środa, 21 września 2016

Rozdział XVII

Tydzień spóźniony, ale jest, bierzcie i czytajcie go wszyscy :>






Trwało to kilka dni.
Cecylia, jako nakazał najjaśniejszy pan Karol Gustaw, została zamknięta w jednej z cel mieszczących się w zamkowych lochach. Dopiero wtedy zaczęła odczuwać niewygody i prawdziwy problem bycia więźniem. I tak miała wiele szczęścia, bo choć Bengt Oxenstierna musiał bez mruknięcia wykonywać rozkazy króla, to przynajmniej stosował się do nich bardzo dosłownie – Karol Gustaw  kazał wtrącić Cecylię do celi? Tak Bengt zrobił. Ale o skuwaniu jej w łańcuchy nie wspomniał już ani słowem, tak więc hrabia Oxenstierna, kiedy żołnierze chcieli to uczynić, spojrzał na nich tak morderczym i lodowatym wzrokiem, pytając: „Czy wspominałem coś o łańcuchach?”, że potulnie zostawili Cecylię w spokoju. Tak czy inaczej jednak była zamknięta, a to trochę komplikowało plany Bernharda, on jednak tak czy inaczej się nie poddawał – potrzebował jedynie trochę więcej czasu. Liczył zresztą na to, że posiedzi tam nie dłużej niż dzień-dwa. Karol Gustaw powiedział „kilka dni”, a dwa to już przecież kilka. I Bernhard nie wątpił w to, że i jego starszy brat tak właśnie do owego tematu podejdzie.
Nie było mu wolno odwiedzać Cecylii tak często, jak oboje by sobie tego życzyli, jednak Bengt mógł to robić właściwie w nieograniczonych ilościach, obiecał więc Bernhardowi, że co wieczór zajrzy do niej zobaczyć, czy jest cała i czy nie daj Bóg ktoś jej nie zrobił krzywdy. I okazało się, że rzeczywiście całkiem dobrze, że to robił, bo choć może nikt nie śmiał Cecylii skrzywdzić wiedząc, że grozi to popadnięciem w niełaskę u gubernatora, to jednak niektórzy naigrywali się z niej śmiertelnie i odmawiali wszelkim jej, najmniejszym nawet prośbom. No i pozostawało również faktem, że nie każdy jeszcze wiedział, kim Cecylia jest, a co za tym idzie, czym grozi uprzykrzanie jej życia.
Łukasiewiczównę wtrącono do zimnej, mokrej celi, do której przez niewielkie, umieszczone pod sufitem okienko wpadała odrobina padającego ostatnio bez przerwy śniegu. Dostała stary, zniszczony koc, a oprócz tego tylko to, co miała na sobie, czyli strój składający się z wełnianych pończoch, grubej, ciężkiej spódnicy, lnianej koszuli i prostego kontusika, logicznym i oczywistym więc było, że marzła straszliwie, szczególnie nocami. Za nic w świecie jednak nie chciała się nawet odezwać i poprosić o jeszcze jeden koc. Udało jej się wytrzymać jedną noc w niemiłosiernym mrozie i jeszcze cały następny dzień, kiedy w końcu pękła.
-Poproś ich o ten koc, dziecko – mówił do niej jeden z więźniów, siedzący w celi obok niej. Cecylia nawet nie pamiętała jego imienia. – To są dobrzy ludzie… - wymamrotał trochę bez przekonania. – Zlitują się na pewno… Miłościwi panowie Szwedzi…
Cecylii w głowie się nie mieściło, jak dał się złamać i ogłupić ten człowiek. Był tak zastraszony, że przez cały czas pilnował się, by nie tylko nie obrażać, ale wręcz chwalić każdego napotkanego po drodze Szweda, a jeśli akurat żadnych nie było, to cały naród i jego przywódcę, króla Karola X Gustawa. Cecylia tylko skrzywiła się na jego słowa niemiłosiernie.
-Przestań, waćpan, głupoty gadać! – ofuknęła go. – Miłościwi panowie, też mi coś – prychnęła. – Bodaj zdechli tu wszyscy, psubraty…
-Niechże panienka cicho będzie, chce waćpanna kłopotów? – zapytał ją, całkiem przerażony jej awanturniczą postawą. – Szwedzi przyjdą i panią na męki zabiorą, zobaczy waćpanna! A ja pani nie życzę, pani taka śliczna i miła, że szkoda, żeby się panią tak niecnie zajęli…
-Waćpan się nie martwi, mnie to gubernator po…lubił i zginąć mi nie da – powiedziała Cecylia, uznając że przyznawanie się głośno do małżeństwa z gubernatorem, w lochu pełnym więźniów byłoby co najmniej idiotycznym pomysłem. Pogratulowała sobie w myślach, że to zauważyła. – Ale koc to by, psia mać, mogli jednak przynieść…
-Jak panienka grzeczna i miła dla nich będzie, to na pewno przyniosą – zapewnił ją poddańczym tonem sąsiad. Cecylia westchnęła głośno.
Było jej bardzo szkoda tego człowieka. Wydawał jej się właściwie trochę niespełna rozumu, kiedy tak w kółko powtarzał komplementy i pochwały pod adresem całego narodu szwedzkiego, dodatkowo wypowiadane tak poddańczym i uległym tonem, że Cecylię aż to przeraziło. Co takiego musieli mu zrobić, że doprowadzili go do aż tak okropnego stanu?
-A za co waćpan siedzisz? – zapytała go Cecylia, zgrzytając zębami z zimna.
-Sprawiedliwie siedzę! – zapewnił ją zaraz głosem pełnym trwogi.
-No dobrze, ale za co?
-A bo ja to waćpannie wiem? – zapytał ją, wzruszywszy ramionami. – Ale jak miłościwy pan Wittenberg mnie zamknąć kazał, to na pewno słusznie. Taki mądry i sprawiedliwy jegomość to by niczego takiego bez powodu nie zrobił, ot co!
-Jakoś śmiem wątpić… - mruknęła Cecylia. – Jezu Chryste, co to się z tymi ludźmi porobiło… A będzie mi waćpan tłumaczył, jak będę ze Szwedem gadać? – zapytała jeszcze, bo wiedziała, że nie może przecież nawet przed byle strażnikiem ujawnić się, że umie mówić po szwedzku, wtedy jak nic wzięliby ją na spytki. Albo na męki, jak to mawiał jej zwariowany sąsiad.
-Będę, jeśli panienka sobie życzy.
-Będę wdzięczna.
Na takich mniej więcej pogawędkach z nim i innymi więźniami Cecylia spędzała zdecydowanie większość czasu, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo jej tu zimno.
Strażnicy przychodzili tylko dwa razy dziennie, zostawić kromkę chleba i kubek wody na śniadanie i na kolację. Cecylia zawsze mało jadła, zbyt była energiczna i żywiołowa by pamiętać o takich bzdurach jak jedzenie – po prostu nie miała na to czasu – dzięki temu teraz było jej choć odrobinę łatwiej przetrwać na tak cieniutkich racjach żywnościowych niż pozostałym więźniom, głównie urzędnikom, przyzwyczajonym do o niebo lepszego i bardziej sytego jedzenia, nie wspominając już o tym, że w większych ilościach. Ten nieszczęsny koc jednak był jej niezbędny, bo inaczej, tego była pewna, odmrozi sobie coś następnej nocy. A najgorsze, że przy tym wszystkim zaczynał jeszcze łapać ją kaszel. Nie mogła sobie pozwolić na kolejną taką noc, wiedziała o tym aż za dobrze. Postanowiła więc jednak schować dumę w kieszeń i poprosić Szwedów o przysługę.
Strażnik przychodził jeden, zwykle ten sam wyglądający na niezmiernie znudzonego życiem i w ogóle wszystkim dookoła dość młody człowiek, nie więcej niż dziesięć lat starszy od Cecylii. Manderströna, bo tak też się nazywał, kiedy był w dobrym humorze czasem trochę pożartował (z więźniami lub z więźniów, zależnie od nastroju), czasem podokuczał, czasem czepiał się niewiadomo czego, czasem chciał sobie po prostu kogoś obrazić (sądząc, że nikt nie rozumie, jednak Cecylia orientowała się już na tyle, że doskonale pojmowała, kiedy obrażał ją i współwięźniów), czasem bywał dość okrutny w tych swoich żartach i czepiał się całego narodu polskiego, a czasem po prostu zwyczajnie wszystkich ignorował. I dziś był właśnie był jeden z tych dni, kiedy Manderströny nie interesował nikt – przechodził tylko między celami i z obojętną miną podawał więźniom przydział żywności. Kiedy doszedł w końcu do Cecylii i podał jej kromkę chleba i kubek, niemal rozlewając całą jego zawartość na ziemię, Łukasiewiczówna zdecydowała się spróbować szczęścia.
-Eeee… Przepraszam, herr Manderströna? – zapytała trochę niepewnym tonem Cecylia, a żołnierz zwrócił na nią obojętne spojrzenie.
Herr Manderströna należał do tego rodzaju ludzi, którzy wyglądali po prostu jakoś. Był nijaki do bólu i twarzy takich jak jego po prostu zwyczajnie się nie pamiętało. Cecylia nie była pod tym względem wyjątkiem, za każdym razem, gdy go widziała była zaskoczona tym, jak pozbawiony jakiegokolwiek wyrazu był ten człowiek.
-Czego? – zapytał szorstko, zakładając ręce na biodra. Cecylię nagle ogarnęła złość, gdy tak na niego patrzyła – łosiowy kaftan opinał się na nim dość mocno, jakby był uszyty na nieco szczuplejszego mężczyznę. Dobrze wam się tu powodzi, co, psubraty?, pomyślała ze złością.
-Mogłabym mieć prośbę, wielmożny panie?
Cecylii takie epitety z trudem przechodziły przez gardło, zmuszała się jednak do używania ich, bo wiedziała, że Szwedzi tego właśnie oczekują. A, jak by nie patrzeć, teraz to ona czegoś od nich chciała.
Gdy sąsiad przetłumaczył jej słowa, Szwed tylko uniósł brwi i popatrzył na nią pytająco.
-Śnieg mi tu wieje, herr Manderströna – powiedziała mu. – Mogłabym dostać jeszcze jeden koc? Zamarznę tu inaczej kolejnej nocy. Bardzo waćpana proszę.
Manderströna, usłyszawszy jej pytanie, uniósł brwi jeszcze wyżej, a na jego twarzy pojawił się nieudolnie skrywany wyraz kpiny i politowania. Pokręcił głową i z cichym śmiechem na ustach, zupełnie bez słowa, odszedł zostawiwszy jeszcze po kawałku chleba i kubku wody dwóm ostatnim więźniom.
Drzwi trzasnęły za nim złowrogo i w lochu zapadła cisza.
-To chyba znaczyło „nie”, prawda? – zapytała Cecylia, wzdychając głośno. – No co za ludzie, bodaj ich diabli wzięli!
-Przyzwyczai się pani, pani Cecylio – rzekł ktoś z końca korytarza. - Myśmy tu też z zimna zdychali, ale jakoś się trzymamy. Z resztą, po panią ma goniec z okupem wkrótce przybyć, prawda?
-Prawda, prawda – odrzekła. – Ale kiedy to będzie, proszę waćpana, to ja pojęcia zielonego nie mam…
Wtem ciężkie, żelazne drzwi otworzyły się na nowo – głowy niemal wszystkich więźniów zwróciły się w stronę nowoprzybyłych. Bo było ich dwóch: Manderströna i człowiek, którego Cecylia poznała tylko dlatego, że był przeraźliwie rudy i przez to bardzo rzucał się w oczy. Zaskakująca była ta wizyta, ponieważ zwykle, gdy Manderströna już wychodził, do rana nikt więcej w lochu się nie pojawiał. No, chyba, że kogoś mieli brać na przesłuchanie, ale to raczej w ciągu dnia, bo komu by się chciało urządzać długie i męczące przesłuchania w środku nocy?
Szwargocąc między sobą, podeszli raźnym krokiem do celi Cecylii. Nie podobało jej się to, że Manderströna miał wyraźnie lepszy humor niż przed kilkoma chwilami. Oboje spoglądali na Łukasiewiczównę z taką kpiną i politowaniem, że aż przez moment zapragnęła sięgnąć przez kraty i zwyczajnie ich uderzyć. Było też w ich twarzach coś, co gdyby nie fakt, że klucze przechowywał sam gubernator Oxenstierna, kazałoby jej się bać dwóch przybyłych żołdaków. Wiedziała jednak, że dzielą ich kraty, więc jedyne, co jej mogą zrobić, to zacząć stroić sobie z niej żarty. A na to właśnie się zanosiło.
-Koc chciała, wywłoka – powiedział rudemu Manderstörna.
-I co żeś jej rzekł? – zapytał tamten.
-Nic – odparł Manderstörna. – Zupełnie nic. To co, popatrzymy, jak nam dziewczynka marznie, czy dobijamy targu i przynosimy jej ten koc?
-Zależy, co ma do zaoferowania – odrzekł tamten. – Bo ja jej koc mogę przynieść, ale nie za darmo.
Myśleli, że Cecylia nie rozumie, ale ona pojęła niemal każde słowo. Z trudem hamowała się przed daniem im do zrozumienia, że doskonale wie, o czym mówili. Jednocześnie zaczęła się porządnie niepokoić. Czego takiego mogliby od niej chcieć? Normalnie, sądząc po ich minach i tonie w jakim rozmawiali, przyszłoby jej do głowy, że zwyczajnie ostrzą sobie na nią kły, wiedziała jednak, że w zaistniałej sytuacji, gdy brak było klucza od celi, a ponadto wisiała nad nimi groźba gniewu gubernatora, takie rzeczy nie wchodziły w rachubę. Na całe szczęście. Cecylia jednego była pewna – gdyby nie to, że cieszyła się względami pana Bengta, to nie byłoby z nią tak dobrze. Obiecała sobie, że po wszystkim gorąco mu za to podziękuje.
-Ładna jesteś. Rozdziewaj się, waćpanna, to dostaniesz koc – powiedział jej bezczelnie Manderströna, a  rudy zaśmiał się po cichu. Cecylia aż zamrugała ze zdziwienia, mając nadzieję, że źle zrozumiała. Sąsiad zawahał się z tłumaczeniem, gdy jednak w końcu to zrobił (choć on użył delikatniejszego słownictwa) wiedziała już, że zrozumiała dobrze. Ciężko jej było stwierdzić, czy była bardziej wściekła, zawstydzona, czy zaskoczona.
-Słucham? – wyrwało jej się, a potem spojrzała na nich z niedowierzaniem.
