale naprawdę nie wiedział, co by zrobił, gdyby znalazła się tak blisko niego. Od dawna łapał się na tym, że lgnął do niej, kiedy tylko się dało, mało by się nie zabił, kiedy potrzebowała, aby podsadził ją na konia, nie przepuścił żadnej okazji, kiedy mógł choćby na chwilę ją objąć, złapać za rękę, cokolwiek. To nie było nic nachalnego, Bernhard w ogóle nie był z tych, którzy się narzucają, ale od takich drobnych, nie wzbudzających jej podejrzeń rzeczy nie mógł się za skarby świata powstrzymać. Niczego od niej nie oczekiwał, cały czas bowiem pamiętał, że zmierzali przecież do Kiejdan, do jej ukochanego – wiedział, że to nie miało żadnej przyszłości, dlatego siedział cicho, nie dając po sobie zupełnie nic poznać. Pozwalał sobie czasami na jakieś nikłe przebłyski nadziei, że może Cecylia tak się na Torisa wścieknie, kiedy dowie się całej prawdy, że pośle go w diabły, i wtedy Bernhard nie musiałby się już wcale nim przejmować. Zaraz jednak karcił się za takie myślenie – po pierwsze, uczucie nie przechodziło z dnia na dzień, a Cecylia na pewno Torisa bardzo kochała, a po drugie, to przecież to byłoby też na pewno okrutnie ciężkie dla niej samej. A co jak co, ale Bernhard bólu jej nie życzył. Chociaż szczerze uważał, że zdrajca pokroju Torisa na Cecylię nie zasługiwał.
Bądź co bądź, postanowił trzymać się od niej z daleka. Nie był tak szaleńczo zakochany, aby nie móc się do tego zmusić, ale musiał sam przed sobą przyznać, że łatwo też to nie przychodziło. Każdy dzień spędzony z nią sam na sam w podróży czynił to wszystko trudniejszym. Z utęsknieniem wyczekiwał kresu ich wyprawy, jednocześnie chcąc go odwlec tak daleko, jak to tylko możliwe.
-Nie wygłupiaj się, nie musisz się tam tłuc – marudziła. – No chodź, zmieścimy się. – Poklepała miejsce obok siebie. – I cieplej będzie, bo ja tu chyba zamarznę.
Tak, Bernhard też czuł, że to będzie zimna noc. Już teraz, gdy ściągał z siebie płaszcz i mundurową kurtkę przeszedł go nieprzyjemny dreszcz. W żaden sposób jednak nie zachwiało to jego postanowienia.
-To się ubierzesz – burknął, zdejmując buty.
Cecylia marudziła coś jeszcze, ale on średnio jej słuchał. Zdmuchnął stojące na półeczce świece i, niemalże po omacku, wpełzł pod koc, w swoje wątpliwej jakości posłanie. Było mu okrutnie niewygodnie – poduszka, jaką wcisnął sobie pod głowę była jedynym co pozwalało mu choć odrobinkę lepiej znosić twarde podłoże. Ileż by dał, żeby jednak położyć się w tym łóżku, przynajmniej byłoby miękko i wyspałby się jak człowiek. Ale to nie wchodziło w grę.
Dodatkowo było mu zimno. Stopy miał jak dwa sople lodu i szczerze żałował, że zdjął do spania buty. Okrutnie ciągnęło przez szparę między podłogą a drzwiami. Coś pukało rytmicznie w sufit – pewnie jakieś latające robactwo, chociaż Bernhard bardzo się temu dziwił, był przecież dopiero marzec, jeszcze nie pora na owady. Plecy go bolały, nogi również – stanowczo za dużo czasu spędzał ostatnio na koniu.
Mimo niewygód i paplania Cecylii, które nauczył się już ignorować, poczuł że za chwilę uśnie. Przestał nawet tak tragicznie marznąć, pod kocem zrobiło się przyjemnie ciepło, powieki bardzo mu ciążyły, pukanie w sufit stało się niemal niezauważalne, podobnie jak skrzypienie łóżka pod wiercącą się niemożliwie Cecylią i jak przez mgłę wydawało mu się, że dziewczyna zwraca się do niego po imieniu. Znajdował się już jednak w tym stanie zawieszenia pomiędzy jawą a snem, gdzie ciężko było mu się zmusić do jakiegokolwiek ruchu czy reakcji, ale nie stracił jeszcze zupełnie kontaktu z rzeczywistością. Jakieś dziwne trzeszczenie docierało do jego uszu, zdawało mu się, że ktoś chodzi dookoła, bo podłoga delikatnie drżała, ale on już nie wiedział, czy mu się to śni, czy co… Dopóki nie poczuł na swoim ramieniu ręki Cecylii.
Dziewczyna potrząsnęła nim odrobinę, a on całkiem ją zignorował, odwracając się jedynie na drugi bok. Czegokolwiek od niego nie chciała, to mogło poczekać do rana. Nie miał teraz siły się z nią użerać.
-Berciu. – Nachyliła się nad nim i szepnęła mu wprost do ucha, znów delikatnie nim potrząsając.
-Mhm? – wymamrotał, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem.
-Berciu, śpisz? – zapytała go znów, a on westchnął ciężko.
-Nie – wybełkotał. – Co chcesz?
-No bo chyba nam ćma wpadła.
Bernhard sam nie wiedział, czy miał ochotę zawyć z bezsilności, czy może po prostu histerycznie się roześmiać. Mógł się spodziewać czegoś podobnego. Z trudem powstrzymał się od uwagi, że na ćmy to jeszcze stanowczo za wcześnie.
-Coś wpadło – burknął. – I tylko po to mnie budzisz?
-Nie – powiedziała szybko, ciągle trzymając rękę na jego ramieniu. Bernhard z każdą chwilą był co raz bardziej rozbudzony. I zły. – Mógłbyś ją zabić?
-Słucham? – bąknął, bo naprawdę sądził, że się przesłyszał. Budzi go po całym dniu ciężkiej podróży tylko po to, żeby zabił domniemaną ćmę? W momentach takich jak ten zastanawiał się, co on takiego w niej widzi.
-No bo ona tak puka – jęknęła. – I raz mi na ręku usiadła. I nie chcę, żeby robale po mnie łaziły. No proszę cię, zabij ją...
-Sama ją sobie zabij – warknął na nią i owinął się szczelniej kocem. Czasem naprawdę był na nią zły.
-No ale ona lata pod sufitem – poskarżyła się. – I ja nie sięgnę. Inaczej bym cię nie budziła.
Bernhard jęknął głucho w poduszkę, by w końcu, z największym żalem i mnąc w ustach szpetne przekleństwo, podnieść się z posłania. Miał wrażenie, że wszystko boli go jeszcze bardziej niż przed zaśnięciem. Było mu jeszcze bardziej zimno, gdy wylazł spod ciepłego koca. Sam nie wierzył, że naprawdę podniósł się, żeby zabić tę zakichaną ćmę czy inne diabelstwo.
