sobota, 27 czerwca 2015

Rozdział XIII




Cecylia bardzo poważnie potraktowała powierzone jej zadanie. Tak naprawdę, najtrudniejszy moment już miała za sobą — najgorzej było dostać się do zamku i jakimś cudem wtopić się w otoczenie tak, żeby nikt niepowołany tego nie zauważył. Kiedy jednak tę kwestię udało się załatwić, pozostawało jeszcze nie rzucać się w oczy i dostać się do pokojów dowództwa, co też wcale do prostych zadań nie należało, choć było do zrobienia. Ale udało się — Cecylia była już w środku i teraz trzęsły jej się ręce, gdy przeszukiwała biurko w poszukiwaniu dokumentów, które zlecono jej znaleźć. Nazwiska, nazwiska — tylko to było jej w głowie, bo przecież o ile szwedzką mowę rozumiała, o tyle pisma ni w ząb. Tak czy inaczej udało jej się trochę podsłuchać — nikt nie przypuszczał, by byle służąca rozumiała po szwedzku, tak więc nie krępowano się przy niej z rozmowami. I dobrze — przynajmniej w ten sposób ułatwiono jej zajęcie. Miała już dla króla niemało ciekawych informacji. Była pewna, że poleci kilka głów.
 Niewiele dzieliło ją już od powrotu do domu, przynajmniej tak przypuszczała — i ta myśl pozwalała jej śmiało i odważnie postępować, z optymizmem zakładając, że jak tyle czasu już przetrwała, to te ostatnie kilka dni nie będzie dla niej żadnym problemem. Z drugiej jednak strony strach nie opuszczał jej nawet na chwilę, a targająca nią mieszanka skrajnych emocji niemalże zwalała ją z nóg.
Ręce trzęsły jej się niemiłosiernie, co wcale nie przyspieszało pracy, już raczej zupełnie odwrotnie. Tak się bała, tak okropnie się bała, że ją złapią, że nawet ją samą to zaskakiwało, bo Cecylia zawsze uważała się za osobę nad wyraz odważną. Była jednak sama, w warszawskim zamku królewskim, teraz przejętym przez szwedzkie dowództwo. Jakże więc miała się nie bać? Najpewniej stracono by ją za szpiegostwo albo zdradę. Albo, jeśli odkryto by jej pokrewieństwo z Julianem Łukasiewiczem, wykorzystano by ją jako kartę przetargową. I ojciec albo by przyszedł, albo nie — Cecylia naprawdę nie wiedziała, choć poważnie rozpatrywała możliwość, że mając do wyboru córkę albo dobro kraju, to wybrałby jednak to drugie. I Cecylia nie miałaby mu tego, właściwie, za złe — tak czy inaczej jednak, nie zamierzała trafić w ręce Szwedów, co to, to nie. Na tyle oleju w głowie miała.
Kiedy już właściwie straciła nadzieję, że coś znajdzie w tym konkretnym pomieszczeniu, jej wzrok padł na dokument napisany w niezrozumiałym dla niej języku, ale było w nim coś, co zwróciło jej uwagę. Jedno słowo, które go absolutnie Cecylia nie spodziewała się znaleźć.
Laurinaitis.
Wzięła dokument do ręki. Podpisał to Vincas Laurinaitis, ojciec Torisa. Cecylia wpatrywała się w list, marszcząc brwi. Dlaczego miałby podpisywać szwedzkie dokumenty? Przecież nawet gdyby Szwedzi zajęli Kiejdany, nawet gdyby — co, naturalnie, nie mogło mieć miejsca — wojewoda poddał miasto, to niepotrzebne były podobne dokumenty, przynajmniej z tego, co Cecylia wiedziała — takie dokumenty musiałby podpisać Wielki Książę Janusz Radziwiłł. Co więc miało to znaczyć?
Przez zamyślenie trąciła łokciem mosiężny świecznik stojący na biurku. Zwalił się na ziemię robiąc przy okazji tyle hałasu, że Cecylia była pewna, że mógłby i umarłego wyciągnąć z grobu. Jedyne, czego w tamtej chwili pragnęła, to palnąć sobie samej w łeb. Modliła się, by hałas nie ściągnął żadnego ze strażników, chociaż tyle…
Ale jej modlitwy nie przyniosły skutku.
Usłyszała, jak za jej plecami szczęka klamka. Podskoczyła w miejscu, a serce podeszło jej do gardła. Dokument zostawiła na biurku — i tak nie miałaby czasu go jakoś ukryć. Zresztą, jeśli mają ją aresztować, to przecież i tak najpewniej ją przeszukają i cały jej wysiłek poszedłby na nic.
Do pokoju wkroczył Szwed — Cecylia nie znała go, wyglądało na to, że był po prostu przypadkową osobą, która znalazła się akurat na korytarzu i chociaż tyle było w tym wszystkim dobrego. No, i to, że był sam. Łukasiewiczówna trzęsła się jednak jak osika na wietrze — co miała zrobić, co robić?
Mężczyzna zmierzył ją zaskoczonym spojrzeniem. Wyjrzał na korytarz, jednak najwyraźniej nikogo nie dostrzegłszy, zamknął za sobą drzwi. Był to żołnierz jakich wielu, nikt specjalnie rzucający się w oczy — względnie młody, choć na pewno trochę od Cecylii starszy, o burych włosach i oczach, ani przystojny, ani szpetny, ot, przeciętny mężczyzna, którego twarz natychmiast się zapominało.
Jego dłoń powędrowała do przypiętego do pasa samopału. Cecylia bała się choćby drgnąć.
Zadał jej pytanie, po niemiecku. Nic nie pojmowała.
— Nie rozumiem po niemiecku — odezwała się drżącym głosem, starając się mówić po szwedzku względnie wyraźnie. — Ale po szwedzku tak.
— Co tu robisz, dziewczyno? — zapytał ją więc, zbliżając się o krok. Cecylia nie miała dokąd się cofnąć, drogę zagradzało jej biurko.
— Ja tylko… —  zająknęła się. — Jestem tu nowa i, panie oficerze… —  To była gruba przesada, ale Cecylia wychodziła z założenia, że małe pochlebstwo jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło. —   Zgubiłam się, miałam zmienić pościel… Nikt mi nie pokazał, gdzie są prywatne pokoje…
Cecylia nie musiała się wcale starać, żeby sprawić wrażenie śmiertelnie przerażonej, bo też w istocie taka była. Modliła się tylko, by żołnierz nie okazał się jakiś wybitnie bystry — palnęła pierwsze, co przyszło jej na myśl i naprawdę nie potrzeba było mieć wiele oleju w głowie, żeby wytknąć jej kłamstwo, bo przecież żadnej pościeli ze sobą nie miała. Co też jej do głowy przyszło, żeby powiedzieć coś podobnego? Na całe szczęście jednak żołdak ten był co najmniej mało rozgarnięty, więc nie zwrócił uwagi na taki szczegół.
Zbliżał się do niej powoli, najwyraźniej żeby jej nie spłoszyć. Rękę cały czas, w razie jakiejś niesprzyjającej ewentualności, trzymał na samopale.
— Proszę, niech waść nie strzela — powiedziała mu spanikowanym tonem. Musiała coś wymyśleć, i to szybko. — Naprawdę mi przykro, że tu weszłam, nie chciałam, proszę, niech mnie pan puści…
Szwed już był przy niej i Cecylia wiedziała, że znalazła się w fatalnej sytuacji nim jeszcze się odezwał. Zamiary miał wypisane na twarzy. Łukasiewiczównie serce podeszło do gardła.
— No już, już, już — powiedział jej, zagradzając jej jednocześnie drogę ucieczki. — Nic nie powiem. Ale będziesz musiała zapłacić.
— Ja nie mam pienię… —  wypaliła, ale szybko ugryzła się w język, bo pojęła naturalnie, że Szwedowi wcale nie o to chodziło.
O nie, pomyślała, czując ogarniające ją co raz większe oburzenie, które niby sztylet przebijało się przez falę strachu. O nie, nie ma mowy, ty heretycki psie, możesz sobie co najwyżej pomarzyć…
Rozejrzała się po pokoju, odsuwając się jednocześnie trochę od Szweda. Co robić, co robić? Jej wzrok padł na leżący na podłodze ciężki świecznik oraz leżący obok niego nożyk do papieru i już wiedziała. Nie potrafiła jedynie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy będzie w stanie zabić, jeśli uderzenie będzie za słabe, by go ogłuszyć. Wiedziała jednak, że nie ma żadnego wyboru.
— Nie ma mowy — burknęła do żołdaka, przesuwając się na skraj biurka. Nie odstępował jej na krok, osaczał niczym drapieżnik swoją ofiarę.
— Nie próbuj się stawiać — ostrzegł ją. — Niejednej takiej już tu pokazałem, gdzie jej miejsce.
— Powinnam ci teraz powinszować takiego osiągu? — zapytała bezczelnie i, korzystając z tego, że cała uwaga Szweda skupiła się na przeanalizowaniu tej kpiny, rzuciła się w stronę leżących na podłodze przedmiotów.
Szwedowi rozumu mogła odmówić, ale na pewno nie refleksu — złapał ją za rękę, nim zdążyła sięgnąć po świecznik. Spojrzała na niego ze strachem i zdziwieniem.
— Co, myślałaś, że dam ci uciec? — zapytał, wyraźnie z siebie zadowolony. — Leż spokojnie. — Popchnął ją na podłogę i przycisnął ją kolanem. Podrapała go po twarzy. Obezwładnił ją nim zdążyła złapać za włosy.  — Nie szarp się, mówię! — Złapał ją za ramiona i nachylił się nad nią. Cecylia z trudem powstrzymała się od splunięcia mu w twarz. — No, widziałem już ładniejsze — burknął, gdy się jej przyjrzał. — Przestań się wiercić! Jakaś ty zawzięta, Chryste…
Pierwszym, co Cecylii przeszło przez myśl to fakt, że doprawdy jak mu nie wstyd wzywać Chrystusa w takiej chwili, kiedy chciał zrobić coś takiego. Drugim była myśl, że ten żołnierz to idiota jak mało kto — tak się nią zajął, tak mu było spieszno, że nie zauważył nawet jak wyciąga rękę po nóż. I jak go dosięga.
Nie zdążył jej tknąć, Cecylia prędzej by umarła, niż mu na to pozwoliła. Nóż wbił się w jego bok, trafił między żebra, więc wszedł gładko, dziewczyna niemalże nie czuła oporu.
Szwed z początku nie wydał z siebie nawet dźwięku, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego co Cecylia zrobiła. Zawył dopiero, kiedy Łukasiewiczówna wyciągnęła ostrze i wbiła je znów. I znów. I jeszcze raz.
Gorąca posoka Szweda spływała na jej brzuch, przesiąkając przez ubranie i sięgając skóry. Mężczyzna opadł na nią ciężko, pojękując jeszcze i rozpaczliwie próbując rękoma zatamować krwotok — kiedy jednak zaczął kasłać, a z jego ust poczęły wydobywać się kropelki krwi, kończąc na twarzy Cecylii ta pojęła, że przebiła mu płuco. I że ratunku już dla niego nie było.
Chciała wytrzeć jego krew z twarzy. Chciała go zrzucić, chciała nie słyszeć już jego charczenia, to wszystko wydawało jej się takie straszne, takie okropne…
Wreszcie wszystko ustało. Jego ciało nagle zrobiło się jakby cięższe, całkiem pozbawiając Cecylię tchu. Dziewczyna ze wszystkich sił zmusiła się do zrzucenia go z siebie. Potoczył się na ziemię z głuchym łoskotem.
Spoglądał na nią martwymi oczami, a Cecylii wydawało się, że miały wyraz tak oskarżycielski, jakby nawet zza grobu chciał jej wytknąć, że to ona była wszystkiemu winna.
Nie była i wiedziała o tym bardzo dobrze.
Cecylia nie miała wyrzutów sumienia. Nie chciała go zabijać, to prawda, ale teraz wyrzutów sumienia nie miała. Chciał ją skrzywdzić, musiała się bronić. Wiedziała, że nie było innego wyjścia.
Przetarła rękawem twarz, by oczyścić ją z krwi. Usiadła na podłodze, dysząc ciężko i zaciskając palce na nożyku — nawet nie zwróciła uwagi, że cały czas trzymała go w ręku. Odetchnęła na chwilę, pozwoliła sobie na moment odpoczynku, by uspokoić skołatane nerwy.
I wtedy, kiedy myślała, że już po wszystkim, a jej jedynym problemem będzie znalezienie drugiego stroju, ktoś nacisnął na klamkę.
Rozejrzała się za dokumentem. Leżał na podłodze. Nie miała gdzie go schować — a musiała, musiała go ze sobą zabrać! — wetknęła więc go sobie za pas od spódnicy, robiąc to dosłownie w ostatniej chwili, nim drzwi się otworzyły, a ona myślała, że umrze ze strachu. Tylko po to, by po chwili mogło ogarnąć ją tak niezmierzone, ogromne zdziwienie jak jeszcze nigdy w życiu. Podobnie jak człowieka, który stanął w drzwiach z miną co najmniej, jakby zobaczył ducha. A Cecylii kamień spadł z serca.
Bernhard Oxenstierna był chyba tak samo zdziwiony tym spotkaniem jak Łukasiewiczówna. Ona najwidoczniej nie wiedziała, czy powinna rzucić mu się na szyję z radości i ulgi, czy może bać się, że zechce ją wydać.