-Rozdziewaj się, to dostaniesz koc – powtórzył Manderströna. – My sobie popatrzymy, a tobie będzie ciepło. I wszyscy będziemy radzi.
Pomylony sąsiad był co najmniej zakłopotany, musząc tłumaczyć tego rodzaju rozmowę. Cecylia wcale mu się nie dziwiła i może nawet powiedziałaby jakieś słowo na pociechę, jednak była zbyt zbita z tropu, by cokolwiek takiego zrobić.
-Chyba kpisz, ty zamorski psie – prychnęła głośno i skrzyżowała ręce na piersiach. Co za bezczelni, nieokrzesani, barbarzyńscy…
Przerwał im dźwięk otwierania ciężkich żelaznych drzwi wejściowych.
Jeśli Cecylia sądziła, że gorzej już być nie może, to grubo się pomyliła. Ciężkim, trochę powolnym krokiem bowiem do lochu wkroczył nie kto inny jak sam feldmarszałek Wittenberg. Cecylia sama nie wiedziała, co powinna zrobić – i co marszałek zrobi. Czy to on był w hierarchii wyżej niż Bengt Oxenstierna? Chyba nie, ale jeśli tak, to Cecylia znalazła się w poważnych tarapatach, wiedziała o tym dobrze. I jeśli ktoś mógłby ją z tego wyciągnąć, to tylko gubernator. Którego tu nie było, choć obiecał pojawić się wieczorem. Och, na Boga, pomyślała Cecylia, trzeba mi było się tak z tym kocem nie spieszyć, tylko poczekać na Bengta…
-Co tu się dzieje? – zagrzmiał Wittenberg, mierząc żołnierzy rozgniewanym spojrzeniem. Cecylia cieszyła się z tego, że jego gniew najwyraźniej miał ją ominąć.
-Herr generalfältmarskalk! – Obaj żołnierze zasalutowali przed Wittenbergiem. – Kontrola więźniów, wedle rozkazu!
-Czy ja nie wyraziłem się jasno? – zapytał Manderströnę Wittenberg. – Schodzicie dwa razy dziennie przynieść jedzenie i sprawdzić czy wszystko w porządku. Nie ma pogaduszek z więźniami. Czego nie rozumiecie?
-Ona nas zaczepiła. – Strażnik wskazał palcem na Cecylię. - Chciała dostać koc, herr generalfältmarskalk – dodał, nie rzuciwszy jej nawet spojrzenia.
-I coście jej powiedzieli? – zapytał ich marszałek, unosząc wysoko brwi. Cecylię z jednej strony trochę denerwowało, że rozmawiali tak, jakby jej wcale obok nie było, ale z drugiej strony nie miała się czemu dziwić – rozmawiali po szwedzku i byli przecież przekonani, że Cecylia ich nie rozumie. Dodatkowo oznaczało to brak kłopotów, a więcej Łukasiewiczównie nie było potrzeba do szczęścia.
Żołnierze milczeli, a Wittenberg zaczął się wyraźnie niecierpliwić.
-Ty – zwrócił się po niemiecku do pomyleńca. – Co te bałwany jej powiedziały?
On, wahając się długo i spoglądając niepewnie na Cecylię, powiedział mu w końcu z jaką propozycją żołnierze przyszli do Cecylii. Marszałek zamrugał, zaskoczony, później obrzucił zdziwionym spojrzeniem swoich dwóch żołnierzy, którzy teraz już ewidentnie trzęśli się ze strachu, by w końcu spojrzeć na Cecylię. Najpierw jego twarz była dla Cecylii całkiem pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu, by potem jego usta z wolna rozciągnęły się w chyba najbardziej triumfalnym i wyniosłym uśmiechu, jaki zdarzyło się Cecylii widzieć. I wtedy zrozumiała, że nie jest dobrze.
-To nie gospoda, dziewczyno – powiedział jej, a jego twarz przybrała wyraz najwyższego politowania. – Wygód się zachciewa, co?
Cecylia już na końcu języka miała dorodną wiązankę przekleństw, jaką z największą chęcią by marszałkowi zaserwowała, opanowała się jednak w porę, zanim jeszcze bardziej sobie zaszkodziła i nie odpowiedziała mu nic.
-Ale znaj moją litość – powiedział nagle Wittenberg, a Cecylia aż zamrugała zdziwiona. Czy on naprawdę zamierzał dać jej ten koc? Strażnicy i nieznany jej z imienia sąsiad najwyraźniej byli zdziwieni dokładnie tak samo, jak Cecylia. Na twarzy marszałka jednak ciągle malowało się to samo politowanie i kpina. Ten mężczyzna jej nienawidził i wcale się z tym nie krył. Cecylia właściwie mu się nie dziwiła, jeśli wierzył, że Bernhard rzeczywiście urządzał sobie z Cecylią schadzki za plecami wszystkich. Ona na miejscu Wittenberga pewnie też byłaby wściekła, wiedziała to dobrze. Nie przeszkadzało jej to jednak w odwzajemnianiu niechęci. – Słyszałaś ich. Nie ma nic za darmo. Jak chcesz koc, to do dzieła.
-Słucham? – wyrwało się Cecylii. Aż wytrzeszczyła oczy, nie wierząc w to, co usłyszała.
-Słyszałaś – powiedział jej tylko, spoglądając na nią z taką pogardą, że Cecylia musiała odwrócić wzrok. – Chyba już jesteś zaprawiona w boju, czyż nie? Albo może Bernharda powinienem zapytać? Albo Bengta? Z którym legasz częściej?
Ewidentnie prowokował ją do wybuchu, jednak ona zmusiła się do tego, żeby milczeć. Nie mogła jeszcze bardziej pogorszyć swojej sytuacji. I Bernharda przy okazji, bo temat znów niebezpiecznie do niego wrócił.
-I co tak stoisz? – kpił dalej, a Cecylia tylko zacisnęła zęby. – Wszyscy czekamy!
-Już mi ciepło – wycedziła, owijając się szczelniej dziurawym kocem. Odwróciła się na pięcie i usiadła w ciemnym i oddalonym od okienka kącie celi.
-Och, jeszcze jedna noc i chętnie znów poprosisz, zaufaj mi – rzekł jej na to przesłodzonym tonem, a Cecylia tylko wlepiła w niego pełne złości spojrzenie. – Ale cena będzie taka sama.
Ciężkie, żelazne drzwi znów się otworzyły, ale zrobiło się już ciemno i Cecylia nie za bardzo widziała, kto idzie. A gdy zobaczyła, Cecylii kamień spadł z serca, bo poznała w przybyszu Bengta Oxenstiernę. Miała też cichą nadzieję, że Wittenberg choć odrobinę od niego zbierze za to, jak ją potraktował, ale nie łudziła się zbytnio – kto by się tym przejmował, jeśli nic się nie stało?
-Herr Oxenstierna – Strażnicy i jemu zasalutowali, a on ruchem ręki dał im znać, by spoczęli.
Bengt naprawdę do złudzenia przypominał Cecylii Bernharda. Były momenty, w których łapała się na próbach zwrócenia się do niego niewłaściwym imieniem. Z drugiej jednak strony absolutnie nie wyobrażała sobie Bernharda z tak wielką charyzmą i pewnością siebie. Jej małżonek naprawdę robił wrażenie, nawet kiedy widziała go już któryś raz z kolei.
Gubernator zwichrzył ręką swoje krótkie, jasne włosy, strącając z nich śnieg. Potem otrzepał długą, podbitą futrem pelerynę i dopiero wtedy rozejrzał się po zgromadzonych.
-O czymś nie wiem? – zapytał, unosząc brwi.
-Ależ skąd, herr Oxenstierna! – zawołali jednocześnie strażnicy, a Bengt spojrzał na nich sceptycznie. Wittenberg z kolei wyglądał, jakby jedyne, czego w tej chwili pragnął, to swoich podwładnych zastrzelić.
Och, czyli co, jednak to pan Oxenstierna tu rządzi?, pomyślała Cecylia i nie mogła powstrzymać cisnącego jej się na usta koślawego uśmiechu.
- Ty  – zwrócił się sąsiada Cecylii gubernator, a więzień, chcąc nie chcąc, jeszcze raz opowiedział, co się wydarzyło, nie przemilczając przy tym podłego zachowania Arvida Wittenberga, który miał taki wyraz twarzy, jakby nie marzył o niczym innym, jak tylko zejść Oxenstiernie z oczu.
Bengt wysłuchał całej historii do końca z niewzruszoną miną, by w końcu przenieść pełen rezygnacji i nagany wzrok na feldmarszałka, który starał się robić dobrą minę do złej gry i przynajmniej wytrzymać spojrzenie gubernatora.
Bengt po chwili odwrócił się i spojrzał na Cecylię. Dziewczyna śmiało patrzyła mu w oczy, nie mogąc się nadziwić, że tak tęczówki jego, jak i Bernharda, mają tak cudownie intensywny i niespotykany odcień. Oxenstierna gestem ręki przywołał ją do krat, więc Cecylia, choć obolała i zmarznięta, zmusiła się, żeby wstać i podejść. I wtedy Bengt rozpiął swoją pelerynę i zdjął ją z siebie, by podać jej ją przez kraty. Cecylia spojrzała na niego niepewnie.
-Nie mogę… - powiedziała, ale on od razu jej przerwał.
-Bierz – rzekł szorstkim, ale na pewno nie nieprzyjaznym głosem.
Cecylia więc wzięła od niego płaszcz i natychmiast zarzuciła go sobie na ramiona i aż westchnęła z radości, gdy poczuła, jaki jest ciepły – w końcu ktoś przed chwilą miał go na sobie, zachował więc ciepło właściciela. Futro, jakim peleryna była podbita było miękkie i ciepłe, a sama była na tyle duża dla drobnej Cecylii, że spokojnie mogła jej posłużyć za koc.
-Dziękuję – powiedziała cicho, a Bengt tylko machnął ręką, na znak, że nie ma o czym mówić.
Odwrócił się za to do dwóch strażników i zmierzył ich dość krytycznym spojrzeniem.
-Jeśli pani nadal będzie zimno – powiedział po szwedzku – to grzecznie dacie jej koc. A jeśli to nie wystarczy, to i swoje własne płaszcze, jeśli będzie trzeba. Innym więźniom również. I nawet nie chcę więcej słyszeć o takich prostackich pomysłach. Pomijam już, że to się zwyczajnie nie godzi, ale czy pan Arvid wam nie powiedział, że pani Cecylia jest moją żoną? Niech ktoś jeszcze raz powie do niej coś takiego, a odbiorę to jako osobistą urazę. Zrozumiano?
-Tak jest, herr Oxenstierna – rzekli mu na to, zaciskając usta.
-Rozejść się.
Strażnicy oddalili się czym prędzej.
-Pan też nie jest mi potrzebny, panie Arvidzie – powiedział Bengt, nie zaszczyciwszy marszałka spojrzeniem, a Wittenberg milczał długą chwilę, mierząc Oxenstiernę nieprzyjaznym wzrokiem. W końcu jednak skinął głową i również odszedł, rzucając jeszcze Cecylii przez ramię jedno, ostatnie nienawistne spojrzenie.
-W porządku? – zapytał Cecylię Oxenstierna, spoglądając na nią uważnie.
-Tak, tak – odpowiedziała. – Tylko zimno okrutnie, ale to też już załatwiłeś. Dziękuję.
-Drobiazg – odparł jej na to. – Następnym razem nic się nie odzywaj, tylko poczekaj, aż przyjdę. Załatwimy to szybciej. Zresztą, dość tego, jutro cię stąd wyciągnę. Dla niepoznaki musze cię tu trochę potrzymać, wytrzymasz jeszcze jedną noc. Tylko zrób coś dla mnie, Cecylio. Nie prowokuj Wittenberga, nie wdawaj się z nim więcej w żadne dyskusje. Szkoda niepotrzebnie zaogniać tę całą sytuację. Bernhard obrywa po głowie na każdym kroku, a i mnie wcale nie jest lekko. A ty wcale nam nie pomagasz.
-Toć to przecie nie moja wina, że ten osioł nie przyjmuje do wiadomości tego, co się do niego mówi!
-Nie da się ukryć – Wzruszył ramionami i popatrzył na nią krytycznie. –Wittenberg już się tak zacietrzewił, że będzie cię gnębił przy każdej okazji. A ty dajesz mu do tego tylko więcej i więcej powodów. Cecylio, ciebie tu tylko na przeszpiegi wysłali, a ty tu taki chaos siejesz, że to się w głowie nie mieści – powiedział jej. – Wysłaliśmy list do twojego ojca. Zażądaliśmy okupu, poprosiłem o osobistą obecność, w miarę możliwości. Zakładam, że niedługo przyjedzie.
-Albo i nie – mruknęła pod nosem. Jakoś nie wierzyła, że ojciec rzeczywiście poświęci dla niej sprawy ojczyzny. Szybko odpędziła od siebie te myśli.
Bengt spojrzał na nią dziwnie, ale nie powiedział na to nic.
-Postaram się wyjaśnić mu sytuację.
-A oddacie mnie ojcu?
-Wiesz, że nie – powiedział jej cierpliwie. – Bernhard też kazał przekazać, żebyś się nic nie martwiła. – Cecylia spojrzała na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem. – Długo mnie przekonywał, żebym cię wyciągnął. Ja dla niepoznaki chciałem chociaż przez noc czy dwie cię tu przetrzymać, żeby mi nikt nie zarzucił, że się do rozkazów nie stosuję. Ale teraz Wittenberg dał mi pretekst. Bądź co bądź, jak mówiłem: nie masz się co martwić.
Cecylia uświadomiła sobie, że Bengt nie miał pojęcia o tym, co tak naprawdę znaczyły słowa Bernharda – a ona poczuła na nowo zbierający się w niej entuzjazm na myśl o tym, że jej Szwed jednak o niej nie zapomniał i że naprawdę zamierza jej pomóc w ucieczce.
-Podejdź na chwilę – zwrócił się do niej, a ona posłusznie wykonała polecenie. Bengt nachylił się do niej i rzekł jej po cichu, tak, by tylko ona to usłyszała: - Ostrożnie z tym płaszczem, żebyś nie potłukła butelki w kieszeni. Wódka na rozgrzanie to chyba dobry pomysł?
Cecylii usta same zaczęły się śmiać – rzeczywiście, w takiej zimnicy niewiele mogło być lepszych rzeczy.
-Pan jest aniołem, panie Oxenstierna! – powiedziała, łapiąc go za rękę. – Ja nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła!
Bengt, odrobinę zakłopotany, uśmiechnął się w odpowiedzi. Cóż, na pewno rozumiał jedno – wcale nie dziwił się ewidentnej słabości swojego brata do tej młodej kobiety. Powoli nabierał przekonania, że to ich całe dziwaczne małżeństwo może wcale nie być taką katastrofą, jak z początku sądził.