Zapalił świecę, a robaczek momentalnie przyleciał do światła - Bernhard nie wiedział co to było, ale na pewno nie była to ćma. Tym bardziej się naburmuszył, bo Cecylia spokojnie mogłaby w ten sposób zabić to coś sama. Bernhard miał trochę opóźniony refleks, zważywszy na to, że jeszcze dosłownie dwie minuty temu niemal smacznie spał. Na całe szczęście jednak trafił robaka podeszwą buta już przy pierwszej próbie i mógł, odrzuciwszy obuwie na bok, spokojnie wrócić do posłania.
-No już – powiedział Cecylii, z trudem tłumiąc ziewnięcie. – Jazda do łóżka. I nie dręcz mnie już, jestem zmęczony.
Ułożył się w posłaniu i już-już miał owinąć się na nowo kocem, ale zauważył, że Cecylia ani drgnęła – nadal kucała koło posłania, owinięta kocem, wlepiając w niego jasne oczy.
-Idź spać.
-Ale Berciu…
-IDŹ SPAĆ.
Cecylia zamilkła na chwilę, ale nie ruszyła się z miejsca. Bernhard miał ochotę zawyć z rozpaczy, bo wiedział, że nie zamierzała mu odpuścić. Tej dziewczyny nie można było się od tak pozbyć.
-Berciu?
Postanowił ją zupełnie zignorować.
-Berciu? – potrząsnęła jego ramieniem. Nie doczekała się jednak reakcji. – Berciu! – znów się nad nim pochyliła, szepcząc mu prosto do ucha.
-Co znowu? – warknął na nią chyba bardziej nieprzyjaźnie niż kiedykolwiek i aż głupio mu się zrobiło, słysząc jej zasępiony i smutny ton.
-Zimno mi – powiedziała głosem, w którym brzmiało poczucie winy.
-Ubierz się – odpowiedział jej łagodniejszym tonem. Przez ten jej ton i wzrok zbitego szczeniaczka sam zaczął mieć wyrzuty sumienia.
-Ale mam tylko suknię i naprawdę niewygodnie się tak śpi… - powiedziała, ale zaraz urwała. – Pomyślałam sobie, że… No, może mogłabym… Położyć się z tobą?
Bernhard aż zamrugał zdziwiony sądząc, że się przesłyszał. Och, jakże go kusiło, jak strasznie chciał powiedzieć jej „Dobrze, chodź”, choć właściwie w jego głowie bardziej brzmiało to jak „Błagam cię, chodź i nie odchodź już nigdy”. Wyrzuty sumienia jednak były zbyt silne, by mógł sobie na to pozwolić. Dla Cecylii to by nic nie znaczyło, ale tego samego nie mógł powiedzieć o sobie.
-Ubierz się w mój kaftan – wydusił z siebie w końcu, nie patrząc na nią. Okrutnie żałował wypowiadanych słów. – Będzie ci wygodniej.
-Och. – Tylko tyle z siebie wydusiła. Bernhard nie musiał na nią patrzeć, by wiedzieć, że zamrugała ze zdziwieniem, by po chwili wbić gdzieś wzrok. Tak przynajmniej wyobrażał sobie jej zachowanie. – Dobrze – mruknęła jeszcze i podniosła się z ziemi. Słyszał szelest materiału, więc sądzisz, że rzeczywiście wzięła jego kaftan.  – Przepraszam, że cię obudziłam.
-To nic – wymamrotał cicho i wcale nie był pewien, czy Cecylia to usłyszała. Trzeszczenie łóżka powiedziało mu, że dziewczyna wróciła do siebie. A jemu pozostało rozmyślać nad tym, czy dobrze zrobił, każąc jej odejść.
Ona chciała z nim spać. Jej zawiedziony i zakłopotany ton powiedział mu, że naprawdę chciała. Bernhard nie za bardzo wiedział, czy to tylko z powodu tego jak zmarzła, czy może po prostu wynikało to z jej naprawdę ogromnej, trzeba przyznać, potrzeby bliskości innego człowieka, ale tak czy inaczej żaden z tych powodów go nie satysfakcjonował na tyle, żeby mógł przełknąć wyrzuty sumienia i jej na to pozwolić. To by nie było w porządku.
Nie mógł już usnąć i wsłuchiwał się w ciche trzeszczenie łóżka, na którym Cecylia okrutnie się wierciła. Słyszał, jak szarpie się z jakimś materiałem – zakładał, że z powrotem zdecydowała się założyć pończochy. Wierciła się jednak nadal, a trzeszczenie desek zaczęło przyprawiać Bernharda o białą gorączkę.
I w końcu, trochę przez to denerwujące skrzypienie, a trochę przez litość, bo Cecylia nadal wyraźnie marzła, podobnie zresztą jak on sam, powoli, ciężko podniósł się z podłogi i, zabierając ze sobą koc, poczłapał w stronę łóżka. Deski zatrzeszczały paskudnie, kiedy usiadł. Przykrył się kocem Cecylii, narzucając na nich obojga jeszcze swój własny. I za wszelką cenę starał się nie przysuwać się do niej za blisko. Cecylia jednak szybciutko zadbała o to, żeby wszelkie jego starania spełzły na niczym. Tego się właśnie obawiał. Łukasiewiczówna zaraz wetknęła zmarznięte, odziane w grube, wełniane pończochy stopy między jego łydki. Bernhard najpierw chciał się odsunąć, ale uznał po chwili, że to właściwie byłaby z jego strony przesada.
-Jejku, jesteś taki ciepły! – szepnęła, wzdychając z zadowoleniem. Jej zmarznięte dłonie zaraz odnalazły jego dłoń.– No, nadal mi zimno, ale teraz chociaż mam się o kogo ugrzać! – zaśmiała się cicho, przysuwając się do niego bliżej.
Bernhard początkowo leżał tylko jak kołek, niemożliwie zakłopotany i nie bardzo wiedząc, czy w ogóle powinien cokolwiek jej odpowiedzieć. Ostatecznie jednak rozluźnił się – to przecież była Cecylia, tylko mała Cecylia, a dodatkowo leżenie z nią w jednym łóżku wcale nie było tak straszne, jak mu się z początku zdawało. A na pewno nie gorsze niż spanie obok siebie na podłodze. Chyba trochę spanikował, przynajmniej teraz sam tak uważał.
-Tobie nie jest zimno? – zapytała go Cecylia, trzęsąc się teatralnie. – Bo ja naprawdę nie wiem, co się dziś dzieje, co, znów zima idzie?
-W kwietniu chyba tak już bywa – powiedział jej na to.
-Matko Boska, a ja tu marznę jak na jakimś Sybirze! – marudziła dalej. – A przecież było już tak cieplutko, że ja nie wiem, naprawdę…
