sobota, 2 stycznia 2016

Rozdział XV



Cecylia długo wierciła się na łóżku. Nie mogła usnąć – ciągle myślała o Wittenbergu, o jego nieprawdziwych podejrzeniach, o Bernhardzie i tym, czy bardzo jest na nią zły i o jego braciach, którzy w zasadzie wykazywali pewną troskę i zainteresowanie jej losem. A już przede wszystkim martwiła się tym, co się z nią stanie. Bo nie zapowiadało się najlepiej, nawet ona, niepoprawna optymistka jakich mało, w pełni zdawała sobie z tego sprawę.
Traktowano ją dobrze, to prawda, Bengt Oxenstierna o to zadbał. Nie zamknięto jej w celi, nie zaczepiano jej, a jedyną osobą, która ją obrażała i szastała na prawo i lewo groźbami pod jej adresem, był feldmarszałek Arvid Wittenberg. Który, zdaniem Cecylii, miał całkiem sporo racji we wszelkich swoich pretensjach i niechęci pod adresem Łukasiewiczówny – bo który ojciec zachowałby się inaczej? Cecylia rozumiała jego zachowanie, ale to nie osłabiało ani odrobinkę nienawiści, jaką do niego żywiła. Bo, jak by nie patrzeć, to przez niego jej rodzinna wieś była teraz w ruinie.
Ktoś nacisnął na klamkę, a Cecylia zerwała się i usiadła jak oparzona. Było już późno i naprawdę nie wiedziała ani kto, ani czego mógłby od niej chcieć o tej porze, niepokoiła się więc bardzo. Bo co, jeśli gubernator nie miał jednak takich kompetencji, jak twierdził i być może to Wittenberg przysłał kogoś, by ją zwyczajnie, po ludzku zamordować? Skuliła się na tę myśl.
Ale to nie był ani Wittenberg, ani w ogóle żaden żołnierz. Cecylia, dzięki nikłemu światłu płomyka świecy, którą przybysz trzymał w ręku, poznała gubernatora Oxenstiernę (choć w pierwszej chwili już miała nazwać go Bercią). Nie miała pojęcia, czego mógłby od niej chcieć, szczególnie o takiej porze. Domyślała się jednak, że nie niepokoiłby jej bez powodu.
-Obudziłem panią? – zapytał tym swoim niskim, ochrypłym głosem, który, tak jak to było w wypadku Bernharda zresztą, sprawiał, że Cecylii aż ciarki przechodziły po plecach.
-Nie – bąknęła. Cóż, nie obudził jej, ale nie zastał jej w odpowiednim momencie na dyskusję. Jak choćby samo to, że miała na sobie jedynie koszulę. Nie czuła się przy nim tak swobodnie, jak przy niektórych. W ogóle Cecylia ostatnio nie czuła się już tak swobodnie, jak kiedyś.
-Musimy porozmawiać – powiedział jej i skinął głową na stojące niedaleko łóżka rzeźbione krzesło. – Mogę usiąść?
-Oczywiście.
Bengt, kiedy się dłużej i bardziej wnikliwie przyjrzeć, wcale nie był tak podobny do Bernharda jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Owszem, z wyglądu łudząco przypominali siebie nawzajem, byli również obaj mrukliwi i niesympatyczni, jednak Bengt zdawał się być z nich dwóch silniejszą osobowością – jakby był bardziej opanowany, stoicki, zachowując jednocześnie pewnego rodzaju łatwość w kontaktach z ludźmi, przez co w jakiś dziwny, nie do końca zrozumiały dla Cecylii sposób, wzbudził na przykład jej zaufanie już od pierwszego spotkania. Bernhard był jakby bardziej zagubiony, nie do końca radził sobie z emocjami i miał spore problemy z ich wyrażaniem, przynajmniej tyle Łukasiewiczówna zdążyła zauważyć. Był też trochę bardziej od starszego brata porywczy, mimo wszystko, jakby łatwiej było go wytrącić z równowagi.
-Panno Cecylio, powiem wprost: generał Wittenberg chce panią postawić pod sąd – rzekł, a ona słuchała go uważnie. Siedział na krześle sztywno wyprostowany, z rękoma złożonymi na kolanach. – Waćpanna nie jest głupia, więc nie zamierzam wciskać waćpannie żadnych bzdur. Skaże panią na śmierć za zdradę i szpiegostwo, z wykonaniem wyroku wstrzyma się, dopóki waćpanny ojciec nie przyśle pieniędzy. Ale wyrok wykona, zapewniam. Nie mam kompetencji, żeby mu w tym przeszkodzić.
Cecylia aż zesztywniała, jej wnętrzności boleśnie skręciły się ze strachu. Serce zabiło jej tak jak szalone, zakręciło jej się w głowie. Obiecał jej coś innego, to była jej jedyna myśl. Kłamca, jak oni wszyscy. Obiecał, że ją ochroni, obiecał! Cecylia najbardziej zła była na siebie o to, że mu zaufała. A teraz co? Teraz zginie tak czy inaczej. A nie chciała, och, jak strasznie nie chciała ginąć, byłaby gotowa paść przed Wittenbergiem na kolana i błagać go o zmianę decyzji, byle tylko mogła przeżyć. Owszem, nie mogłaby sobie wtedy spojrzeć w oczy, ale wolała to niż śmierć. Cecylia jeszcze nie była na to gotowa. Ale czy ktokolwiek by był?
Oxenstierna zauważył wszystkie te emocje malujące się na jej twarzy. Widział wyrzut w jej oczach, skierowany oczywiście pod jego adresem, ale przede wszystkim widział jej przerażenie. I jeśli jeszcze miał jakieś wątpliwości co do tego, czy naprawdę był gotów poślubić tę kobietę, to teraz odeszły one w niepamięć. Nie chodziło już nawet o dług wdzięczności za ocalenie Bernharda – zwykła przyzwoitość mówiła mu, że nie może postąpić inaczej, bo jest jedynym, który może ją uratować. Oczywiście i tak jest nikim wobec Karola Gustawa, który osobiście zdecyduje co z Cecylią zrobić, ale Bengt był przekonany, że król spojrzy na nią łaskawszym okiem jako na panią Oxenstiernę niż pannę Łukasiewicz. Choćby i z tego względu, że z chęcią popatrzy sobie na niego i Wittenberga skaczących sobie do gardeł z jej powodu.
-Panno Cecylio, jestem tutaj, żeby pani pomóc – powiedział, ale wtedy dopiero złość pojawiła się w jej oczach.
-Co, chcesz waść złożyć kondolencje? – warknęła, owijając się kołdrą i podciągając kolana pod brodę. – Dziękuję bardzo, nie potrzebuję. – Łzy zaczęły cisnąć się jej do oczu, ale zmusiła się do powstrzymania płaczu. – Żegnam.
Nie chciała go widzieć, nie po tym, jak ją wystawił. A on ciągle siedział na miejscu. Cecylia nie miała siły, by znów się odezwać i go wyrzucić. Wtedy raczej nie powstrzymałaby płaczu.
Bengt Oxenstierna spojrzał na nią uważnie, odchrząknął i rzekł:
-Nie będzie waćpanna potrzebowała żadnych kondolencji. Mogę waćpannie pomóc. Oczywiście to nie zagwarantuje ochrony przed Karolem Gustawem, ale Wittenbergowi zwiąże ręce. A ja króla urobię, o to się proszę nie martwić.
Cecylii momentalnie minęła cała złość. Na nowo rozbudziła się w jej sercu nadzieja. Ale czy on naprawdę jej nie oszukuje?
-Pomoże mi waszmość uciec? – zapytała już spokojniejszym tonem.
-Nie – odparł i westchnął głęboko. – Ale zapewnię waćpannie taką pozycję, że nikt tutaj, prócz Karola Gustawa, nie śmie nawet na nią krzywo spojrzeć. A Wittenberg będzie sobie mógł co najwyżej złorzeczyć pod nosem, bo nie śmie waćpanny nawet obrazić, już ja o to zadbam.
-Jak, jeśli waćpana kompetencje nie sięgają tak daleko?
-Wedle naszego prawa kobieta może zostać pociągnięta przez sąd tylko, jeśli nie ma ojca ani męża. Inaczej to któryś z nich staje przed sądem w jej imieniu.
-Mam ojca – powiedziała Cecylia – ale przecież za daleko, żeby…
I wtedy zrozumiała.
Z największym niedowierzaniem wpatrywała się w jasne, błękitne oczy gubernatora. Jego stoicki wyraz twarzy przerażał ją – jak mógł proponować jej coś takiego, po niecałej dobie znajomości, obcej kobiecie? Dlaczego zdecydował się na taki krok? I jeszcze przyjmuje to tak spokojnie? Tego Cecylia pojąć nie mogła.
A potem pomyślała o Torisie i świat posypał jej się na głowę.
-Nie – powiedziała odruchowo, cały czas z niemądrą miną wpatrując się w Szweda. Oxenstierna zmarszczył brwi.