Cecylia nie zmieniła się nic a nic od dnia, kiedy widział ją po raz ostatni — jej drobna, trójkątna twarzyczka ciągle była tak samo piegowata i promienna, choć teraz czaił się w niej wyraz strachu i zaszczucia, jakiego Bernhardowi nie dane było wcześniej w niej zobaczyć. Nie umknęło jego uwadze, że próbowała ukraść jakiś dokument z jego biurka, ale to była osobna kwestia, którą postanowił odłożyć na później. Bo nie to było najważniejsze — najgorszy w całej tej scenie był trup żołnierza, leżący obok niej na podłodze.
Bernhard przez długą chwilę nie mógł jakoś przetrawić tego, co się stało — dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że nie dość, że widzi Łukasiewiczównę w miejscu, gdzie absolutnie nie powinno jej być i —  jakby tego było mało —  jeszcze wszystko wskazywało na to, że właśnie zamordowała żołnierza.
Oxenstierna nie miał pojęcia, jakim cudem tak drobna kobieta była w stanie poradzić sobie z rosłym mężczyzną, ale w tej chwili nie za bardzo go to obchodziło.
Miała na sobie sukienkę służących, teraz całkiem zakrwawioną, słomiane włosy nosiła uczesane również dokładnie tak jak one, ale Bernhard dziwił się, jak ktokolwiek mógł kupić tę całą maskaradę — w jej postawie było coś tak dumnego i wyniosłego, właściwego chyba wszystkim polskim szlachcicom, że naprawdę nie sposób było uwierzyć w to, że ta kobieta w żaden sposób nie pochodzi ze szlachty — albo może Bernhard po prostu sobie to wmawiał, bo wiedział, że Łukasiewiczówna jest szlachcianką. Tak czy inaczej, ona po prostu tak skrajnie nie pasowała do zamkowego otoczenia, że Oxenstierna naprawdę zwątpił w umiejętności obserwacji wszystkich plączących się po tym zamku ludzi.
Zamknął za sobą drzwi i ruszył w jej stronę powolnym, niespiesznym krokiem. Z żalem stwierdził, że Cecylia cofnęła się o krok, wpadając na biurko, zrzuciwszy z niego przy okazji masę papierów. Bernhard był prostym człowiekiem i sądził, że po spędzonym w jej domu miesiącu i po tym, jak się między nimi układało Cecylia nie będzie się go obawiać. Jak się jednak okazało, był w błędzie — ale z drugiej strony, jak ona miała się czuć? Wysłali ją na przeszpiegi, rzucili ją — o, ironio — w paszczę lwa. Byłaby idiotką, gdyby się nie obawiała. Szczególnie po tym, co tu zaszło.
— Nie bój się — powiedział jej swoim ochrypłym tonem, który, jak podejrzewał, wcale nie zachęcał do dania wiary w jego słowa.
— Po prostu nie podchodź — powiedziała Cecylia z nutą paniki w głosie, a Bernhard posłuchał. Nie tylko z szacunku, ale i z powodu, że Łukasiewiczówna ciągle trzymała w ręku nóż. Ten, którym najpewniej — sądząc po śladach krwi — zadźgała tamtego żołnierza. Była teraz jak małe, zaszczute zwierzątko, które jest w stanie posunąć się do wszystkiego, żeby się ocalić. A Bernhard nie chciał ucierpieć, to po pierwsze, a po drugie, naprawdę równie mocno nie chciał, żeby Łukasiewiczówna się go bała — to była kwestia dumy.
— Odłóż to — powiedział jej. — Nie zrobię ci krzywdy, na Boga. Uratowałaś mnie. Jak mógłbym?
To był jakiś argument dla Cecylii, bo — jak Bernhard sądził po jej minie — przyjęła go chyba względnie do wiadomości. Ale noża nie odłożyła, choć ręka jej zadrżała.
Bernhard, pomimo swoich niemałych gabarytów, kiedy chciał potrafił poruszać się bardzo szybko. Cecylia się tego nie spodziewała, tak więc zdążył podejść do niej i złapać ją za nadgarstek, nim kobieta zdążyła zareagować. W jej kocich oczach przez chwilę dostrzegał panikę, która momentalnie ustąpiła złości i zacięciu, którego Bernhard wcale się nie spodziewał. Łukasiewiczówna z kolei miała zaskakująco dużo siły jak na tak drobną osóbkę — kiedy zaczęła się szarpać, Bernhard przez moment był pewien, że mu się wyrwie. Ostatecznie jednak przyparł ją do biurka i ścisnął nadgarstek, aż syknęła — po chwili nóż wypadł jej z dłoni, a on puścił ją, bo nie chciał robić jej krzywdy — jedyne, czego chciał, to żeby nie miała broni w ręku.
— Przepraszam — powiedział. — Jesteś tak przerażona, że naprawdę mogłabyś mnie dźgnąć. A tego bym nie chciał. Wolę, jak mnie zszywasz.
Cecylia przez chwilę patrzyła na niego z byka, co wydawało mu się trochę komiczne, zważywszy na to, że miała nos na wysokości jego piersi i musiała mocno zadzierać głowę, by w ogóle móc na niego spojrzeć. Potem jej spojrzenie trochę złagodniało, a ona westchnęła.
— Naprawdę się bałam, że mi coś zrobisz — powiedziała w końcu, opierając się o biurko i odsuwając nożyk dalej. — Jesteś straszny, jak się tak patrzysz. Jakbym cię nie znała, to bym pomyślała, że mnie chcesz ze skóry obedrzeć, albo i gorzej. Taką miałeś minę, że łoo i bez kija nie podchodź. Nie powiem, robisz wrażenie.
— Chyba niezbyt pozytywne? — Bernhard nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu, który wkradł mu się na usta. Cecylia tylko wzruszyła ramionami w odpowiedzi, mamrocząc coś, co zabrzmiało jak „Wiesz, ja to się, tak jakby, nie znam.” Bernhard jednak zaraz spoważniał.
— Cecylio, coś ty narobiła? — Wskazał głową na ciało żołnierza i westchnął głęboko.
— Musiałam się bronić — bąknęła. Ręce jej się trzęsły. — Musiałam, bo inaczej…
— No już — przerwał jej Szwed łagodniejszym tonem. — Rozumiem. Wiem, co się tu dzieje, nie musisz mi mówić. Jeśli zachował się wobec ciebie tak, jak większość żołnierzy zachowuje się tu wobec służących, to naprawdę rozumiem.
Tak, Bernhard nie raz już widział, jak jego rodacy traktują służące. To było właściwie całkiem proste — żołnierz złapał służącą w pokoju dowództwa i mógł albo ją za to zamknąć, albo się zabawić i dopiero później zamknąć. Dla przeciętnego żołdaka o wątpliwej moralności wybór był prosty. Oxenstierna nie dziwił się, że Cecylia zrobiła to, co zrobiła. On sam na pewno zrobiłby to samo na jej miejscu.
Tak czy inaczej jednak mieli teraz okrutny problem, bo to ciało trzeba było ukryć — Cecylię jak nic wysłano by na stryczek, gdyby ktoś choćby usłyszał, że to ona zamordowała żołnierza. I nikogo by nie obchodziło, że przecież sam się prosił.
Cecylia za nic sama nie wywlekłaby stąd ciała martwego żołdaka, Bernhard zdawał więc sobie sprawę z tego, że to na nim ciążyć będzie ten obowiązek. Bo oczywiście nie zamierzał zostawić z tym Łukasiewiczówny samej. Ale jak pozbyć się ciała, kiedy po korytarzu plącze się masa żołnierzy? Będzie musiał poczekać do nocy, ale przecież do tego momentu żołnierz nie może sobie leżeć na dywanie.
Cecylia westchnęła głęboko i rzuciła okiem na ciało Szweda. Bernhard podążył za jej wzrokiem.
— Ale bałagan zrobiłaś przeokrutny — westchnął i kucnął przy żołnierzu. Złapał go za ramiona i z wyraźnym wysiłkiem uniósł do góry. Martwe ciało naprawdę wydawało się być przynajmniej dwa razy cięższe niż żywy człowiek. Bernhard rozejrzał się po pokoju. — Otwórz tamtą skrzynię i wyrzuć z niej papiery.
— Chyba żartujesz — wybuchła Cecylia. — Chcesz go tam upchnąć?
— Wymyśl coś lepszego — wysapał w odpowiedzi. Ciężko było mu utrzymać ciało. — To tylko na razie, w nocy go stąd wyniosę. Jakoś.
Cecylia odeszła od biurka i wykonała polecenie Bernharda. Skrzynia była naprawdę duża, powinno się to więc udać, przynajmniej taką Oxenstierna miał nadzieję.
I rzeczywiście udało się. Musiał się mocno, co prawda, nagimnastykować, ale udało mu się upchnąć w skrzyni ciało żołnierza i zatrzasnąć wieko. Nikt nie powinien nic podejrzewać.
Pozostawało tylko pozbyć się śladów krwi z podłogi. Co wcale nie było takim łatwym, wbrew pozorom, zadaniem.
— I co teraz, Berciu? — zapytała Cecylia, najwyraźniej w zamierzeniu zadziornym i pewnym siebie tonem, ale drżenie jej głosu całkiem zniwelowało efekt. — Wydasz mnie, czy co zrobisz?
— A co, szpiegujesz? — odpowiedział jej pytaniem i uniósł wysoko brwi. — I mam na imię Bernhard.
— Nie — odpowiedziała szybko, nadając swoim oczom najbardziej niewinny wyraz, na jaki było ją stać.
— Wiesz, Cecylio — zaczął Bernhard, nie mogąc powstrzymać cisnącego mu się na usta uśmiechu pełnego politowania. — Jesteś najgorszym kłamcą w historii.
Bernhard, gdy już otrząsnął się z szoku, uświadomił sobie, że właściwie bardzo cieszy się na widok Łukasiewiczówny. Nie poświęcał jej wiele myśli od rozstania, bo też nigdy nie sądził, że będzie im dane spotkać się jeszcze raz. A tu proszę, jaki ten świat mały! Tak czy inaczej jednak, tak to już bywa, że jak człowiek dostanie palec, to natychmiast pragnie całej ręki — i tak też było z Bernhardem, bo momentalnie przeszło mu przez myśl, że jeśli już dane im było na siebie wpaść, to wielka szkoda, że nie stało się to w innych, mniej kłopotliwych okolicznościach.
— Oddaj ten list — powiedział tylko, a Cecylia zmierzyła go poważnym wzrokiem.
— Nie mogę — odpowiedziała tonem zupełnie do niej niepodobnym, pełnym jakiegoś zaskakująco, jak na nią, spokojnego uporu.
— Cecylio — Bernhard westchnął i zacisnął usta czując, że jego cierpliwość zostanie pewnie nadwyrężona. — Nie mogę pozwolić ci stąd wyjść z dokumentami. Powinienem ci je zabrać i jeszcze zaprowadzić cię wprost do celi. Ale tego nie zrobię, bo zawdzięczam ci więcej niż… wiesz. Pomogę ci stąd wyjść. Z zamku, mam na myśli.
— Nie wyjdę, ja muszę…
— Wyjdziesz — powiedział twardo. — Albo wyjdziesz sama, albo cię zmuszę. Wiesz, co ci zrobią, jak cię zdemaskują? Nie wiem, czy to jest gorsze, czy może gdyby żołnierze faktycznie brali cię za służącą i jeszcze nie daj Bóg… Sama chyba wiesz to najlepiej… Na Boga, po prostu musisz wracaj skąd przyszłaś, bo sprowadzisz na siebie nieszczęście!
— To nieważne — powiedziała z jakimś dziwnym ogniem w oczach. — To wy się musicie stąd wynieść. To jest nasza ziemia. Nasz kraj. Nikt was tu nie chce, Bernhard. Ja was tu nie chcę. I zrobię wszystko, żebyście się stąd wynieśli. Bez względu na cenę, jaką przyjdzie mi zapłacić.