Cecylia paplała i paplała, jak to ona. I wtedy Bernhard, czując nagły przypływ odwagi zdecydował się na coś, czego normalnie nigdy w życiu nie rozpatrywałby jako poważną możliwość zachowania się. Ale właściwie, czy było w tym coś złego? Nie, już teraz wydawało mu się, że nie.
Bernhard przekręcił się na bok, przodem do leżącej na boku Cecylii, i objął ją ręką w pasie, przyciągając ją do siebie bliżej, tak żeby plecami dotykała jego klatki piersiowej. Łukasiewiczówna wydała z siebie cokolwiek zaskoczony pomruk, a Oxenstierna skarcił się w myślach za dość niedelikatne potraktowanie jej.
-Lepiej? – wymruczał, wciskając twarz w jej kark i zamykając oczy. No, jemu w każdym razie było teraz o niebo lepiej. I wcale nie chodziło o temperaturę.
Cecylia westchnęła z wyraźnym zadowoleniem i złapała go za rękę, by zachęcić go do objęcia jej mocniej. Nie potrzebował lepszej zachęty.
-Tak – powiedziała mu Cecylia, przysuwając się do niego bliżej. Jej następne słowa sprawiły, że za nic nie był w stanie pozbyć się uśmiechu, który wkradł mu się na usta. – Teraz jest mi dobrze.
*
Teraz, kiedy znajdowali się już tak blisko Kiejdan, Bernhard oddałby wszystko, żeby choć odrobinę tę podróż przedłużyć. Już następnego dnia na wieczór mieli znaleźć się na miejscu, w poselstwie do Janusza Radziwiłła, nowego sojusznika i poddanego Karola X Gustawa, a jednocześnie zdrajcy narodu polskiego. Bernhard wiedział to wszystko, w przeciwieństwie do Cecylii – im dłużej jednak przebywał w jej towarzystwie, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że nie może pozwolić na to, by jego towarzyszka weszła do Kiejdan nie znając wcale sytuacji – na to była zbyt porywcza i impulsywna, mogłaby zrobić coś, co ściągnie na nich nie tylko niepotrzebną uwagę, ale i gniew, na przykład żołnierzy, albo nie daj Bóg samego hetmana. Bo Cecylia naprawdę była zdolna do tego, by nawet na człowieku jego pokroju poużywać sobie jak na łysej kobyle, kiedy dowie się o jego zdradzie.
Bernhard powiedziałby z całą pewnością, że czego jak czego, ale zdrady Cecylia by nigdy nie wybaczyła. Ciężko jednak zastanawiał się, jak zareaguje na wieść, że i jej ukochany Litwin okazał się zdrajcą – takie sprawy nie są łatwe, bo z jednej strony kieruje człowiekiem uczucie gorące i ślepe, a z drugiej trzeba się zastanowić, czy ktoś taki nie okazał się przypadkiem całkiem inną osobą, niż tą, którą się kochało. Bo czy w wyobrażeniu Cecylii Toris mógłby zdradzić? Bernhard wcale go nie znał, ani nie siedział w Cecylii głowie, ale dałby sobie uciąć rękę, że Łukasiewiczównie nawet przez myśl by to nie przeszło. I Oxenstierna wiedział, że powinien był jej o tym powiedzieć, żeby nie była zdziwiona i nie zareagowała w trudny do przewidzenia sposób, który mógłby nie tylko jej samej, ale przy okazji i jemu ściągnąć kłopoty na głowę. Tylko w jaki sposób miał jej coś takiego powiedzieć? „Ładna dziś pogoda, Cecylio, nie sądzisz? A swoją drogą, czy wspominałem ci już, że twój kochany narzeczony jest zdrajcą ojczyzny i sprzedał nam wasz kraj? Nie? Och, wybacz, jakoś wyleciało mi z głowy!” Nic mniej idiotycznego zwyczajnie nie przychodziło mu do głowy. Bo co, tak ni stąd ni zowąd miał zacząć wykład o układzie w Kiejdanach? O układzie, o którym, należy dodać, wcześniej nie zgodził się udzielić jej jakichkolwiek informacji? Bo naturalnie list, który Cecylia znalazła w Warszawie dotyczył właśnie tego układu. I widniało na nim jak wół nazwisko Laurinaitis.
Bernhard tak długo rozmyślał nad problemem, że – jak to często bywało – w końcu rozwiązał się on sam. To znaczy, Cecylia zadała w końcu pytanie, które w łatwy sposób mogło pozwolić mu na nawiązanie do wydarzeń w Kiejdanach. Pozostawał jednak kolejny problem: jak wytłumaczyć jej, czemu nie powiedział jej o zdradzie narzeczonego, mimo że wiedział o niej jeszcze kiedy przebywał w jej domu? Postanowił jednak powiedzieć jej prawdę i nie zasłaniać się niczym – nie mówi się o takich rzeczach od tak i Cecylia powinna to zrozumieć. Bernhard w końcu miał ją za mądrą i rozsądną kobietę, jak impulsywna i narwana momentami by nie była.
-Słuchaj, tak w ogóle, to od jakiegoś czasu widzę tu więcej Szwedów niż pod Warszawą na przykład – zaczęła pewnego wieczora Cecylia.
Siedzieli w karczmie, przy wciśniętym w kąt izby stole, więc choć minimum prywatności mieli zapewnione. Roiło się też, rzeczywiście, w owej gospodzie od Szwedów. Siedzący gdzieniegdzie Litwini wyglądali raczej na dość swobodnie czujących się w tym szwedzkim towarzystwie – do tej pory nie było to tak widoczne, bowiem w gospodach czy domach, w jakich się zatrzymywali byli przyjmowani albo z ochotą (głównie gospody, całkiem przejęte przez Szwedów) albo ze strachem (wtedy jednak przydawało się to, że Cecylia była kobietą i Polką – wśród przeciętnych, litewskich chłopów wzbudzała zaufanie, w przeciwieństwie do takiego gbura, jakim był Bernhard).
-Bo po co mają siedzieć na całym Mazowszu, jak zajęli Warszawę? – odpowiedział jej pytaniem, czując właściwie, że to co wypływa z jego ust to tylko jakiś bełkot, jakby sam nie do końca miał pojęcie o czym mówi. Bo tak też i było. – Mój brat siedzi na stołku na zamku i tam pilnuje porządku. Ja się nie znam, ale ich pewnie reszta Mazowsza nie obchodzi.