-Panno Cecylio, ja nie będę waćpanny zmuszał, ale mimo wszystko ośmielę się stwierdzić, że nie ma wyboru.
-Ale… - zająknęła się. – Ale ja jestem zaręczona, ja…
-Niedługo będzie waćpanna martwa, a nie zaręczona – powiedział dobitnie, unosząc brew. – Wiem, że waćpannie się to nie podoba. Mnie też nie jest jakoś wybitnie na rękę.
-To czemu to proponujecie, panie?
-Bo tak trzeba. Jestem waćpanny dłużnikiem.
Cecylia zamilkła, nie bardzo wiedząc co mu odpowiedzieć. Podziwiała go, że przyjmował to tak spokojnie – przecież, nagle sobie to uświadomiła, on tak był w identycznej sytuacji jak ona, miałby związać się z kimś całkiem obcym, z kimś, kogo nie chce, kogo nawet nie wie, czy będzie w stanie choćby tolerować. I robił to tylko dlatego, że tak trzeba. Bo mógł ją uratować. Chociażby za to zależał mu się szacunek i wdzięczność.
Cecylia pomyślała, że Bengt Oxenstierna jest naprawdę dobrym człowiekiem.
-A czy… - zaczęła, a on spojrzał na nią pytająco. – Czy da się rozwiązać to małżeństwo?
Szwed uśmiechnął się cierpko, jakby właśnie tego się spodziewał.
-Oczywiście, dać, to się da – powiedział. – Ale to nie wchodzi w rachubę i musisz mieć tego świadomość, panno Cecylio.
-Dlaczego?
-Bo nie mogę sobie pozwolić na taki skandal, kiedy jestem tym kim jestem, na takim a nie innym stanowisku, a co dopiero kiedy awansuję. Zasadniczo moim celem jest zostać kanclerzem – wyjaśnił, kiedy Cecylia posłała mu pytające spojrzenie. – A to już i tak będzie skandal, kiedy wszyscy się dowiedzą, co zrobiliśmy. Jeśli się waćpanna zgodzi, naturalnie. Czy waćpanny rodzina ma jakieś tytuły?
-Eee… nie.
-Właśnie. – Pokiwał głową. – Proszę tak na mnie nie patrzeć, mnie to naprawdę jest wszystko jedno, mam w kraju tak wysoką pozycję, że nie potrzebuję zawiązywać korzystnych politycznie małżeństw, ale przecież waćpanna chyba wie, jak ludzie reagują na tego rodzaju mezalianse, prawda?
-Prawda. Rozumiem, że wy macie jakieś tytuły?
-Jeden, hrabiowski. Bernhard nie nigdy nie mówił?
-Chyba waść ze mnie kpisz – prychnęła. – Wczoraj się dowiedziałam, że on w ogóle jest z Oxenstiernów. Nie chciał nazwiska podać, uparty osioł.
Gubernator zaśmiał się cicho.
-No to już pani wie – rzekł. – Hrabia Bernhard Oxenstierna af Korscholm och Wasa, po polsku to będzie…
-Obejdzie się, te wasze tytuły i tak dały mi po twarzy – mruknęła. – Więc miałabym być waćpana żoną już tak… na zawsze?
-Na zawsze.
Cecylia milczała przez moment. Bengt nie przeszkadzał, pozwolił jej pomyśleć.
-I czego oczekujecie ode mnie w zamian? – zapytała w końcu. - Takich rzeczy nie robi się za darmo. W głowie mi się nie mieści, żeby ktoś taki jak waszmość zrobił coś takiego… bezinteresownie.
-Nie chcę niczego – powiedział. – To ja spłacam dług zaciągnięty u waćpanny, nie odwrotnie, i chcę żebyś miała tego świadomość.
-Musi być jakiś haczyk.
-Nie ma. Oczekuję od waćpanny tylko… przyzwoitości.
Spojrzała na niego pytająco.
-Proszę nie robić głupot – rzekł. – W pewnym sensie poświęcimy dla siebie nawzajem swoje życia. Ja też nie czuję się z tym najlepiej, ale jestem gotów na przyzwoite zachowanie wobec pani. Powiedziałem, że to na zawsze. Rozumiem więc przez to, że nie życzę sobie, żeby panienka uciekała, bo pewnie przeszło jej to przez myśl. – Zaczerwieniła się. – Tak myślałem. Jestem z waćpanną szczery, naprawdę chcę postawić sprawę jasno, żeby nie było nieporozumień. Chyba nie oczekuję zbyt wiele.
-Więc proszę wyznaczyć jasne granice – powiedziała.
-Nie chcę, żeby waćpanna próbowała uciekać. Nie będę panienki trzymał przy sobie i pilnował bez przerwy, nie jest przecież dzieckiem – Chyba. Właściwie, ile ona ma lat?, zastanowił się. - Liczę na waćpanny poczucie przyzwoitości.
Cecylia zagryzła wargę i popatrzyła w podłogę. Ucieknie. Ucieknie tak czy inaczej, nie zostanie żoną Szweda, chce być żoną tylko dla Torisa, dla nikogo więcej.
-Wiem, że jesteśmy sobie obcy, a ja jestem okrutnie zajęty polityką. Nie wymagam waćpanny uczucia, ani teraz, ani nigdy. I zrozumiałbym, gdyby pani miała jakiegoś… przyjaciela – powiedział, a Cecylia na nowo zwróciła na niego zaskoczony wzrok. Czy on właśnie zamierzał pozwolić jej na romans? Tego jeszcze nie było.  – Tylko proszę, dyskretnie. Bardzo dyskretnie. Nikt nie ma prawa wiedzieć. Najlepiej ja również.
Cecylia milczała.
-No i jest jeszcze coś – bąknął jakimś takim dziwnym, zahukanym tonem. Łukasiewiczówna popatrzyła na niego uważnie. – Nie będę na waćpannę naciskał. Nie od razu, bo ja również… cóż, to nie jest łatwa sprawa. Oboje chyba będziemy musieli przywyknąć do tej myśli. To znaczy, niech panienka nie myśli, że to jej wina… - jąkał się. Cecylia za nic nie pojmowała, co wywołało tak diametralną zmianę w jego zachowaniu. – Waćpanna jest bardzo urodziwą kobietą, to nie tak, że…
Łukasiewiczówna aż się zaczerwieniła.
-Spokojnie – powiedziała, a on zwrócił na nią zagubione spojrzenie. – Wiesz waść, ja wcale nie rozumiem o co waści chodzi.
-O to, że trzeba zapewnić ciągłość nazwiska – powiedział w końcu. – To znaczy, nie trzeba, bo mam masę rodzeństwa, ale… Sama pani rozumie, panno Cecylio, chcę mieć syna.
Cecylia wytrzeszczyła oczy. Całkiem zapomniała o takim aspekcie małżeństwa. O nie, nie, nie, nie. Nie ma mowy.
Po chwili jednak się uspokoiła. To było… w zasadzie całkiem normalne. To po prostu ona miała jakieś niezrównane szczęście, że akurat miała wyjść za kogoś, kogo darzyła uczuciem. Gdyby nie spotkała Torisa, ojciec pewnie wydałby ją za jakiegoś szlachcica, którego Cecylia pewnie nawet by nie lubiła, a małżeństwo pozostawałoby małżeństwem.
A Bengta chociaż lubiła. A przynajmniej były na to zadatki. Zresztą – pomyślała – po cóż się tym zadręczać, skoro i tak nie zamierzała wytrwać u jego boku?
-Wie waćpanna, co to znaczy – bąknął, czerwieniąc się okrutnie.
-Że z powietrza się nie weźmie?
-Dokładnie. – Zamilkł na chwilę. – Nie będę waćpanny zmuszał, ja nie jestem z tych. Nie ma waćpanna żadnego obowiązku tego robić. Ale też nie kryję, że… cóż, oczekuję, że się pani zgodzi.
-Tak jakoś… zaraz? – zapytała niepewnie. Co jak co, ale nie zamierzała mu się oddawać. Nie ma takiej możliwości.
-Nie, czy waćpanna już całkiem rozum postradała? – wybuchnął. – Nie, spokojnie. Kiedyś.
-„Kiedyś” brzmi dobrze. – Cecylia pokiwała głową. – Nie mam wyjścia, prawda?
-Obiektywnie, nie bardzo.
-I waćpan… naprawdę to dla mnie zrobi? – zapytała, spoglądając na niego niepewnie. – Nie zna mnie pan i nie wie, w co się pakuje.
Oxenstierna zaśmiał się cicho.
-Spodziewam się, że nie jest waćpanna… cóż, zbyt okrzesana i skłonna do podporządkowania się – rzekł, uśmiechnąwszy się półgębkiem. – Ale ja pani nie będę próbował usadzić, panno Cecylio. Właściwie, to muszę waćpannie powiedzieć, że ciekawa z waćpanny persona. Mogłem trafić dużo gorzej, jeśli chodzi o zupełnie obcą mi kandydatkę na żonę. Będę całkiem usatysfakcjonowany, mówiąc szczerze.