Bernhard z jednej strony podziwiał ją za takie oddanie i gotowość do poświęcenia, z drugiej strony jednak miał ochotę walnąć sobie w łeb na jej słowa — głupia, głupia, głupia. Jak wszyscy Polacy, porywa się z motyką na słońce.
Nagle Bernhard usłyszał zbliżające się głosy. Poznał je niemal natychmiast — jeden z nich należał do Erika. I, co gorsza, z rozmowy wynikało wyraźnie, że kanclerz właśnie do jego gabinetu zmierza. Spojrzenia Szweda i Polki na chwilę się spotkały — jego chyba tak samo spanikowane, jak jej. Bernhard rozejrzał się za miejscem, gdzie Cecylia mogłaby się ukryć — jak na złość jednak naprawdę żadne takie się nie znalazło — jedyne zostało przed chwilą zajęte przez ciało zadźganego przez nią żołnierza. A czasu było co raz mniej, bo kanclerz już trzymał rękę na klamce, choć rozmowa ciągle trwała. Drugi głos należał z kolei do Arvida Wittenberga, co w żaden sposób nie poprawiało ich sytuacji.
— Zakryj tą krew! — powiedziała Bernhardowi Cecylia, a on musiał przyznać jej rację. Nie mając lepszego pomysłu, po prostu zdjął z siebie pelerynę i rzucił ją na ziemię. Pewnie przesiąknie krwią, ale to nic, na pewno dostanie drugą. Akurat on nie będzie miał z tym problemu.
Ale pozostawała jeszcze kwestia Cecylii.
Bernhard nie zastanawiał się długo — szybko przyszedł mu do głowy pewien pomysł, trochę śmiały i być może absurdalny, ale nie było czasu na wymyślenie czegoś innego, Erik mógł tu wejść dosłownie w każdej chwili. I Oxenstierna modlił się, żeby pan Arvid nie zdecydował się na to razem z nim.
— Nie bij mnie, dobrze? — zwrócił się do Cecylii, a ona spojrzała na niego pytająco. — Wyglądaj przekonująco. A oćwiczysz mnie za to później.
Po minie Cecylii pojął, że ona kompletnie nie miała pojęcia, do czego Szwed zmierzał. Serce zabiło mu mocniej. Zmusił się do schowania gdzieś w najgłębszych zakamarkach swojej duszy wyrzutów sumienia i wstydu, mówiąc sobie, że nie ma wyjścia i że pomoże jej w ten sposób. Może zszarga przez to trochę swoją reputację, ale na Boga, ta kobieta go uratowała! Musiał jej przecież pomóc.
Złapał ją silnymi, dużymi rękoma w talii i uniósł w górę, by posadzić ją na blacie. Była zaskakująco lekka, jak dziecko dosłownie — Bernhard spokojnie mógł wyczuć pod palcami jej żebra. Stwierdził, że sporo schudła od ich ostatniego spotkania. Głód najwyraźniej mocno dawał się Polakom we znaki.
Cecylia popatrzyła na niego z rosnącym zaskoczeniem — jej oczy stawały się większe i większe, usta mamrotały coś nieartykułowanego, a Bernhardowi zrobiło się nieprzyjemnie gorąco. Łukasiewiczówna chyba mu ufała, bo nie zaprotestowała, kiedy naparł na nią odrobinę, skłaniając do rozsunięcia kolan, choć zważywszy na zaistniałą sytuację, powinna raczej rzucić się na niego i zacząć okładać za coś podobnego. Przynajmniej.
— Obejmij mnie. — Oxenstierna usilnie starał się, by zabrzmiało to jak suche polecenie, jednak naturalnie nie poszło mu za dobrze; głos mu drżał, a on czuł, jak okropnie pieką go policzki. — I podciągnij spódnicę. — Cecylia najpierw popatrzyła na niego tak, jakby kompletnie postradał rozum, ale po chwili na jej twarzy pojawiło się zrozumienie. Drżącymi rękoma wykonała jego polecenie. —  Wyżej, na Boga! — zdenerwował się, nie tylko jej ociąganiem, ale i całą tą sytuacją, kłopotliwą i cokolwiek niezręczną, chociaż Bernhard musiał sam przed sobą przyznać, że właściwie, w pewien pokrętny sposób, podobało mu się to, mimo niebezpieczeństwa. Sam podciągnął jej spódnicę, czerwieniąc się przy tym jak piwonia.
Cecylia przycisnęła nagie uda do jego boków, a jej ręce spoczęły na jego karku. I wtedy Bernhard uznał, że raz kozie śmierć, i że jeśli zamierza jej pomóc, to musi się w końcu zebrać w sobie i zrobić, co postanowił.
Szybko, zanim zdążył się rozmyślić, nachylił się nad nią i odnalazł jej usta. Był tak spięty i zagubiony, że wypadło to wszystko co najmniej tragicznie, a już na pewno nie przekonująco. Dodatkowo, Cecylia w pierwszym odruchu cofnęła się odrobinkę i musiał — nie bez wyrzutów sumienia — przyciągnąć ją bliżej.
Całą sytuację uratowała Łukasiewiczówna — Bernhard był zszokowany, jak śmiała i pewna po chwili stała się ta dziewczyna, z jaką delikatnością jej dłonie przesuwały się po jego karku i włosach. Jej usta były miękkie i gorące, i tak chętne, jakby wcale nie robiła tego z przymusu, a zupełnie z własnej woli. Całowała go, jakby był jej mężczyzną, jakby to wcale nie była mistyfikacja, jakby robiła to już nieskończenie wiele razy i jedyne, co Bernhard mógł i co chciał zrobić, to wyjście jej naprzeciw — jedną ręką przyciągnął ją bliżej, drugą wplątał w jej włosy i odrzucił choć na chwilę wszelkie wyrzuty sumienia i wahanie, by wpić się w jej delikatne, miękkie usta z zapałem tak wielkim, jakiego sam nigdy by się po sobie nie spodziewał.
Dźwięk otwieranych drzwi nie był wystarczający, aby sprowadzić go na ziemię — może to i dobrze, gdyż przynajmniej cała sytuacja wypadła bardziej przekonująco. Dopiero ciche, pełne zdziwienia chrząknięcie kuzyna zmusiło go do przerwania pocałunku i zwrócenia się w stronę gościa z płonącą niemal twarzą.
Bernhard wstydził się — nie samego pocałunku, bo przecież to było tylko po to, by nie wydało się, że Cecylia szpieguje, i żeby nikt jej nie oskarżył o przebywanie bez powodu w pokojach dowództwa. Nie, Bernhard wstydził się, bo kuzyn musiał pomyśleć, że nie dość, że Oxenstierna za nic ma sobie obietnice złożone narzeczonej, to jeszcze uwiódł służącą. Czegoś takiego po Bernhardzie nikt by się chyba nie spodziewał, tak więc w gruncie rzeczy purpurowy rumieniec wykwitły na jego twarzy wypadał raczej przekonująco, podobnie jak jego niepewny i jakby zahukany głos.
— Chciałem tylko… —  Erik wyraźnie stracił rezon i zapomniał języka w gębie. Cóż, nie było czemu się dziwić — nie przeszło mu pewnie przez myśl, że mógłby zastać kuzyna w podobnej sytuacji. — Wiesz, właściwie to mogę spokojnie… Gustawa najpierw znaleźć…
Bernhard tylko burknął w odpowiedzi coś mocno nieartykułowanego, czego właściwie sam nie był w stanie zidentyfikować. Dziwny, ochrypły bełkot po prostu sam wyrwał się z jego gardła, a on nic nie mógł na to poradzić.
Przy okazji zauważył kątem oka, że Cecylia wydawała się co najmniej przerażona obecnością Erika — pochyliła głowę i starała ukryć się za nim, żeby za nic w świecie nie rzucić się kanclerzowi w oczy. Bernhard wiedział, naturalnie, że Erik raz już widział Cecylię, tak więc faktycznie istniało spore ryzyko, że poznałby ją, gdyby ją zobaczył. Na szczęście jednak był wyraźnie zbyt zszokowany Bernhardem, by zwracać uwagę na biedną, zawstydzoną służącą.
— Po prostu wrócę za jakiś czas — bąknął w końcu Erik, łapiąc za klamkę i odrywając od Bernharda zaskoczony wzrok. — Zapomnij, że tu byłem — wymamrotał jeszcze, nim się wycofał.
Bernhard kiwnął głową i odwrócił się w stronę Cecylii, która wydawała się bardziej przerażona, niż kiedykolwiek wcześniej dane mu było ją widzieć. Nie słyszał zamykanych drzwi, stwierdził więc, że Erik musi być tak zszokowany, że nadal stoi i się na nich gapi. Bernhard nie znalazł w sobie tyle siły, by odezwać się i poprosić, żeby sobie poszedł — nachylił się za to nad Cecylią jeszcze raz i pocałował ją ponownie, przesuwając jednocześnie dłoń w górę jej uda, chcąc tylko spłonąć ze wstydu i nie musieć nigdy więcej ani spotykać Erika twarzą w twarz, ani spoglądać w oczy Cecylii. Oxenstierna starał się skupić tylko na Łukasiewiczównie, co właściwie nie było trudne, jako że był mężczyzną o znikomo małym doświadczeniu w jakichkolwiek kontaktach z kobietami, tak więc taki pocałunek z łatwością był w stanie powstrzymać go od racjonalnego myślenia i zupełnie ogłupić. Jak przez mgłę dotarł do niego odgłos zamykanych drzwi, ale on tak odciął się od wszelkich zewnętrznych bodźców, że pewnie byłby jeszcze długą chwilę sterczał tam, całując z lekka niezgrabnie młodą Polkę, gdyby nie poczuł na piersi jej dłoni, ostrożnie i delikatnie go od niej odsuwającej.
— Poszedł już — powiedziała cichutko Cecylia, spoglądając na niego kocio zielonymi oczami i z zaczerwienioną wyraźnie twarzą.
A do Bernharda dopiero w tej chwili dotarło co zrobili i jak silnie ta dziewczyna na niego podziałała, choć ona najwidoczniej nie miała o tym bladego pojęcia. Oxenstierna chciał zawyć ze zgryzoty, gdy uświadomił sobie absurd tej sytuacji — dopiero co ukryli martwe ciało jego rodaka, a to miała być tylko mistyfikacja, ale na Boga, ileż on by dał, żeby móc zrobić to jeszcze raz, by Erik nawet stąd nie wychodził, jeśli to oznaczałoby, że mógłby grać dalej, dłużej trzymać ją w ramionach. Nie mógł spojrzeć Cecylii w twarz, odwrócił więc wzrok i czując, jak płoną mu policzki wymamrotał tylko niewyraźne „Przepraszam”, na które Cecylia najpierw zareagowała zdziwieniem, a potem wesołym śmiechem. A on czym prędzej odsunął się od niej, bo była za blisko, stanowczo za blisko jak na jego nerwy — nie mógł znieść trzymania dłoni na jej udzie, nie mógł znieść jej nagich nóg oplecionych dookoła jego bioder, to wystawiło jego cierpliwość na stanowczo zbyt wielką próbę. Nie pomyślał przy tym zupełnie, że Łukasiewiczówna siedziała na samiutkim brzegu biurka, a trzymała się na nim właściwie tylko dzięki jego rękom, tak więc gdy Szwed się odsunął, Cecylia ledwie utrzymała równowagę. Nie przestała jednak się śmiać.
— Oszalałeś? — zapytała uśmiechając się no niego łagodnie. — Dziękuję! Musiał sobie o tobie okropne rzeczy pomyśleć, ale ty mi i tak pomogłeś, więc…
— Dziękuję pięknie, nie musiałaś przypominać — burknął cierpko Bernhard, a parsknęła śmiechem. — Jestem ci wiele winien. Tylko przepraszam, że to musiało się tak odbyć.