-No to dlaczego są tu? – dopytywała się Cecylia, a Bernhard mógł tylko przewrócić oczami. –Przecież ja widzę, że was wcale podbite ziemie nie obchodzą. Słyszałeś co powiedziałam temu twojemu królowi od siedmiu boleści tam, w Warszawie. – Bernhard zanotował sobie w myślach, żeby zmyć jej głowę o obrażanie ludzi na wysokich stanowiskach. I akurat co jak co, Karol Gustaw może nie był najlepszym człowiekiem, ale królem był wspaniałym. – Bo wiesz, ja nie wiem, właściwie, jaki był wasz plan, ale podejrzewam, że chcieliście uderzyć od morza i od Inflant, prawda?
-Mnie nie pytaj. – Bernhard wzruszył ramionami. – Ja nie mam o tym pojęcia. Czy ja ci wyglądam na żołnierza?
-No – mruknęła Cecylia, uśmiechając się do niego. – I to takiego, że ja pewno bym uciekała w popłochu, jakbym cię spotkała w innych okolicznościach.
-Po pierwsze, to żołnierz ze mnie taki jak i z ciebie. I prawda jest taka, że chyba nawet ty byś była lepszym żołnierzem, ja się do tego kompletnie nie nadaję – rzekł jej na to Bernhard. Wieczory ciągle jeszcze były chłodne, a że finansowo wyrobili się całkiem przyzwoicie przez te kilkanaście dni wędrówki, to pozwolili sobie na urozmaicenie wieczoru w postaci grzanego wina – tanie nie było, ale według rachunków, jakie Bernhard poczynił, spokojnie mogli sobie na kufel pozwolić. No i Bernhard skończył jak skończył, z co raz bardziej rozwiązanym językiem. – A po drugie to ty? Uciekająca przed kimś w popłochu? Chciałbym to zobaczyć.
-Och, ja nie jestem znowu taka nieustraszona! – zaśmiała się Cecylia. –Mówię ci, przed tobą trzęsłabym portkami jak nie wiem.
-Nie wiem, czy to dobry znak, jeśli nawet Karola Gustawa się nie bałaś – mruknął i uśmiechnął się trochę.
-Och, Berciu, ty się robisz nawet jakiś taki przyjemniejszy w obyciu, jak się trochę napijesz, wiesz? – rzuciła, i sama pociągnęła łyk wina.
-I odważniejszy – zauważył. – Wiesz, jakie głupoty potrafię gadać, kiedy jestem pijany? A najgorsze, że mówię samą prawdę.
-Tak mówisz? – zapytała wesoło Łukasiewiczówna. – To może być ciekawy wieczór, w takim razie!
Och, bardzo ciekawy, pomyślał Bernhard, przyglądając się co raz bardziej zaróżowionej na twarzy i ewidentnie pijanej Cecylii.
-Nie będę cię zanosił do pokoju, jak się upijesz – ostrzegł ją, unosząc jasną brew.
-Będziesz, będziesz – powiedziała mu na to. – No przecież byś mnie tu z nimi nie zostawił, prawda? – wskazała skinieniem głowy na plączących się dookoła szwedzkich żołdaków. - Mogłoby mi się przytrafić coś gorszego niż tylko głupie naśmiewanie się ze mnie ubijającej masło…
Bernhard zamrugał, zaskoczony.
-Co? – zmarszczył brwi. – A co ma do tego wszystkiego ubijanie masła? Chyba przestałem cię zupełnie pojmować.
-Och, do tego nic, ale chodzi mi tylko o to, że właściwie jak do tej pory, to nikt mi się nigdy w życiu nie naprzykrzał, tylko raz paru żołdaków rzuciło mi trochę… cóż, niestosownych uwag, kiedy ubijałam masło…
-No dobrze, ale co ma masło do jakichś tego rodzaju zaczepek? – zapytał Oxenstierna czując, że teraz to już absolutnie nic z tego nie rozumie.
Cecylia spojrzała na niego co najmniej jak na ostatniego idiotę.
-Szwedku, czy ty widziałeś kiedyś jak się ubija masło? – zapytała go całkiem poważnie, spoglądając na niego z najwyższą konsternacją. Bernhard przewrócił na to oczami.
-Oczywiście, że widzia… - Zamilkł nagle, bo kiedy wyobraził sobie Cecylię, jak klęczy przed maselnicą i to nieszczęsne masło ubija, zrozumiał nagle w czym tkwił szkopuł. Niemalże czuł, jak na policzki wkrada mu się zdradliwy rumieniec; musiał odwrócić wzrok, musiał, nie mógł na nią w tej chwili patrzeć, nie po tym, jak właśnie sobie ją wyobraził w tak, jego zdaniem, niegodny sposób. A Cecylia zaśmiała się głośno i perliście, widząc jego wyraźne zakłopotanie. Szturchnęła go w ramię, a on jeszcze bardziej się przez to zacietrzewił.
-No przestań, rumienisz się jak dziewica! – poklepała go po ramieniu, nie przestając chichotać. – Kto by pomyślał, taki stary koń, a taki cnotliwy…
-Szkoda, że o tobie najwyraźniej nie można tego powiedzieć – burknął jej w odpowiedzi, nadal unikając jej wzroku. Nie chodziło mu już nawet o to, że nie powinien myśleć o niej w taki sposób – cóż, to jej wina, że wyobraził sobie to, co wyobraził. Nie, największe wyrzuty sumienia miał dlatego, że mu się ta wizja szalenie podobała, i to było powodem tego, że nie mógł jej teraz spojrzeć w oczy. Po prostu nie. Gdzieś w jego umyśle tkwił jakiś dziwny, nieuzasadniony lęk przed tym, że Cecylia wyczyta mu to wszystko z twarzy.
-Nie, bo ja nie jestem stara – rzuciła i uśmiechnęła się zadziornie. Bernhard, widząc że wcale nie zanosi się na to, żeby Cecylia jakkolwiek drążyła temat, rozluźnił się trochę i w końcu na nią spojrzał.
-Cóż, dwadzieścia dwa lata to nie tak mało… - mruknął i uśmiechnął się. – Właściwie, to chyba jeszcze niedawno niektórzy nazwaliby cię starą panną, prawda?
-Przypomnę ci tylko, mądralo, że już nią z całą pewnością nie jestem – odcięła się. – Więc, wracając do tematu, musisz się zachować jak na mężczyznę przystało i zadbać, by twojej pani nic się złego nie przydarzyło. Nie mam racji? Nie odpowiadaj, wiem, że mam.
-Cecylio, czasem naprawdę potrafisz działać ludziom na nerwy. – Bernhard przewrócił oczami, a Łukasiewiczówna zachichotała.
-Och tak – powiedziała. – Szczególnie Szwedom na wysokich stanowiskach. Chyba tylko twoich braci jeszcze nie doprowadziłam do szału. A jeśli chodzi o moje największe osiągnięcia w tej dziedzinie…
-Posłuchaj, jeśli pijesz do dyskusji z królem…
-Tak, tak, wiem – przerwała mu. – Już o tym rozmawialiśmy. „Nie obrażaj ludzi, którzy mogą cię zgnieść!” – przedrzeźniała go. – „Nie wiesz, co sobie na głowę ściągniesz!”