Cecylia uśmiechnęła się pod nosem. Nie podobało jej się to wszystko, ale czy miała jakieś inne wyjście? Najwyżej ucieknie do Torisa. Mimo wdzięczności do Oxenstierny nie zamierzała z własnej woli dać się do niego uwiązać na całe życie.
Bengt Oxenstierna wstał. Cecylia powiodła za nim wzrokiem. Mężczyzna wyciągnął do niej rękę i rzekł:
-Chodźmy. Kazałem Bernhardowi pójść i obudzić księdza. Jeszcze odziejemy waćpannę w coś bardziej odpowiedniego – popatrzył z ukosa na jej koszulę, a potem na rozrzucony na podłodze strój służącej w stanie co najmniej wątpliwym –  i będziemy zaczynać.
-A co on na to wszystko powiedział? Znaczy, Bercia? – zapytała Cecylia, ciągle siedząc na łóżku.
-Cóż, palił się do pomocy, sam chciał się z waćpanną ożenić. – Mężczyzna wzruszył ramionami. Cecylia z kolei była bardzo zainteresowana tym, dlaczego to nie doszło do skutku. Po stokroć bardziej wolałaby poślubić Bernharda, jeśli już za któregoś z nich wyjść musiała. Chociaż i młodszego żoną nie byłaby długo, co to, to nie. – Ale nie mogliśmy rozegrać tego w ten sposób.  Wittenberg dostałby szału. Nawet nie chcę myśleć, co by się tu działo. A prócz tego, to niech mi waćpanna wierzy, marszałek by żadnych skrupułów nie miał, żeby mojego brata przed sąd postawić. To się po prostu nie mogło wydarzyć. Wszyscy wpadlibyśmy w jeszcze większe bagno. Albo raczej: wpadlibyście. Tak naprawdę tylko ja i kanclerz Erik jesteśmy na tyle wysoko, żeby być poza zasięgiem gniewu i zemsty marszałka.
-Ale czy on, Wittenberg znaczy, nie myśli, że ja i Bernhard… - zaczęła Cecylia, a Bengt przewrócił oczami.
-Och, on jest o tym przekonany i właściwie to tylko dlatego koniecznie chce waćpannę powiesić.
-Ale wy chyba w to wszystko nie wierzycie, panie?
-Nie – powiedział. – Bernhard mi powiedział co i jak. On waćpannę bardzo szanuje, wie panienka o tym? – zapytał nagle. Cecylia nie miała prawa tego wiedzieć, ale Bengta Oxenstiernę po prostu zwyczajnie ogarnęły wyrzuty sumienia. Ze względu na brata.
-Tak, wiem. Brat waszmości to bardzo porządny człowiek. – Westchnęła. – Obaj jesteście.
Znów na chwilę zamilkł.
-Chodźmy, panno Cecylio. – Wyciągnął do niej rękę. – Już pewnie czekają.
*
Nie tak to wszystko miało wyglądać, myślała Cecylia w chwilach, kiedy udawało jej się złapać oddech. Gorset uciskał ją tak niemiłosiernie, że była przekonana, że przed końcem ceremonii zwyczajnie zemdleje.
Była ich piątka: trzech Oxenstiernów, Bernhard, Bengt i Gustaw, dwóch młodszych za świadków, a prócz nich oczywiście Cecylia i ksiądz. No, właściwie nie ksiądz, a pastor – Cecylia bowiem, prócz ślubu, została zmuszona do porzucenia wiary katolickiej i przejścia na protestantyzm. Bengt Oxenstierna nie był głupi i szybciutko wpadł na to, że Łukasiewiczówna – jeśli jej do tego nie zmusić – przy pierwszej okazji oświadczyłaby wszem i wobec, że ślub z Oxenstierną jest nieważny, bo udzielił go luterański pastor, a nie katolicki ksiądz. Kazano jej podpisać odpowiednie dokumenty, a ona, nieszczęśliwa, musiała to zrobić.
Cecylia nigdy właściwie nie miała wielkiego problemu z protestantami, ale jako Polka i katoliczka wcale nie chciała się swojej wiary wyprzeć. Nie była jednak z tych, którzy byliby gotowi oddać za wiarę czy kraj życie. Owszem, istniały pewne granice, poza które by się nie posunęła, by uratować życie, wolałaby już raczej umrzeć, ale porzucenie katolickiej wiary nie było jedną z nich, choć i tego nie uczyniła chętnie. Okrutnie bała się, że ojciec by ją wyklął, gdyby się dowiedział, a dowie się na pewno, bo do kogo Cecylia miałaby uciec, jeśli nie do ojca? Nie spojrzy Torisowi w oczy i nie powie mu, że wyszła za innego mężczyznę. A może i by to zrobiła? Toris jest taki dobry, pewnie by zrozumiał, że nie miała wyboru. Sama nie wiedziała, co począć.
Teraz w każdym razie stała przed ołtarzem w zamkowej kaplicy, po lewej stronie młodego pastora o monotonnym, usypiającym głosie, u boku Bengta Oxenstierny, odzianego w swój elegancki, granatowy mundur i zerkającego na nią z ukosa. Z boku, jako świadkowie, stali Bernhard i Gustaw, bracia pana młodego – tradycji nie mogło stać się za dość i stanęło na dwóch mężczyznach, jako że jedynymi kobietami na zamku były teraz właściwie służące, a nie godziło się, by ktoś taki był świadkiem na ślubie hrabiego.
Cecylia czuła się, jakby to wszystko było tylko snem – choć może była to kwestia tego, że naprawdę niemalże nie mogła oddychać przez tę suknię, w którą ją ubrano – słowa kapłana były dla niej okropnie nierzeczywiste, docierały do niej jakby przez mgłę, podobnie jak słowa Bengta i jej własne. Widziała Bernharda, który unikał jej spojrzenia i Gustawa, który jako jedyny nie wydawał się tym wszystkim przybity, zamiast tego posyłając jej zaskakująco szczery i pokrzepiający uśmiech.
Słowa kapłana dotarły do niej dopiero, kiedy Bengt szturchnął ją łokciem w ramię.
-Podług urzędu kościoła świętego, pytam ciebie, Bengcie Oxenstierna i też ciebie, Cecylio Łuka…siewicz, jeśli wy żądacie wstąpić w stadło małżeńskie?
-Żądamy – odpowiedział mu Bengt, a gdy Cecylia milczała, spojrzał na nią wyczekująco.
-Żądamy – zreflektowała się szybko, głosem zupełnie do niej niepodobnym, jakby zupełnie pozbawionym pewności siebie.
Na Boga, czy to się działo naprawdę?
Zaczęła niespokojnie oddychać, brakowało jej tchu. Do tego jeszcze te wstrętne trzewiki obcierały ją tak niemiłosiernie, że z największą chęcią zatłukłaby nimi ich twórcę. I czort, że strój ten był piękny, a Cecylia wyglądała wprost olśniewająco w haftowanej sukni z głębokim, łódkowatym dekoltem (co zresztą Gustaw skomentował dość dobitnie: „Cecylio, na Boga, jakaś ty chuda, przecież same kości ci widać!”) i przesadnie, zdaniem Łukasiewiczówny, eleganckimi koronkami. Najchętniej zdjęłaby z siebie to wszystko tu i teraz, byle tylko uwolnić się od cierpienia. Była święcie przekonana, że jeśli spróbuje usiąść, to połamie sobie żebra.
Ale przynajmniej te okrutne niedogodności odciągały jej uwagę od biegnących wydarzeń. Była pewna, że gdyby nie to, już dawno by sprzed oblicza księdza i przyszłego małżonka po prostu uciekła.
-Bengcie i Cecylio wiedzcie, iż wszelki człowiek chrześcijański, który chce przyjąć świętość małżeństwa świętego, ten ma mieć naprzód czyste sumienie dla tej przyczyny. Bowiem gdyż Bóg Wszechmocny daje łaskę swoją przy każdej świętości, tedy człowiek nie ma mieć żadnej przekazy ku przyjęciu łaski Jego, ale ma być czysty od wszelkiego grzechu śmiertelnego; wtóre – ma być wasz umysł dobry tako, iż wy w tem stadle chcecie żyć ku czci i ku chwale boskiej i ku waszemu zbawieniu dusznemu.
Cecylia nagle zapragnęła kapłana uderzyć.
-Wtóre pytam ciebie, Bengcie, jeśliś ty nie ślubił żadnej inszej, prócz tej panny Cecylii, która podle ciebie stoi? Albo jeśli też nie macie między wami niektóre bliskości krewne?
-Nie ślubiłem. Nie mamy.
Cecylia powtórzyła za panem młodym, czując się co najmniej jak w transie. Chciała zniknąć, chciała, żeby to się już skończyło, żeby Bernhard na nią spojrzał, bo bolał ją jego chłód i dystans, jakby uczyniła mu krzywdę. A tak przecież nie było, przynajmniej ona nie była w stanie zauważyć niczego, czym mogłaby sprawić mu przykrość. Chciała z nim porozmawiać, z nim, nie z Bengtem, bo tylko Bernhard był jej kimś bliskim w całym tym zamku, w całym mieście.