— Och, wiesz, jeśli mam do wyboru taką maskaradę, albo skończenie w zamkowych celach, to z pocałowaniem w rękę wybieram pierwszą opcję — rzekła z prostotą i szczerością, co tylko sprawiło, że Bernhard jeszcze bardziej się zawstydził. Chociaż wcale jej się nie dziwił, sam podzielał przecież jej zdanie.
— Tak czy inaczej — burknął Bernhard. — Po prostu o tym zapomnijmy. Nie chcę zajść za skórę twojemu narzeczonemu.
— Czego Toris nie widzi, to go nie zaboli — oświadczyła cokolwiek odrobinę okrutnie Cecylia, a Bernhard uniósł ze zdziwieniem brwi. — I czego się tak patrzysz, Szwedku? A ty swojej pani powiesz?
Bernhard nie zamierzał o niczym mówić Annelise, ale bynajmniej wcale nie dlatego, żeby jej to nie zabolało — zwyczajnie uważał, że to nie jest jej sprawa co i z kim robi, a tym bardziej z jakich powodów. Irytowała go właściwie sama myśl o pannie Wittenberg, nie dlatego, żeby ona sama jakoś wybitnie mu przeszkadzała — była po prostu kimś w jego życiu nieplanowanym i niechcianym. Im dłużej Bernhard nie miał z nią kontaktu, tym właściwie był w pewien sposób szczęśliwszy.
— Oddaj list, Cecylio — powiedział w końcu Bernhard, a Cecylia spojrzała na niego w napięciu. W końcu wyciągnęła zza koszuli zmiętą kopertę i z nietęgą miną oddała mu ją.
— Możesz mi to przetłumaczyć? — zapytała z niemą prośbą czającą się w jej oczach.
— Wiesz, że nie mogę — odpowiedział jej Bernhard, zaskoczony jej naiwnością. Cecylia była zbyt prostolinijna do pracy, jaką jej powierzono.
Łukasiewiczówna pokręciła głową.
— Nie pytam o wojskowe informacje — rzekła. — Wiem, że nie możesz ich podać i nie mam prawa tego od ciebie wymagać. Ale powiedz mi chociaż co to za dokument. Chodzi o to, że podpisał go ojciec Torisa.
Bernhard, wiedziony ciekawością, otworzył kopertę i rozłożył dokument, czytając szybko jego treść. Kiedy skończył, jego zdziwieniu nie było końca. Po pierwsze, jakim cudem podobne dokumenty wylądowały na jego biurku, tego pojąć nie mógł. A po drugie, to nie było coś, co Cecylia chciałaby wiedzieć.
— Co tam jest? — zapytała zaglądając mu przez ramię, choć oczywistym było, że nie może przeczytać treści listu.
— Nie mogę ci powiedzieć.
Mógł, w zasadzie. Ale nie chciał, żeby Cecylia od niego usłyszała prawdę. Bo nie ulegało wątpliwości, że to byłby mocny cios dla jej naiwnej i prostej natury. A Bernhard nie chciał być tym, który jej go zada.
— Berciu, proszę. — Złapała go za poły płaszcza. — Proszę, powiedz mi. Nie chodzi o wojsko, tylko o Torisa. Czy jest bezpieczny.
— Jest — odparł Bernhard, czując się okropnie. —Nie martw się. To go nie dotyczy.
Cecylia popatrzyła na niego, jakby chciała mu powiedzieć, że nie wierzy w ani jedno jego słowo. Ostatecznie jednak milczała.
— Nic mu nie będzie — powiedział jeszcze Bernhard tonem, który w założeniu miał być bardzo przekonujący. Bo naprawdę chciał Cecylii oszczędzić bólu. — Jestem pewien.
Cecylia westchnęła na to głęboko i z zupełnie do niej niepodobną rezygnacją oparła się o biurko.
— Wielka szkoda, że ta wojna wybuchła — powiedziała w końcu. — Wszystkim nam byłoby lepiej, gdyby do tego nie doszło.
Bernhard nie był już tego taki pewien. Właściwie, to było kilka kwestii, w których by się z Cecylią nie zgodził, i które obaliłyby jej teorię. Nie uznał za stosowne jednak wyrazić swojej opinii głośno.
— Dasz radę nie rzucać się w oczy? — zapytał ją zamiast cokolwiek jej odpowiedzieć. — I unikać kłopotów?
— Obawiam się, że kłopoty same mnie znajdują.
Tak, Bernhard też właśnie tego się obawiał.
— Pomyślę, jak cię stąd wyciągnąć — rzekł i położył jej rękę na ramieniu. — To nie potrwa długo. Co najwyżej kilka dni. Unikaj Erika i Gustawa. Zwykle przebywają w tej części. Najlepiej nie opuszczaj pomieszczeń dla służby. I żołnierzom też nie podłaź pod nogi, bo nie wiem co im przyjdzie do głowy.
— Dobrze, pani matko.
Bernhard popatrzył na nią z góry surowym wzrokiem, a ona uśmiechnęła się do niego szeroko i odrobinę sztucznie.
— Ja nie żartuję — oświadczył chłodno i poważnie. — Cecylio, ja wiem jak się czujesz i co dla ciebie ta wojna znaczy…
— Nie — powiedziała tonem zaskakująco chłodnym, który w jej ustach wydał się Bernhardowi okrutnie obcy. Podobnie z resztą, jak jej zwykle roziskrzone, zielone oczy — teraz dostrzegał w nich tylko chłód. — Nie masz pojęcia, co ta wojna znaczy dla nas. A już na pewno nie wiesz jak się czuję. I nie próbuj ze mną więcej dyskutować na ten temat.
Bernhard wyczuł, że pod tymi słowami kryje się coś więcej, coś o czym nie miał pojęcia. Nie śmiał jednak spytać, ponieważ Cecylia po raz pierwszy wydała mu się szalenie poważna i wcale nie prostolinijna. Jak zawsze biła od niej radość i otwartość, tak w tej chwili otoczyła się niewidzialnym murem, którego za nic w świecie nie dałaby mu przekroczyć — ani jemu, ani nikomu. A przynajmniej tak widział to Bernhard.
I miała świętą rację. Bernhard nie miał pojęcia, jak to jest, kiedy obcy wkraczają do twojego domu i zabierają ci dosłownie wszystko. Zdał sobie z tego sprawę i przez to poczuł się bardziej winny niż kiedykolwiek wcześniej.
— Po prostu chcę, żebyś wyszła stąd cało — powiedział, spoglądając prosto w jej oczy. — Jestem ci to winien.
— Nic mi nie jesteś winien — powiedziała Cecylia już łagodniejszym tonem. — Zrobiłam co uznałam za słuszne. Nie zamierzam ci tego wypominać, Szwedku.
— Ale ja sobie owszem — odparł. — To jest dług, którego nigdy nie zdołam spłacić.
Cecylia nic mu na to nie odpowiedziała, po prostu westchnęła i spojrzała na niego z pewną osobliwą mieszaniną smutku i radości w oczach.
— Oj, Berciu — rzekła, kręcąc głową. — Żeby każdy był taki honorowy jak ty, to naprawdę...
— Idź już — powiedział jej, całkiem ignorując jej wcześniejszą wypowiedź. Poczuł niemiły ucisk w gardle na samą myśl o spoczywającym w skrzyni martwym żołnierzu — jak, na Boga, miał się go pozbyć, najlepiej jeszcze unikając wszystkich plączących się po zamku Szwedów? Brzmiało trochę jak plan nie do wykonania, szczególnie, że Bernhard doskonale zdawał sobie sprawę, że jego pomyślunek momentami pozostawia wiele do życzenia.
— A co z nim? — Wskazała głową na skrzynię.
— Poradzę sobie.
— Ale…
— IDŹ.
Wreszcie dała się wyrzucić — Bernard nie odzywał się na ten temat, ale miał nadzieję, że konieczność pozbycia się zakrwawionego ubrania była dla Cecylii oczywista — a Oxenstierna mógł zostać sam na sam ze swoim problemem.
Podniósł płaszcz. Przesiąknął krwią — nie na wylot, ale jedna strona była poplamiona. Użytku już więcej z niego nie zrobi. Uchylił wieko skrzyni. Zapach żelaza, unoszący się w powietrzu stał się o wiele intensywniejszy. Bernhardowi zrobiło się niedobrze.
Jedno stało się dla niego pewne — nie zamierzał nigdy, przenigdy z Cecylią zadzierać. Nie spodziewał się, że byłaby zdolna z zimną krwią kogoś zadźgać. No, może nie od razu z zimną krwią, ale tak czy inaczej. Spłynęło to po niej jak po kaczce. Bernhardowi nie mieściło się to w głowie. I jeszcze, na dodatek, jak to miała w zwyczaju, narobiła ogromnego bałaganu, który to on będzie musiał uprzątnąć.
Ta dziewczyna to było jedno wielkie, chodzące nieszczęście. A do tego zaraźliwe.
Bernhard długo się zastanawiał, jak miałby pozbyć się ciała. Przecież nie mógł zarzucić sobie zwłok na plecy, przeparadować tak przez pół zamku, dziedziniec, a potem gdzieś żołdaka zakopać. Skrzyni też nie mógł ze sobą wynieść, bo raz, że stanowczo za ciężka, a dwa, że nawet tym wzbudziłby podejrzenia. Chociaż… Skoro nie mógł ominąć strażników, to jedynym co mu pozostało, to oszukanie ich. A jak łatwiej to zrobić, niż zwyczajnie poprosić o pomoc z wyniesieniem z zamku ciężkiej skrzyni z niepotrzebnymi mu już do niczego rzeczami? No dobrze, to może średnio miało sens, ale równie dobrze mógł zaprząc do pomocy jakiegoś bojaźliwego chłystka, któremu nie będzie musiał się tłumaczyć, i który będzie się bał cokolwiek komukolwiek o tym wspomnieć. Nawet jeśli strażnicy zobaczą, to nie powinni zadawać pytań, przynajmniej taką miał nadzieję. No dobrze, to już był jakiś plan.
Zaraz pomyślał o Mikaelu Strand, rozgadanym, nerwowym chłopaczku, który wiecznie obrywał po głowie od swojego dowódcy. Miał nie więcej niż 16 lat i Bernhard był zdania, że jest stanowczo za młody, żeby wyciągać go na wojnę. Ale że dowództwo było najwyraźniej innego zdania, to chłopaczyna wylądował w Zamku Królewskim. W ostatecznym rozrachunku dobrze się stało, teraz będzie miał kto Bernhardowi pomóc. Chłopak będzie milczał jak zaklęty, jeśli Bernhard go o to poprosi.
No dobrze, ale co w takim razie miałby zrobić z ciałem…
Bernhard podszedł do okna i oparł łokcie o parapet. Omiótł Warszawę trochę nieobecnym wzrokiem, zastanawiając się nad rozwiązaniem problemu, kiedy nagle pojawiło się ono samo. Rzeka.* Czyż mógł być lepszy sposób? Zdecydowanie nie.
Teraz pozostawało tylko wprowadzić plan w życie. I to jeszcze dziś, zanim trup zacznie gnić. Bernhard skrzywił się na samą myśl.
W pierwszej kolejności jednak musiał pozbyć się krwi z podłogi. Z wielkim trudem udało mu się przesunąć ciężkie, toporne drewniane biurko, by móc zwinąć dywan. Na szczęście drewniana podłoga pozostała nietknięta. Dobrze. Pozbyć się dywanu to pół biedy, chociaż to była kupa pieniędzy i pewnie ciężko mu będzie wytłumaczyć się dlaczego go wyrzuca. W ostateczności, aby uniknąć niepotrzebnych pytań, Bernhard po prostu wyrzucił go przez okno. Wrzuci go do rzeki podobnie jak ciało. A nawet jeśli ktoś znajdzie ten dywan, w co Oxenstierna wątpił, jako że akurat w tym rejonie mało kto w ogóle bywał, nawet strażnicy — to nikt mu nie udowodni, że to jego.
Powinno się udać.