*

Bernhard miał plan, już z dawna przygotowany. Pierwszym problemem na drodze do zrealizowania go był fakt, że Cecylia była zamknięta w celi. Bernhard nie do końca wiedział co takiego się wydarzyło, w każdym razie Bengt się wściekł i zarządził wypuszczenie żony z więzienia. Jeden problem został zażegnany. Teraz tylko musiał czekać, aż dostanie przydział. I w końcu go dostał. Wiadomość dla Magnusa de la Gardie, trasa prosto do Kiejdan. Bengt zdziwił się nieco, że Bernhard poprosił o towarzystwo tylko jednego człowieka, dodatkowo zupełnie gubernatorowi nieznanemu z imienia, jednak kiedy jego młodszy brat wyjaśnił w czym rzecz („Nie chcę podróżować większą grupą, im mniej nas, tym lepiej. Dwójka wystarczy na warty na zmianę, gdy drugi będzie spał.”), zgodził się i wypisał pozwolenie na opuszczenie miasta dla Bernharda Oxenstierny i niejakiego Ӧrjana Falka, którego – gdyby zapytać – nie potrafiłby wskazać ani nikt z załogi Zamku, ani w ogóle nikt z całej armii szwedzkiej, chyba że jakimś dziwacznym zbiegiem okoliczności jakiś mężczyzna nazywał się dokładnie tak, jak przez najbliższe kilka godzin miała się nazywać Cecylia.
Bernhard musiał włożyć bardzo wiele pracy w to, żeby zwędzić skądś odpowiednio mały mundur, co by drobna dziewczyna w nim nie utonęła i żeby wyglądał choć odrobinę przekonująco. Na szczęście, do szwedzkiej armii wzięto wielu młodziutkich chłopców i jednego takiego mieli nawet na Zamku – Oxenstierna zwinął jego mundur, gdy ten nie patrzył. Wiedział doskonale, że chłopak będzie się musiał gęsto tłumaczyć przed Arvidem Wittenbergiem, jednak spotka go co najwyżej tydzień o chlebie i wodzie – Bernhard uważał, że nie jest to zbyt wygórowana cena za czyjąś wolność. Jak już się okaże, że Cecylia zaginęła, Bengt na pewno się domyśli, że to Bernhard ją zabrał. Później jednak zamierzał martwić się o to, jak wykaraskać się z tych kłopotów. Bengt zdecydowanie był ich najmniejszym problemem.
Nieźle się natrudził, żeby pozbyć się straży spod pokoju, w którym trzymana była Cecylia. Musiał wymyślić bajeczkę, którą później wcisnął Gustawowi, że niby jakiś incydent miał miejsce pod murami i koniecznie musi tam wysłać najlepszych ludzi. A najlepsi, jak oświadczył bratu, tak się złożyło, zostali przez Bengta oddelegowani na wartę właśnie przy pokoju Cecylii. Gustaw z jakichś powodów nie wiedział, którymi konkretnie jego ludźmi rozporządza Bengt, tak więc łatwo dał się pokierować sugestii Bernharda. Najmłodszy Oxenstierna z kolei zadbał, żeby pod murami rzeczywiście wybuchł mały galimatias – podpalił mały składzik broni, w którym niestety znajdowało się też trochę prochu, czego Bernhard nie przewidział. Jak łatwo się domyślić, narobił niesamowicie dużo hałasu, niechcący wysadzając w powietrze nie tylko część składu broni, ale i kawałek muru okalającego Zamek Królewski.
No cóż, prawie się udało, pomyślał Bernhard, śmiejąc się w duchu bez cienia wesołości. Zaraz jednak humor mu się poprawił, bo na warcie stał akurat Knut Berg, człowiek, którego Bernhard chronicznie nie znosił – niesamowitą satysfakcję sprawiała Oxenstiernie myśl o tym, jak Wittenberg wścieknie się na żołnierza za to, że dopuścił się takiego niedopatrzenia na swojej warcie. To się nazywa upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
Kiedy w końcu odstawił całą tę dywersję, ukradł mundur, pozbył się straży i zadbał o to, by nikt nie kręcił się po korytarzach przynajmniej przez jakiś czas, udał się do pokoju Cecylii. Zapukał do drzwi i wszedł, nie czekając na odpowiedź.
-Bernhard! – Cecylia spojrzała na niego z nieopisaną radością w oczach. A Bernhard z każdym krokiem w jej stronę co raz bardziej musiał walczyć z wyrzutami sumienia, co raz bardziej musiał się przekonywać do tego szalonego pomysłu. Czy jednak miał inne wyjście? Nie – w głębi serca decyzję podjął już dawno temu.  – Och, Bernhard, jak się cieszę, że cię widzę!
Może to przez nerwy, a może przez próby zachowania kontroli nad sobą jego głos zabrzmiał szorstko i nieprzyjaźnie.
-Pochyl się – powiedział jej tylko, a ona popatrzyła na niego z nieskrywanym zdziwieniem.
-Co?
-Pochyl się – powtórzył, odkładając ubranie na bok i spoglądając na Cecylię wyczekująco.
Oxenstiernie nie przeszło nawet przez myśl, że faktycznie jego głos i wyraz twarzy mógł Cecylię przerażać – uważał, że etap lęku przez jego aparycją mają już dawno za sobą.  Cecylia spojrzała na niego z wahaniem, ale po chwili, trochę niepewnie, pochyliła się. Drgnęła wyraźnie i niespokojnie, kiedy Bernhard złapał ją za włosy – nie szarpnął, nie był brutalny, a wręcz przeciwnie, zaskakująco delikatny jak na nieprzyjaznego, nordyckiego olbrzyma, jakim się wydawał, niemniej jednak wyraźnie nie czuła się komfortowo.
-Berciu, co mi robisz? – zapytała go Cecylia we właściwy sobie, nieco naiwny sposób, a on z kolei, również właściwym sobie sposobem, odpowiedział krótko, zwięźle i odrobinę szorstko:
-Spokojnie.
Wyciągnął zza pasa nóż i dopiero po chwili uświadomił sobie, że naprawdę duży błąd popełnił nie informując Cecylii o swoich zamiarach. Szarpnęła się, widząc narzędzie w jego dłoni i zawyła z bólu – Bernhard za późno zorientował się co się dzieje, żeby ją puścić, więc zupełnie nieumyślnie, kiedy Cecylia zaczęła panikować, pociągnął ją za włosy, wyrywając ich sporą kępkę.
-Cecylio, proszę! – syknął, a ona spojrzała na niego niczym zaszczute zwierzę, oczami wielkimi jak talary, dysząc ciężko i trzęsąc się na całym ciele.
-Co ty wyczyniasz? – zapytała agresywnie, ale nie szarpała się, bo Bernhard nadal trzymał ją za włosy.
-Przepraszam – rzekł szybko Oxenstierna. Położył uspokajająco dłoń na jej ramieniu. – Pochyl się. Obetnę ci włosy.
-Och. – Cecylia wyglądała na co najmniej zbitą z tropu. Zamrugała szybko i posłusznie się pochyliła. - Och, dobrze.
Teraz już się nie szarpała i pozwalała mu obcinać swoje długie, lśniące niczym żywe złoto włosy pasmo po paśmie i przypatrując się z niejakim żalem słomianym kosmykom upadającym jeden po drugim na podłogę. Gdy skończył z tyłem, kazał jej się wyprostować i poobcinał resztę włosów dookoła jej drobnej, trójkątnej twarzy. Obciął je równo, na wysokości szczęki – dokładnie tak, jak Kornel je nosił. Cecylia z żalem pomyślała, że teraz jak nic będą ją brali za chłopaka. I nie wiedziała nawet, jak blisko była tego, do czego Bernhard zmierzał.
Szwed obejrzał ją ze wszystkich stron. Udało mu się nawet względnie równo obciąć jej włosy. Pokiwał głową z aprobatą stwierdziwszy, że gdyby nie wiedział jaka jest prawda, to wziąłby teraz Cecylię za drobnego, cherlawego i bardzo młodego chłopaczynę.
-Uśmiechnij się – powiedział jej i samemu wykrzywiając usta w nieudanej karykaturze uśmiechu. – Jesteś ładniejszym chłopcem, niż dziewczyną.
-Hej! – zawołała oburzona, uderzając go pięścią w ramię, a on zachichotał pod nosem. Szybko jednak jego śmiech się urwał. Zwrócił na Cecylię swoje jasne, na nowo poważne oczy.
-Rozbieraj się – rzekł, a ona uniosła wysoko brwi. Żeby uniknąć kolejnych nieporozumień, skinął głową na mundur, który dopiero co położył na stole obok. – Obwiąż się trochę. Masz tam bandaż. Musisz wyglądać na chłopaka. Wiesz, co mam na myśli?
Pokiwała głową i – ku zdumieniu Bernharda – skrzywiła się okropnie, a na jej policzki wpełzły rumieńce. Nie wstydu, a złości, czego Bernhard jednak nie pojął tak od razu.
-Chyba nie będzie trzeba – burknęła, rozpinając kamizelkę i zdejmując ją z siebie szybkim, pewnym ruchem. – I tak nie bardzo mam czym świecić.
Bernhard dopiero po chwili pojął o czym właściwie Cecylia mówiła. Nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem. Cecylia skrzywiła się na to jeszcze bardziej.
Jak na Bernharda (cokolwiek obiektywne, bo męskie) oko, z Cecylią wszystko było w porządku i miała naprawdę wszystko, co trzeba – niczego w nadmiarze, to prawda, jednak nie miała wielkich powodów do narzekania. On jednak podczas pobytu w Łukowcach zdążył zauważyć jakiś jej kompleks pod adresem zdecydowanie bardziej kobiecej od niej Węgierki Erzsebet. Nie wypadało mu oczywiście powiedzieć tego głośno, ale jemu osobiście bardziej przypadała do gustu drobna, filigranowa budowa blondynki. Po drugie, nie wypadało mu nawet na nią patrzeć pod takim kątem, tym bardziej więc ugryzł się w język i ograniczył tylko do chichotu. Odwrócił się jednak, by pozwolić jej się przebrać. Było to właściwie trochę krępujące, że za plecami miał niemal nagą kobietę, a jednocześnie kusiło go, żeby choć rzucić okiem, bo przecież miał dwadzieścia osiem lat, a nigdy żadnej nie widział – każdego na jego miejscu by kusiło i nie uważał tego za coś złego. Był jednak stanowczo zbyt poważny i porządny, by się o coś takiego pokusić, to po pierwsze, a po drugie był zbyt zdenerwowany ewentualnym niepowodzeniem całej spektakularnej ucieczki, żeby zawracać sobie poważnie głowę takimi rzeczami.
-Już? – zapytał ją, zerkając jednocześnie przez ramię. Męczyła się z wiązaniem za dużej na nią koszuli, ale była już ubrana.
-Taaa – burknęła, wciągając materiał w spodnie. – Tragedia. Przecież nikt nie uwierzy, że to mój mundur. Jest za duży.
-Mniejszego nie znalazłem – odpowiedział jej Bernhard. Myślałby kto, że jeszcze masz czelność narzekać, pomyślał z rozbawieniem. – Myślisz, że dragonom dają dopasowane mundury? Nikt nawet nie zwróci uwagi. A ty naprawdę jesteś bardzo udanym chłopcem, więc nie marudź.
-Jeszcze ci ten chłopiec bokiem wyjdzie – burknęła Cecylia, zakładając na siebie płaszcz. – No to co?
-Idziemy do stajni. Milczysz. Nie mogą wiedzieć, że nie jesteś Szwedem, jasne?
-Przecież umiem po waszemu gadać – ofuknęła go jeszcze. A Bernhardowi śmiać się chciało na myśl o tym, że to tylko i wyłącznie niezadowolenie z własnego biustu wprawiło ją w tak podły nastrój.