Poczuła się okrutnie samotna.
NA BOGA, POWIETRZA.
-Bengcie, widzisz, iż Cecylia, która podle ciebie stoi, z łaski Bożej jest zdrowa, ale jeśliby pod czasem miły Bóg przepuścił na nią niektórą niemoc, albo też niektóry niedostatek, ślubiszże ją nigdy nie opuścić? – pytał dalej kapłan, nie zaszczyciwszy spojrzeniem ani Oxenstierny, ani jego przyszłej żony.
Krótkie spojrzenie jego jasnych, niebieskich oczu przyprawiło Cecylię o dreszcze. Bengt wyglądał co najmniej imponująco, wielki i sztywno wyprostowany, o surowym i paradoksalne jakby łagodnym wyrazie twarzy, w eleganckim mundurze i szablą przy boku. Łukasiewiczówna czuła się przy nim jeszcze mniejsza niż w rzeczywistości – ten człowiek miał tak ogromną, nieopisaną charyzmę, że dla była ona dla Cecylii niemalże namacalna, podobnie jak jego silna osobowość, przy której nawet jej własna ginęła. Pomyślała nagle, że nie ma ani odwagi, ani chęci się mu sprzeciwić w jakikolwiek sposób. Nie chciała być jego żoną, ale jednocześnie wiedziała, że byłby w stanie przekonać ją do zrobienia absolutnie wszystkiego, czego by od niej zażądał, jeśli tylko by tego zechciał. I ta świadomość ją przeraziła, bowiem i on z całą pewnością zdawał sobie z tego sprawę.
Cecylii zakręciło się w głowie, kiedy wreszcie dotarło do niej co to wszystko znaczy – a może po prostu z braku tlenu – ten mężczyzna chciał, by spędziła życie u jego boku. Mimo wszystko, mimo że była obca, mimo że była wrogiem i nienawidziła jego narodu. Chciał zabrać ją do Szwecji. Chciał, by urodziła mu dzieci.
Cecylia wiedziała, że nie jest odpowiednio dobrą partią dla kogoś takiego jak on. Była podług niego nikim i to nie ulegało żadnej wątpliwości. On też w pewien sposób się poświęcał, chociaż na płaszczyźnie, którą Cecylia nigdy specjalnie nie zaprzątała sobie głowy. Ta myśl dodawała jej otuchy.
To samo pytanie kapłan zadał Cecylii. „Ślubuję”, które wypłynęło z jej ust było już jakby bardziej świadome, choć na pewno nie chętne ani entuzjastyczne.
Pastor nagle złapał Cecylię za rękę. Kobieta spojrzała na niego co najmniej zbita z tropu, ale wtedy uświadomiła sobie, że i Bengta dłoń znalazła się w uścisku kapłana. Przez chwilę miała ochotę się wyrwać i uciec, jakby obcy dotyk ją spłoszył, ale uspokoiła się trochę, kiedy duchowny splótł palce Szweda z jej własnymi, a Oxenstierna delikatnym, niemalże niezauważalnym ruchem kciuka pogładził ją uspokajająco po wierzchu dłoni. Cecylia zamrugała, zaskoczona, ale nie odwróciła wzroku. Bengt patrzył na nią poważnie i spokojnie, aż wreszcie i jej ten jego spokój choć trochę zaczął się udzielać.
Kapłan kazał Bengtowi powtarzać za sobą, co ten niezwłocznie uczynił. Jego szorstki, ochrypły głos był może nieprzyjemny w brzmieniu, ale Cecylii przynosił oparcie, pomagał jej zachować zimną krew. Ten człowiek potrafił zdziałać cuda, Łukasiewiczówna była naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Przez myśl przeszło jej, że Bernhard całkiem tej umiejętności nie posiadał. I ciągle unikał jej spojrzenia – Cecylia jednak nie mogła o tym myśleć w takiej chwili.
-Ja, Bengt Gabrielsson Oxenstierna af Korscholm och Wasa – mówił – biorę ciebie, Cecylio Łukasiewicz herbu Rosen, za moją własną żonę i ślubuję tobie chować wiarę małżeństwa świętego aż do mej śmierci: tako mi Bóg pomóż.
Cecylia wahała się długo, bo wiedziała, że jej następne słowa zmienią jej życie raz na zawsze. Pewnie nie zmusiłaby się do wypowiedzenia ich, ale ciepła dłoń Bengta Oxenstierny i jego wyczekujące, choć wcale nie karcące spojrzenie pomogły jej zebrać się w sobie i rzec:
-Ja, Cecylia Łukasiewicz herbu Rosen – zawahała się, ale wziąwszy głęboki oddech (przynajmniej na tyle, na ile pozwalał jej gorset), mówiła dalej - biorę ciebie, Bengcie Oxenstierna, za mojego własnego męża i ślubuję tobie chować wiarę małżeństwa świętego aż do mej śmierci: tako mi Bóg pomóż.
Jestem żoną Szweda, pomyślała Cecylia i przez chwilę była pewna, że upadnie. Chryste, jestem jego żoną. Cecylia Oxenstierna. Boże święty, ratuj mnie, co ja uczyniłam…
-Boże Wszechmocny! – rzekł pastor. - Daj wam szczęście i duszne zbawienie w tem stadle waszem!
Cecylii już nie obchodziło, co pastor szwargocze – śledziła tylko wzrokiem krzepką dłoń męża, jak przyjmuje od duchownego pobłogosławiony przezeń pierścień – niewielki i skromny, choć na pewno bardzo, bardzo wartościowy (i najpewniej zrabowany, przeszło jej przez myśl), na jej oko wykonany ze złota i szafiru.
Wsunął go na jej palec z zaskakującą jak na takiego wielkiego mężczyznę delikatnością i ucałował jej dłoń. Cecylia była mu wdzięczna, że oszczędził jej prawdziwego pocałunku – nie był on, oczywiście, częścią obrzędu, ale był jak najbardziej mile widziany. A Cecylia naprawdę nie chciała, by Bengt Oxenstierna ją całował.
-Annulo suo subarravit me… - mówił dalej pastor, ale z tego Cecylia nie rozumiała już nic a nic, więc zwyczajnie przestała słuchać. Do jej świadomości docierał tylko wzrok męża i jego silna, pewna dłoń, zaciskająca się na jej drobnej rączce.
Stało się. Panna Łukasiewicz była teraz panią Oxenstierna i musiała się z tym pogodzić.

Bernhard zaciskał zęby i starał się zupełnie nie słuchać ani kapłana, ani Bengta, ani tym bardziej Cecylii. To wszystko było dla niego tak okropne, tak ciężkie do zniesienia, że sam sobie się dziwił, że ustał tyle czasu w miejscu, i że na to wszystko pozwolił. Oxenstierna nie mógł nawet spojrzeć na Cecylię, ślubującą wierność jego rodzonemu bratu, co absolutnie zamykało mu do niej drogę. Tak naprawdę Bernhard nawet nie był pewien, czy chciałby chociaż próbować sprawić, by Cecylia zapałała do niego uczuciem, ale za to za nic nie chciał, by została czyjąś żoną. A nawet jeśli, to już wolał tego Litwina, bo jemu prędzej zrobiłby świństwo i – być może, jeśli wrodzone poczucie przyzwoitości by mu na to pozwoliło – uciekłby z jego żoną, jeśli by go zechciała. A bratu czegoś takiego by nie zrobił. W każdym razie nie Bengtowi.
Stał tam więc i patrzył, jak Cecylia związuje się z jego bratem, starając się po prostu wybić ją sobie z głowy. Ale jakoś nie pomagało.

Gustaw objął ją śmiało, jakby byli przyjaciółmi, co najmniej od lat. Cecylia była okrutnie onieśmielona jego zachowaniem. Bengt przewrócił oczami – widać był przyzwyczajony do takich wyskoków ze strony młodszego brata.
-No, to jesteś moją bratową, tak? – Poklepał ją po plecach i wyszczerzył zęby. – Pokaż temu nadętemu kołkowi, kto tu nosi spodnie!
Bengt chrząknął wymownie.
-Nie marudź, przyda ci się taka harda żona – zaśmiał się. – Ja cię od początku lubiłem, wiesz? Erik marudził, że bezczelna jesteś, ale dla mnie masz większe… no, sama wiesz co, niż połowa moich podwładnych.
Cecylia parsknęła śmiechem i jakoś od razu nastrój jej się poprawił.
-GUSTAW.
-Dobrze, dobrze. – Uniósł ręce w geście kapitulacji. Nagle oczy mu zaświeciły, a uśmiech stał się jeszcze szerszy. – Aaaaa, bo właśnie, ja i Bernhard to może was zostawimy, bo wy to właściwie noc poślubną przed sobą macie.
Cecylia sama nie wiedziała, kto był bardziej zakłopotany: ona, Bengt, czy Bernhard. Nie mogła spojrzeć w oczy ani jednemu, ani drugiemu.
