sobota, 28 lutego 2015

Rozdział XII



                Bernhard dotarł do Warszawy w stosunkowo krótkim czasie, zastając miasto zajęte przez swoich rodaków. Zaraz przy bramie został wzięty na spytki — kim jest i czego w Warszawie szuka. Przedstawił się i niezwłocznie został zaprowadzony do Zamku Królewskiego.
                Pierwszym, który go powitał, był gubernator Bengt. Starszy Oxenstierna, zwykle stoicki i opanowany, nie mógł ukryć ulgi i radości na widok cudownie ocalałego młodszego brata. Zaraz sprowadzeni zostali również Erik i Gustaw oraz pan Arvid Wittenberg, a Bernhard został zmuszony do zdania relacji z ostatnich kilku miesięcy. Opowiedział więc o tym, jak on i jego towarzysze napatoczyli się na polskich chłopów, czekając na oddział Bengta, jak mała Cecylia Łukasiewicz znalazła go konającego i zadbała by wyzdrowiał i doszedł do siebie pod jej czujnym, troskliwym okiem. Sam nie wiedział, co podkusiło go do takiego przesadnego rozwodzenia się nad swoimi przygodami, ale opowiadał wszystko — z zachwytem mówił o gościnności i serdeczności ludzi, z jakimi przyszło mu się spotkać, o dniach spokoju i beztroski spędzonych na sarmackiej wsi, o zetknięciu z inną kulturą i ludźmi całkiem niepasującymi do czasów, w jakim przyszło im żyć.  
                Oni wszyscy, na czele z Wittenbergiem, z mniejszym lub większym politowaniem spoglądali na tę jego ekscytację Koroną jako taką i jego wybawicielami — dobrze, że się nim zajęli, nikt nie mógł zaprzeczyć, ale nie było co się dłużej nad tym rozwodzić — było, minęło, więcej najpewniej i tak ich drogi się nie skrzyżują, pozostawało zapomnieć i zająć się ważniejszymi sprawami.
                Bernhard jeszcze jakiś czas dochodził do siebie za Zamku — jako zdrowy i silny mężczyzna, szybko wyzdrowiał i na nowo mógł się cieszyć sprawnością porównywalną do tej sprzed owego nieszczęsnego wypadku. Szybko jednak zauważył, że ktoś, z całą pewnością Bengt, stara się trzymać wszelką robotę i sprawy wojenne z daleka od niego. Bernhard z kolei nie pchał się wcale w jakiekolwiek kwestie tej materii, a zamiast tego zdecydował się dyskretnie włóczyć się po mieście, trochę powęszyć, trochę poznać jego mieszkańców, a z czasem i pilnować, by przez przypadek Szwedzi niewinnym ludziom krzywdy nie wyrządzali — przynajmniej w miarę możliwości. Tak naprawdę, póki nie zobaczył wszystkiego na własne oczy, nie miał pojęcia jak wygląda okupacja, jak żołnierze potrafią się rozpanoszyć i jaka niesprawiedliwość może się dziać.
                Pewnego zimnego, ale pogodnego popołudnia udał się na rynek. Dzień jak co dzień, nie działo się nic ciekawego, a Bernhard po raz kolejny już pomyślał, że jeszcze trochę a sczeźnie w tej Warszawie przez bezczynność i kompletny bezsens przebywania tam. Po to wywlekali go z domu? Żeby plątał się wąskimi, brukowanymi uliczkami dzień po dniu? Owszem, wynikało z tego coś sensownego, Bernhard bowiem zawiązał kilka luźnych, acz względnie serdecznych znajomości z kilkoma mieszczanami, co jakiś czas odpowiadał na rzucane w jego stronę „Dzień dobry, panie Bernhardzie!”, przesadnie dbając, by nie brzmieć śmiesznie i by twardy, północny akcent był jak najmniej słyszalny w jego głosie. Zazwyczaj mu nie wychodziło, widział to nie tylko po minach mieszczan, ale i Bengta, kiedy ten, na prośbę młodszego Oxenstierny, udzielał mu w wolnych chwilach lekcji języka polskiego, które Bernhard z kolei chłonął jak gąbka i chociaż ta jedna rzecz sprawiała mu nieopisaną satysfakcję podczas tego letargu, jakim było dla niego przebywanie w koronnej stolicy.
                Tamtego właśnie dnia wreszcie wydarzyło się coś może nie znaczącego, ale w ostateczności przynajmniej było czymś co Bernharda co najmniej zaskoczyło. Z początku nie zwrócił uwagi na nieznaczne szarpanie u pasa — na rynku była masa ludzi, ktoś wiecznie koło niego przechodził, nie dziwota więc, że od czasu do czasu zdarzyło mu się poczuć jakieś szarpnięcie. Dopiero jednak, kiedy podchodząc do kramu i sięgając dłonią po sakiewkę poczuł, że jej nie ma, zorientował się, że coś jest nie tak.
                Złodziej był młodziutki i nie dziwne, że Bernhard wyłapał go w tłumie momentalnie — chłopiec w wieku siedmiu, góra ośmiu lat spoglądał na niego nerwowo, przeciskając się przez tłum w kierunku jednej z bocznych uliczek.
                — Ty mały… — Bernhard zmełł w ustach przekleństwo i zaczął przeciskać się przez tłum.
                To był jeden z momentów, w których Szwed zdecydowanie miał ochotę przekląć swoje gabaryty. Poruszanie się w tłumie szło mu tak mozolnie, że miał ochotę zawyć z frustracji — mały złodziejaszek już dawno temu zdążył zniknąć w wąskiej alejce między kamienicami, kiedy jemu wreszcie udało się przecisnąć przez cały ten motłoch.
                Bernhard zdążył zobaczyć jeszcze jak rąbek zniszczonego płaszczyka znika za jedną z kamienic i rzucił się za chłopcem w pogoń. Biegł co sił, poirytowany i wytrącony z równowagi nie tyle nawet przez utratę pieniędzy (czasami rzucał żebrakom jakąś drobną monetę, bo przecież on sam od tego nie zbiednieje, a takiemu, nie przesadzając, czasem życie może uratować), a bardziej przez samą kradzież. Młody Oxenstierna był wychowany w taki sposób, że owszem — wiedział, że ludzie są jacy są, kradną, zabijają i robią jeszcze masę innych rzeczy, których jego zdaniem robić nie powinni, jednak jakoś nie potrafił wbić sobie do głowy tego, że takie rzeczy są na porządku dziennym i za każdym razem, kiedy stawał się ofiarą bądź świadkiem takiego incydentu był tak samo poirytowany.
                Dopadł chłopca bez trudu, kiedy ten wspinał się po wystających cegłach na mur. Złapał go za kołnierz płaszcza i, wierzgającego i krzyczącego w niebogłosy, postawił przed sobą, nie puszczając. Spojrzał na chłopca groźnie, dysząc ciężko i czując jak lodowate powietrze, którego nawdychał się biegając piecze go w płuca. Zmarszczył brwi i lewą rękę wyciągnął w wyczekującym geście. Chłopiec wreszcie zamilkł i wlepił w niego wielkie, ciemne oczy, jednocześnie z irytacją próbując zdmuchnąć z twarzy kilka stanowczo przydługich kosmyków słomianych włosów. Bladą twarzyczkę miał wychudzoną i stanowczo niezdrowo wyglądającą, a w oczach taki wyrzut, że przez chwilę to Bernhard poczuł się winny.
                Chłopiec oddał mu sakiewkę, ale Bernhard nadal nie puszczał. Chłopiec, zniecierpliwiony i wystraszony, zaczął się wyrywać. Szwed więc wreszcie się odezwał:
                — Czemu to zrobiłeś? — rzekł po polsku, starając się mówić jak najwyraźniej. Chłopiec osłupiał.
                — Mówisz po naszemu? — zapytał go, wpatrując się w Szweda z niemądrze otwartymi ustami.
                — A tak — odparł na to Szwed. — Mówię. A teraz powiedz, czemu to zrobiłeś. Jesteś głodny?
                Chłopiec popatrzył na Oxenstiernę z wahaniem, a potem pokiwał głową.
                — Siostra, Hanka, prowadziła z matką kram — zaczął chłopiec. Bernhard kucnął przy nim, by ten nie musiał tak zadzierać głowy — sięgał mu raptem do pasa. — Ale Szwedy przychodzą i siostrę zaczepiają, Michała, brata znaczy, nie ma, na Śląsk pojechał, to siostry nie ma kto bronić, więc już nie sprzedaje, teraz tylko matka. — Chłopiec mówił szybko, niewyraźnie mamrotał pod nosem i Bernhard miał nie małe kłopoty ze zrozumieniem go. — A matka chora. Rzadko wychodzi. To i pieniędzy nie ma.
                Oxenstierna patrzył na chłopca przez długą chwilę. Mały wbił wzrok w ziemię i dłubał w śniegu czubkiem dziurawego buta. Bernhard zacisnął zęby. Westchnął głęboko. Dlaczego, na Boga, on zawsze tak łatwo dawał się podejść, szczególnie dzieciom?
                — Jak Ci na imię?
                — Tadzik, panie Szwedzie.
                Bernard zaśmiał się pod nosem. „Panie Szwedzie”?
                — Weź to. — Wetknął chłopcu w rękę skradzioną sakiewkę. Ten popatrzył na Bernharda zdziwiony.  — No bierz — burknął. — I prowadź mnie do domu.
                Bernhard sam nie wiedział co kazało mu to zrobić. Nic jednak nie mógł na to poradzić — gdyby postąpił inaczej sumienie i tak nie dałoby mu żyć i wróciłby tu już następnego dnia, by chłopca i jego rodzinę odszukać.
                I tym oto sposobem Bernhard niechcący wplątał się w sprawę o wiele bardziej polityczną, niż mogłoby mu się z początku zdawać.