-To nie jest zabawne.
-No, cóż, wtedy na pewno nie było mi do śmiechu. – Cecylia pokiwała głową.
-Miałem na myśli, że jeśli nie zaczniesz trzymać języka za zębami i jeszcze, nie daj Bóg, kiedyś spotkasz albo króla, albo Wittenberga, to tym razem bez szwanku z tego nie wyjdziesz. – Bernhard aż zatrząsnął się na myśl o tym, co Bengt najpewniej musiał znosić, kiedy Wittenberg dowiedział się o ucieczce Cecylii. Bo, tego Oxenstierna był pewien, domyślił się natychmiast, że to Bernhard ją ze sobą zabrał. Bengt nie da wejść sobie na głowę, więc o niego Bernhard był spokojny, gubernator na pewno nie pozwoli też, żeby jego młodszy brat poniósł jakieś wybitnie dotkliwe konsekwencje tego czynu, ale był też pewien, że Wittenberg ich obojga rozszarpie, kiedy któreś wpadnie mu w łapy. – I przy okazji ja dostanę przez ciebie po łbie. O ile feldmarszałek nie zdecyduje się przegryźć mi tętnicy.
Cecylia zaśmiała się wesoło.
-To nie jest śmieszne – powtórzył raz jeszcze Szwed. – On mnie za to zamorduje.
-Później będziemy się tym martwić. – Cecylia uśmiechnęła się do niego już nie wesoło i odrobinę złośliwie, ale szczerze i serdecznie. Odpowiedział jej właściwą sobie krzywą imitacją uśmiechu. – No dobrze, ale powiedz mi, bo właściwie nawet wcześniej nie spytałam: dlaczego jedziemy do Kiejdan?
-Bo mnie tam wysłali. – Wzruszył ramionami.
-No Berciu! – zirytowała się. – Jesteś kurierem, tak? Do kogo masz przesyłkę? Pewnie do Radziwiłła, hm? Co, jakaś propozycja ugody, czy co?
Bernhard przewrócił oczami.
-Myślisz, że wiem, co jest w listach, które wiozę? – zapytał, unosząc brew. – I nie, nie dla Radziwiłła. Mam to przekazać Magnusowi de la Gardie.
Oxenstierna spodziewał się pytania z gatunku „A kto to jest, ten de la Gardie?”, ale po raz kolejny grubo się przeliczył. Cecylia zmarszczyła brwi i spojrzała na niego podejrzliwie.
-A co De la Gardie robi w Kiejdanach? – zapytała go. – To znaczy, wiem, że miał uderzyć przez Inflanty. No nie patrz tak, wiem. Tylko, że skoro miał uderzyć, to dlaczego siedzi w Kiejdanach, co? I dlaczego plącze się tu tylu Szwedów?
Bernhardowi uśmiech już całkiem spłynął z twarzy. Czuł się jak skończony idiota. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie myślał jakoś wybitnie szybko i bystro, ale jakoś zawsze zapominał o fakcie, że Cecylia zdecydowanie tego problemu nie miała. Najgorsze, że kiedy był pijany myślał jeszcze wolniej niż normalnie. A rozmowa zapowiadała się poważna, bo nie zamierzał się wykręcać od powiedzenia jej prawdy.
-Litwa się poddała – powiedział jej więc z prostotą, szykując się na wybuch. Ale się go nie doczekał.
-To już zdążyłam zauważyć, wiesz? – prychnęła. – Pomorze też się poddało, no i co? Nikt się tam nie zatrzymał dłużej niż kilka dni. Znaczy wiesz, ja rozumiem, że pewnie zajęliście Kiejdany, ale skoro tak, to dlaczego Litwini są tu tak spokojni? Teoretycznie powinna trwać okupacja, a na to nie wygląda. Coś jest mocno nie tak. Powiesz mi co się dzieje?
-Tak – zaczął Bernhard i wziął głęboki oddech. Teraz albo nigdy. – Nie ma żadnej okupacji. Podpisano układ.
Cecylia zamrugała zdziwiona.
-Jaki układ? – zapytała. – Ja niczego nie podpisywałam. Twój kuzyn zapytał mnie tylko, czy zamierzam stawiać opór. Wiedział, pies jeden, że nie…
Chryste, pomyślał Bernhard, będę musiał powiedzieć jej wszystko.
-Janusz i Bogusław Radziwiłłowie – zaczął, z trudem wymawiając ich nazwiska – poddali Litwę Karolowi Gustawowi. Ale jeszcze ponad tysiąc szlachciców podpisało ten układ, wypowiadając służbę waszemu królowi.
-Słucham? – zapytała, a Bernhard modlił się w duchu, by nie zaczęła krzyczeć. – Co za sprzedawczyki, psubraty, jak oni… Ach! – Na szczęście złorzeczyła tylko pod nosem. Bernhard odetchnął z ulgą. – Ale to znaczy, że cieszyłam się na darmo. Torisa w takim razie nie ma w Kiejdanach.
I to było najgorsze.
-Obawiam się, że jest – bąknął Bernhard po długiej, niezręcznej chwili. Nie miał odwagi na nią spojrzeć. A Cecylia milczała.
-Jako zakładnik, prawda? – zapytała nieswoim głosem. I wtedy dopiero Bernhard na nią spojrzał. Broda jej drżała, a w jej oczach dostrzegł cień nadziei. Wolała, by był zakładnikiem, niż zdrajcą. Bernhard mógł się tego spodziewać.
-Nie – powiedział cicho. – Cecylio, on też podpisał układ – dodał, wzdychając głęboko.
-Nie – powiedziała, kręcąc głową. Spoglądała na niego błagalnie, jakby czekając na zaprzeczenie. – Nie podpisał.
-Podpisał – powtórzył Bernhard. Cecylia zacisnęła spoczywające do tej pory na stole dłonie w pięści. Zagryzła usta. – Cecylio, on jest bezpieczny. Nie okłamałem cię. Ale nie służy już twojemu królowi.
-Nieprawda – szepnęła drżącym tonem. Spoglądała na niego z takim wyrzutem w oczach, że Bernhard poczuł się jeszcze gorzej, jakby to on wyrządził jej krzywdę.
-Cecylio, kiedy jeszcze byłem w twoim domu… - zawahał się przez chwilę. – Kiedy byłem w twoim domu, a ty pojechałaś do Ragnara, wtedy Toris się przede mną wygadał. Nie zwróciłaś uwagi, że nie pojechał wtedy na Śląsk, prawda? Pojechał w stronę Warszawy. Do Karola Gustawa.
-Nie – powiedziała trochę głośniej, a w jej tonie co raz wyraźniej brzmiała desperacja.
-On mi to powiedział – dodał Bernhard, czując się bardziej winnym niż kiedykolwiek. A przecież to nie on zawinił.
-Kłamiesz – wydusiła z siebie Cecylia, oddychając szybko i niespokojnie. Wydawała się Bernhardowi niebezpiecznie bliska płaczu.
-Nie, Cecylio – zaczął szybko, spanikowanym tonem. – Nie okłamałbym cię, nie w taki sposób, posłuchaj mnie…