Ale przecież Bengt jej obiecał, że nie będzie musiała. Że jeszcze nie teraz, tylko kiedyś. Oby nie zmienił zdania, bo inaczej Cecylia za siebie nie ręczyła. Już raz ktoś próbował ją zmusić do takich rzeczy. I teraz nie żył. Nie zawahałaby się ani przez moment, teraz już to wiedziała, bez względu na to, że Bengt się dla niej poświęca czy nie, że jest bratem Bernharda, i że wtedy naprawdę skończyłoby się to dla niej okrutną śmiercią.
Dopiero po chwili przez falę strachu i gniewu przebiła się myśl, że Bengt jest porządnym człowiekiem i dałaby sobie uciąć głowę, że nie zmusiłby jej do tego, to było zdecydowanie poniżej jego poziomu.
Na ziemię sprowadził ją głos Bernharda. Nie zorientowała się nawet, że Bengt odszedł na bok, ewidentnie skarcić Gustawa. Ona i Bernhard byli właściwie sami, przez chwilę.
-Nie martw się – powiedział jakimś dziwnym, nieswoim głosem, unikając spojrzenia Cecylii. Jego głos był dla niej jak balsam i z trudem powstrzymała się od uściśnięcia go, chociaż tak bardzo potrzebowała w tej chwili obecności kogoś jej bliskiego. Nie wypadało jej, nie w takiej chwili, nawet jej nieokrzesanie nie było aż tak wielkie, by mogła podobnie postąpić. – Bengt będzie dla ciebie dobry. Tak naprawdę nikt nie zadba o ciebie lepiej.
-Nie chcę być jego żoną – wypaliła, upewniając się, że sam zainteresowany nadal nie słucha. – Nie chcę. Wolałabym być twoją, jeśli już muszę. Mówił mi, że chciałeś. Dziękuję.
Bernhard poczuł się jednocześnie okropnie szczęśliwy i nieszczęśliwy przez jej słowa. To wszystko to było stanowczo za dużo, jak na jego nerwy. I raz jeden podzielał zdanie Gustawa – naprawdę chciał już zniknąć i nie musieć udawać, że nie jest rozgoryczony tym, co Bengt i Cecylia właśnie uczynili. A z drugiej strony za nic nie chciał odchodzić, bo właściwie nie wiedział, jak jego mała Polka i gubernator się umówili. Gustaw po prostu palnął, nie zastanawiając się nad tym, co mówi, czy może oni naprawdę zamierzali… cóż, skonsumować małżeństwo? Bernhard miał ochotę dosłownie zawyć na tę myśl. Żal i zazdrość, jakie go ogarnęły, sprawiały mu niemalże fizyczny ból. Najgorsze, że Bengtowi było wolno, miał do tego pełne prawo jako jej mąż. Tylko myśl, że jedyną alternatywą była śmierć Cecylii pozwalała mu trzymać język za zębami i zachować zimną krew, nie wspominając o swoich rozterkach ani słowem.
-To nie był dobry pomysł – wymamrotał. – Wittenberg zabiłby nas oboje.
-Wiem, Berciu.
Milczeli długą chwilę.
-Porozmawiamy niedługo? – zapytała nagle, a Bernhard nie mógł powstrzymać wkradającego się na jego usta uśmiechu.
-Porozmawiamy. – Z trudem powstrzymał się od złapania jej za rękę. – I powiesz mi, czy Bengt dobrze cię traktuje, bo jak nie, to sobie z nim porozmawiam.
Cecylia nie mogła się powstrzymać i zaśmiała się wesoło i szczerze.
-Czy ty właśnie zażartowałeś? – zapytała, unosząc wysoko brwi. Bernhard zaczerwienił się. – To wcale nie było zabawne. Wcale. Boże, dlaczego ja się śmieję? Popadam w jakąś histerię, zaraz się popłaczę…
Bernhard właściwie też nie wiedział, ale jakoś ta krótka wymiana zdań przekonała go, że nic się między nimi nie zmieniło, że Cecylia nadal jest tak samo serdeczna wobec niego, jak do tej pory. To go tylko utwierdziło w przekonaniu, że zabiera ją z tego zamku jak tylko Karol Gustaw się wyniesie.
Nie dane im było zamienić właściwie nawet słowa więcej – Bengt skończył karcić Gustawa i powolnym, ciężkim krokiem zbliżył się do żony i brata. Cecylia nagle zauważyła, na jak okrutnie zmęczonego wyglądał – miał mocno podkrążone oczy i z wyraźnym trudem powstrzymywał ziewanie.
-Porozmawiacie jutro, dobrze? – wymamrotał, spoglądając na nich obojga. – Jestem zmęczony. – Objął Cecylię ramieniem.  – Chodźmy, ja już naprawdę mam serdecznie dość dzisiejszego dnia. Dobranoc, Bernhard.
-Dobranoc.
Bernhard miał wrażenie, że Bengt unika konfrontacji z nim, jakby doskonale wiedział, co mu chodzi po głowie. I właściwie był mu za to bardzo wdzięczny, bo nie miał ochoty oglądać ich razem. No, ale przynajmniej o tę nieszczęsną noc poślubną mógł być spokojny – dałby sobie rękę obciąć, że Bengt padnie spać jeszcze w pełnym rynsztunku. Może szablę odepnie. Może.
I tak też się stało.
Bengt poprowadził Cecylię do części zamku, w której bywała rzadko – to były osobiste pokoje dowództwa i niemalże nikt ze służby nie miał tam dostępu. Na pewno nie do pokojów osób tak wysokich rangą jak gubernator Oxenstierna.
Pani Oxenstierna spodziewała się, że mąż przepuści ją w drzwiach. Nie uczynił jednak tego, a Cecylia przez chwilę głowiła się nad tym, dlaczego. Nie, żeby czuła się jakaś urażona, po prostu zauważyła, że takie uprzejme gesty Bengt traktował bardzo poważnie. Już po chwili powód sam się znalazł – w korytarzu prowadzącym do najpewniej sypialni, na łóżku polowym, smacznie spał strażnik. Teraz dopiero przypomniało się, że Cecylia rzeczywiście słyszała od dziewcząt ze służby, że najwyżsi rangą szwedzcy urzędnicy i żołnierze trzymają straże nie tylko na korytarzu, ale też tuż pod sypialnią. Cecylia nie bez satysfakcji pomyślała, że muszą się w takim razie okrutnie bać.
Oxenstierna potrząsnął ramieniem żołnierza. Najpierw przestał chrapać (a robił to okrutnie głośno), a dopiero za którymś razem otworzył oczy.
Czujny jak ważka, pomyślała z pewną dozą złośliwości Cecylia.
-Herr Oxenstierna! – zawołał żołnierz zaspanym tonem, zrywając się momentalnie na równe nogi. Jedną ręką przecierał zaspane oczy, a drugą salutował. – Melduję spokój, nic się nie dziaaaaa… - przerwało mu potężne ziewnięcie - …ło.
-Huragan by koło ciebie przeszedł, a ty byś nic nie zauważył. – Bengt zacisnął wymownie usta. – Zwalniam cię dziś z warty, wystarczą mi chłopcy na korytarzu. Idź do siebie i się wyśpij.
Dopiero teraz wzrok żołnierza padł na Cecylię. Wydawał się co najmniej zaskoczony jej obecnością. Zwrócił na Bengta pytające spojrzenie, a ten szybko rozwiał jego wątpliwości.
-Karl, to moja żona Cecylia – przedstawił ją. – Cecylio, to Karl Stege, przyjaciel i wartownik.
-Żona? – zapytał kompletnie zdezorientowany Stege. – Od kiedy wy macie żonę, herr Oxenstierna?
-Od niecałej godziny – powiedział Oxenstierna.
-Och – bąknął żołnierz. – To zaszczyt panią poznać, pani hrabino.
Cecylia tylko skinęła głową na jego słowa, jednocześnie kuląc się za Bengtem.
-Zbieraj się – burknął Bengt. – Mógłbyś, właściwie, spać tu dalej, ale nie mam ochoty, żeby ktoś siedział pod drzwiami podczas mojej nocy poślubnej. A i ty pewnie byś się za dobrze nie bawił.
Cecylia teraz naprawdę się wystraszyła – w końcu Bengt powiedział wprost to, czego się obawiała. Inaczej się umawiali, zamierzała mu to przypomnieć. Znów nabierała przekonania, że nie powinna była mu ufać. Nikomu tutaj nigdy nie powinna była ufać.
-Tak jest – bąknął Karl w odpowiedzi. – Dobrej nocy, herr Oxenstierna. Pani Oxenstierna. – skłonił się jej na pożegnanie, ale Cecylia była zbyt przerażona, by jakkolwiek na to zareagować. Spoglądała na Bengta niepewnie, ale on nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem.
Gdy Karl zniknął za drzwiami na korytarz, mąż otworzył przed nią drzwi. Ona jednak ani drgnęła – dopiero wtedy Bengt na nią spojrzał.