***
               
                Cecylia nigdy wcześniej nie była w Warszawie, dlatego dość mocno zwracała na siebie uwagę przechodniów, gdy co chwilę zatrzymywała się i zachwycała na głos architekturą i klimatem miasta do tego stopnia, że Michał musiał ciągnąć ją niemal siłą i wiele razy upominać, kiedy oprócz mieszczan zaczynali na nią zwracać uwagę i Szwedzi. A to Warszawie trzeba było przyznać, że była Szwedów pełna — plątali się po ulicach, a to pojedynczo, a to w małych grupkach najwyraźniej towarzysko lub też bardziej służbowo, w rontach. Cecylia za nic nie dawała się przytłoczyć przygnębieniu, jakie panowało w mieście — ludzie chowali się po kątach, schodzili szwedzkim żołnierzom z drogi, ale Cecylia najwyraźniej nie widziała takiej potrzeby. Michał bał się, że Szwedzi naprawdę się nimi zainteresują jeszcze zanim dotrą do domu jego matki i właściwie się nie mylił. Dowódca przechodzącego nieopodal rontu rzeczywiście zatrzymał ich i wziął na spytki: kim są, do kogo idą i w jakiej sprawie? Michał musiał przedstawić Cecylię, jak zostało wcześniej uzgodnione, jako swoją kuzynkę, która wraz z nim przybywa w odwiedziny do ciotki. Wyjaśnił, że jej dziwaczne zachowanie wynika z tego, że Cecylia po raz pierwszy widzi Warszawę i nie może wyjść z zachwytu. Szwed, wyraźnie znudzony jego wywodem puścił ich w końcu, a Michał, gdy tylko zniknęli za rogiem budynku, pacnął Cecylią w głowę.
— No i czego tak świergoczesz, co? — zapytał ją ostro. — Kłopoty nam na łeb ściągniesz, psia mać…
— Oj, Michaś, weź ty się już tak nie martw! — zawołała dziewczyna wesoło, uspokajająco klepiąc chłopaka po ramieniu. — Przecież nic złego nie robię, to i za co by nas mieli zatrzymać, co?
— Im dużo nie trzeba — burknął Michał. — Jakby cię zamknęli w kordegardzie i parę dni potrzymali o chlebie i wodzie, to byś taka wesoła nie była.
Cecylia tylko wzruszyła ramionami i — ciągnąc Michała za rękę — podążyła w obranym wcześniej przez niego kierunku.