*

Bernhard udał się pod mury zamku, by wrzucić zakrwawiony dywan do rzeki. Miał szczęście — najwyraźniej nikt w tamte okolice nie zawitał, leżał dokładnie tam, gdzie Oxenstierna widział do ostatnim razem. Potem, gdy załatwił tę sprawę, poszedł szukać Mikaela. Znalazł go drzemiącego na krześle w kuchni, gdzie często przebywał, gdy nie był nikomu potrzebny.
Chłopak był wyjątkowo grzeczny, sympatyczny i otwarty. Choć po polsku nie rozumiał ani nie umiał powiedzieć prawie nic, cechy te w połączeniu z jego przyjemną aparycją, chłopięcej jeszcze twarzy, przydługich, wchodzących w oczy pszenicznych włosach i wesołych, niebieskich oczach sprawiały, że wzbudzał sporo sympatii wśród kobiet ze służby (szczególnie tych starszych). Czasami pozwalały mu zajrzeć do kuchni po coś jedzenia czy picia, czy chociażby po to by w spokoju mógł przebimbać cały swój wolny czas, którego miał aż nadto — co jak co, ale miganie się od obowiązków chłopakowi szło aż nader dobrze. Bernhard wiedział, że Mikael jest, cóż, zbyt nerwowy na podobne przedsięwzięcia i z jednej strony, jeśli Oxenstierna go poprosi, to powinien milczeć jak zaklęty, ale z drugiej strony, gdyby, nie daj Bóg, sprawa się wydała i ktoś go przesłuchiwał… Nie, Bernhard nie chciał o tym myśleć.
Złapał chłopaka za ramię i potrząsnął nim. Ten obudził się i w pierwszej chwili zląkł się niemiłosiernie, niemalże spadając z krzesła. Bernhard przytrzymał je za oparcie, by chłystek nie wywinął orła.
— P— p— pan Bernhard — zawołał z wyraźną ulgą. Ciesz się, że nie twój dowódca, pomyślał Oxenstierna i uśmiechnął się krzywo.
— Potrzebuję pomocy — powiedział bez zbędnych ceregieli. — Trzeba wynieść skrzynię z mojego pokoju. Nad rzekę. I dziób na kłódkę. Nikomu o tym nie wspominaj.
Strand zaraz skwapliwie pokiwał głową.
— Przeskrobał pan coś, panie Bernhardzie? — zapytał go zadziornie chłopak, a Bernhard posłał mu takie spojrzenie, że uśmiech już po chwili spłynął mu z twarzy.
— Lepiej dla ciebie, żebyś nie wiedział, jeśli nie chcesz mieć kłopotów.
— Jak uważasz, herr Oxenstierna. — Wzruszył ramionami. — Jak trzeba, to pomogę. Chodźmy.
Na całe szczęście nikogo nie spotkali. Przynajmniej nikogo, kto żywiłby jakiekolwiek podejrzenia. Bernhard, zanim wpuścił Mikaela do pokoju, upewnił się, że skrzynia jest szczelnie zamknięta (przekręcił klucz trzy razy, żeby wieko aby na pewno nie otwarło się, nawet gdyby skrzynię upuścili), sprawdził, czy nigdzie nie jest ubrudzona krwią (była — dłuższą chwilę zajęło Bernhardowi wyszorowanie jej na tyle, by nie pozostał żaden mogący wzbudzić podejrzenia ślad). Potem razem, choć z trudem, zdołali wynieść ją niemalże niepostrzeżenie z Zamku. Minęli jedynie dwóch strażników przy wejściu. Nie wydawali się żywić wobec nich jakichkolwiek podejrzeń. Bernhard uznał to za dobry znak.
— Na Boga, panie Bernhardzie, co też pan tam wpakował? — jęknął chłopak, gdy wreszcie udało im się wyjść na zewnątrz. Tego dnia było niemiłosiernie zimno i Bernhard, chociaż pochodził z Północy i powinien być przyzwyczajony do niskich temperatur, ciężko to znosił. Szczególnie, że w całym tym zamieszaniu zapomniał udać się po drugi płaszcz — ostatecznie wyszedł więc w samym, wcale nie za ciepłym, mundurze. Palce już tak mu skostniały, że był pewien, że jeszcze chwila, a wypuści tę przeklętą skrzynię z rąk. Całe szczęście, że Mikael był rosłym i silnym chłopcem, miał więc mocno ułatwione zadanie.
Wreszcie dotarli na brzeg rzeki. Bernhard, okrutnie zmarznięty, nie chciał marnować ani chwili.
— Dziękuję. A teraz mnie zostaw.
Chłopak wydawał się cokolwiek zdezorientowany.
— No jeszcze czego, Panie Bernhardzie, przecież pan wie, że ja służę pomocą i zostanę z panem do końca…
Oxenstierna położył mu rękę na ramieniu. Chłopak zamilkł.
— Wracaj do zamku. — powiedział właściwym sobie, trochę ostrym tonem. — Zaufaj mi, tak będzie naprawdę lepiej.
Mikael wahał się przez chwilę, ale wreszcie kiwnął głową. Bernhard wstrzymał się chwilę, czekając aż chłopak odejdzie, a potem odnalazł w kieszeni klucz, z trudem manewrując zmarzniętymi na kość palcami. Wreszcie udało mu się wetknąć klucz do zamka i przekręcić. Uchylił wieko i przez chwilę zastanowił się co robić. Żołdak był zakrwawiony na potęgę, Bernhard musiał też więc rozegrać wszystko tak, by samemu wyjść z tego czystym — nie miał ochoty nikomu tłumaczyć się z krwi na mundurze. Nie, żeby różne przypadkowe potyczki na szable były rzadkością, ale to byłaby w ustach Bernharda chyba najbardziej podejrzana rzecz, jaką mógłby się wytłumaczyć. Bernhard nie walczył na szable, Bernhard nie wplątywał się w tego rodzaju sprawy. Nigdy.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że Mikael ostatecznie nigdzie sobie nie poszedł. Bernhardowi strach ścisnął wnętrzności. Na Boga, dlaczego ten przeklęty Strand nie mógł go posłuchać? Gapił się, blady jak ściana, na zakrwawione zwłoki, a Bernhard starał się ze wszystkich sił zachować zimną krew.
— Chodź tu — powiedział wreszcie.
Szczęście w nieszczęściu, że Mikael jednak został. Jak już się w to wszystko wplątał, to przynajmniej pomoże mu wrzucić tego nieszczęśnika do rzeki tak, żeby nie pozostawić śladów. Chłopak zbliżył się z wyraźnym wahaniem. Bernhard był gotów założyć się o wszystko, że jeszcze nigdy w życiu nie widział trupa. Wyglądał, jakby miał lada moment zwymiotować.
— P— p— panie Bernhardzie…
— To nie ja — uciął szybko Oxenstierna. — Ale tak czy inaczej, dziób na kłódkę. Dobrze?
Mikael Strand skwapliwie pokiwał głową. Zaczynał się robić lekko zielonkawy na twarzy.
— Dalej, złap go za nogi.
Chłopak w pierwszej chwili spojrzał na niego z przerażeniem. Potem jednak, z ustami zaciśniętymi w wąską szparkę, sięgnął do skrzyni i spróbował unieść ciężkie zwłoki. Poczekał, aż Bernhard złapie żołnierza za ramiona i razem wyciągnęli go. Ciało wpadło do rzeki z przeraźliwie głośnym pluskiem. Bernhard w panie rozejrzał się, by sprawdzić czy aby na pewno nikt tego nie słyszał i nie widział. Na szczęście jednak nikogo nie dostrzegł. Gdy ciało odpłynęło już spory kawałek i wyglądało na to, że prąd jest na tyle mocny, by taki plan rzeczywiście mógł poskutkować, wrzucili do rzeki jeszcze skrzynię. Ona również odpłynęła w siną dal. Bernhard odetchnął z ulgą. Dopiero po chwili ponownie spojrzał na stojącego z boku chłopaka. Oddychał głęboko, jakby rzeczywiście resztkami siły woli powstrzymując się od zwymiotowania.
— Mikael — mruknął Bernhard, by zwrócić na siebie uwagę chłopaka.
— Tak? — zapytał niewyraźnie.
— Posłuchaj. — Postanowił wyjaśnić chłopakowi sytuację, chociażby z grubsza. — Nastawał na moją przyjaciółkę. Zabiła go, żeby się bronić. Rozumiesz?
Mikael kiwnął głową.
— Moja przyjaciółka jest służącą — ciągnął dalej. Teraz tylko musiał zacząć kłamać jak z nut. — Powiesiliby ją, gdyby ktoś się dowiedział. Więc ja musiałem się zając tym tak, aby nikt o niczym nie wiedział.
Kolejny raz tylko skinął głową.
Przed długą chwilę milczeli obaj.
— Panie Bernhardzie? — odezwał się wreszcie chłopak.
— Mhm?
— Dlaczego pan po prostu nie zawołał strażników, nie powiedział, że to szpieg, złodziej, czy coś podobnego, i że to pan go usiekł?
Bernhard zamrugał ze zdziwieniem. A potem roześmiał się w głos nerwowym i odrobinę histerycznym śmiechem. Mikael zdawał się być co najmniej zbity z tropu widokiem śmiejącego się Bernharda.
Tak. Bernhardowi zdecydowanie brakowało pomyślunku.