-Co, myślisz, że nie słychać akcentu? – zapytał ją. – Słychać bardzo. Ładnie mówisz, ale nie jak my. Więc dziób na kłódkę, pozwól mi mówić. Chodź, idziemy.
Otworzył przed nią drzwi, uprzednio spakowawszy jeszcze do worka jej obcięte włosy i strój, który wcześniej nosiła. Tego musiał się jeszcze gdzieś po drodze pozbyć, tylko nie bardzo wiedział gdzie. Ostatecznie skorzystał ze sprawdzonego już sposobu i wyrzucił worek zwyczajnie i bezczelnie przez okno, starając się wcelować prosto w kupę śmieci składowaną pod murami i przeznaczoną do wywózki.
Spieszył się i szedł szybkim, pewnym krokiem. Dopiero po chwili zorientował się, że Cecylia niemal biegnie, żeby dotrzymać mu kroku, zwolnił więc i obejrzał się na nią.
-Nie nadążasz? – zapytał, unosząc do góry jasną brew.
-Nie krępuj się, mogę dalej za tobą biec! – odpowiedziała, ale po chwili się roześmiała. – Cóż, ja się o krótkie nóżki nie prosiłam. Te kilka cali więcej to naprawdę nie byłby dla mnie kłopot…
Cóż, rzeczywiście Cecylia była niziutka, ale Bernhard zdążył się do tego przyzwyczaić – tak naprawdę sam nie wiedział, czy problem wynikał bardziej z tego, jaki on był wysoki, czy ona niska. Bądź co bądź w ostatecznym rozrachunku dziewczyna ledwo sięgała mu do mostka, a w wypadku takiej – bądź co bądź pospiesznej – ucieczki rzeczywiście było to problematyczne.
-Słuchaj, jak będziemy tak biegli, to się zorientują, że coś jest nie tak – zauważyła Cecylia.
Bernhard nie był do końca przekonany, ale ostatecznie jednak zaczął iść odrobinę wolniej.
-Berciu? – zaczęła Cecylia, a on tylko przewrócił oczami. Nie miał już siły jej poprawiać. –A słuchaj, bo ponoć, żeby wiesz, z miasta wyjść, to potrzeba mieć jakiś świstek od gubernatora albo Wittenberga i…
-Mam – odpowiedział jej tylko, a ona spojrzała na niego zupełnie zaskoczona.
-Masz? – spytała. – I że niby kim jestem?
-Ӧrjan Falk – powiedział. – Jesteś ze Skanii i dlatego tak dziwnie mówisz, w razie, gdybyś musiała się odezwać. I pilnuj się, żeby mówić jak mężczyzna.
-Dobrze, dobrze. – Machnęła ręką. – Słuchaj, zakładam, że to nie od Wittenberga masz podpisy?
-Od Bengta.
-Czyli co, Bengt wie, że mnie zabierasz? – zapytała Cecylia. – Czy go w konia zrobiłeś?
-A mówił ci ktoś kiedyś, żebyś nie wtykała nosa w nieswoje sprawy? – Bernhard uniósł brwi i uśmiechnął się lekko, spoglądając z góry na Cecylię.
-Hm, właściwie wszyscy, wiele razy – powiedziała mu na to śmiertelnie poważnie.
-Nie myślałaś, żeby zrobić z tej rady jakiś użytek?
-A wyglądam, jakbym myślała? – zapytała i wyszczerzyła się do niego. – Och, nie narzekaj, jakbym tak nie węszyła, to byśmy się pewnie nie spotkali! Nawet nie pomyślałam, że cię tu spotkam, ale te wszystkie nieprzyjemności właściwie były tego warte, wiesz?
Bernhard chrząknął głośno na jej słowa i sam właściwie nie wiedział, co to miało być. Jakiś nieartykułowany dźwięk sam wyrwał mu się z gardła, bo na myśl tak czy inaczej nie przychodziła mu żadna właściwa odpowiedź na coś takiego. Właściwie, to zrobiło mu się bardzo miło, kiedy to powiedziała –jakieś nieznane mu dotąd uczucie rozeszło się w jego piersi: gdzieś w środku czuł jednak, że to nie powinno mieć miejsca.
-Czasem sobie myślałam, że chciałabym cię jeszcze spotkać – mówiła dalej. – No i widzisz, z nieba mi spadłeś. Nie chciałam ci narobić kłopotów… Bo nie wiem, może ty zły na mnie jesteś, że tak narozrabiałam, ale sam rozumiesz… No wiesz, że inaczej nie mogłam, ale nic się takiego nie stało, więc właściwie nie ma chyba sensu tego jakoś…
-Cecylio, ja cię proszę. – Zatrzymał się i ujął jej twarz w dłonie. – Przestań gadać. Obiecuję ci, że wysłucham cię ile tylko będziesz chciała, ale jak już wyjdziemy za mury, dobrze?
Pokiwała głową, ale wyglądała na dość niepocieszoną. Bernhard już ruszył, ciągnąc ją za sobą za rękę, jednak po chwili zatrzymał się jeszcze na moment i znów zwrócił na nią spojrzenie. Cecylia uniosła brwi i zamrugała zaskoczona, zupełnie nie wiedząc o cóż może mu chodzić. A Bernhard wahał się jeszcze chwilę, zanim uśmiechnął się odrobinkę, niemal niezauważalnie i nachylił się nad nią, by żołnierze, którzy akurat weszli na korytarz nie słyszeli, jak mówi jej:
-Ja też o tobie myślałem. I naprawdę się cieszę, że tu jesteś.
Nie wiedział co go podkusiło, by to powiedzieć. To była szczera prawda, Bernhard sporo o Cecylii myślał – przecież po pierwsze to ona była jego motywacją do nauki polskiego i zadręczania Bengta, a po drugie, to całkiem poważnie planował zwrócenie jej konia. Prawda jednak była taka, że jego myśli krążyły dookoła niej zupełnie bez powodu; łapał się na tym, że często zastanawiał się, co się z nią może dziać, czy jest cała, czy dowiedziała się już o zdradzie Torisa, a jeśli tak, to jak to znosi, a czasem nawet po prostu myślał o tym, co mogłaby w danej sytuacji zrobić, powiedzieć. Musiał, musiał przed samym sobą przyznać, że trochę za nią tęsknił – za nic w świecie jednak nie powiedziałby tego głośno. Nie chciał, by Cecylia źle odebrała jego słowa, nie chciał żadnych nieporozumień, a już na pewno nie teraz, kiedy malowała się przed nimi perspektywa kilku tygodni w podróży, najpewniej sam na sam.
Nie mógł się nie uśmiechnąć na widok rozjaśniającej się w uśmiechu twarzy Cecylii – nie podejrzewał nawet, że sprawi jej swoimi słowami aż taką radość. Nie był jednak czas na myślenie o takich sprawach.
-Dzień dobry, herr Oxenstierna – powiedział do Bernharda jeden z żołnierzy.
-Dzień dobry, Niklasie – odpowiedział mu Bernhard. -Chodźmy – powiedział zwrócił się do Cecylii dość głośno, by żołdacy, którzy właśnie ich mijali, wyraźnie słyszeli. – I tak jesteśmy spóźnieni, a jak nas jeszcze Wittenberg dorwie…
Żołnierze posłali Bernhardowi pełne zrozumienia spojrzenia – tak, Bernhard wiedział, o cóż im chodzi. Wittenberg był doskonałym dowódcą wojskowym, doskonałym żołnierzem – i tak jak był utalentowany, tak wymagał absolutnej dyscypliny i posłuszeństwa. Najmniejsze nawet spóźnienie owocowało najczęściej jakąś mało przyjemną, choć może niezbyt od razu dotkliwą karą.
Minęli się w końcu i Bernhard mógł w spokoju zabrać Cecylię w stronę wyjścia z Zamku. Mijali po drodze raz po raz jakichś ludzi, to szwedzkich żołnierzy, to polskich urzędników, którzy zgodzili się współpracować z armią Karola Gustawa (Bernhard wielokrotnie musiał łapać Cecylię ostrzegawczo za ramię, bo spodziewał się, że mogła by to i owo paru znajomym twarzom na temat tego, co sądzi o współpracy ze Szwedami powiedzieć), jednak w końcu udało im się dotrzeć do zbrojowni.
-Umiesz strzelać? – zapytał ją szeptem, kiedy żołnierz odpowiedzialny za wydawanie broni zajął się akurat czymś innym.
-Nawet tak – odpowiedziała Cecylia, dla bezpieczeństwa, po szwedzku.– Nie martw się, nie zabiję się.
-Jakoś szczerze wątpię, jak tak czasem na ciebie patrzę – burknął pod nosem. Zaczekali chwilę, aż żołnierz skończy. – Daj temu chłopaczynie jakiś karabin. I naboje. I celowniki, dla mnie.
-Robi się, herr Oxenstierna – odparł żołnierz, salutując Bernhardowi w odpowiedzi.
-Też zacznę tak do ciebie mówić – mruknęła do Szweda Cecylia, a on skrzywił się w odpowiedzi.
-Spróbuj tylko.
-Brzmi jak wyzwanie. – Cecylia mrugnęła do niego wesoło.
Bernhard już nie pokusił się o odpowiedź, tylko przewrócił oczami na jej słowa. Przez te kilka miesięcy spędzonych w Rzeczypospolitej Bernhard nauczył się jednego: powiedz Polakowi, że nie może czegoś zrobić – zrobi to natychmiast. I Cecylia pod tym względem nie była żadnym wyjątkiem.
Dostali broń, tak więc pozostało udać się do stajni. Bernhard zadbał o to, by Żaba została zarekwirowana z miejskiej stajni, gdzie Cecylia musiała ją zostawić przy wjeździe do miasta. Nic jej o tym nie powiedział i właściwie zaczął się zastanawiać, czy aby nie popełnił sporego błędu. Jak znał Cecylię, to byłaby w stanie zareagować dość spontanicznie i entuzjastycznie, a to mogłoby stajennym wydać się co najmniej podejrzane. Z drugiej jednak strony, widział już Cecylię, która umiała się opanować na tyle, by odrywać sztywno rolę, jakiej akurat w danym momencie wymagała sytuacja – miał nadzieję, że i tym razem znajdzie w sobie tyle rozumu, by postąpić podobnie.
Stajnią zajmowali się Polacy – im krzywdzenie koni nie za bardzo leżało na celu, a tylko tak mogliby ewentualnie Szwedom zaszkodzić, tak więc nikt nie miał nic przeciw.
-Dzień dobry, panie Bernhardzie! – pomachał do niego jeden z chłopców stajennych.
-Dzień dobry, Maćku – odpowiedział mu Bernhard po polsku, trochę sepleniąc. Cecylia z trudem powstrzymała chichot.
-Maczku? – szepnęła, niemal dusząc się ze śmiechu. Bernhard tylko posłał jej ponure spojrzenie.
– Mam nadzieję, że konie gotowe? – zwrócił się do chłopca.
-Gotowe, gotowe – zapewnił go chłopiec. – Szkoda, że pan jedzie. Pan jeden jako tako przyzwoity z całej tej bandy zamorszczyków… Znaczy, przepraszam najmocniej, ja…
            Bernhard uciszył go ruchem ręki. Był, jak na Szweda, dość lubiany wśród Polaków, przynajmniej niektórych. Z chłopcami ze stajni miał bardzo dobre układy, podobnie z resztą jak ze starą Baśką – nie zamierzał otwarcie zdradzić swoich ludzi, ale na tyle, na ile mógł chciał być w porządku wobec mieszkańców Warszawy. W ten sposób chciał spłacić choć część zaciągniętego u Polaków długu. Choć gdyby wiedział od początku, że ułatwia w ten sposób Cecylii wejście do zamku, to z całą pewnością postąpiłby inaczej.