Pani Barbara, zwana przez wszystkich zwyczajnie starą Baśką, mieszkała tuż przy Starym Rynku, nieopodal ratusza, gdzie również pracowała, prowadząc mały kramik z właściwie wszystkim, czym tylko dało się handlować. Okazała się siwą, trochę powolną i zaskakująco okrągłą, jak na panujące warunki, staruszką o wyjątkowym temperamencie i ciętym języku. Z Cecylią od razu przypadły sobie do gustu — obie były tak samo marudne, tak samo gadatliwe i tak samo męczące, natychmiast znalazły więc wspólny język. Zupełnie odwrotnie było natomiast z Hanką, córką pani Barbary. Była to młoda kobieta, mniej więcej w wieku Cecylii, to było jednak ich jedyne podobieństwo — córka handlarki była wysoka i smukła, zgrabna i śliczna tak, że Łukasiewiczównie aż dech zaparło, gdy na nią spojrzała. Nosiła długie, ciemne, splecione w gruby warkocz włosy, twarz miała pociągłą i bladą, a oczy błyszczące, czyste i niebieskie jak niebo w pogodny, letni dzień. Była dziewczyną miłą, uprzejmą, skromną i trochę jak na gust Cecylii zbyt nieśmiałą i strachliwą — Łukasiewiczówna jakby miażdżyła ją swoją przytłaczającą osobowością do tego stopnia, że dziewczyna nagle wydawała się zupełnie nie istnieć; Cecylia zupełnie tego nie widziała, Haneczka jednak zdawała sobie z tego sprawę aż nazbyt dobrze i najpewniej to stało się powodem jej niechęci do Cecylii. W żaden sposób jednak tego nie okazywała. Była najwidoczniej wtajemniczona w cały plan i wiedziała, że gość będzie przebywał w ich domu jedynie przez kilka dni, póki zaprzyjaźniony Szwed nie sprowadzi z Zamku stroju dla służącej.
— Jak to tak? — zapytała Cecylia, siadając przy stole. Baśka spojrzała na nią uważnie. — Żeby Szwed nam pomagał? Znaczy, pani Basiu, bo mnie to o to chodzi, że przecież on chyba swoich zdradza w ten sposób!
— Ten nasz Szwed to taki pocieszny chłop, że hej! — odpowiedziała jej zaraz Baśka. — Zupy może zjesz, Celinko?
— No pani Basiu, nazywam się Cecylia! — zawołała dziewczyna oburzonym tonem. — Ale zjem, nie powiem, żebym nie zmarzła na kość! Taka gorąca zupa to jak znalazł.
— Ten Szwed, my to nawet nie wiemy, jak się nazywa, bo on taki się wydaje, jakby wyrzuty sumienia miał, panno Cecylio — wyjaśniła jej Haneczka. — Że wie waćpanna, przyjdzie i załatwi coś, żeby pomóc, ale jednocześnie mówi, że jak złapie na szpiegowaniu albo podburzaniu do buntu, to nie pozwoli. Mówi, że donosić na nikogo nie będzie, ale pomagać nam w takich politycznych kwestiach też nie zamierza. A i tak pomaga i nikt nie wie, o co mu chodzi. A już najmniej to chyba on sam.
— Ja to bym go poznać chciała. Mam szczęście do Szwedów, całych dwóch przyzwoitych już mi się trafiło — powiedziała natychmiast Cecylia, biorąc od pani Barbary talerz zupy. — Jeeeejku, pani Basiu, jak to pięknie pachnie!
— Niemożliwe, on powiedział, że nie chce wiedzieć po co i dla kogo to — wtrąciła się znów Hanka.  — To i tak cud, że się w ogóle zgodził, bo to przecież oczywiste, że szpiegować będziemy. To jest, waćpanna będzie.
— E tam: oczywiste! — zawołała Cecylia, gdy przełknęła już kilka łyżek zupy. — A może wyciągnąć kogoś chcemy? A może tylko jakąś pomoc zorganizować?
— Weź ty się lepiej jedzeniem zajmij — uciął jej wywód Michał, przysiadając się do stołu. — I potem spać idź, bo matce będziesz w kramie pomagać, póki Szwed nie przylezie.
— No pewnie, bardzo chętnie! — zawołała Cecylia z entuzjazmem. — Przecież nie chcę tu tak za darmo mieszkać, dosyć macie swoich problemów. A i właśnie, pieniądze też mam, to zapłacić za wszystko mogę, żeby pani się na mnie nie…
— Chyba oszalałaś, dziewucho! — zawołała zaraz Baśka zadziwiająco silnym i głośnym tonem, uderzywszy Cecylię szmatką przez głowę. — Nie będziesz mi nic płacić, ino w kramie pomożesz, bo mi syn do króla na powrót wybywa, a Haneczka to stanowczo za mało obrotna jest, nikogo do porządku doprowadzić nie umie, a jak jakie Szwedy się napatoczą, to już w ogóle.
Wspomniana dziewczyna wyglądała na trochę obrażoną słowami matki, jednak wyraźnie nie śmiała zaprzeczyć — wiedziała, że matka ma świętą rację, a ona się do handlu po prostu zwyczajnie nie nadawała. Po cichu jednak miała nadzieję, że Szwed przyniesie ten strój szybko, żeby się Cecylii jak najszybciej mogła pozbyć.
— Matulu, na Boga, bądźże ciszej, przecież Tadzika obudzisz.
— No dobrze, a jak ten wasz Szwed przyniesie tu ten strój, to co wtedy? Tak po prostu wejdę sobie do Zamku? — zapytała Cecylia w krótkiej przerwie w opychaniu się zupą.
 — Oczywista rzecz, że nie — odparł natychmiast Michał. — Myślisz, że służącym to tak wolno sobie od tak wychodzić z Zamku? Żeby wyjść za mur potrzeba specjalnego pozwolenia od marszałka Wittenberga, albo i od samego gubernatora Oxenstierny. Żeby wejść, co prawda, nie potrzeba, ale myślisz, że co, wpuściliby cię tak po prostu? Już prędzej byś w kordegardzie skończyła i szybciutko byś im wyśpiewała po coś chciała tam wleźć.
— To jak mam się tam dostać? — dopytywała się Cecylia. — A ten wasz Szwed by mi nie pomógł?
— Powiedział, że nie, to nie — uciął Michał. — Nie będziemy nadużywać pomocy. I tak już dość dla nas robi.
— Pojmuję, ale nadal nie wiem, jak w takim razie tam wejdziemy — zauważyła Łukasiewiczówna.
— Nie „wejdziemy”, tylko „wjedziesz” — sprostował Michał. — Sama się tam pakujesz. Ja wracam do króla, a Hanka matce musi pomagać. Innych chętnych nie ma. Będziesz sobie musiała poradzić. I ja cię błagam, nie wchodź ty Wittenbergowi pod nogi. Narwaniec z niego i gorączka taki, że aż słów brak. Skórę by ci kazał przetrzepać jak nic, a potem powiesić, to ci gwarantuję. Wczoraj kazał powiesić jednego karczmarza na placu zamkowym, tylko dlatego, że za długi jęzor miał i mu się wyrwało parę niepochlebnych słów pod adresem „miłościwie nam panującego” Karola Gustawa.
— Na litość boską, a podobno to ja dużo gadam! — zawołała Cecylia, spoglądając na Michała ostro. — Mówże w końcu, jak tam wejdę!
— Jest tunel — zaczął więc — ciągnie się od kościoła świętej Anny… To niedaleko, pokażę ci jutro…  No, w każdym razie, znaleźliśmy go jakiś czas temu w starych planach miasta, sprawdziliśmy i okazało się, że rzeczywiście istnieje. Mieliśmy o nim królowi donieść, ale Szwed akurat w owym czasie najazd przeprowadził, no i nic z tego, finalnie, nie wyszło. Chociaż może to i dobrze, bo go przecie teraz możemy wykorzystać. Tunel wychodzi w piwnicach Zamku, nieopodal spiżarni. Myśmy tam nie wleźli, bo część tunelu się zawaliła i zostało tylko wąziutkie przejście, ale ty cherlawa jesteś, to spokojnie się przeciśniesz.