*


Unikanie Gustawa i Erika Oxenstiernów przychodziło Cecylii zaskakująco łatwo. Właściwie była zaskoczona, że to było aż tak proste. Nie działo się w ogóle nic specjalnego — służba, co prawda, zorientowała się, że Cecylia jest obca, ale powiedziała, że przyjął ją do pracy pan Bernhard (ze zgrozą uświadomiła sobie, że nadal nie zna nawet jego nazwiska), licząc na to, że uda jej się gdzieś go złapać, żeby uprzedzić co ma mówić, gdyby ktoś pytał. I faktycznie, kilka razy gdzieś w kącie udało im się wymienić parę zdań, zwykłe „Wszystko w porządku?” albo „Jak idą przygotowania?” — Bernhard miał już plan, ale póki co nie chciał jej nic zdradzić. Przez te kilka dni nie wydarzyło się właściwie nic wartego uwagi — no, raz Cecylię i jedną służącą zaczepiło kilku pijanych w sztok żołnierzy, ale akurat tak się całkiem fortunnie złożyło, że Bernhard czaił się gdzieś w pobliżu. Żołnierze, kiedy tylko się zorientowali, że wielki Szwed zmierza w ich stronę z co najmniej nieprzyjazną miną aż zbledli ze strachu, a kiedy powiedział im po cichu parę słów dygnęli przed nim posłusznie i czym prędzej się oddalili. Wtedy Szwed odwrócił się do stojących z boku kobiet, jednej przerażonej, a drugiej raczej zaciekawionej.
— Możesz odejść — powiedział swoim niskim, ochrypłym głosem, a rudowłosa służąca tylko dygnęła drżąc na całym ciele i oddaliła się, obrzucając jeszcze Cecylię i Bernharda zaciekawionym, ale i odrobinę podejrzliwym spojrzeniem.
— Aleś ją wystraszył — zauważyła Cecylia, uśmiechając się nie niego wesoło. On jednak nie podzielał wyraźnie jej nastroju.
— Której części „nie pakuj się w kłopoty” nie rozumiesz? — zapytał ją szorstko, a ona przewróciła oczami.
— No przecież za nimi nie chodziłam i nie prosiłam, żeby…
— Nie kończ, zrozumiałem.
— No to czego się czepiasz? — obruszyła się trochę, ale zaraz jej głos i wzrok złagodniał. — Dziękuję.
Bernhard tylko skinął jej w odpowiedzi głową, na znak, że nie ma za co dziękować.
— Co ty, tak właściwie, im powiedziałeś? — zapytała Cecylia, unosząc brew do góry.
Szwed uniósł w górę kąciki ust w bardzo charakterystycznym dla siebie, niemal niewidocznym uśmiechu.
— Że zawisną na dziedzińcu, jeśli jeszcze raz zobaczę, że cię zaczepiają.
Cecylia zamrugała szybko, zaskoczona.
— Przecież to byli ludzie właściwie równi ci stopniem. — Zmarszczyła brwi. — Z całym szacunkiem, Berciu, ale dlaczego mieliby cię słuchać? Bo jakoś nie wierzę, że oni wszyscy są tak przerażeni twoim wyglądem, że to wystarcza. Nie to, żebym uważała, że jesteś straszny… ale czasem jesteś.
Bernhard, zamiast się obrazić, uśmiechnął się trochę szerzej i spojrzał na nią z uznaniem.
— Bystra jesteś — stwierdził, a jej policzki odrobinę poczerwieniały. — Mają swoje powody, żeby mnie słuchać. I zaufaj mi, nie będą cię więcej nękać.
— Dobrze by było, gdybyście wszyscy przestali nas nękać i wrócili na ten wasz lodowiec zwany Szwecją.
— Muszę już iść. — Bernhard jawnie zignorował jej uwagę. Cecylia przypuszczała, że wynikało to z faktu, że jej szwedzki przyjaciel czuł się winny. Pokiwała głową w odpowiedzi. — Ale bądź gotowa, wynosimy się stąd lada dzień.

 Służba chyba sobie swoje szybko dopowiedziała, dlaczego Cecylia tak nagle została przyjęta do służby i dlaczego żołnierze szybko zaczęli się trzymać od niej z daleka. No, wszyscy, prócz pana Bernharda — z całą pewnością to, jak i opowieść owej rudowłosej towarzyszki wpłynęło na fakt, że cała służba szybko zaczęła sądzić, że Szwed, który zawsze trzymał się z daleka od kobiet na zamku i jako jeden z niewielu był wśród panien ze służby uważany za względnie przyzwoitego, nie jest w rzeczywistości tak święty jak sądzili — bo przecież jak inaczej wytłumaczyć fakt, że widywał się z tą nową Cecylią tak często, zawsze w odosobnieniu i nerwowym pośpiechu? Dlaczego miałby kazać żołnierzom się do niej nie zbliżać? Bo oni wszyscy wiedzieli, że to jego sprawka — rudowłosa Anna wszystko im powiedziała. Odpowiedź była prosta i oczywista — robił to, ponieważ sam sobie małą Cecylię upatrzył. A ona, co najgorsze, wcale się przed nim nie broniła! Dla całej służby sprawa była oczywista i oburzająca. A dla Cecylii i Bernharda, prócz tego, że dość krępująca, to raczej na rękę, ponieważ nikomu nawet przez myśl nie przeszedł prawdziwy cel ich spotkań. Wszystko układało się aż za dobrze.
Z racji tego, że nie działo się nic niepokojącego, Cecylia stwierdziła, że spróbuje jeszcze raz dostać się do pokojów dowództwa. Nie mogła przecież od tak odpuścić w tak ważnej kwestii — nie, kiedy ojciec i bracia pokładali w niej tyle nadziei. Ukradła klucz do pokoju samego gubernatora — przypłaciła to niemal atakiem serca i złamaną nogą, ale ukradła, i nawet nikt jej nie podejrzewał.
Teraz pozostawało tylko do wykorzystać.
Cecylia upewniła się, że gubernatora nie ma u siebie — no, upewniła się po prostu, że nie ma tam nikogo, bo nie miała zielonego pojęcia, jak ów gubernator może wyglądać. Wśliznęła się do środka, kiedy na korytarzu akurat nikogo nie było i zamknęła za sobą drzwi.
Było już bardzo późno, większość mieszkańców zamku właściwie już spała. Cecylia jednak była przygotowana — miała ze sobą świecę i krzesiwo., w razie, gdyby zgasła. W nikłym świetle płomyka podeszła do biurka i poczęła je przeszukiwać.
Było zawalone różnego rodzaju papierami jeszcze bardziej niż biurko Bernharda. Cecylia miała naprawdę wiele problemów, żeby zobaczyć cokolwiek, a co dopiero konkretne informacje, jakich poszukiwała? Nigdzie jednak nie mogła znaleźć nic, co w jakikolwiek sposób przypominałoby jej plany wojenne, albo wojskowe informacje. Sama nie wiedziała, czy źle szukała, czy po prostu ich tu nie było, ale na Boga, przecież to było biurko samego gubernatora, tu musiało coś być!
Cecylia mało nie umarła ze strachu, kiedy drzwi powoli się otworzyły — na Boga, jak to się działo, że zawsze ją ktoś przyłapał? Już w duchu zaczynała modlić się o ratunek i o w miarę bezbolesne aresztowanie, ale wtedy, wytężając wzrok, dostrzegła w ciemności wysoką, barczystą sylwetkę, zarys jasnych włosów i posępną twarz, tak znajomą — nie wierzyła w swoje szczęście, że po raz drugi ktoś ją przyłapuje, i po raz drugi jest to Bernhard. Tylko dlaczego tam stał i przypatrywał jej się z takim zaskoczeniem na twarzy? Chociaż, co ona tam wiedziała, przecież było ciemno jak w jakiejś norze, nie mogła nawet dobrze widzieć jego twarzy, a co dopiero stwierdzić co takiego się na niej maluje. Odetchnęła tylko z ulgą i odwróciła się od drzwi z powrotem do biurka.
— Tym razem mnie nie powstrzymasz, Berciu — powiedziała, słysząc za plecami dźwięk zamykanych drzwi. — Zrozum, że ja się nie mogę poddać. Gdybyś był na moim miejscu, to byś zrobił to samo. Idź sobie, to nie będziesz miał przeze mnie kłopotów. Bo nie chcę, żebyś je miał.
Odpowiedziała jej cisza — Cecylia słyszała tylko powolne, ciężkie kroki zbliżające się w jej stronę. Nie niepokoiła się jednak, tylko dalej przeszukiwała papiery. Przecież kogo jak kogo, ale Bernharda nie musiała się obawiać.
— Powiedziałbyś coś, bo naprawdę, jak się tak czaisz, to jesteś jeszcze straszniejszy niż normalnie — mruknęła, krzywiąc się.
Poczuła na swoim ramieniu silną, dużą dłoń, która stanowczo, ale nie brutalnie, zmusiła ją, by się odwróciła.
— Bernhard, na miłość boską, powiedziałam ci… —  Cecylia urwała w pół zdania, gdy w końcu mogła zobaczyć twarz Szweda. Owszem, była znajoma. Aż za bardzo znajoma. Ale jedno było pewne. Grubo się pomyliła. I miała ogromne kłopoty. Bo to w żadnym wypadku nie był Bernhard.


 





*Się tylko usprawiedliwie, bo ktoś gotów mi zarzucić błąd, że niby Zamek Królewski koło Wisły nie stoi. No nie stoi, ale Wisła kiedyś w tamtym miejscu miała inny bieg i rzeczywiście płynęła. No.
Rozdział miał być w kwietniu, taaaaak? No cóż. Sorki. Tak wyszło D:
Na wszelkie komcie mogę odpowiadać do środy, a potem na trochę mnie nie ma, ale odpowiem na wszystko, jak wrócę do domu :)
Aż się pochwalę wszem i wobec, że moja sesja trwała cały jeden dzień :D Ja już generalnie mam wakacje, więc uznałam, że już chyba czas najwyższy na dodanie kolejnego rozdziału. No i jest :)
Następny raczej za miesiąc :)

12 komentarzy:

  1. Cześć, trafiłam na Twojego bloga zupełnie przypadkiem, ale chcę Ci powiedzieć, że strasznie mnie zaciekawiłaś :) Super piszesz. No i fabuła jest mega! :) Z chęcią zostanę dłużej.