-Dlaczego tak mówisz? – zapytała, a oczy zaczęły jej się szklić. Jedno nierozważne słowo i Cecylia wybuchnie, tego Szwed był pewien. – Dlaczego tak o nim mówisz?
-Mówię ci prawdę – rzekł i złapał ją za rękę. Chciał ją jakoś pocieszyć, choćby w taki sposób, ale to był właśnie ten fałszywy krok, którego za wszelką cenę nie chciał popełnić. Szybkim, gwałtownym ruchem wyrwała dłoń z jego uścisku. – Cecylio…
-Przestań – wycedziła, wstając gwałtownie, czym przyciągnęła spojrzenia kilku osób siedzących w karczmie. Bernhard nie wiedział, co robić. – Jak możesz? – zapytała go jeszcze zanim odwróciła się na pięcie i szybkim, nerwowym krokiem ruszyła schodami na piętro, najwyraźniej do pokoju.
-Cecylio, zaczekaj… - wymamrotał jeszcze i sam wstał, uderzywszy niechcący w stół, czym zwrócił na siebie uwagę chyba już wszystkich obecnych. – Cecylio! – Nie obchodziło go już, jak wielu ludzi na niego patrzy, chciał tylko ją zatrzymać. Zignorowała go, więc ruszył za nią.
Drzwi pokoju zatrzasnęła mu przed nosem. Bernhard stał przez chwilę przed nimi, oddychając głęboko, by trochę się uspokoić. Złość i poczucie winy walczyły w nim zaciekle i Szwed sam już nie wiedział, czy bardziej miał ochotę się przed nią wytłumaczyć i przeprosić, czy po prostu nią potrząsnąć. W końcu nacisnął klamkę i wszedł, starannie zamykając za sobą drzwi.
Łukasiewiczówna siedziała na łóżku, plecami do niego, ze wzrokiem wbitym w sufit. Bernhard wahał się jeszcze chwilę, ale w końcu podszedł do niej i oparł się o ścianę. Skrzyżował ręce na piersiach i spojrzał na nią surowo.
-Nie zachowuj się jak dziecko – burknął na nią. Złość zaczynała brać górę.
-Więc przestać mówić takie rzeczy – warknęła w odpowiedzi. – Nie wierzę ci, rozumiesz? Nie wierzę. Dlaczego to robisz? Co ty chcesz osiągnąć?
Bernhard nie bardzo wiedział, co odrzec. Co chciał osiągnąć? Nic, chciał powiedzieć prawdę. A ona brała go za kłamcę.
-Chciałabyś dowiedzieć się prawdy już tam, w Kiejdanach? – zapytał ją ostro. – No powiedz mi, wolałabyś zobaczyć to na własne oczy, spodziewając się czegoś całkiem innego czy dowiedzieć się ode mnie?
-Nie wierzę ci.
-Czy ja cię kiedykolwiek okłamałem? – zapytał ją co raz bardziej rozgniewanym tonem. – Czy kiedykolwiek zrobiłem ci krzywdę? Dałem ci powód, żeby mi nie ufać?
-Samo to, że jesteś Szwedem, powinno być wystarczającym powodem! – odparła mu na to głośnym, histerycznym tonem. – Wszystko mi odbierzecie, wszystko! Najpierw zabraliście mi dom, później twój brat… A teraz jeszcze ty chcesz mi zabrać Torisa! Nie mów o nim takich rzeczy, Toris to jest dobry człowiek, a ty nic o nim nie wiesz, kompletnie nic! On by tego nie zrobił! – Cecylia rozpłakała się już na dobre. – On by nigdy… On nie jest zdrajcą…
Bernhard jeszcze nigdy nie był tak zły. I zdruzgotany. Jak mogła oskarżać go o takie rzeczy? Jak mogła tak go oceniać? Czy nie byli sobie tak bliscy przez tyle czasu, przez całą tę podróż? Czy nie powiedziała mu, że było jej z nim dobrze? Czy nie widziała tego, że i jego bolał fakt, że była teraz żoną jego brata? Jak mogła być tak ślepa, tak zapatrzona w czubek własnego nosa?
Nie było mu jej żal. No, gdzieś w środku było, i to bardzo, ale w tamtej chwili złość nie pozwalała współczuciu wydostać się na zewnątrz. W tej chwili był na nią wściekły jak jeszcze nigdy i naprawdę nie mógł doczekać się momentu, kiedy Cecylia w końcu na własne oczy zobaczy, że Toris jednak jest zdrajcą. Och, będzie wtedy rozpaczała, to wiedział, będzie też pewnie wściekła, ale wtedy on przy niej będzie, on, Bernhard, a nie ten tchórzliwy Litwin, ani nawet nie jego brat, a jej mąż (ta świadomość ciągle Bernharda bolała). Wtedy Cecylia go doceni. Przynajmniej taką miał nadzieję.
Oxenstierna nie powiedział już nic. Złapał leżącą na krześle pelerynę i rozłożył ją na podłodze. Z łóżka zabrał poduszkę i, starając się ignorować szlochającą Cecylię, położył się na ziemi, nakrywając się swoim kaftanem.
Jej płacz jeszcze długo był słyszalny, ale kiedy się uspokoiła, i tak nie mogła zasnąć. Podobnie jak Bernhard. Z czasem złość minęła i wtedy dopiero naprawdę zaczęło mu być jej szkoda. Bo przecież jak się musiała czuć? Przyjaciel oskarża jej narzeczonego o zdradę, kilka tygodni wcześniej została zmuszona do małżeństwa z jego bratem i Bernhard był pewien, że Cecylia już obmyśla plan jak to małżeństwo, mimo umowy z Bengtem, unieważnić. I on też chętnie by je unieważnił, gdyby tylko mógł. Toris już sam wykopał sobie grób, jeżeli chodzi o względy Cecylii, a Bengta nie chciała, zresztą Bengt jej też, jemu było wszystko jedno, czy ożenił się z nią, czy z jakąkolwiek inną, nieznaną mu kobietą. Ta sytuacja była zbyt skomplikowana, a przecież to tylko jego prywatne problemy – kłopoty związane z przeprawą przez obcy kraj i wszystkimi tymi wojennymi sprawami wcale niczego nie ułatwiały.
Bernhard tak się cieszył, że będzie ją miał dla siebie, taki był szczęśliwy, gdy przez kilka ostatnich nocy Cecylia spała w jego ramionach, narobił sobie takich nadziei, że w końcu coś musiało się stać. I rzeczywiście, takie słowa, jakie dziś padły z jej ust zabolały go bardziej, niż przypuszczał, że mogłyby.
Nie mógł usnąć. Wiercił się w posłaniu do samego rana, podobnie zresztą jak Cecylia. Ani ona, ani on nie odezwali się jednak ani słowem. Oboje wiedzieli, że już najbliższego wieczora wszystko będzie jasne, nie było sensu dalej się kłócić i wzajemnie oskarżać.