— A Szwedy wiedzą?
— Co, o tunelu? Oszalałaś? — Michał zmarszczył brwi. — Przecież jakby wiedzieli, to by go już dawno temu zasypali albo warty przy nim ustawili. Nic nie wiedzą. Ten nasz też nic nie wie. I nic mu nie powiemy, bo chociaż to porządny chłop, to nie wiemy, czy się nagle nie nawróci i reszcie zamorszczyków nas nie wyda. I on spokojniejszy jak nie wie, i my.
Cecylia zamilkła na chwilę, myśląc o całym planie. Nagle sobie uświadomiła, że będzie musiała rzeczywiście wejść do Zamku zupełnie sama — czy naprawdę była na tyle szalona, by to zrobić? Tak, chyba tak — bo co innego mogła zrobić teraz, kiedy namówiła królową, aby przekonała króla i jej ojca do tego planu, by ją tu sprowadzić, by poczynić wszystkie przygotowania…? Czy mogła pozwolić, żeby praca tych ludzi poszła na marne? I czy chciała, by okazało się, że wszyscy ci, którzy od samego początku nie wierzyli w powodzenie jej planu mieli satysfakcję z tego, że jednak się poddała, nawet nie próbując? Nie, na to pozwolić w żadnym razie nie mogła.
Gdy już skończyła jeść, pokazano jej pokój — miała go przez te kilka dni dzielić z Hanką. Było już dość późno, tak więc obie udały się spać. Nie rozmawiały ze sobą; nawet Cecylia zaniechała paplania, ponieważ pod skórą czuła, że Hanka za nią nie przepada. Łukasiewiczówna raczej źle znosiła niechęć względem swojej osoby, tak więc nie za bardzo wiedziała po prostu co powinna rzec, aby nie pogorszyć swojej sytuacji. Postanowiła więc po prostu trzymać język za zębami.
Gdy już obie znalazły się pod kocami i pogasiły świecę, a Cecylia ułożyła się wygodnie do snu, nagle, zupełnie niespodziewanie odezwała się Hanka.
— Czy ty się nie boisz? — zapytała Cecylię. Blondynka odwróciła się w jej stronę, choć nieprzeniknione ciemności w pokoju niewiele pozwalały jej zobaczyć. — No wiesz, musisz tam wejść, do Zamku, gdzie Szwedów jeszcze więcej niż tu, w mieście…
— Pewnie, że się boję — powiedziała Cecylia. — Kto by się nie bał? Ale też kto to zrobi, jeśli nie ja? Znasz kogoś, kto byłby na tyle głupi? — spytała, śmiejąc się nieszczerze.
— Nie, chyba nie — powiedziała po chwili zastanowienia Hanka. — Puścili ciebie tylko dlatego, że się zgłosiłaś? Na co im się tam przydasz?
— Mówię trochę po szwedzku — wyjaśniła Cecylia. — Znaczy, czytać ani pisać to nie za bardzo, ale bardzo dużo rozumiem, no i sama coś powiedzieć mogę.  A przecież komu tam do głowy przyjdzie, że byle służąca po ichniemu może mówić?
— Pewnie nikomu, mnie by nie przyszło — odparła Hanka. — A skąd ty szwedzki znasz?
Cecylia przez moment nie odpowiadała,  pogrążając się w myślach. Minęło już prawie pół roku, odkąd widziała po raz ostatni Bernharda. Nie myślała o nim za dużo, bowiem jasnym dla niej było, że najpewniej już nigdy się nie spotkają, teraz jednak siłą rzeczy jej myśli musiały do niego wrócić — w końcu to on nauczył ją w dużej mierze rozumieć jego mowę. Dzieła dokończył, oczywiście, Ragnar, jednak z nim było łatwiej, bowiem oboje mówili po rosyjsku i łatwiej im było się porozumieć. Tak naprawdę to Bernhardowi należała się większa pochwała. Cecylii nagle zrobiło się przykro na wspomnienie wielkiego Szweda, którego uratowała przed śmiercią. Nie wiedziała o nim właściwie nic, znała jedynie jego imię, jednak musiała przyznać, że przywiązała się do niego przez te tygodnie, kiedy przebywał w Łukowcach. Ze zdumieniem stwierdziła, że naprawdę chciałaby jeszcze kiedyś tego człowieka spotkać.
— Miałam kiedyś przyjaciela — powiedziała Cecylia trochę nieswoim głosem. — Szweda. Nie mogliśmy się dogadać, on po swojemu, ja po swojemu… On był ciężko ranny, mieszkał u mnie przez kilka tygodni, kiedy dochodził do siebie. Musieliśmy się nauczyć rozumieć siebie nawzajem, inaczej to cieniutko by było. No i żeśmy się nauczyli. Dzięki niemu sporo rozumiem, a potem inny, jego przyjaciel, Ragnar ma na imię, nauczył mnie mówić. Tak trochę, ale lepszy rydz niż nic, prawda?
— Chyba tak. — Oczyma wyobraźni Cecylia widziała, jak Hanka wzrusza ramionami. — A co się z tym twoim stało?
— Pojechał sobie — powiedziała Cecylia. — Wyzdrowiał i pojechał. Właściwie to nie wiem nadal, czemu tak się spieszył. W każdym razie jak pojechał, tak go więcej nie widziałam. Ale chyba go ktoś szukał. Nie dziwota, w końcu kurier. Chyba. Bądź co bądź, przyleźli po niego, ale jego już nie było. Myśleli, żeśmy go zabili, więc okradli i spalili Łukowce. Bo ja z Łukowców jestem. I tak się błąkam od tamtej pory. Ludzie wieś odbudowują, a ja do króla się udałam. I teraz tu jestem.
— Musisz go nienawidzić — powiedziała po długiej chwili ciszy Hanka.
— Kogo? — zapytała Cecylia, marszcząc brwi.
— No tego Szweda, co cię przez niego takie nieszczęście spotkało — wyjaśniła.
Cecylia jednak ani trochę go nie nienawidziła. Mówiła tym żołnierzom, mówiła, że jest cały i zdrów, i że pojechał raptem dwa dni wcześniej, mogli to łatwo sprawdzić, mogli gońca puścić i nawet stacjonować w Łukowcach, póki nie wróci z potwierdzeniem — ale nie, oni woleli ograbić jej rodzinną wieś, spalić dom i odjechać zadowoleni. Nie było w tym winy Bernharda.
— Wcale — powiedziała. — To nie jego wina. Skąd mógł wiedzieć? Z resztą, to była moja decyzja, żeby go pod swój dach wziąć. Bernhard nie miał nic do powiedzenia.
— Bernhard?
— No tak ma na imię — wyjaśniła Cecylia.
— Mamy tu jednego Bernharda — powiedziała powoli Hanka, a Cecylii na chwilę mocniej zabiło serce. — Znaczy, na pewno mamy ich więcej, bo to chyba pospolite imię. Ale to nie kurier, ten, o którym słyszałam. Ten to Bernhard Oxenstierna, brat gubernatora.
— Oxenstierna? — Cecylia zmarszczyła brwi. — Nie, mój Bercia to nie Oxenstierna. Znaczy, ja jego nazwiska nie znam, ale o Oxenstiernach mówiliśmy wiele razy i ani razu się nie przyznał, ani w ogóle nie powiedział, żeby ich znał.
— Bercia?
— No Bernhard. Ładnie mu imię skróciłam, prawda? — Łukasiewiczówna uśmiechnęła się szeroko, zapominając, że w ciemności jej rozmówczyni i tak tego nie zobaczy.
Hanka nic na to nie odpowiedziała.
— Tych Oxenstiernów to tu sporo? — spytała Cecylia.
— Tylko czterech — odpowiedziała jej Hanka. — Gubernator Bengt Oxenstierna, oprócz tego kanclerz Erik, major Gustaw i ten Bernhard właśnie. Ale kto z kim jak jest spokrewniony, to nie wiem.
— Cóż, pewnie jak na Zamek trafię to się dowiem — odparła jej na to Cecylia.
— Tak, pewnie tak… — mruknęła Hanka w odpowiedzi. — Dobranoc, pani Cecylio.
— Dobranoc, dobranoc.