    Liczę, że zajrzysz także do mnie. Jeśli interesuje Cię II wojna światowa, to na pewno Ci się spodoba! A jeśli nie "jara" Cię historia, to i tak mam nadzieję, że coś Cię w moim opowiadaniu przyciągnie :)
    http://meinkampf-fanfiction.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, widzę mały ruch w komentarzach i jestem zdziwiona, więc postanowiłam coś w końcu napisać.

    Na bloga trafiłam kilka razy i za każdym razem jakoś rezygnowałam po przeczytaniu opisu, jakoś w momencie, gdy dotarłam do wzmiance tym, że to ff do Hetalii (fandom znam dość słabo - parę lat temu obejrzałam kilka odcinków). Teraz zaczęłam żałować, że tak długo to odkładałam.

    Polubiłam to opowiadanie od razu i nie byłam w stanie się dobrowolnie oderwać od kolejnych rozdziałów. Niesamowicie urzekli mnie bohaterowie. W zasadzie najbardziej Bercia, któremu bardzo jasno nakreśliłaś charakter i pomimo tej jego powierzchownej bucery i zamknięcia w sobie jest niesamowicie czarujący (nie pod jakimś romansowym względem - zwyczajnie uwielbiam sceny, w których piszesz o jego przekonaniach czy nietypowym podejściu do świata). Wiem co prawda, że te postaci są oderwane w pewnym stopniu od realiów, w których zostały umieszczone, ale jakoś no... nie przeszkadza mi to.

    Na początku Cecylia mnie nieco drażniła, miałam wrażenie, że gdyby była prawdziwa, to przywaliłabym jej patelnią, żeby się przymknęła czasem. Potem zauważyłam, że jest na swój sposób podobna do mojej siostry i... przekonałam się do niech. Choć nadal pewna scena powoduje u mnie mieszane uczucia. Mianowicie, gdy Toris odwiedza Cecylię, a w Łukowcach jest Bernhard. Niewyparzenie jej języka i głupota przerosły moją tolerancję, gdy wypaliła, że i tak widziała już Bernharda nago. To wydawało mi się takie... no zbędne. Domyślam się, że to jakiś element komiczny, ale ja nie przepadam za komediami, dlatego ta scena była dla mnie drażniąca. Zdecydowanie wolę jak to opowiadanie idzie w kierunku dramatu, a już w ogóle mordka mi się zaciesza jak czytam o faktach o prawdziwej historii. Choćby jakieś drobnostki, jak wynoszenie z polskich domostw przez Szwedów wszystkiego, co miało jakąś wartość... Słyszałam, że nawet schody potrafili rozebrać i wynieść.

    No właśnie jak się pewnie domyślasz, tak samo sztuczne wydają mi się te wszystkie cięte riposty lecące pomiędzy Cecylką a księdzem. Na szczęście były one sporadyczne, więc te zabawne fragmenty jakoś przeżyłam bez zgrzytania zębami i ogólnie nie wpłynęły one na zmianę mojej opinii o opowiadaniu.

    Strasznie, strasznie się cieszę, że w końcu je przeczytałam, bo oprócz ciekawej i świeżej fabuły spotyka mnie tu garść ciekawostek. No choćby powyższa Wisła, której bym o przepływanie koło zamku nie podejrzewała.

    Jej chciałabym napisać taki długaśny komentarz i wypunktować wszystko po kolei, ale bym chyba musiała wracać do każdego rozdziału osobno, bo czytałam wszystko jednym ciągiem i już zlewa mi się w jedno.

    Więc jeszcze na koniec dodam tylko, że mam taką cichą nadzieję, że wątek romanosowy Cecylka Bernhard nie wysunie się na główny plan, bo to że Toris jest tylko taką zmyłką to czuć na kilometr.

    Pozdrawiam,
    Nikumu

    PS Jakbyś się zastanawiała kto ci stuka odwiedziny - to ja sprawdzam co godzinę czy kolejny rozdział się już nie pojawił...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Ci piękne za,ten komentarz - odpowiem na niego po południu, jak się dostanę na komputer, bo nie ukrywam, że chyba bym umarła, jakbym miała pisać z telefon ;_; chciałam tylko dać znać, że tu jestem i przeczytałam, chociaż dopiero teraz, bo do końca,lipca pracowałam, w sobotę mnie nie było w domu, w niedzielę nawet nie odpaliłam kompa, a dziś jeszcze zakupy przede mną : ) niemniej jednak pojawię się dzisiaj ;)

      Usuń
    2. Okej, jestem :)
      Pięknie dziękuję raz jeszcze. Cóż, w sumie do powiedzenia na temat Twojego komentarza i całości opowiadania mogę mieć tyle, że zaczęłam je pisać dwa lata temu i szczerze powiedziawszy, to wiele rzeczy dziś napisałabym inaczej. Przede wszystkich przytemperowałabym trochę Cecylkę, dodałabym do ich języka choć trochę więcej archaizmów, księdza to w ogóle bym się chyba pozbyła, albo choć i jego przytemperowała, jak i takich typowo-z-założenia-komicznych scen też bym się pozbyła. Bo to opko startowało jako lekki fanfik, a skończyło, przynajmniej w moim zamiarze, jako trochę ciężkawa historyczna przygodówka. A że nie zrewidowałam po zmianie konceptu wcześniejszych rozdziałów, to cóż - jest jak jest i liczę się z tym w pełni. Dziękuję za wytknięcie rzeczy, które się nie podobały - na pewno poprawiając opowiadanie zwrócę na to wszystko, i wiele uwag innych osób, uwagę. Dzięki też piękne za miłe słowa - zapomniałam już jak bardzo to potrafi zmotywować :) I to do tego stopnia, że jak mam jeszcze trochę czasu, to chyba wezmę, i sprawdzę kolejny rozdział :)
      Dziękuję pięknie, no i mam nadzieję, że jeszcze się czasem odezwiesz :) Cenię sobie wszelkie uwagi, a wiesz, mało kto zwraca uwagę na negatywy, a to jednak ważne D:
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Świetny *-* na pewno zostanę tu na dłużej.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem nareszcie. Chyba z rok mnie tu nie było. Ale dość tych pieszczot. Trzeba pisać! I czytać , no i komentować.
    Przeczytałem od IV do IX rozdziału, bo zdaje się, tylko tyle miałaś w spisie. Resztę nadrobię w międzyczasie. Muszę się wziąć w końcu za swoje opowiadanie, bo w ciągu jakichś dwóch lat od momentu, w którym zdecydowałem zacząć opowieść od nowa, udało mi się opublikować raptem pół prologu, i to z dużym opóźnieniem w dodatku. Ale do rzeczy!
    Czytałem wszystko naraz. No prawie, z przerwami na jedzenie. Tak, w prywatnym życiu jestem Bercią, tylko nie mam jasnych włosów. Miałem sobie wszystko ładnie wynotować, ale jak zwykle robię wszystko na "urra". Co prawda z poważnymi błędami nie pomogę, bo jak wspomniałem, nie posiadam notatek. Pociesza mnie świadomość, że czytałem dość niedawno i jeszcze sporo zostało mi w głowie. skupię się głównie na Fa bule i bohaterach. Od następnego razu przysięgam, że już naprawdę odpowiednio przygotuję się do komciania. Dziś jednak czas nagli. Zarobiony jestem, a do końca roku chciałbym jeszcze opublikować drugą część prologu. Ach, ta moja radosna twórczość! Wczoraj obliczyłem, że potrzebuję jeszcze jakieś 15 stron. Dam radę! Ja bym nie dał? Ale już naprawdę do rzeczy:

    Z błędów pamiętam, że mylisz chyba "zresztą" i "z resztą". Paulina z Mówiąc inaczej zrobiła nawet ostatnio o tym odcinek. Jeszcze wyłapałem "olaboga", zdaje się, to tak piszemy to słowo: http://i1.memy.pl/obrazki/a8dd153338_olaboga.jpg. Był też okres czasu -- to z kolei pleonazm albo tautologia. Nie pamiętam :) Słyszałem też kiedyś, że istnieje czasokres, cokolwiek to znaczy, ale okres czasu jest nie na miejscu; podobnie zresztą jak numer NIP albo brzydka Niemka -- nie mylić z Heidi Klum. Masz też chyba problem ze słowem "bowiem". Nie wiem, jak jest dokładnie, ale przyjęło się chyba, że nie może stać na początku zdania. Już lepiej zmienić na "albowiem" albo użyć synonimu. Było też sporo kolokwializmów, które naprawdę mocno raziły w oczy, szczególnie w wypowiedziach bohaterów. Wiesz, ja naprawdę nie mam żadnych problemów z językiem potocznym. Rozumiem założenia opowiadania i nie przeszkadzają mi kolokwializmy z ust narratora. Już nawet zdążyłem przyzwyczaić się do tego "stuprocentowego". Niemniej takie potoczne zwroty wypowiadane przez postaci psuły jednak cały nastrój. Piszesz ciekawe dialogi -- i zabawne, i takie szczere. Jednak momentami wszystko wydawało się trochę takie, bo ja wiem, płytsze, uboższe(?) Zdarzały się również powtórzenia, problemy z interpunkcją. Nie żebym się czepiał, przeciwnie. Z błędów tudzież niedociągnięć to tyle. Inni pewnie też już się wypowiedzieli. Nie będę zatem niepotrzebnie drążyć tematu. Nie żebym nie chciał, czy coś. Niemniej jak by była potrzepana jakaś pomoc w poprawianiu starych rozdziałów albo co, to w razie "wu" wiesz, gdzie mnie szukać. Feel free to abuse me.

    Teraz przejdę do Cecylki. Ta jej koordynacja ruchowa jest naprawdę rozbrajająca. Po prostu na medal. Fajnie ją nakreśliłaś (Cecylkę, nie koordynację). "Taka szalona ja" i buch, nagle wpada na grabie albo uświadamia sobie, że biega po zamarzniętym jeziorze. Jest dokładnie taka jak trzeba. A ta scena ze Szwedami była chyba najlepsza. Ale im pokazała, nie ma co. I pozamiatane! Ta nasza Cecylka prawie jak Braveheart albo Rejtan. Normalnie wygrała internety. Podoba mi się temperament i charakter oraz całe to jej rozgadanie. Ujmuje swoją infantylnością, rozbrajając wszystkich dokoła, choć miałem wrażenie, że momentami jej wypowiedzi były mocno przesadzone. No i ta scena z ptaszkiem! niespecjalnie do mnie przemawia. Bercia celowo nie nosił bielizny tylko dlatego, żeby Cecylia mogła sobie na niego popatrzeć? I jeszcze jedno, kiedy zaczynałem czytać tę opowieść, spodziewałem się, że Cecylia będzie pełnić funkcję łącznika, może dialogu miedzy Polską a Szwedami. Po jej mocnym wystąpieniu sądziłem, że jednak nie. Potem znów wszystko się odwróciło. Ładnie to wszystko ułożyłaś.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeśli o tego Prusaka chodzi, to niezłego mają księdza. Nie ma co! Ja podejrzewam, że jest tajnym agentem. W scenie, w której była mowa o Grunwaldzie brakowało tylko, żeby odpowiedział Cecylce: "Pogadamy za sto dwadzieścia lat". Ja rozumiem, że oni się tylko tak przekomarzają nawzajem, ale sposób jego wypowiedzi jest naprawdę drażniący, pomijając fakt, że w normalnym świecie raczej by się tak do nie zwracał. Niemniej wydaje się całkiem ciekawą postacią. Fajnie byłoby poznać go od zupełnie innej strony, na przykład te jego spotkania z Kornelem czy coś, picie z Elką winka albo nalewki. A, i ten stereotyp Polaka, który nie omieszkał się przedstawić. Swoją drogą to bardzo ciekawe jest. Obcokrajowcy naprawdę mają o nas takie opinie? Te stereotypy typowego Polaka interesują mnie, nawet bardzo, od momentu w którym moja pani doktor od historii literatury brytyjskiej, nomen omen Amerykanka -- ot taki paradoks -- pochwaliła się z nami swoimi przemyśleniami na temat tego, że jak Polakowi zrobi się krzywdę, to będzie pamiętać aż do śmierci i jeden dzień dłużej.