            Chłopak przyprowadził konie – a Cecylia aż usta otworzyła z wrażenia. Bernhard rzucił jej tylko ukradkowe spojrzenie i gdy zobaczył jej minę, nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu, jaki wkradł mu się na usta. Warto było się tyle nagimnastykować, żeby sprawić jej tę przyjemność i odzyskać Żabę. A i Chochołem się zajął, bo – jako się rzekło – obiecał go Cecylii oddać. Tajga była w dobrych rękach stajennego Maćka, więc nie musiał jej pilnować tak mocno, jak własności Łukasiewiczówny. A i przyznać musiał, że mimo całego sentymentu do Tajgi, to jednak Chochoł miał jakiś lżejszy chód i nie rzucało tak człowiekiem w kłusie, jak wtedy, gdy jechało się na Tajdze – do długiej drogi mógł okazać się lepszy niż podstarzała już nieco klacz. No i był większy – Bernhard należał do co najmniej sporych mężczyzn, więc im większy koń, tym lepiej mu się jechało.
Cecylia spojrzała na niego z takim błyskiem w oczach, że naprawdę spodziewał się jakiegoś głupiego wyskoku z jej strony. Posłał jej jednak takie spojrzenie, że skończyło się tylko na dreptaniu w miejscu z jej strony i zerkaniu na niego niecierpliwie, przynajmniej póki chłopiec stajenny nie odszedł.
-Szerokiej i bezpiecznej drogi, panie Bernhardzie – powiedział tylko na odchodne, a Bernhard mruknął coś bliżej nieartykułowanego w odpowiedzi.
-Nie ściskaj mnie – ostrzegł Cecylię, kiedy Maciek zniknął w jednym z boksów. Znów zaczął mówić po szwedzku, żeby przypadkiem nikt w stajni nie zrozumiał. – Nie tutaj. Podziękujesz mi jak wyjdziemy, jeśli musisz. Ale nie musisz.
-Och, oczywiście, że muszę! – zawołała i skinęła na niego palcem. – Weź no się schyl, bo do ciebie nie sięgnę.
-Czy ty nie rozumiesz, co ja do ciebie…
-No przecież nie będę cię ściskać, słyszałam! – ofuknęła go, a on w końcu z westchnięciem na ustach pochylił się trochę, nie bardzo wiedząc, cóż takiego ona znów kombinuje.
Czuł, że powinien jednak to ukrócić, kiedy złapała go ręką za połę płaszcza, jednak z jakichś powodów tego nie zrobił. Zamiast tego pozwolił jej przyciągnąć się odrobinę bliżej. I wtedy krew w nim zawrzała, nie wiedział, czy bardziej ze złości i strachu, czy z zawstydzenia i… sam nie wiedział, ale w pewien sposób było to całkiem przyjemne doświadczenie.
Cecylia pocałowała go w policzek – to był krótki pocałunek, tak delikatny, że Bernhard nie był do końca pewien, czy dziewczyna rzeczywiście to zrobiła. Zrozumiał, naturalnie, że tak, i w pierwszym momencie zamrugał tylko ze zdziwieniem, by po chwili zaczerwienić się okrutnie. A na koniec się rozzłościł.
-Czyś ty rozum postradała? – warknął z wyrzutem. – A gdyby ktoś nas zobaczył? Przypominam ci, że jesteś chłopcem.
-Jeeeeeeejku, a ty znowu marudzisz – jęknęła. – No przecież głupia nie jestem, rozejrzałam się!
Bernhard obiecał sobie, że przy najbliższej okazji naprawdę złoi jej skórę.
-Chodź, nie ma czasu – burknął. – Im szybciej stąd wyjdziemy, tym lepiej.
Posłuchała go więc, i – nie mówiąc już wiele – ruszyła za nim w stronę bramy. Wszystko szło zaskakująco gładko, Bernhard sam był tym faktem zaskoczony – nikt nie zapytał o wątpliwą tożsamość Orjana Falka, nikt nie skomentował jego cherlawej postawy, a Cecylia milczała jak zaklęta, doskonale odgrywając rolę trochę wystraszonego chłopca. Oxenstierna na chwilę naprawdę uwierzył, że uda im się opuścić miasto bez większego problemu.
Kiedy jego wzrok padł na zbliżające się z wolna sylwetki dwóch mężczyzn wiedział już, że grubo się pomylił. Bernhard nie pragnął niczego więcej, jak tylko zniknąć i uniknąć spotkania z jedyną osobą, przed jaką rzeczywiście nie chciał wpaść – nie chodziło nawet o niepowodzenie planu, zwyczajnie nie chciał zawieść i rozczarować Bengta, nie chciał, żeby wydało się, że wykorzystał jego uprawnienia do postąpienia co najmniej wbrew królewskim rozkazom. Ale teraz nie było już wyjścia, bo w stronę bramy rzeczywiście zmierzał Bengt w towarzystwie człowieka, którego Bernhard znał z widzenia, ale za nic w świecie nie był w stanie skojarzyć jego nazwiska.
Starszy Oxenstierna szybko swojego młodszego brata zauważył. Najwyraźniej chciał zamienić z nim jeszcze kilka słów przed wyjazdem, bowiem nadzwyczaj ochoczo ruszył w jego stronę, a jego towarzysz podążył za nim trochę mniej chętnie.
Z początku Bengt Cecylii nie zauważył – rzeczywiście wziął ją za młodego chłopca, bowiem całkiem ją zignorował i odezwał się do Bernharda:
-Wspaniale, że jeszcze cię złapałem. Chciałbym zamienić z tobą sło…
Bernhard jednocześnie uświadomił sobie dwie rzeczy – po pierwsze, towarzyszem Bengta był Hieronim Radziejowski, którego jakiś czas temu Bernhard poznał na zamku w Sztokholmie. Drugą rzeczą było to, że teraz już jak nic cały jego plan wziął w łeb, bo po zaskoczonym i całkiem zbitym z tropu spojrzeniu Bengta, które wlepiał w Cecylię, wiedział doskonale, że jego starszy brat pojął już przekręt i tylko i wyłącznie na jego łasce się znaleźli. Owszem, Bernhard nie przypuszczał, by starszy Oxenstierna pozwolił mu ponieść za to jakieś prawne konsekwencje, ale był w stanie dać sobie obciąć rękę, że za moment pod jakimś fałszywym pretekstem zawróci ich do zamku, zmyje głowę im obojgu, Bernhardowi szczególnie, Cecylię znów każe zamknąć i jeszcze najpewniej zabroni im się widywać, przynajmniej sam na sam. Bengt nie był złym człowiekiem i na pewno nie zrobiłby tego złośliwie, czasami tylko zbyt sztywno trzymał się pewnych zasad. Młody Szwed odwrócił wzrok, żeby uniknąć karcącego spojrzenia starszego brata. Jeśli Bernhard wobec kogokolwiek w rodzinie odczuwał prawdziwy, niekłamany respekt, to był to właśnie Bengt.
-Coś nie tak? – zwrócił się Bengt do wyraźnie zakłopotanych wartowników.
-Właściwie, to tak, herr Oxenstierna – odrzekł jeden z nich. – Örjana Falka nie ma na żadnej liście… A i mnie się zdaje, jakobym nigdy tego chłopaka nie spotkał.
-A mnie wręcz przeciwnie – wtrącił Radziejowski, przypatrując się Cecylii uważnie. – Wydajesz mi się dziwnie znajomy, chłopcze.
Nie tylko Bernhardowi, ale i Cecylii serce podeszło do gardła. O ile Szwed zwyczajnie bał się, że polski szlachcic za chwilę wszem i wobec oświadczy, że to wcale nie żaden Örjan Falk, a po prostu Cecylia Łukasiewicz, i że nawet z cichą nadzieją na wykaraskanie się z tych tarapatów w względnie bezbolesny sposób Bernhard będzie się mógł pożegnać, o tyle Cecylia wiedziała, że to zupełnie nie o to Radziejowskiemu chodzi. Łukasiewiczówna nie znała go zbyt dobrze, spotkała go tylko raz czy dwa, a i to lata temu, była więc niemalże pewna, że nie chodziło o nią samą – on zwyczajnie dostrzegł podobieństwo między nią a jej matką, panią Zuzanną Łukasiewicz, z domu Ostroróg. Cecylia była szalenie podobna do matki, o tym wiedziała doskonale, a dodatkowo pamiętała, jak kiedyś-kiedyś opowiadano jej o tym, jak to pani Zuzanna, zanim poślubiła Juliana Łukasiewicza, była narzeczoną Hieronima Radziejowskiego właśnie.
Cecylia jedynie zacisnęła usta, licząc na to, że sytuacja jakoś sama się rozwiąże.
Bernhard uczynił właściwie to samo – Bengt i tak już wszystko wiedział, więc pozostawało czekać na jego krok. Ani Oxenstierna, ani Łukasiewiczówna nic już nie mogli uczynić.
Bengt jeszcze przez chwilę spoglądał na Cecylię, która wytrzymywała jego spojrzenie o wiele dzielniej niż Bernhard. W końcu gubernator odwrócił się i spojrzał uważnie na wartownika.
-Masz glejt z ich nazwiskami? – zapytał spokojnie, a wartownik skwapliwie pokiwał głową.
-Tak jest.
-Z czyim podpisem?
Bernhard nie bardzo rozumiał do czego to zmierza.
-Z waszym, herr Oxenstierna – odparł żołdak po chwili wahania.
Bengt skrzyżował ręce na piersi i spojrzał z góry na wartownika.
-Myślisz, że podpisałbym glejt dla kogoś, kogo nie sprawdziłem osobiście? – zapytał, unosząc brwi. A Bernhard nie wierzył własnym uszom. Czyżby Bengt zamierzał ich kryć?
-Oczywiście, że nie, herr Oxenstierna, ja tylko…
-Więc nie rozumiem, z czego wynika twój problem – przerwał mu Bengt surowym tonem. – Puścić ich, natychmiast.
Bernhard z ulgą wypuścił z siebie powietrze. Posłał Bengtowi tak pełne wdzięczności spojrzenie, na jakie tylko było go stać. Ten odpowiedział tylko delikatnym, niemal niezauważanym pokręceniem głową i zaciśnięciem ust, jakby chciał powiedzieć, że sam nie wie, dlaczego to robi.
Bengt, kiedy żołnierze otwierali bramę, posłał Cecylii badawcze i jakby trochę surowe spojrzenie. Łukasiewiczówna aż się wzdrygnęła, gdy poczuła na swoim ramieniu jego ciężką dłoń. Delikatnie obrócił ją w swoją stronę.
-Doceń zaufanie, jakim cię obdarzam. Mam nadzieję, że tego nie pożałuję – mruknął, kątem oka spoglądając na żołnierzy, wyraźnie przysłuchujących się słowom gubernatora. –To nie są żarty. Nie każ mojemu bratu brać na siebie za dużo odpowiedzialności, rozumiemy się? I masz tu wrócić. Mam nadzieję, że pamiętasz jak się umawialiśmy.
Cecylia pokiwała głową. Zrozumiała, co chciał jej powiedzieć. Wiele ryzykował, pozwalając jej odejść – nie miał pewności, czy aby na pewno Łukasiewiczówna nie wie czegoś ważnego, nie wspominając już o tym, że będzie musiał przyjąć na siebie gniew tak Wittenberga, jak i samego króla. Podejrzewała, że nawet, gdyby sprawa się wydała król nie kazałby go powiesić, ani nawet nie zdjął z funkcji – na to Bengt był zbyt oddany sprawie i utalentowany jako polityk i dyplomata, Karol Gustaw nie mógł sobie pozwolić na jego stratę – jednak niewątpliwie wiązałoby się to z pewnymi konsekwencjami. Nie dziwnym więc było, że Bengt chciał, by Cecylia doceniła przysługę, jaką jej zrobił. Rozumiała, czego chciał w zamian – żeby nie dała się złapać z Bernhardem, i żeby – jeśli coś wie – zachowała to dla siebie. On zignorował dla niej rozkaz swojego króla i dokładnie tego samego chciał od niej.
I Łukasiewiczówna uznała, że – choćby nie wiem jak bardzo jej się to nie podobało – to bardzo uczciwe z jego strony.
-Tak jest, herr Oxenstierna – rzekła mu tylko, starając się mówić jak najwyraźniej. I chyba jej się udało.
Bernhard i Cecylia dosiedli swoich koni. Ruszyli stępa i przejechali przez bramę miasta, zostawiając za sobą Bengta, Wittenberga, całą szwedzką załogę i splądrowaną stolicę kraju Cecylii, teraz popadającego z wolna w ruinę.
           