Jak się okazało, Cecylia w kramie sprawdzała się doskonale. Była głośna i wychwalała towar niczym prawdziwa przekupka z krwi i kości, do tego była bystra i w konia też się nikomu zrobić nie dała, a i z najbardziej męczącymi i marudnymi klientami też świetnie dawała sobie radę. Starą Baśkę wszyscy niemal w mieście znali, była swoistym postrachem wśród warszawiaków — wiadomym było, że kto jak kto, ale ona sobie na głowę wejść nie da, nawet Szwedom, a jak się na kogoś wściekła, to nie było zmiłuj i taki nieszczęśnik mógł tylko uciekać gdzie pieprz rośnie i modlić się do Boga o zbawienie. Cecylia wzbudziła spore zainteresowanie, jako że była nową twarzą, a dodatkowo czuła się najwidoczniej jak ryba w wodzie w całym tym kramie Starej Baśki.
— Ile za to?
— Czworaka — odpowiedziała Cecylia przez ramię klientowi, przy okazji pomagając się zapakować jakiejś młodej dziewczynie, której dosłownie wszystko leciało z rąk.
— Co tak drogo? — skrzywił się tamten.
— A co, darmo byś, waćpan, chciał? Cudów nie chciej! — warknęła na niego, zakładając ręce na biodra. — Za darmo to co najwyżej panu Szwedy mogą mordę obić!
Rzeczywiście, było coś w tym, co Cecylia powiedziała — trójka szwedzkich żołdaków bowiem, najwyraźniej pijanych w sztok, zataczała się po placu targowym, siejąc ogólny zamęt i śpiewając wniebogłosy piosenki tak sprośne, że Cecylia naprawdę przez moment żałowała, że ją Ragnar i Bernhard tego szwedzkiego uczyli.
— Ale to dla lejtnanta szwedzkiego, co go na kwaterze mam! — zawołał.
— To za szóstaka, w takim razie — oświadczyła Cecylia. — Szwedzi bogaci, to nie ma lekko.
— Dobra, już dobra, bierz pani tego czworaka. — Mężczyzna podał jej pieniądze, zabrał swój zakup i czym prędzej ulotnił się, bowiem żołdacy obrali kierunek właśnie w stronę kramiku Baśki.
— Celinko, gołąbeczko, czy ty się tu zajmiesz wszystkim? — zapytała Cecylię gospodyni. — Bo ktoś się widzieć ze mną chce, muszę iść do drugich drzwi. Haneczka tu siedzi, to ci pomoże.
— Cecylia, pani Basiu! — zawołała oburzona Łukasiewiczówna. — Ale przypilnuję, przypilnuję.
Cecylia, naturalnie, domyślała się, że chodzi o tego całego Szweda, który im pomagał. Była niezmiernie ciekawa któż to taki i najchętniej, pomimo próśb pewnie i tak ostatecznie wetknęła by w tę sprawę nos, gdyby nie to, że naprawdę musiała się zająć klientami. Haneczka plątała się gdzieś z boku, przebierając w towarach. Dodatkowo rozgardiasz na rynku robił się co raz większy — trójka pijanych Szwedów zaczęła demolować kramy, zaśmiewając się przy tym do rozpuku z lamentujących pod niebiosa przekupek. Cecylia aż na chwilę zamarła, przyglądając się żołnierzom z narastającą irytacją, jednak zmusiła się, by nie zwracać na nich uwagi, co nie było wcale takie łatwe przy tym, jak okrutnie fałszowali i co wyrabiali. Obiecała sobie jednak, że nie będzie się wtrącać — nie może przecież mieć kłopotów, ma ważniejsze zadanie, pomimo że już teraz aż się w niej gotowało. Na co też oni sobie pozwalali, ci przeklęci, bezczelni…
Cecylia aż zamarła, kiedy usłyszała głos jednego z nich, nie skierowany do niej, jednak to nie miało znaczenia. Nie rozumiała wszystkiego, bowiem Szwed mocno bełkotał, a dodatkowo stał spory kawałek od niej, jednak dotarło do niej wystarczająco, by usłyszeć coś o ładnej dziewczynie, co do której szkoda, żeby nie miała mężczyzny. A to i tak delikatnie, bo później poczęli czynić tak bezczelne i obsceniczne uwagi, że w Cecylii aż krew zawrzała.  Odwróciła się więc w stronę żołdaków i zauważyła, że dręczą biedną, nieszczęsną i za grosz niepotrafiącą się bronić Hankę. Dziewczyna kuliła się pod ścianą kamienicy, która uniemożliwiała jej właściwie jakąkolwiek ucieczkę, drżąc na całym ciele z wyraźnie przerażoną miną, gdy jeden z żołnierzy wyciągał do niej rękę, a pozostali uśmiechali się w naprawdę paskudny sposób. Cecylia nie wiedziała, czy bardziej oburzona była ich zachowaniem, czy faktem, że nikt z obecnych na rynku nie reagował. Przecież to był biały dzień, a oni sobie jakby nigdy nic na panienkę ostrzą kły na środku ulicy! Cecylia szybko wzięła się w garść i uznała, że jeśli nikt Haneczce nie pomoże, to ona to zrobi.
— Hej! — zawołała w stronę Szwedów, jednak została zupełnie zignorowana. Rozejrzała się dookoła i złapała jeden z leżących na bruku kamieni i, niewiele myśląc, zamachnęła się i rzuciła nim prosto w Szweda. Udało jej się zrobić to tak celnie, że zrzuciła mu z głowy kapelusz. Pijany żołnierz oderwał wzrok od Haneczki i z marną imitacją czujności wymalowaną na twarzy rozejrzał się za agresorem. To samo uczynili jego towarzysze.
— Tutaj, wy osły! — zawołała dziarsko Cecylia, starając się mówić po szwedzku jak najwyraźniej i jak najpewniej. Nie było to łatwe, ale wiedziała, że musi się postarać. — Gdzie z tymi łapami, szwedzkie wywłoki?! Do Zamku wracać, bo jak was tu zaraz pogonię, to mnie długo popamiętacie!
Jeden z nich, ten, który zaczepiał Haneczkę, zamrugał zdziwiony,  gdy spojrzał na Cecylię i na chwilę aż zaniemówił. Łukasiewiczówna sama nie wiedziała, czy to przez wzgląd na to, że posługiwała się szwedzkim, czy może na fakt, że taka maleńka kobieta jak ona śmiała się przeciwstawić trójce rosłych żołdaków. Cecylia nagle sama dostrzegła swoją przegraną pozycję, a po jej karku przeszedł nieprzyjemny dreszcz, gdy Szwedzi uśmiechnęli się z największym politowaniem, na jakie tylko było ich stać w stanie tak wielkiego upojenia alkoholowego. Teraz jednak nie mogła się już wycofać.
— No patrzcie ją, jaka odważna! — zawołał jeden z nich. — A co ty nam, panienko, zrobić możesz?
— Co będziesz z nią gadał, ona najwyraźniej zazdrosna, bośmy na nią uwagi nie zwrócili! — odpowiedział mu drugi.
— Przecież ta druga ładniejsza, to co się dziwi? — dodał jeszcze trzeci.
Tego Cecylii było stanowczo za wiele. Nie chodziło absolutnie o porównywanie jej do Haneczki, ale o ich słowa. ZAZDROSNA. Jakby Haneczka tego chciała i jakby każda kobieta marzyła, żeby taki obleśny, pijany Szwed rzucał jej takie uwagi niemal na środku ulicy. Co za arogancja, to się Cecylii w głowie nie mieściło!
— A wy to co, sobie myślicie „Jesteśmy ludźmi króla, możemy robić co chcemy”? — zawołała do nich Cecylia, przedrzeźniając ich zachowanie. — Otóż nie, nie możecie! Zwyczajnie żeście się jak świnie urżnęli i teraz przygód szukacie!
Cecylia odnalazła wzrokiem Haneczkę, na którą Szwedzi już — na całe szczęście — nie zwracali właściwie żadnej uwagi. Dziewczyna spoglądała na nią płochliwie, wyglądając zza rogu ulicy, widocznie walcząc ze sobą i nie wiedząc, czy powinna uciec, czy jednak zostać i zobaczyć, czy Cecylia wyjdzie z tego cała. Łukasiewiczówna dała jej znak, by sobie poszła i Haneczka wahała się przez chwilę, ostatecznie jednak została.
A Cecylia na chwilę spuściła ich z oczu, by zająć się Hanką — to był największy błąd, jaki popełniła, ponieważ wtedy podeszli do niej i odcięli jej właściwie każdą drogę ucieczki. Za plecami miała stolik kramu, a przez sobą trójkę żołdaków, ewidentnie na nią wściekłych. Nie było najlepiej, Cecylia to wiedziała.
— I czegoś taka narwana, dziewucho? — zapytał ją jeden, podchodząc bliżej. Cecylia cofnęła się o krok i natrafiła na przeszkodę w postaci stolika.
— Mówię, że też by chciała, ot co! — rzekł drugi.
— No chyba żeście oszaleli! — zawołała święcie oburzona Cecylia. Serce łomotało jej jak szalone, a strach przed żołdakami mieszał się z wściekłością na wszystkich tych ludzi, którzy gapili się na nią i nie kiwnęli nawet palcem, by pomóc.
— Będzie zaprzeczać, żeby się nie wydało, że się ze Szwedami zadawać, wywłoka jedna! — zawołał ten trzeci, a Cecylia aż poczerwieniała ze złości, gdy ten wyciągnął do niej rękę i spróbował złapać ją za ramię. Łukasiewiczówna szybkim, stanowczym ruchem odtrąciła jego dłoń.
— Gdzie z tymi łapskami, psie? — warknęła w jego stronę. W panice zastanawiała się, co czynić.
Drugi złapał ją w końcu za ramię i nawet szarpnięcie nie pomogło jej się uwolnić z jego uścisku.