    Wracając do opowiadania. Martwi mnie też, że Cecylka tak łatwo dogaduje się ze swoim Szwedem mimo ich bariery językowej. Owszem, jest to możliwe, ale w praktyce ograniczałoby się tylko do podstawowych zwrotów, a oni śmigają że ho, ho. Podczas oglądania Wikingów nie mogłem się nadziwić, jak oni wszyscy mogą się tak sprawnie dogadywać.

    Zapomniałem pochwalić, że wprowadziłaś ten wątek partyzantki. Z naszego punktu widzenia to próba wojny z okupantem, taka sama jak każda inna. Tutaj był jednak dość osobliwy przypadek. Była bezsensowna śmierć i głupota. Skrajna nieodpowiedzialność. Z punktu widzenia Szwedów to była zwykła bandycka napaść. Owszem, Polacy bronili swoich ziem. Są jednak pewne granice, których nie wolno przekraczać, i są czyny, których nie wolno się dopuszczać. Dobrze, że nie próbujesz na siłę gloryfikować Polaków. Wszystko wychodzi w miarę płynnie i naturalnie. Jeśli o Bercię chodzi, to fajnie, gdyby Cecylia jednak poznała w końcu jego tożsamość. A jeszcze lepiej, gdyby sam Ragnar go zdekonspirował, niby przypadkiem. Tylko czemu nikt się jeszcze nie zorientował, że im Bercia zniknął. Ja rozumiem, że Szwedów jak mrówków -- rozlazło się toto wszędzie, ale na Boga, Bercia jest tylko jeden! I to taki duży na dodatek. Miał przekazać w końcu jakąś wiadomość, może niezbyt ważną, ale jednak. Że tego nie zrobił, to powinno im dać coś do myślenia. No, chyba, że Bengt nie wiedział, że to akurat Bernhard miał przekazać tę wiadomość.

    Już nawet zacząłem lubić tego Torisa. Mam jednak z nim jakiś problem, nie chodzi nawet o ten jego wstydliwy sekret. Po prostu sam nie wie, czego chce. Jest taki niestały, jakby nie mógł się zdecydować. Niech się chłopak weźmie w końcu w garść i określi. A propo de facto nie wiem, czy wiesz, ale poprawną formą jest WZIĄŚĆ, przynajmniej według posłanki Pawłowicz. Kurczę, tylko jak to się odmienia?

    A, i jeszcze zapomniałbym! Nie wiem, czy o tym wspominałem, ale fajnego masz tego bidermajera po lewo. Robiony na zamówienie, czy znalazłaś w internetach i stwierdziłaś, że pasuje? Twojego Tumblra też przejrzałem. Naprawdę ładnie wyszła Ci ta Danka i Bohun też niczego sobie. Chociaż Danka lepsza.

    Chciałem też przeczytać opowiadanie Twojego znajomego. Nie wiesz może, czy Omegon zamierza kontynuować pisanie, czy porzucił internety?

    To by było na tyle. Pozdrawiam i do napisania!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już jestem, przeczytałam, żyję! :) odpowiem jak tylko chałupę sprzątanę :D

      Usuń
    2. Dobra, jestem :D
      Po pierwsze, to oczywiście pięknie dziękuję za komentarz - szczerze, to już zdążyłam zapomnieć, że w ogóle mam tego bloga, a tym bardziej, że ktokolwiek jeszcze go czyta :) Aż postanowiłam wkleić nowy rozdział, więc jak Ci tylko odpiszę, to wezmę się za sprawdzanie :)
      Okej, może na każdą rzecz po kolei odpowiadać nie będę, bo w wielu punktach mam do powiedzenia w zasadzie to samo. Najpierw dziękuję pięknie za wszelkie uwagi natury technicznej - sprawa wygląda tak, że pierwsze 10 rozdziałów mam zbetowane na dysku, tylko jakoś czasu mi w roku akademickim brakło na poprawienie, a w wakacje zajęłam się innym opowiadaniem, tym razem fantastyką i Bercia jakoś zszedł na dalszy plan, mimo, że mam jeszcze z 200 stron gotowca ;_; Zresztą odnośnie tych pierwszych dziesięciu rozdziałów, to gdybym miała pisać je dziś, to pewnie połowę w ogóle bym w cholerę wywaliła. Bo to za mocno rozwleczone, i jakoś tak w sumie niekoniecznie mi to wszystko teraz odpowiada... Te fragmenty, o których mówisz, że są uboższe... Ja dobrze wiem, które - te, które szły mi jak krew z nosa i pisałam je tylko dlatego, że (zdawało mi się, że) muszę. No i efekt widać. Jak się wezmę za przebudowę tych rozdziałów, to pewnie je wychrzanię. Niemniej jednak dzięki, to wytykanie mi dawnych błędów goni mnie trochę do roboty, póki jeszcze mam wolne ;_;
      Odnośnie uwag konkretnych, najpierw może nagości Berci - mój risercz twierdzi, że w tamtych czasach rzadko noszono bieliznę :x Co z kolei likwiduje tę głupotę, ale stwarza kolejną, bo Cecylka jeżdżąca w kiecce na koniu, po męsku, bez majtek... :x Nie zazdroszczę :P
      Gilbert... Kurczę, ja chyba nie mam wyczucia. Bo czytając teraz samemu, to ja widzę to COŚ drażniącego w jego wypowiedziach, no ale na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że on od poczatku miał być postacią, którą powinno się traktować raczej z przymrużeniem oka, no a osobną kwestią jest to, że pewne rzeczy widzi się w swoim własnym tekście dopiero, kiedy spojrzy się na niego po dłuższym czasie. A jeszcze dodam, że może trochę złagodzę jego wizerunek, kiedy trochę jego przeszłości wyjdzie na jaw. W późniejszych rozdziałach.

      Usuń
    3. Odnośnie stereotypów, to z tego, co ja się dowiadywałam, to w ogóle dla mnie stereotypy o Polakach są kompletną bzdurą, kogo nie zapytasz, to mówi co innego, więc pewna część obcokrajowców rzeczywiście tak o nas myśli, część nas podziwia, a część ma za złodziei i brudasów, ot, ilu ludzi, tyle opinii.
      Co ja jeszcze chciałam....Ach, bariera językowa - TAK, ja wiem, ja się zgadzam z każdym Twoim słowem na ten temat - ale damn it, inaczej opko nie miałoby sensu :x To taka bzdura konieczna, niestety :c
      Bercia w następnym rozdziale (tym, który zamierzam opublikować) zostanie zdemaskowany :) W ogóle wiele się wyjaśni, to czemu tak długo go nie szukali, i tak dalej, i tak dalej, więc chyba nie ma sensu, żebym Ci tu teraz spojlowała odpowiedzią :) Ale częściowo to sam do tego doszedłeś, bo właśnie to, czemu go nie szukali, było raczej jednym wielkim nieporozumieniem.
      Toris to jest fałszywa świnia, i mówię to z pełną odpowiedzialnością, wiedząc co mam w tym gotowcu :P Ale odbierasz go tak, jak chciałam, żeby był odbierany, i bardzo mnie to cieszy :)
      Proszę się mnie nie pytać, jak się odmienia takie trudne słowa :P Jestem fizykiem, zawiłości języka polskiego niestety czasami przekraczają moje możliwości :x Smutna prawda :c
      Okej, to jeszcze za Cecylkę - Cecylkę kocham jak własne dziecko, zresztą dużo ma ze mnie, ze swoją pierdołowatością i byciem łamagą na czele, i naprawdę bardzo, bardzo się cieszę, że ją tu większość ludzi, w tym i Ty, tak pozytywnie odbiera. I, cholera, taka postać łatwo przerysować, zdaję sobie z tego sprawę. I mam też świadomość, już teraz, że w paru miejscach niestety tak mi właśnie wyszło.
      Dzięki pięknie za wszelkie komplementy - cieszę się jak głupia i aż mi wrócił zapał do tego opowiadania, aż moją Sagę (nowe opko nazywam imieniem głównej bohaterki, bo nawet nie raczyłam tytułu wymyślić póki co :C) zamierzam zarzucić i Bercię może nawet popisać. Jak pomaluję swojemu chłopu kubek, bo mi tydzień na robotę został :x
      A co do mordki Berci, to był gotowiec, znaleziony w internetach i za zgodą autorki ukradziony, bo uznałam, że jest jak znalazł :)
      A dziękuję, dziękuję :) Matko, kiedy to była, Danka i Bohun to coś ponad rok temu :D Tumblr też umarł, nie tylko blog z Bercią :C

      Omegon cały czas bloga prowadzi, tylko się leni :P Nie no, tak naprawdę to do wczoraj pracował, i nie wiem, czy w najbliższym czasie coś napisze, bo ma tydzień wolnego, a potem wybieramy się do mnie na działkę i siedzimy już do października... Ale ma gotowy kolejny rozdział, to go wieczorem pogonię, żeby dodawał :)

      Dzięki piękne raz jeszcze, pozdrawiam również, i mam nadzieję, że nie zapomniałam na żadne Twoje pytanie odpisać :x Jakby co, to śmiało możesz mnie dręczyć :)

      Usuń
  6. Przeczytałam ten rozdział już dawno temu i teraz pluję sobie w brodę, że nie skomentowałam od razu, bo po tym czasie nie pamiętam, co miałam do powiedzenia. Wyłapałam jednak wyżej, że szykujesz niebawem kolejny rozdział, więc pozwól, że pod nim wysmaruję ci dłuższy i konkretniejszy komentarz, postaram się jeszcze raz przeglądnąć ten rozdział przy okazji.
    Tak tylko daję znak, że nie zapomniałam o Berci, Cecylce i spółce, a już na pewno nie o tobie, paskudo, co obiecuje rozdział za miesiąc. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaa tam, nic nie szkodzi, od jednego komcia nie zbiednieję :P Zresztą, powiedz Ty mi, kiedy ja się ostatnio u Ciebie na blogasiu pokazałam ? ;_; całe wakacje obiecywałam sobie, że to zrobię, a tu został mi tydzień (bo w następny poniedziałek wyjeżdżam), więc coś tam luknąć zdążę :D
      Taktak, rozdział dziś albo jutro, chyba dziś. ALE YTO BĘDZIE BOMBA, TO BĘDZIEE PLOT TWIST ŻYCIA :D
      Oj tam oj tam nooo XD Skleroza nie boli :P Trochę też mnie zjadło inne opko fantasy, którego naskrobalam moreless 200 ston. A nawet nie ma tytułu ;_; no, ale przypomniałaś mi o Berci, Ty i Mikołaj, więc aż grzech rozdziału nie dac, koro prawie gotowy :D
      Dzięki Ci piękne za odzew :D

      Usuń