Bengt nigdy za Hieronimem Radziejowskim nie przepadał. Uważał go za zdrajcę i sprzedawczyka, całkiem zresztą słusznie, a do takich ludzi za grosz nie miał ani zaufania, ani szacunku. Nie dziwnym więc było, że zaniepokoił się nie na żarty, gdy usłyszał pytanie szlachcica:
-Dlaczego pozwoliłeś jej odjechać?
Bengt nie bardzo wiedział, co odrzec. Nie chciał robić z siebie idioty udając, że nie wie, o co szlachcicowi chodzi, bo i on najwyraźniej Cecylię poznał. Pozostawała tylko taka kwestia, że koniecznie trzeba go było uciszyć.
-To była twoja żona? Córka Łukasiewicza? – Głos Radziejowskiego brzmiał jakoś dziwnie, jakby głęboko skrywaną niechęcią. Bengtowi wcale się to nie podobało – dość będzie miał problemów z wytłumaczeniem się przed Karolem Gustawem, nie wspominając już o narwanym Wittenbergu, do którego na pewno tłumaczenia wcale nie dotrą. Nie potrzebował kolejnego kłopotu w postaci szlachcica-donosiciela.
-Tak – odrzekł. Kłamstwo nie miało sensu. Trzeba było wyłożyć wszystkie karty.
-Jak jej na imię? – zapytał Radziejowski, a Bengt zmarszczył brwi. Nie do końca rozumiał, w jaką stronę to miało zmierzać.
-Cecylia – odparł tylko. Spojrzał na Radziejowskiego badawczo – ten z kolei wydawał się dość zgnębiony.
-Cecylia… - powtórzył. – Tak. Tak, jak mogłem zapomnieć…
Bengt miał wrażenie, że Radziejowski mówi bardziej do siebie, niż do niego. W końcu jednak Polak wyraźnie zebrał się w sobie i odezwał się już o wiele poważniejszym tonem.
-Proszę się nie martwić, nie zamierzam pana wydać – rzekł.
-A to niby dlaczego? – wypalił Oxenstierna, zanim zdążył ugryźć się w język.
-Och, nie robię tego dla pana, ani nawet dla niej – burknął w odpowiedzi szlachcic. – Jeśli mam być szczery, to jakaś część mnie chciałaby zobaczyć ją martwą. Ale szacunek do jej matki każde mi ją chronić, jeśli mam taką możliwość. Cecylia jest jedną wielką kpiną z mojego życia i szczerze jej nienawidzę, mimo że nie miałem nawet okazji z nią rozmawiać, ale jest córką kobiety, która znaczyła dla mnie więcej niż cokolwiek innego. Sam pan chyba rozumie, co mną kieruje.
Tak, Bengt rozumiał. Właściwie zrobiło mu się tego człowieka trochę szkoda – dopowiedział sobie trochę historii, podejrzewał więc, że albo matka Cecylii była pana Radziejowskiego niespełnioną miłością, albo zostawiła go dla ojca Łukasiewiczówny. Nie wyobrażał sobie nawet, jak ogromnym uczuciem musiał ją darzyć, jeśli nawet po ponad dwudziestu latach od narodzin Cecylii, a więc pewnie ze trzydziestu, jak jej matka została żoną Juliana Łukasiewicza, ciągle odczuwał wobec niej tak wielkie poczucie obowiązku, że zdecydował się chronić jej córkę (która, Bengt nagle to sobie uświadomił, mogłaby na dobrą sprawę być jego córką) przed losem jeńca wojennego i zakładnika.
I jeszcze jednej rzeczy Oxenstierna był pewien – Cecylia miała o wiele więcej szczęścia, niż rozumu.