-Proszę – powiedział wyczekująco, a Cecylia pokręciła głową.
-Nie chcę tego robić – bąknęła, cofając się o krok. – Nie chcę żadnej nocy poślubnej. Waćpan mi mówił, że nie muszę i…
Urwała, bo uświadomiła sobie, że jest niebezpiecznie bliska płaczu. Ręce jej się trzęsły, a głos odmawiał posłuszeństwa.
Niemal podskoczyła, gdy poczuła na ramieniu ciężką dłoń gubernatora.
-Niech pani wejdzie – powiedział łagodnym tonem. – Porozmawiamy w środku, wartownicy nie muszą nas słuchać.
Cecylia, chcąc nie chcąc, posłuchała go. Weszła do sypialni z przekonaniem, że jeśli Oxenstierna jednak zamierza ją zmusić, to ona mu nie pozwoli, zwyczajnie go zamorduje, już raz to przecież zrobiła. Była zbyt roztrzęsiona, by zobaczyć, że jakikolwiek strach nie miał właściwie, w tym wypadku, sensu – jeśli o coś takiego by mu chodziło, to można to było załatwić o wiele, wiele łatwiej, nie uciekając się do małżeństwa.
Bengt wszedł do sypialni za nią i zamknął drzwi.
W nikłym blasku świecy Cecylia niewiele widziała – mogła rzec tylko tyle, że było to raczej przestronne, ale dość skromnie, jak na zamkowe standardy, urządzone pomieszczenie. Większość przestrzeni zdawała się pusta. Po lewo od siebie Cecylia widziała zarys fotela, kawałek dalej w ciemności majaczył się kontur biurka i krzesła. No i było jeszcze duże łoże, podobne do tego, w którym Cecylii przyszło spać przez dwie ostatnie noce, i to właściwie tyle, ile mogła zobaczyć.
Szwed ręką wskazał jej łóżko, podeszła więc powolnym krokiem i usiadła na perfekcyjnie zaścielonej pościeli. Bengt, odpiąwszy wcześniej szablę od pasa, usiadł obok niej, ale nie na tyle blisko, by mogła czuć się niekomfortowo. Odstawił świecznik na stojącą obok łóżka etażerkę i wreszcie spojrzał na Cecylię. Przez długą chwilę milczał.
-Nie, tak nie może być – Wybuchła wreszcie Cecylia. Bengt zrobił zdziwioną minę. – Proszę to ze mnie zdjąć, natychmiast, bo za chwilę się tu zwyczajnie uduszę, padnę trupem i tyle będzie z tego naszego misternie uknutego spisku.
Odwróciła się do niego plecami, by mógł rozsznurować jej suknię. W milczeniu pomógł jej ją ściągnąć. Było to może odrobinę krępujące, ale na Boga, Cecylia potrzebowała teraz w pierwszej kolejności złapać trochę tchu. Trzęsącymi się palcami zabrała się za rozsznurowywanie gorsetu na brzuchu. Ściągnęła go z siebie mocnym, energicznym ruchem razem z metalowym stelażem sukni.
-Na Boga, kto takie diabelstwo wymyślił? – burknęła.
Wreszcie wzięła głęboki oddech, jakby po niezmiernie długim czasie dane jej było zaczerpnąć tchu po wypłynięciu spod wody. Garderobę złożyła na krześle, po czym sama usiadła na skraju łóżka, przygładziła fałdy spodniej sukni i popatrzyła wreszcie na męża, który obserwował jej poczynania z bladym, błąkającym się po ustach uśmiechem.
-Ja wiem, że to nie jest… - zaczął – komfortowa sytuacja, ale waćpanna w żadnym razie nie musi się mnie obawiać. Naprawdę, nic złego waćpannie… waćpani… nie uczynię.
-To czemu waszmość powiedział swojemu przyjacielowi to, co powiedział? – zapytała go ostrożnie.
Bengt zaśmiał się pod nosem.
-Bo Karl to plotkarz jakich mało – powiedział jej. – Do rana Wittenberg na pewno usłyszy historię o tym, jak ochoczo i bezwstydnie konsumowałem małżeństwo ze swoją młodziutką żoną. W rzeczywistości zamierzam spać. Jak się pani na to zapatruje, pani Cecylio?
Nie mogła się nie uśmiechnąć. Kamień spadł jej z serca.
-No taki plan, to mi się podoba o wiele bardziej – oświadczyła i rozsiadła się na łóżku wygodniej. Całe napięcie momentalnie z niej zeszło. Bengt Oxenstierna naprawdę wzbudzał zaufanie.  – Ale niech mi waszmość powie, nie wystarczyło mu, znaczy się, Wittenbergowi, po prostu rano powiedzieć, że teraz to już po ptakach?
-Ale co sobie krwi napsuje, jak usłyszy o tym w postaci plotek, to jego, prawda? – Uniósł wysoko brwi i uśmiechnął się odrobinę.
-Złośliwa z pana bestia, panie Oxenstierna! – zaśmiała się. – Od dawna drzecie koty?
-Od zawsze. To jest bardzo długa historia, którą pewnie kiedyś pani opowiem. Więc widzi pani, tym małżeństwem upiekliśmy dwie pieczenie na jednym ogniu. – Oparł się wygodniej o ścianę. – Pani jest cała i zdrowa, a szanowny pan Arvid może sobie tylko rwać włosy z głowy, bośmy mu plany pokrzyżowali. Ja jestem zadowolony.
-Wiesz waść, zasadniczo to ja mu się nie dziwię, że on mnie tak nie znosi.
-Cóż, gdyby to była prawda, co o waćpani sądzi, to też bym się nie dziwił. – Pokiwał głową. – Tylko że ten nadęty bęcwał nic nie da sobie wytłumaczyć.
-Jak pan go pięknie podsumował!
-A dziękuję.
-A proszę. – Cecylia zamyśliła się na chwilę. – I teraz co, Wittenberg mnie nie skaże? – zapytała. – Tak po prostu?
-Szczerze wątpię, żeby ośmielił się postawić pod sąd mnie – rzekł Bengt. – Karol Gustaw urwałby mu łeb. Nie jestem fałszywie skromny, mogę pani z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że liczę się w tym państwie jak mało kto. Wittenberg doskonale wie, że nie jest w stanie mnie zrujnować. Chociaż to działa w obie strony, bo ja jego również nie mogę.
-I sądzi pan, że tak po prostu się z tym pogodzi? – spytała jeszcze. – No, Wittenberg? Nie wiem, nie będzie próbował udowodnić, że małżeństwo jest nieważne czy coś w tym rodzaju?
-Przecież zadbaliśmy, żeby było ważne – mruknął, ale przerwało mu ziewnięcie. – Przepraszam panią, naprawdę jestem śpiący. A wracając, to w każdym razie na płaszczyźnie religijnej.
-A jak jeszcze można rozwiązać małżeństwo? – wypaliła, nim zdążyła się zastanowić, jak okropnie to pytanie musiało zabrzmieć.
-Czy myśmy się nie umawiali co do tego? – Uniósł sceptycznie brew.
-No przecież tylko pytam – burknęła speszona i odwróciła wzrok.
Bengt Oxenstierna westchnął głęboko.
-Jeśli któreś z małżonków ucieknie za granicę – powiedział. – Ale pani nigdzie się nie wybiera, zostaje pani ze mną – dodał stanowczo, posyłając jej ostrzegawcze spojrzenie. - W razie zdrady… Cóż, mógłby się tu przyczepić, mając te swoje podejrzenia, ale z drugiej strony to tylko podejrzenia, dowodów na to nie ma i mieć nie będzie. Zresztą, zdrada daje możliwość unieważnienia małżeństwa tylko i wyłącznie na mój wniosek, którego ja naturalnie wysunąć nie zamierzam, choćby i to była prawda. I, oczywiście, póki małżeństwo nie zostanie skonsumowane, to właściwie też jest nieważne.
-Więc zasadniczo nadal może mnie skazać? – zapytała Cecylia na nowo ogarnięta niepokojem. – Czyli to wszystko i tak może pójść na marne?
-Nie, spokojnie, o tym też pomyślałem. – Przeciągnął się i ciężko wstał. Cecylia bacznie śledziła go wzrokiem. – Będzie miał swój dowód.
Cecylia już miała zapytać: „Jaki?”, ale szybko to pojęła, gdy Bengt ściągnął z łóżka kołdrę i sięgnął z biurka nożyk do papieru. Naprawdę nie wiedziała, co powiedzieć, gdy Szwed skaleczył się tym nożem w rękę i wytarł ją o prześcieradło. Nagle zrobiło jej się okropnie głupio, że kiedykolwiek podejrzewała go o jakieś niecne zamiary – ten człowiek był dla niej tak dobry, że wręcz nie mieściło jej się to w głowie. Wiele, co prawda, ten gest go nie kosztował, ale jakie mógł mieć skutki… Cecylia naprawdę poczuła się bardzo źle, że myślała o nim wcześniej takie, a nie inne rzeczy.