16 komentarzy:

  1. Dziewczyno, szybko wstawiaj następny rozdział, bo już po prostu nie mogę! Muszę wiedzieć, co było dalej i to w trybie natychmiastowym! :)
    Świetnie piszesz i nie mogę doczekać się kontynuacji tego opowiadania :)
    Życzę dużo weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokoooojnie, dopiero co dodałam :p ale w przeciągu dwóch tygodni dodam :) nie mogę za często bo mam ograniczoną ilość gotowców, a wręcz ujemną ilość wolnego czasu, także przypuszczam że do sierpnia niewiele dopisze, także to co mam musi mi starczyć :) i raczej starczy, jeśli będę dodawała raz na miesiąc :)
      ALE ZAWSZE JESTEM GOTOWA WALNAĆ SPOJLER JEŻELI SOBIE ŻYCZYSZ :D
      Dziękuję pięknie za komentarz :D

      Usuń
    2. Spokoooojnie, dopiero co dodałam :p ale w przeciągu dwóch tygodni dodam :) nie mogę za często bo mam ograniczoną ilość gotowców, a wręcz ujemną ilość wolnego czasu, także przypuszczam że do sierpnia niewiele dopisze, także to co mam musi mi starczyć :) i raczej starczy, jeśli będę dodawała raz na miesiąc :)
      ALE ZAWSZE JESTEM GOTOWA WALNAĆ SPOJLER JEŻELI SOBIE ŻYCZYSZ :D
      Dziękuję pięknie za komentarz :D