20 komentarzy:

  1. Dobry : D
    Jest wreszcie nocia. Suuuper! Ja jestem aktualnie po wycieczce szkolnej, a że droga którą pokonałam autobusem - od Gdańska do Nowego Targu. (Nie wiem czy kojarzysz, taka czarna dziura na południu Polszy) była bardzo męcząca i przede wszystkim - niewyobrażalnie nudna. (Nienawidzę takich długich dystansów autobusem), to stwierdziłam: A tam, ukrócę sobie jakoś ten niezbyt wymagający jakiekolwiek energii czas. I weszłam na mojego ulubionego Hetaliowego bloga. I BUM! Nowa nocia! Ty to normalnie wiesz, jak sprawić by ludzie znowu wierzyli w dobro i tęczę. \ o / No ale dobra, dobra, priorytety bitch, priorytety. A więc przeczytałam wszystko. Od początku do końca. I powiem - że... jak zawsze świetnie. NO WIEM. To stwierdzenie zmieniło na zawsze twoje życie, ukryta prawda, Freyja I'm your father, czarne dziury znowu istnieją itepe, itede xD Ale niee, poważnie - nocia rewelacyjna. Bercia jak zwykle zachwyca swoimi mrukami w odpowiednich chwilach, Cecylka swoim wygadaniem. Tak przedstawiasz ich dialogi, że czasami się nadal zastanawiam - jak do pipy nędzy ty piszesz je tak naturalnie. Tak zręcznie oddajesz ich relacje, że czyta się to naprawdę przyjemnie. Oni się genialnie uzupełniają. Gdyby Polska w anime/mandze byłby kobietą, a jej relacje z Szwecją właśnie byłyby tak przedstawione, to kochana, coś zdaje mi się, że pod względem popularności to ten pairing przebiłby nawet AusHuna. Swoją drogą jestem ciekawa jakby Cecylka wyglądała w krótkich włosach, tak krótkich krótkich... i szwedzkim mundurze. Pomysła mam, pomysła. Eureka! Narysuj to, najlepiej w komplecie razem z facepalmującym/uśmiechniętym/naćpanym metanolem Bercią, cokolwiek człowieku, cokolwiek. Będzie ciekawie. I wstaw to oczywiście tzw. podziel się posiłkiem XD
    Ale dobra, koniec o tej dwójce. Bo oni zawsze są na pierwszym planie, więc o nich ciągle mówio. Teraz czas na resztę postaci.
    Podziwiam towarzysza Bengta za cierpliwość co do wyczynień swojej żony. Już miałam wrażenie, że nie wytrzyma i faktycznie ich zdemaskuje. Ten człowiek to anioł, waćpani, anioł. Coraz mam jakby bardziej wrażenie, że kierujesz się w stronę trójkąta. Nie wiem czy słusznie czy nie. Ale coraz bardziej tak czuję, że Bengtowi zaczyna się trochę podobać Cecylka. No cóż, pożyjemy - zobaczymy. I tak końcowy wynik jest oczywisty. *wskakuje w strój czirliderki* Bercia! Bercia! Bercia!
    Iiii...Nie taki Wittenberg jak go malują, też w główce mu jakieś nieczyste myśli i zamiary świtają. Nie ładnie. Dobrze, że Łukasiewiczówna ma do pomocy dwóch wysoko postawionych panów, bo coś czuję - że byłoby w innym wypadku bardzo, bardzo kiepsko. Kreacja tego więźnia innego, też mnie lekko zaskoczyła. Zazwyczaj są oni przedstawiani jako nieokrzesani, nienawidzący straży itd. a ten jakby urwał się wprost z Szwedzkiej Republiki Socjalistycznej. "Szwedzi to, Szwedzi tamto" Boże, co ta propaganda i tortury mogą zrobić z ludźmi. Także wszystkie postacie jak najbardziej ok.
    A, i Bogu Dzięki że Cecylka ma jakieś problemy. Nie kreujesz ją na taką Marysię Zuzannę. Że ten jej charakterek niestety jest mało praktyczny w rzeczywistości w jakiej się znalazła. Ciągle znajduje się z powodu tego w nowych tarapatach, a jej życie to normalnie wprawia w stupor nawet aktorów brazylijskich telenowel. Duży plus za wartką akcję, i że ciągle wymyślasz jakieś utrudnienia, nie nastawiasz wszystkiego: AHhh, kiedy ja w końcu zacznę pisać tego SvePola +18 - jak 90% ałtoreczek z Hetalii. To jest jak najbardziej za, że wprowadzasz te intrygi, bawisz się fabułą, dajesz postaciom się rozwijać. Freyja na prezydenta XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak niżej, w tym tygodniu Ci już na wszystko odpiszę <3 góra w niedzielę ale myślę że uda mi się w tygodniu odpisać wracając z uczelni :) a tymczasem piękne dzięki, dałaś mi wene i szczęście <3

      Usuń
    2. Jest Jest, gdybym nie wstala dziś o 4:30 i nie umierała to na pewno dzięki Twojemu (no i poniższemu też, owszem, nie powiem, że nie :)) z pewnością wyprodukowalabym dziś dobre 10 stron, ALE NIE, bo nam musieli uczelnie zacząć od wczoraj ;_; A teraz ide odespać XD

      Usuń
    3. Idź, idź. Wyśpij się dobrze, biedaku ty xD
      Z ciekawości na jakiej uczelni studiujesz? ^&

      Usuń
    4. Na Politechnice Łódzkiej, tylko że nie studiuję tej fizysi po polsku, tylko po angielsku :P

      Usuń
    5. PS. Nie odespałam, dziś pobudka o 5:45, kocham dojeżdżać do szkoły </3

      Usuń
    6. No to pozdrawiam. Ja akurat angielskiego nie lubię. Wiem że język światowy, każdy musi go znać (z wyjątkiem Hiszpanów i Francuzów) itepe. Ale kompletnie nie lubię jego brzmienia i akcentu. Wolę ruski xD

      Usuń
    7. Też nie lubię, szczerze to w ogóle nie lubię się uczyć języków, w sensie nie lubię tych typowych szkolnych zajęć językowych, a angielski jako taki już w ogóle mnie drażni, ale tak jak mówisz, trzeba znać, a dyplom mam po IFE lepszy niż po polskim wydziale :p a z miłością do ruskiego to się podpisuje, bardzo płakałam ze w moim roczniku nie było lektoratów z rosyjskiego i musze teraz chodzić na niemiecki :c