Bengt bez słowa odłożył nóż tam, skąd go wziął, wyciągając jednocześnie z kieszeni chustkę, którą owinął sobie skaleczoną dłoń. Usiadł na łóżku, nie wracając już na miejsce obok Cecylii. Ściągnął buty i mundurową kurtkę i położył się.
-Jeśli waćpani sobie życzy, to możemy jeszcze porozmawiać – powiedział, układając się w łóżku wygodniej. – Rozumiem, że może się pani nie czuć pewnie.
-Cecylia.
-Słucham?
-Mam na imię Cecylia – powtórzyła. – Nie żadna „waćpani”. Możesz waść śmiało mówić do mnie po imieniu.
Milczał przez chwilę, przyglądając się jej. Po chwili uśmiechnął się nieznacznie.
-Oczywiście – zgodził się. – To samo tyczy się ciebie. „Pan Oxenstierna” nie brzmi najlepiej w ustach  żony. Bengt.
-Panie O… Bengt – zreflektowała się szybko. – Powiedz mi, bo ja właściwie nawet nie wiem, a co do Bernharda to się grubo pomyliłam, więc wolę sama nie zgadywać. Ile masz lat?
-Trzydzieści trzy. A ty, Cecylio? – Spojrzał na nią z ukosa. – Prawdę mówiąc wyglądasz na tak młodą, że aż mam wyrzuty sumienia i czuję się zwyczajnie nieswojo… Zaraz się okaże, że z ciebie jeszcze dziecko…
Cecylia zaśmiała się cicho.
-Spokojnie, spokojnie, dziecka nie poślubiłeś. – Mrugnęła do niego. – Starą pannę już prawie, można by rzec. Mam dwadzieścia dwa lata. Choć chyba naprawdę na to nie wyglądam.
-Hm, jedenaście lat różnicy – mruknął. – To całkiem w porządku. Obawiałem się, że będzie gorzej. Sam nie wiem, niby nie ma w tym nic nienormalnego, ale ja osobiście wolałbym jednak nie mieć do czynienia z za młodą, dajmy na to: piętnastoletnią żoną. Bo co najwyżej tyle ci dawałem, jeśli miałbym być szczery. Młódki mnie kompletnie nie interesują.
Dziewczyna skrzywiła się.
-Naprawdę? – burknęła. Zaraz jednak jej przeszło. – Cóż, z panem z kolei jest dokładnie ta sama kwestia, co z Bernhardem. Oboje wyglądanie na bez mała dziesięć lat starszych niż w rzeczywistości jesteście.
-I oboje jesteśmy paskudni. Tak, wiem. Gustaw regularnie nam o tym przypomina.
Cecylia uśmiechnęła się w odpowiedzi, co prawda trochę nieszczerze. A potem, uznając, że i ona ma już absolutnie tego dnia dość, wstała i wzięła się za rozsznurowywanie sukienki. Nagle jej uszu dobiegł głos Bengta:
-Czy przez to mam rozumieć, że to koniec nocy poślubnej?
-Definitywnie – odpowiedziała, rozwiązując troczki. – Czas najwyższy.
Obejrzała się przez ramię, by dostrzec jak mężczyzna z pełnym ulgi westchnieniem odwraca się na drugi bok, plecami do niej. Cecylia szybkim ruchem ściągnęła z siebie sukienkę, zostając w samej koszuli. Jeszcze raz rzuciła na Bengta okiem, ale ten nawet na nią nie spojrzał. Ułożyła się więc po drugiej stronie łóżka, dość daleko, by niemalże nie czuć jego obecności.
-Dobrej nocy – mruknęła w jego stronę, układając się jednocześnie w pościeli.
Wymamrotał w odpowiedzi coś nieartykułowanego i tak bardzo przypominał w tym Bernharda, że Cecylia z trudem powstrzymała się od wybuchnięcia śmiechem. Ostatecznie tylko uśmiechnęła się pod nosem i podniosła się jeszcze na chwilę. Kołdra leżała zmięta w nogach łóżka – Bengt ewidentnie zostawił ją jej, żeby miała się czym przykryć. Znów poczuła się winna. Nie mieściło jej się w głowie, jak porządny to był człowiek. Patrzyła na niego przez chwilę, słuchając co raz spokojniejszego i płytszego oddechu, a wreszcie cichutkiemu, odrobinkę śmiesznemu wręcz chrapaniu. Uśnięcie nie zajęło mu więcej niż kilka minut i Cecylia była w stanie założyć się o wszystko, że za nic nie szłoby go teraz dobudzić.
I wtedy dopiero do Cecylii dotarło, za jak porządną osobę on musiał ją mieć, żeby tak po prostu położyć się z nią w jednym łóżku i usnąć. Nóż do papieru leżał na stole, mogła go choćby zwyczajnie zamordować. Mogła zwyczajnie sobie wyjść, bo wartownicy, skoro już wiedzieli, że jest żoną gubernatora, najpewniej nie śmieliby jej tego zabronić. Ale nie pomylił się w ocenie, bowiem Cecylia żadnej z tych rzeczy nie zamierzała zrobić. Zamiast tego, ogarnięta ogromną wdzięcznością do śpiącego obok niej człowieka – jak by nie patrzeć, jej męża – sięgnęła po pozostawioną samej sobie kołdrę i okryła nią mężczyznę. Ten zaraz, nie otwierając nawet oczu, jakby nieświadomie sięgnął ręką po okrycie i naciągnął je sobie niemalże na głowę. Cecylia z trudem powstrzymała chichot.
Ułożyła się z powrotem na swojej połowie łóżka i wlepiła wzrok w sufit. Jednego była pewna – tej nocy jej zasnąć się nie uda.
*
Tak jak zostało to przewidziane przez wszystkich biorących udział w nocnym zamążpójściu Cecylii Łukasiewicz, Arvid Wittenberg dostał szału.
 Najpierw bezceremonialnie wparadował o poranku do sypialni Bengta, z miną wyrażającą tak absolutne zadowolenie i tryumf, że człowiek miał wrażenie, że za chwilę oświadczy wszem i wobec, że Karol Gustaw abdykował, a jego ostatnim rozkazem było posadzić na tronie właśnie Wittenberga.
Mina jednak szybko mu zrzedła, gdy zobaczył Cecylię Łukasiewicz – Oxenstiernę, właściwie – jak siedząc na łóżku, niezgrabnie próbuje wciągnąć koszulę za pas spódnicy. Uśmiech momentalnie spłynął mu z twarzy, a Polka zamarła jakby bojąc się, że marszałek mógłby za chwilę wyciągnąć szpadę i zwyczajnie ją zamordować. On jednak tylko rozejrzał się po pomieszczeniu, a jego wzrok zatrzymał się dopiero na Bengcie, brutalnie przez wtargnięcie marszałka obudzonym. Usiadł wtedy na łóżku i, przetarłszy ręką zapuchnięte jeszcze od snu oczy, spojrzał na Wittenberga.
-Lepiej, żebyś miał ważny powód – wymamrotał, krzywiąc się. Cecylia śledziła ich uważnie wzrokiem.
-Lepiej, żebyś miał dobre wytłumaczenie, dlaczego ją tu trzymasz – burknął w odpowiedzi pan Arvid, wskazując głową Cecylię. – Bo w tej chwili oskarżam ją o zdradę. I postawię ją przed sąd wojenny. Jazda, brać ją. Żeby znowu nie uciekła.
-Stać. – Bengt zmarszczył brwi i spojrzał groźnie na żołdaka próbującego pochwycić Cecylię. Zatrzymał się w pół drogi. – Ani się waż. Pani Cecylia jest moją żoną i jeśli podniesiesz na nią rękę, to ją stracisz, gwarantuję.
Przez chwilę w pokoju panowała niczym niezmącona cisza.
-Słucham? – wydusił z siebie w końcu Wittenberg. – Coś ty zrobił, ty durniu…?
-Poślubiłem pannę Łukasiewicz – powiedział, wstając i podchodząc do Cecylii. Żołnierz Wittenberga już dawno się wycofał.
-ŻE COŚ TY, BAŁWANIE SKOŃCZONY, ZROBIŁ?!
Bengt ani drgnął, ale Cecylia aż podskoczyła na ten wściekły ryk Wittenberga i schowała się za plecami męża.
-Poślubiłem panią Cecylię – powtórzył ze stoickim spokojem. – Więc jeśli zamierzasz ją stawiać przed sąd, to najpierw musisz pomówić ze mną. Bo, oczywiście, stanę przed sądem w jej imieniu.
-Chyba żartujesz – prychnął Wittenberg. – Ty chyba oszalałeś. Rozum postradałeś. Nic mnie nie obchodzi, że i ciebie urobiła, to katoliczka i…
-Właściwie – przerwał mu oschłym tonem Bengt – to już nie. Pani Cecylia łaskawie zgodziła się przejść na protestantyzm, aby jej zamążpójście okazało się ważne w świetle naszego prawa.
Wittenberg wbił w Łukasiewiczównę zdziwione spojrzenie. Zaraz jednak przybrał kpiący wyraz twarzy i spojrzał na nią jak na najgorszego robaka.