      Usuń
  2. Wolę poczekać, niż przeczytać spojler i potem cierpieć :D
    Już tak parę razy zrobiłam i nie wyszło to za dobrze mojej głowie ;)
    Powodzenia z pisaniem i odpoczywaj dużo, bo nam się jeszcze przejedziesz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sobie zawsze spojluję, jeśli mogę, i zawsze żałuję XD
      Odpoczne sobie chyba dopiero w święta, jeśli w ogóle :c fizyki się zachciało </3 a mówili że będzie trudno :cccc
      Dzięki piękne :)

      Usuń
    2. Z racji tego że zbytnio nie miałam kiedy ci odpisać D: Przepraszam [*]. I ogólnie na dłuższe wypowiedzi nie mam zbytnio jak zorganizować sobie tego wszystkiego. To mam pytanie. Czy ty jesteś szczęśliwą posiadaczką Skype'a ? <3

      Usuń
    3. Nie no spoko, nie martw się, ja też tu umieram na nadmiar roboty i płaczę nad programem na metody numeryczne ;____; także no problemo, I feel you ;_;
      A jestem, ale nie pamiętam niestety swojej nazwy, wiec jak chcesz żebym Cię dodała czy coś to podrzuć mi tu swoją :D

      Usuń
    4. A mam jeszcze słuchaj taką zjebaną babę od historii. Drugiej takiej nie znajdziesz. Ona jest kurde wszystkim. To komunista - Żydofil który jest prO aborcjowym, każdy z każdym- ykiem, i która uważa że zabijanie zwierzątek jest be dla znęcania sobie kurczaka, ale już zabijanie dzieci jest spoko. Więc generalnie mam wesoło na lekcjach. (a jeszcze mnie nienawidzi) xP
      I daje mi po prostu tony zadań (2 klasa LO) które są malowankami, kolorowankami, narysuj sejm i tak dalej. Marnują czas i G wnoszą

      Mój nick:
      last.day999

      Usuń
    5. Gdzie kurwa nocia, ty chory pojebie? XD

      Usuń
  3. ''Jak się nie wywiążę, to proszę mnie śmiało pogonić'' Więc poganiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież dostałaś XD

      Usuń
    2. Chyba ze to nie Ty, LastDay, to będzie na pewno przed świętami :)

      Usuń
    3. Ej no właśnie ja nie wiem czy pisze do mnie jedna osoba czy nie, help, powiedz mi kim jesteś :c

      Usuń
    4. BIJĘ SIĘ W PIERŚ, wzięłam Cię, Anonimie, za kogoś innego, sorki :< No to teraz jak już wiem, że to nie Tobie posłałam nowy rozdział, to mówię oficjalnie, że dodam przed 21 grudnia :)

      Usuń
    5. Właśnie miałam napisać, że nie jestem LastDay :> A co do rozdziału to czekam na niego z niecierpliwością i mam nadzieję że się doczekam :>

      Usuń
    6. Na pewno, może w niedzielę, zależnie jak się wyrobię z pieczeniem pierniczków :D ale nie później niż 21 bo mnie wywalą z katalogu a nie chce mi się znowu zgłaszać :p ale bardzo mi miło że ktoś się interesuje na tyle żeby mnie pogonić <3

      Usuń