— No chodź — wybełkotał do niej, szarpiąc się z nią zawzięcie. — Pokażę ci zaraz, co potrafię i inaczej będziesz śpiewać!
Wtedy Cecylia zaśmiała się głośno i nieszczerze.
— Co potrafisz? — zapytała z wyraźną kpiną. — Jesteś tak pijany, że nawet byś nie mógł trafić!
Cecylia sama po sobie nie spodziewała się tak bezczelnej i bezpośredniej odpowiedzi. Niemniej jednak, osiągnęła nią swój cel, bowiem żołnierz myślał bardzo powoli i zajęło mu naprawdę długą chwilę zrozumienie jej słów. Kiedy w końcu pojął, jego twarz przybrała tak wściekły wyraz, że Cecylia aż sama się zlękła.
— Ty mała… — Szwed puścił ją, aby zamachnąć się, najwyraźniej chcąc ją uderzyć, ona jednak była szybsza — uchyliła się przed ciosem, jednocześnie jednak wpadając na stół, który cały czas miała za plecami i runęła razem z nim prosto na ziemię. Co by nie powiedzieć o Cecylii, to nie miała refleksu — byłoby się to pewnie bardzo źle dla niej skończyło, bo już—już szykowała się na przyjęcie ciosu, a potem być może czegoś jeszcze gorszego, kiedy nagle, ni stąd ni zowąd, Szwed jęknął głośno i runął jak długi na ziemię tuż obok niej. Cecylia zdążyła się uchylić przed jego ciężkim cielskiem, zanim przygniótł ją do ulicy. To pani Basia przyszła jej na ratunek i zdzieliła Szweda kijem w tył głowy. Łukasiewiczówna zerwała się na równe nogi — jeden z dwójki trzymających się jeszcze na nogach Szwedów zamachnął się szablą na gospodynię. Cecylia, niewiele myśląc, rzuciła się na niego w desperackiej próbie odepchnięcia go. Udało jej się, jednak tylko dlatego, że żołdak był tak pijany, że ledwo trzymał się na nogach. Szabla uderzyła z brzdękiem o bruk, a Cecylię uchronił od pościerania kolan i łokci ten sam Szwed, którego zaatakowała — upadła na niego całym, choć niewielkim, ciężarem ciała, aż ten jęknął głośno i bezsilnie. Cecylia leżała tak na nim przez moment, dysząc ciężko, sturlała się jednak na bok, by miękko opaść na zimny, pokryty cieniutką warstewką śniegu bruk. Szwed nie miał siły się podnieść, ani nawet palcem kiwnąć — walka wyraźnie nadwyrężyła resztki jego sił i żadnego więcej zagrożenia raczej nie powinien stanowić. Na pewno nie, póki nie wytrzeźwieje.
Cecylia rozejrzała się w poszukiwaniu trzeciego Szweda. Szarpał się diabelsko z Michałem, który znikąd nagle pojawił się na tym małym polu bitwy. W końcu udało mu się odepchnąć chłopaka, aż a ten poślizgnął się na śniegu i upadł na ziemię, uderzając się przy okazji w głowę. Jęknął głośno i przekręcił się jedynie na bok, nie mogąc widocznie zrobić więcej. Szwed za to schylił się po swoją szablę i wymierzył się z nią na Michała. Na twarzy pani Barbary wykwitło przerażenie, podobnie z resztą było z Hanką. Ludzie zaczęli powoli rozpierzchać się we wszystkie strony, a dźwięk równych, ciężkich kroków powiedział Cecylii, że najpewniej ront się zbliża. A to oznaczało kłopoty.
Ciągle jednak zostawał jeszcze Michał. Szwed rozbiegł się, żeby zadać mocniejszy i najpewniej śmiertelny cios. Dla Cecylii jednak nie mogło wydarzyć się nic lepszego — niewiele myśląc, uniosła do góry nogę, bo nic lepszego i tak do głowy jej nie przyszło. Szwed zorientował się o sekundę za późno co się dzieje — nim zdążył wyhamować potknął się, obijając przy okazji boleśnie łydkę Cecylii, i runął jak długi wprost twarzą na ziemię. Gdy uniósł się na chwilę, jęknął tylko głucho, rękoma próbując zatamować krwotok z nosa, jednak całkiem bezskutecznie. Cecylia nie bez satysfakcji pomyślała, że najpewniej ten jego nieszczęsny nos był złamany.
Chwila triumfu nie trwała długo. Ront rzeczywiście się zbliżał — żołnierze maszerowali w stronę całego tego galimatiasu i z co raz większym zdziwieniem zauważali szkody poczynione przez żołdaków, jednak tym, co zadziwiło ich przede wszystkim, był widok trzech rodaków rozłożonych na łopatki. Przez przekupki, jak sądzili.
Był wśród nich mężczyzna wysoki, o poważnej, pooranej zmarszczkami i okolonej dorodną, ryżą brodą twarzy. Kapelusz jego zdobiło niesamowitej urody pióro, a płaszcz, pomimo paskudnej pogody, utrzymany był w doskonałej czystości. Cecylia dałaby sobie uciąć głowę, że to on był dowódcą rontu.
— Co tu się wyrabia, do stu diabłów? — zapytał po szwedzku, marszcząc rude brwi. — Polaczki się buntują, co?
— Ależ skąd! — odezwała się Cecylia, ku zdumieniu Szwedów, w ich własnym języku. — To pańscy żołdacy, panie… eee…
— Kapitan Larsson — podpowiedział jej, a ona pokiwała głową.
—Tak więc, mości kapitanie Larsson, pańscy żołdacy, pożal się Boże, upili się jako te przysłowiowe świnie i zaczęli się naprzykrzać tej oto panience. — Wskazała ręką na kulącą się gdzieś na boku Haneczkę. — I ja wszystko rozumiem, porządek porządkiem, ale to się zwyczajnie nie godzi, takie zachowanie. Waćpan mi na mądrego człowieka wyglądasz, to z pewnością i rację przyznasz, że Bogu ducha winnej dziewczynie to się naprzykrzać nie można!
— A wyjaśni mi ktoś, dlaczego to waćpanna leży na ziemi? — zapytał ją Larsson, unosząc brwi. — Dalejże, postawcie mi ją do pionu, ale jazda!
Nim Cecylia się obejrzała, dwóch żołnierzy ujęło ją pod ramiona i pomogło jej wstać. Oparła się o jednego z nich, bo noga potłuczona przez Szweda odrobinę dawała jej się we znaki. Otrzepała sukienkę ze śniegu i ponownie spojrzała na kapitana.
— Bo ja się, mości kapitanie, w obronie tejże panienki opowiedziałam — wyjaśniła, a on uniósł brwi. Kątem oka dostrzegła, że i Michał zebrał się już z ziemi i przypatrywał się Cecylii z miną pełną napięcia. Nie rozumiał, oczywiście, o co szło w rozmowie, z pewnością jednak martwił się, że Cecylia palnie coś głupiego i jeszcze pogorszy ich sytuację. — Prosiłam, ale mnie ci żołdacy wcale nie słuchali, to kamieniem rzuciłam, żeby na siebie uwagę zwrócić. A oni, łotry skończone, zaatakować mnie chcieli, bom ich obraziła. Bo obraziłam, to i owszem, ale całkiem słusznie, należy dodać.
— I że niby waćpanna ich trzech tu na ziemi rozłożyła? — zapytał z nutą niedowierzania Larsson.
— Skądże znowu, tylko dwóch! — powiedziała całkiem poważnie, ignorując uniesione w wyrazie zdziwienia brwi Szweda. — Na jednego się rzuciłam, bo się na dobrą panią gospodynię z szablą zamachnął… Na kobiecinę bezbronną, widzisz waść? To ja się na niego rzuciłam, bo cóż innego zrobić mogłam? Nie umarł przecie, to szkody nie ma, tylko zbyt pijany, co by wstać, ale to już nie moja rzecz. A drugi to się o moją nogę potknął. Nie moja wina przecie, na pewno pan kapitan doskonale to rozumie!
O Cecylii wiele można powiedzieć, jednak z całą pewnością nie skłamałby nikt, kto by powiedział, że Łukasiewiczówna każdemu potrafiła wcisnąć nawet największą bzdurę, a kiedy prawdę mówiła, to niemal każdego do swoich racji potrafiła przekonać. Cała tajemnica tego fenomenu tkwiła w fakcie, że Cecylia z każdym potrafiła rozmawiać swobodnie, ale i z szacunkiem. A czego taki szwedzki kapitan chciał więcej, jak szacunku i respektu wobec nowego porządku?
Larsson przypatrywał się Cecylii bardzo uważnie przez dłuższą chwilę.
— Pozbierać mi tych patałachów, natychmiast — powiedział w końcu do swoich żołnierzy, a Cecylii kamień spadł z serca. — Za picie na służbie to ja im łby pourywam, a jak nie ja, to herr Wittenberg już na pewno. A waćpanna — zwrócił się z kolei do Cecylii — to niech lepiej taka wyrywna więcej nie będzie. Choć dziś całkowitą rację przyznaję. Następnym razem zamiast się rzucać na moich żołdaków, to się lepiej na mnie powołać. A teraz rozejść się!
Cecylia z trudem opanowała radosny śmiech, który cisnął jej się na usta po słowach kapitana. Dopiero gdy Szwedzi oddalili się pozwoliła sobie na trochę ulgi i swobodniejszego zachowania.
— A widzicie? Nie takie Szwedy złe! — zawołała radośnie.
— Co też pleciesz? — dopytywała się stara Baśka. — Co ci ten zamorszczyk nagadał?
Cecylia opowiedziała więc im całą rozmowę, napawając się zaskoczeniem, jakie odmalowało się na ich twarzach, gdy skończyła. Cóż, czasem sama była zaskoczona swoimi dyplomatycznymi talentami, które czasami zdarzało jej się objawiać.