      Usuń
    8. Nie no, bez kitu xD INTJ, fizyk, nieznosi angielskiego, woli ruski... już cię kocham człowieku xD Masz żelka za wrodzoną zajebistość. *Daje*
      Ja jestem w limbazie (nazwa z prawem autorskim dla prześladowanych pochodnymi matfizów) aktualnie, to mam rosyjski. Miałam do wyboru jeszcze szwabski - ale podziękuję bardzo. Ten język to język piekieł.
      Ja lubię się uczyć języków, ale zależy jakich. Mi mało który język się podoba. A podręczników nienawidzę. Szczególnie tych właśnie do nauki szprehania. Jak chcesz sie nauczyc języka - tylko mówiąc i pisząc z kimś w nim. W innym wypadku to jest G warte. (Tak nauczyła się trochę francuskiego w niecałe 3 miesiące na A1)

      Usuń
    9. A dziękuję, dziękuję, miło mi <3
      Jesteś matfizem? Szanuje, moje politechniczne serce się do Ciebie rwie :D
      Zazdroszczę, bardzo chciałam na ruski, uczyłam się e gimnazjum i bardzo mi się podobało :c a niemiecki... Well, nie podoba mi się, ale jest bardzo prosty, także ta zaleta. No i kiedyś chce iść na szwedzki, wiec tez mi ten niemiecki chyba trochę pomoże. No ale średnio jestem zadowolona :(
      No ja mam taką możliwość, bo jestem na międzynarodowym wydziale także to stwarza dużo możliwości takiej nauki... Chociaż w praktyce to ciężko się z Erasmusami dogadać :p ale musze Ci powiedzieć ze podręczniki do nauki polskiego dla obcokrajowców są zajebiście śmieszne, polecam, jeśli kiedyś będziesz miała okazję spojrzeć, to wierz mi że warto XD

      Usuń
    10. Dokładnie matfizhistem (wiem, to ostatnie to jeden wielki żart, ale nie miałam wyboru, kiedyś ci opowiem). Do tego rozszerzam rosyjski (o wow), i angielski (o fuck). Generalnie nie narzekam. : D
      Co do niemieckiego. Wiesz co. Dla mnie ten język jest nie melodyjny, przez co w cholerę trudny. Serio, ja ci się fińskiego naucze, bo ma to coś. Brzmi jak utwór. *Słuch muzyczny i do tego pianista po szkole i papierkach* A niemiecki... warczenie. Jeśli slowa u mnie nie brzmią jak melodia, to ja ci się za chiny ludowe (albo i imperialne) nie nauczę. Po prostu nie. Z niemieckim męczyłem się zakichane 3 lata. Próbowałam norweskiego - dużo bardziej mi odpowiada, ładniejszy. Ale niestety norweskiego nie wymagali w szkołach. Ja mam dosłownie awersję na punkcie niemieckiego. A jedyny kontakt jaki mam z tym językiem to piosenki Rammsteina. I dobrze mi z tym. W przeciwieństwie do rosyjskiego, niemieckiego w ogóle nie używam. Nawet nie mam kiedy. Ich mało jest na forach międzynarodowych. Jak już się jakiś trafi to nie jest zbyt rozmowny "E tam Polak, wolę Francuza czy Belga - są lepsi" i mówię tu w oparciu o doświadczenie. Wolę już gadać z Ruskimi, oni przynajmniej nie kryją się że chcą wszystkich podbić i do kołchozów wysłać priorytet premium. XD A Niemców nie znam, bo oni zwyczajnie ilekroć próbowałam jakoś zagadać to pokazują wszem i wobec że mają cię w dupie. No to sorry bardzo. Spierdzielać xD
      A tym podręcznikom się bardziej przyjrzę. Niby widziałam, ale głębszej analizie chemicznej nie poddawałam. : D Na pewno będzie zabawnie.

      Usuń
    11. Ej spoko profil, poszłabym :D
      Ładnie :o ja rozszerzałam tylko angielski, matematysię, fizysię i chemię. Jakiś taki bardziej standardowy zestaw :p
      Nie no, mnie się Niemiecki tez nie podoba i potwierdzam, najgorzej się uczyć języka którego się nie lubi. Ale z drugiej strony miałam do wyboru hiszpański (nope), włoski (nope) i francuski (PO STOKROĆ NOPE), tylko do niemieckiego byłam nastawiona względnie neutralnie... Płakałam nad tym ze nie ma rosyjskiego :c ale uczyłam się e życiu 5 języków obcych i moim zdaniem niemiecki jest najprostszy, bo masz zasady, których się trzymasz i koniec, nie zastanawiasz się nad niczym, nie to co np we francuskim :c ale no Well, tez nie ukrywam ze chodzę z przymusu. Smutek :c na wf tez musze, podwójny smutek </3 ale i tak największym przedmiotem-gownem na moich studiach jest Business English for Engineers. Najgorszy. Shit. EVER.
      Był ze mną na kierunku taki Turas który się musiał jako Erasmus uczyć polskiego xd "Nazywam się Tom Żelazny. Dzień dobry, Tomie Żelazny" XD i niech mi ktoś wyjaśni - dlaczego TOM???

      Usuń
    12. Uuu dziś wieczorem Ci wreszcie odpisze :) także tylko uprzedzam, żeby nie było, że ja dole odpowiedziałam a o Tobie nie pamiętam :)

      Usuń
    13. Uuu dziś wieczorem Ci wreszcie odpisze :) także tylko uprzedzam, żeby nie było, że ja dole odpowiedziałam a o Tobie nie pamiętam :)

      Usuń
    14. Dobra, jestem, nie wiem, czemu komć się dodał dwa razy o.0 a więc co do pierwszego komentarza:
      Haaaa, no właśnie ja Ci miałam z tramwaju odpisywać, ale okazało się, że koleżanka z poprzediego kierunku jedzie w te sama strone, druga potem zadzwoniła... No i cóż, dlagtego jestem teraz :P Ale mówię to odnośnie tego, że uwielbiam zajmować sobie czas w podróży internetami :D
      Nowy targ kojarzę, to chyba gdzieś w rodzinnych stronach mojego chłopa, małopolska? No łatwiej chyba Nowy Targ skojarzyć niż mój zacny (już niedługo, bo się przeprowadzam wkrótce <3) Zgierz XD
      A JAK JAK ZAWSZE POWIEM: AHSGGSSJDBKDHSUDKUBD DZIĘKUJĘ ZA KOMCIA, DAJESZ MI SZCZESCIE SWOIMI KOMENTARZAMI A KOMPLEMENTAMI TO JUŻ FOKLE <3 I naprawdę jestem ulubionym hetaliowym blogiem? <3333333333333
      To tak: ogólnie to ja uważam, że dialogi tutaj są średnio naturalne, w moim drugim opku, którego nie publikuję, idzie mi to moim zdaniem dużo lepiej, ale... no cóż, czytelnik nasz pan i chyba jednak bardziej Twoja opinia się liczy niż moja :D Cieszę się bardzo, że tak to odbierasz :D No właśnie mnie strasznie polsza w kanonie jednak boli, więc Cecylka jest trochę od Felka inna... i nieskromnie powiem, że uważam, że wyszło jej to na dobre. Bercia jest moją prywatną miłością i husbandem, którego z przyjemnością oddam Cecylce XD Ale nie no, powaga, kręci mnie potop i uznałam, że to dobry pomysł na ship. I kurna chyba trafiłam w dziesiątkę <3 Od siebie powiem, że naprawdę uwielbiam pisać sceny Bercia/Cecylka. Ale o wiele bardziej uwielbiam, Achtung Achtung, Bengt/Cecylka. SOON.
      To powiem Ci że rozdział średnio ciekawy, kiedy ja wiem, co będzie dalej :P Czekaj, w przeciągu dwóch rozdziałów będzie burza :P I TORIS WRÓCI :P
      MAM TAKI RYSUNEK. No, mam Cecylkę i Torisa, w tym Cecylkę w którkich włosach, i jakiś mały szkic Cecylki z Bercią też mam. Chcesz? :D

      Usuń
    15. Cecylka miałaby totalnie przekichane, a to, że nie ma, to jest zasługa tylko Bengta, który jest moim totalnym fikcyjnym ukochanym i niedługo będzie go dużo XD
      A tego więźnia to przyznam się, że podpatrzyłam w jakiejś historycznej powieści :P
      Cecylka przechodzi podczas całego opka ogromny charactr development i myślę, że już to widać. No i dobrze, że nie jest merysójką, bo chyba charaktery takie jak ona mają do tego potencjał :)
      A no nie, owszem, nie pali mi się do porno, chociaż przyznam, że się pojawi :P (pierwsza scena 18+, no, ale takie softporno raczej, już za dwa rozdziały :D ALe nie powiem kto :P). Ale nie od razu, no plox. Do właściwej takiej akcji, do jeszcze... w opku chyba z rok, albo dwa lata :P Tez bardzo nie lubię, jak się seksy za szybko pchają na pierwszy plan :<
      No, to chyba odpisałam na wszystko :D Dzięki Ci za wspaniały, motywujący komentarz <3 A następny rozdział będzie w październiku na pewno :)

      Usuń
  2. TAKTAKTAK
    JESTNOCIAJESTNOCIA

    Okej, wchodziłam tutaj codziennie od czternastego, nie traciłam nadziei i... proszę :D
    Aczkolwiek komentuję dopiero dzisiaj, bo wreszcie znalazłam chwilkę czasu żeby cokolwiek napisać. ^^
    Zaskakujesz mnie z rodziału na rozdział, ale tutaj zaskoczenie sięgnęło zenitu (robisz faceta z Cecylki, nie wpadłabym na to D:). I jest Bercia, jejeje <3
    To teraz pozostaje mi tylko dzielnie wypatrywać kolejnego rozdziału. Brr. To będzie długie oczekiwanie. ;______;

    (Cały czas czekam na Tośka, no <3 I nie ważne, z kim ostatecznie spikniesz Cecylkę [bo mam dziwne przeczucie, że z Bengtem za długo nie pożyje], i tak będę ją z nim shipować <333)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, pozwolisz ze odpowiem w przeciągu kilku dni, bo niestety jeszcze się nie ogarnęłam po wyjeździe a jutro trzeba wrócić na studia ;_; max do niedzieli się wyrobię :) a tymczasem dzięki za komentarz :)

      Usuń
    2. Jestem juz :)
      No problem, jak widzisz dopiero dziś ja znalazłam chwilkę żeby jakoś sensownie odpisać :) komentarze zawsze raduja moje serce i piszcie coś, piszcie, bo dzięki Wam dwóm następny rozdział juz poszedł do sprawdzenia i tym razem z ręką na sercu pojawi się do końca października :) także nie będziesz musiała tak długo czekać :p

      No w następnym rozdziale tylko bercia i cecylka, ale proszę, Toris juz e kolejnym! :D także wszystkiego się już wkrótce doczekasz :D
      Z Bengtem to potrwa o wiele dłużej niż się spodziewasz :p ale romansu w tym będzie raczej mniej niż więcej :)
      Dziękuję pięknie za komentarz <3 feel my love <3

      Usuń