-Ale skoro pani Oxenstierna i tak daje twojemu bratu – wycedził z wyraźną satysfakcją – to mi w żaden sposób nie udowodnisz ważności tego małżeństwa. Odsuń się i nie przeszkadzaj, bo…
-Nie życzę sobie – zaczął Bengt cokolwiek niesympatycznym tonem – żebyś głosił takie oszczerstwa pod adresem mojej żony.
-Oszczerstwa – prychnął kpiąco i przewrócił oczami. – Błagam cię, nie rób z siebie większego bałwana niż…
Bengt tylko skinął głową w stronę łóżka, a wzrok Wittenberga podążył za wskazówką. Cecylia naprawdę nabrała szczerej ochoty ucałowania męża za to, co wczoraj zrobił. Z największą przyjemnością patrzyła, jak Wittenbergowi uśmiech spływa z twarzy na widok poplamionego prześcieradła, ale – pomimo całej niekłamanej niezręczności sytuacji – Cecylia mogła tylko i wyłącznie cieszyć się na myśl o tym, że pan Arvid musiał się dosłownie gotować ze złości. Gdy na nią spojrzał, nie powstrzymywała się – posłała mu najbardziej  triumfalny uśmiech na jaki tylko było ją stać. I to doprowadziło marszałka do absolutnego szału – wyglądał dosłownie, jakby zamierzał rozszarpać jej gardło gołymi rękoma, dlatego Cecylia zdziwiła się, że kiedy przemówił, głos miał stosunkowo spokojny.
-Poczekaj tylko – wycedził, spoglądając na nią groźnie. – Poczekaj, aż Karol Gustaw się tu pojawi. Nie popuszczę ci, ty bezczelna...
-Jeszcze słowo – przerwał mu Bengt ostrzegawczym tonem – a zażądam satysfakcji. Albo to ty będziesz się tłumaczył z grożenia mojej żonie.
-Nie bądź śmieszny.
-Jestem śmiertelnie poważny.
Panowie przez dłuższą chwilę mierzyli się pełnym napięcia i niechęci spojrzeniem.
-A żebyś tak wyszedł na tym swoim bohaterstwie jak najgorzej – burknął. – Żeby cię w konia zrobiła tak, żebyś się z rozumiem nie pozbierał. Żebyś, psia mać, wstydził się do końca życia, żeś tę warcholską dziwkę poślubił… - Wittenberg pokręcił głową. – Jeszcze skończysz, wychowując bękarta swojego kochanego brata, ja ci to mówię. Nie wierzę w to wasze przeklęte małżeństwo, nie wierzę.
-Nie musisz – uciął tylko Bengt, nie zaszczycając marszałka nawet spojrzeniem. – A teraz żegnam.
-Oboje tego pożałujecie. Nie będziecie sobie ze mną pogrywać.
 -Panie Arvidzie, proszę sobie darować - rzekł Bengt. - Proszę odprawić ludzi. Pan się chyba powinien cieszyć, że pani Cecylia mnie poślubiła. Chciałeś, by dała Bernhardowi spokój. Żaden romans nie miał miejsca, a teraz masz na to dowód. 
-Chędożę taki dowód.
Bengt westchnął ciężko.
-Nie będę z tobą dyskutował.
Wittenberg wreszcie odpuścił, ale Cecylia nie mogła pozbyć się niepokoju. Czuła, ze to jeszcze nie koniec i że ta sprawa tak łatwo się po kościach nie rozejdzie.





Dobra, przestałam się lenić, jest rozdział :) Następny pewnie w lutym :) I spóźnione szczęśliwego Nowego Roku wszystkim czytelnikom :)

11 komentarzy:

  1. No, w końcu masz tę swoją długo wyczekiwaną scenę :P Spodziewałem się co prawda chociaż jakichś trąbek albo czego podobnego, ale no, jak tak na chybcika, to w sumie zrozumiałe, że nikt tam się nie będzie bawił w orkiestrę i takie tam...
    Ten ceremoniał ślubny to skądś brałaś, czy sama wymyśliłaś? Bo bardzo spoko jest ^^ Poza jednym faktem, do którego bym się przyczepił - jeśli to skądś brałaś, to wzięłaś tekst katolicki, a nie ewangelicki :P Luteranie odrzucają kult świętych, więc w ich obrządku nie powinno być słów "Wszyscy święci" :P Taki drobny szczegół :P
    Cecylka tak bardzo kobieta... :D Co z tego, że biorę ślub z jakimś randomowym Szwedełem, grozi mi sąd i fokle przerąbane, grunt, że zajebiście wyglądam ^^
    I ja chcę Karola Gustawa! :P Oczywiście tylko po to, żeby się z niego śmiać, że gruby i śmierdzi. BTW Karol Gustaw jest gruby i śmierdzi :P He he he...
    "Czujny jak ważka"... Jesteś pewna, że to na pewno adekwatne do czasów? Bo mi się wydaje, że to coś z jakiegoś durnego memu albo filmiku z internetów...:P Ale głowy sobie uciąć nie dam :P
    No, ale tak btw Karola Gustawa, to jakos tak jak przeczytałem "Gustaw", to pierwsze, co mi przyszło do głowy to właśnie wieprz :P I się zacząłem głowić dlaczego piszesz o nim "Gustaw"... :P
    Metalowy stelaż sukni... Cholera, faktycznie wtedy takie nosili? Znaczy się wiem, że tam w epoce wiktoriańskiej to na pewno, jak mieli te takie kopulaste kiecki... A jak Cecylka taki żydek, to się nei bała, że jak ją ścisną, to jej coś pęknie? :P Jakie żebro, ewentualnie dwa? Ja tam bym się w życiu, za żadne piniądze nie dał tak zgnieść. Cież to żołądek podchodzi pewnie w okolice gardła albo i dalej :P
    Biedny humor Gustawa... Hmm... Swoją drogą, ciekawe jak w tamtych czasach mówili na tę część ciała... Bo przecież chyba nie JAJA... To wymaga głębszej inwestygacji! Kiedyś to może sprawdzę :P
    I fokle, Bengt marzący o synu...Liczba pojedyncza... Się chłop rozpędził :P Albo mu z wiekiem wymagania urosły :P Dobrze, że Cecylka z nim nie zostanie, bo by bidulka się rozpukła od tylu dzieciaków :P I nawet podeszły wiek b jej nie uratował :P
    Za wkurwianie Wittenberga daję okejkę ^^ Nie powinien się tak denerwować, bo wrzodów dostanie... :D Hi hi hi
    Dobra, ja muszę kończyć, boo jestem umówiony na skajpaju z kimś :D :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, kiedyś prowadziłaś fanfiction o Sigyn i świetnie się to czytało. Czy zamierzasz wznowić pisanie tej historii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej nie, bo czas nie pozwala, ale jeśli chcesz, to mogę dać Ci dostęp do bloga i wrzucić resztę rzeczy, które napisałam, a wcześniej nie opublikowałam ;)
      A w ogóle to bardzo się dziwię że ktokolwiek jeszcze o Sigyn pamięta :D

      Usuń
    2. Dobra, był apdejt, możesz tam wbić jeśli jeszcze tu jesteś :)

      Usuń
  3. Hej, znalazłam twoje opowiadanie w sobotę i tak mnie wciągnęło, że przeczytałam wszystko w jeden dzień. Trochę teraz tego żałuję bo będę musiała czekać na następne rozdziały, ale chcę Ci powiedzieć, że to jest po prostu GENIALNE! Jestem ogromnie ciekawa co wymyślisz :D Masz genialne teksty, szczególnie podobała mi się.. zresztą wszystko mi się podoba <3 Dużo weny życzę i czasu na pisanie :P Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Super wpisy, zapraszam do siebie, tyle ze ja prowadze ekologiczny wypas owiec, zapraszam do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Swietny artykuł! Czekam z niecierpliwością na kolejna czesc! a w meidzyczasie zapraszma do Siebie !http://owczyser.com.pl/ekologiczny-wypas-owiec/

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej! Żyjesz jeszcze? I czemu ktoś bez przerwy spamuje o jakichś owcach? Anyway, widzę, że jest komentarz z 1 sierpnia, więc chyba jeszcze tu zaglądasz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NIE WIEM, nie wiem, co ich pogrzało, miałam to pousuwać, ale mi wyleciało z głowy :D
      Tak tak, jestem, nawet się zbieram z dodaniem rozdziału, ale jestem leniwą kluchą i nie chce mi się go sprawdzić :c Ale jak widzę, że ktoś prócz mnie ciągle tu zagląda, to może jednak się zbiorę, bo aż mi wstyd, że rozdziały gotowe, a nie dodałam nic od pół roku ;_;

      Usuń
    2. A ja coś wiem, bo MAGIA. :DDDD
      (Ty leniu, rozdziały masz gotowe i pół roku nie dodajesz? SHAME ON YOU. *wyciąga dzwonek*)

      Usuń