*

Już następnego dnia przyszedł czas na wprowadzenie w życie jej własnego planu. Pozwolono jej pospać do późna, bowiem miała się przekradać do zamku dopiero przed kolacją.
Pani Barbara lamentowała przez cały dzień, jak to smutno, że pani Celinka już ich zostawia, i że się modlić będzie, żeby jej tam Szwedzi głowy nie urwali, albo jeszcze czego gorszego nie zrobili. Za nic miała sobie uwagi Cecylii na temat jej imienia — teraz Łukasiewiczówna doskonale wiedziała, jak musiał się czuć Bernhard, kiedy uparcie nazywała go Bercią.
Dostała trochę jedzenia, wody i latarenkę na drogę. W mały tobołek spakowano jej strój służącej, który miała założyć już w tunelu. Wyściskała panią Basię, Tadzika i nawet Haneczkę — ta od incydentu z trójką pijanych Szwedów odnosiła się do Cecylii zupełnie inaczej.
Późnym popołudniem razem z Michałem opuścili dom pani Barbary i razem ruszyli w stronę kościoła świętego Marcina. Słońce chyliło się już ku zachodowi, roztaczając ciepłą, pomarańczową poświatę na całą stolicę. Ludzie rzucali długie, zniekształcone cienie, którym Cecylia, co raz bardziej drżąc ze strachu, przypatrywała się nerwowo, jakby chcąc odciągnąć swoją uwagę od niebezpieczeństwa, w jakie się pakowała.
— Boisz się? — zapytał ją Michał, a ona rzuciła mu przelotne spojrzenie.
— Boję — przyznała. — Chyba nawet, jeśli się nie domyślą, że szpieguję, to mi krzywdę mogą zrobić, prawda?
— Ano prawda — przyznał jej niechętnie Michał. — Ale nie dasz się. No kto, jak nie ty?
Cecylia uśmiechnęła się smutno. To był jeden z tych niewielu wypadków w jej życiu, kiedy to ktoś inny najwyraźniej wierzył w nią i jej poczynania bardziej, niż ona sama.
— Posłuchaj, po prostu nie plącz im się pod nogami, to ci nic nie będzie — mówił dalej Michał. — Wejdziesz tam, podsłuchasz co masz podsłuchać, przekażesz list i cię wyciągamy. Może ten nasz Szwed da się przekonać, żeby ci pomóc, ale tego obiecać nie mogę. On cały czas marudzi, że nie zdradzi swoich, ale że ma dług do spłacenia wobec niektórych z nas i czuje się w obowiązku, by choć trochę pomóc. Nikt nie za bardzo wie o co mu chodzi, on też niewiele o sobie mówi. Nawet imienia nam nie zdradził.
  Ale po polsku mówi? — zapytała zaciekawiona Cecylia.
— A no mówi, trochę słabo, ale mówi. — Michał pokiwał głową. — Ale to nie dziwne, bo w sumie sporo ich po naszemu gada. A gubernator mówi jakby sam stąd był, raz słyszałem.
— Co tam się dzieje, Michaś? — zapytała Cecylia, wskazując na uliczkę tuż przed nimi. Michał zmarszczył brwi. Ulica najwyraźniej była zamknięta przez Szwedów. Oddalający się ludzie byli tego wyraźnym dowodem. Cecylia i Michał wymienili zaniepokojone spojrzenia, zdecydowali się jednak podejść.
— Pogadaj z nim, jak szwargolisz po ichniemu — zachęcił ją Michał i popchnął lekko w stronę żołnierzy. Jeden z nich spojrzał na Cecylię z byka, jakby zamierzał ją zamknąć za samo to, że zakłóca mu spokój.
— Nie widzisz, dziewczyno, że nie ma przejścia? — zapytał ją chrapliwym i nieprzyjemnym głosem, unosząc wysoko brwi.
— Eeee… No właśnie widzę — odpowiedziała. — Co się stało, że przejść nie można?
— Nie twoja sprawa.
Cecylia zacisnęła mocno usta, niezadowolona.
— A można dojść do kościoła świętej Anny? — zapytała po prostu, a Szwed zmarszczył brwi.
— A gdzie to? — spytał, a Cecylia wskazała malującą się w oddali wieżyczkę. — Na pewno nie tędy. Żegnam.
Cecylia jednak nie dała się w żaden sposób zbić z tropu, nawet gdy Szwed odwrócił się do niej plecami. Bez zwłoki zrobiła krok w jego stronę i szturchnęła go delikatnie w ramię.
— Przepraszam, panie Szwedzie, ale mógłby mi waćpan jak człowiek powiedzieć, którędy da się tam dojść? — zapytała, a on przewrócił oczami. — Przecież nie chcę kłopotów i zaraz stąd uciekam, tylko muszę wiedzieć, którędy nie iść.
— Idź marudzić komuś innemu.
— Bardzo waćpana proszę, no! — Cecylia pociągnęła go za rękaw, a on westchnął z największym politowaniem.
— Nie odczepisz się ode mnie, prawda? — zapytał głosem męczennika, a ona pokręciła głową. — Idź koło ratusza i pod murami Zamku, potem skręć w lewo tuż przy bramie. Tam jest otwarte. A teraz naprawdę żegnam.
— Dziękuję ślicznie. — Uśmiechnęła się do Szweda, a ten tylko pokręcił głową i przegonił ją ruchem ręki, niby natrętną muchę.
Podeszła do Michała z miną tak zadowoloną, że i ten przewrócił oczami.
— Jak ty to robisz, że jesteś tak męcząca, a jeszcze cię nie zamknęli, to ja nie wiem — oświadczył i ruszył za Cecylią wierząc, że teraz to ona prowadzi.
— Bo ja się nawet umiem do ludzi odzywać, jak chcę — odpowiedziała mu na to Cecylia. — Zresztą nie marudź. Znamy drogę, czy nie?
— Ty mi powiedz.
— No znamy przecież! — Cecylia pokręciła głową. — Chodźmy.
Podążyli wąskimi uliczkami, a potem wzdłuż muru, bacznie obserwowani przez szwedzkich wartowników, przechadzających się tą samą co oni drogą. Cecylia nie mogła się powstrzymać i co rusz spoglądała na wznoszące się nieopodal mury Zamku Królewskiego. Już wkrótce znajdzie się w środku i jej jedyną ewentualną drogą ucieczki będzie tunel, którym już za chwilę ma się do Zamku dostać — o ile nie zostanie zamknięty na amen od strony miasta, bo tak przecież też mogło się stać.
Doszli w końcu pod kościół w zaskakującym milczeniu. Cecylii ręce trzęsły się co raz bardziej, co raz wyraźniejszym stawało się dla niej to, na jakie szaleństwo się porwała. Nie byłaby jednak Cecylią Łukasiewicz, gdyby teraz się wycofała. Jeśli podjęła się takiego zadania, to musiała je doprowadzić do końca. Łudziła się, że nawet jeśli ją złapią, to w jakiś sposób uda jej się wymigać od śmierci. Bo Cecylia chyba najbardziej ze wszystkich możliwych perspektyw nie chciała umierać.
W kościele było cicho i zimno. Za oknami panował już półmrok, tak więc wnętrze kościoła sprawiało mroczne i nieco upiorne wrażenie, które jeszcze potęgowały pozapalane wszędzie dookoła świece.
Ołtarz, który znajdował się naprzeciw wejścia był rozbudowany i bardzo ozdobny, jak wszystkie niedawno wykonane. Przepych aż kipiał z wyrzeźbionych w drewnie postaci, a Cecylia dałaby sobie głowę obciąć, że farba, jaką niektóre elementy zostały pomalowane zawierała szczere złoto. Łukasiewiczówna była zachwycona — rzadko widywała takie cuda, tym bardziej teraz, kiedy Szwedzi prawie wszystko wywieźli już za Bałtyk. Dziwiła się, że ten ołtarz jeszcze się uchował, ale to była pewnie tylko kwestia czasu.
Cecylia rzadko się modliła. Uważała, wzbudzając przez to często zdziwienie i złość wśród niektórych, że zadręczać Boga swoimi problemami powinno się jedynie w największej potrzebie, a jak się problemu nie ma, to nie ma sensu zawracać Mu głowy w ogóle. To był jednak jeden z tych niewielu dni, kiedy Cecylia musiała, musiała się pomodlić. Posłała Michałowi pytające spojrzenie, a on, jakby czytając jej w myślach, skinął głową. Cecylia uklękła przed ołtarzem i zadrżała, gdy jej kolana dotknęły zimnego kamienia. Wzniosła spojrzenie na spoglądającą na nią rzeźbę i zamknęła oczy. Drżała na całym ciele, nawet nie tyle z zimna, co ze strachu, gdy jej usta same wypowiadały słowa modlitwy:
— Ojcze nasz, któryś jest w Niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje…
Michał stał za nią w milczeniu, przyglądając się jej z napięciem. Ksiądz również się pojawił, czekał jednak w bocznej nawie, aż Cecylia skończy.
A ona, po skończonej modlitwie, miała tylko jedną, jedyną prośbę do Boga.
Pozwól mi stamtąd wyjść cało, myślała. Chcę tylko żyć, nic więcej. Nie proszę o nic więcej.
W końcu wstała i otrzepała suknię z piasku i kurzu. Spojrzała na Michała wyczekująco i uśmiechnęła się blado. On, żeby dodać jej otuchy, ścisnął ją za rękę.
Laudetur Iesus Christus — rzekł w końcu ksiądz, podchodząc do nich.
In saecula saeculorum — odrzekł mu na to Michał. Po chwili po przyjacielsku podali sobie ręce.
Ksiądz nie był jeszcze starym mężczyzną, jednak niewątpliwie zbliżał się do pięćdziesiątki. Mimo to, ruchy zachował młodzieńcze, podobnie jak wyraz chudej, pooranej zmarszczkami twarzy. Uśmiechnął się do Cecylii pokrzepiająco.
— A więc to waćpanna jest tą szaloną ochotniczką? — zapytał ją serdecznym tonem, a Cecylia spróbowała odpowiedzieć uśmiechem.
— Obawiam się, że rzeczywiście, to ja — zgodziła się. — Czy moglibyśmy… nie przeciągać? Bo ja chyba wam tu za moment ze strachu zemdleję.
— Rzeczywiście jakaś blada jesteś… — Michał zmarszczył brwi. — Chodźmy, żeby nas tu jeszcze Szwedy nie nakryły, bo wszystko przepadnie. A i jak Cecylia sobie życzy, żeby już mieć to za sobą, to nie możemy inaczej.
— Chodźcie za mną — rzekł ksiądz i gestem zachęcił ich do podążania za nim.
Razem zeszli wąziutkim korytarzykiem do piwnic pod kościołem. Ściany były tu nagie, zimne, wilgotne i nieprzyjemnie śliskie, podobnie jak podłogi, co Cecylii udało się wiele razy nieprzyjemnie odczuć, gdy ślizgała się i niebezpiecznie chwiała na zdradliwym podłożu.
W końcu doszli do ślepego zaułka, zasłoniętego płytą z wątpliwej jakości reliefem. Cecylia domyśliła się, naturalnie, że musi ona zasłaniać przejście. I rzeczywiście, gdyby nie wiedziała, że coś musi za tą płytą się znajdować, to nigdy by nie pomyślała, że w ogóle dałoby się ją przesunąć, tak doskonale była wpasowana w ścianę.
— Pomóż mi, Michałku drogi, bo samemu to tak ciężko — rzekł ksiądz i mężczyźni razem zabrali się do roboty. Nie minęło wiele czasu, gdy przejście stanęło otworem.
Cecylii serce zabiło ze strachu mocniej, gdy zajrzała w mroczną czeluść tunelu. Powietrze w nim cuchnęło stęchlizną i pleśnią, słychać też było nieprzyjemne popiskiwanie szczurów, jednak niewątpliwie dało się w nim oddychać i jakoś po ludzku iść.
Michał i ksiądz patrzyli na nią przez moment, a później syn Jadźki westchnął.
— Masz strój?
— Mam.
— To masz latarnię. — Podał jej do ręki małą lampkę, która miała służyć jej za jedynie źródło światła w tej ciemnicy. — Poczekamy tu jeszcze jakiś czas. Żebyś mogła wrócić. Ale o północy przejście zamykamy i odwrotu już nie będzie. Rozumiesz?
— Rozumiem.
— Jesteś tego pewna? — zapytał ją ksiądz, spoglądając na nią z troską.
Cecylię niezmiernie to wzruszyło, bowiem był on przecież dla niej zupełnie obcym człowiekiem. Zmusiła się do nieszczerego i niepewnego uśmiechu.
— Nie — powiedziała. — Ale nikt za mnie tego nie zrobi.
Wszyscy milczeli przez długą, ciągnącą się w nieskończoność chwilę.
— No dobrze, bo tu wrosnę w tą ziemię i nigdzie nie pójdę — powiedziała Cecylia dziarskim tonem, czując nagły przypływ odwagi. — Komu w drogę, temu jazda. Nie ma się co rozczulać. Widzimy się za parę dni, tak?
— Tak — powiedział jej Michał, ale jakimś takim nie do końca pewnym tonem.
— W niedzielę wieczorem, tak? — zapytała jeszcze. — Tu, w tunelu?
— Tak.
— Dobrze. — Pokiwała głową. — Tylko nie zapomnij, bo ci łeb urwę.
— Nie zapomnę, spokojna głowa. — Złapał ją pokrzepiająco za rękę. — To powodzenia.
— Idź z Bogiem, dziecko — powiedział jej ksiądz, uśmiechając się ciepło.
A ona tylko westchnęła i odwróciła się. Już chwilę później zniknęła w nieprzeniknionej i gęstej niczym smoła ciemności.


No, obiecałam rozdział po sesji, trochę się spóźniłam, ale co tam - przerwa i tak była krótsza niż ostatnio. Mogę powiedzieć tyle, że teraz rozdziały będę publikowane z pewną regularnością, mam około 100 stron już całkiem gotowych do publikacji + jakieś sześćdziesiąt wymagających niewielkich przeróbek, tak więc więcej obsuw nie przewiduję :)
Wygrałam miesiąc wolnego, zaliczając wsjo przed sesją i teraz powrót na zajęcia tak boli D:
DOBRAAAAAAA SŁUCHAJCIE LUDZISKA OD POCZĄTKU OPKA CZEKAŁAM NA ZAMEK KRÓLEWSKI :D Teraz będzie fun, będzie dziki plot twist, będzie kupa fajnych bohaterów, będzie super Bengt Oxenstierna, który jest naprawdę super i będzie Karol Gustaw, który też jest super :D Krótko mówiąc przyszedł czas na moich ulubionych bohaterów :D
TAK WIEM, u niektórych nadal mam zaległości. Doczytam w szkole, ten tydzień jeszcze mam luźny, nie mam laborek - ZDĄŻĘ :D
Bardzo przepraszam Ellenę, która X czasu temu zostawiła mi komentarz pod którymś z pierwszych rozdziałów - chciałam tylko powiedzieć, że nie odpowiedziałam na niego, bo akurat kiedy go pisałaś ja zdychałam ucząc się fizyki czy czegoś tam, a potem na śmierć zapomniałam i uznałam, że teraz to już nie za bardzo ma sens. No ale może to przeczytasz, chciałam tylko to wyjaśnić :) NASTĘPNYM RAZEM SIĘ POPRAWIĘ :) A za komentarz pięknie dziękuję :)
Następny rozdział w kwietniu, zobaczymy kiedy konkretnie, ale na pewno w kwietniu :)
Pozdrawiam :)

30 komentarzy:

  1. A myślałem, że Ty także zawiesiłaś działalność. Szkoda by było. Ten, jak i poprzednie rozdziały, których nie zdążyłem jeszcze przeczytać, na pewno kiedyś skomentuję ; )

    OdpowiedzUsuń
  2. Nienienie, absolutnie :D To tylko głupia polibuda zabiera mi czas, ale że wygrałam miesiąc wolnego (który niestety po jutrze mi się kończy D:), to spożytkowałam chociaż część tego czasu, dokończyłam fragmenty, które miałam i teraz blog odżyje :D
    Nie gonię, wiadomo :D Akurat co jak co, ale ja doskonale wiem co znaczy brak czasu i tak dalej D:
    Dzięki za znak życia :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tyle brak czasu, co mnogość tego wszystkiego na różnych blogach. Nie chciało mi się czytać, narobiły się zaległości, to teraz mam ; )

      Usuń
    2. No to witam w klubie, jak mam czas (bo to w sumie kłamstwo, że polibuda zabiera mi cały wolny czas - mam go niewiele, ale mam) to i tak jestem wtedy tak zmęczona, że zwyczajnie mi się nic nie chce ;_;
      Zresztą, ja u Ciebie (i nie tylko u Ciebie) też długi czas nie byłam, a żałuję, no ale cóż, uczelnia nie wybacza D: I zaległości mam teraz u różnych osób takie, że hoho, bida z nędzą, że tak nieładnie powiem D:

      Usuń
    3. U mnie i tak nic się nie pojawiało od listopada, to i nie ma czym się przejmować. Tydzień temu podjąłem się reaktywacji bloga, za tydzień, przy okazji większego tekstu, zacznę na nowo go reklamować. Może uda mi się dobić do 20 obserwatorów do moich urodzin, które są w czerwcu ; D

      Usuń
  3. ŁOHOHOHOHOH ROZDZIAŁ!
    Niech się tylko trochę ogarnę (tfu tfu, jak ja nienawidzę pisać na angielski listów formalnych, one zabijają kreatywność w człowieku) i będziemy i czytać, i komentować, i będzie taaaaaaak fajnie! :P
    (chciałoby się napisać pierwsza, przed 301, niemamczasunaspacje, ale NIE, za późno, wszystko stracone)

    OdpowiedzUsuń
  4. KREATYWNOŚC ZABIJA LIMIT SŁÓW D: Zawsze mnie to tak bolało D:
    Spoko, stara, nie gonię :D Sama jeszcze z całeczkami walczę, dopiero jak skończę to się za internety zabiorę (pamiętam o wiadomości od Ciebie, spokojna głowa :D), także wiesz, LUZIK ARBUZIK :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No w sumie to też, na próbnych maturach niby miałam te 98% z rozszerzenia (CHWALĘ SIĘ), ale i tak mnie bolało, że się nie mogłam przy pisaniu popisać, bo jak skończyłam to się okazywało, że mam o 200 słów za dużo i trzeba kreślić co się da. :< Ależ mi było smutno wtedy!
      Spoko, ja walczę z funkcjami, ale przynajmniej coś z nich czaję, więc nie ma takiej załamki jak przy bryłach. :P A całek nie znam, ale powiem ci, że brzmią groźnie. :O

      Usuń
    2. O STARA, gratsy, ja miałam 85, a porwałam się na studia po angielsku :O Trochę zazdro :D Masz czym się chwalić :D
      Ale owszem, pamiętam, jak ja dziko kreśliłam na mojej maturze ;_;
      Odkąd studiuję, nienawidzę funkcji D: A co do całek, to to jest dzieło szatana, ból i płacz XD

      Usuń

  5. K, w końcu się zabrałem za czytanie ^^ Nie wysłałaś mi wcześniej tego rozdziału, więc pozwól, że Twoim zwyczajem, na początku wpiszę Ci kilka rzecz, które budzą we mnie wątpliwości ^^
    Po pierwsze - Bercia to Oxenstierna aka szlachta. W dodatku Szwed w okupowanej Warszawie. Czy na pewno mieszczanie (którymi szlachta gardziła tylko trochę mniej niż chłopstwem) mogliby się z nim tak spoufalić, żeby mówić mu "Dzień Dobry panie Bernhardzie"? :P I czy jako bądź co bądź Polacy, nie nienawidziliby Szweda, nawet tak miłego i spokojnego? Ale to jest w sumie mały problem :P Może chcieli się wkupić w łaski ^^ Tylko osobiście bm zmienił z "Pana Bernharda" na "Pana Oxenstiernę" I może też nie "Pana" a "Mości Oxenstierna"? :) Już jak uważasz ^^
    "Koronnej stolicy" - wiem, co chciałaś przekazać, ale chyba nikt tak nigdy nie napisał :) Chyba, że owszem, to wtedy odwołuję i biję się w pierś :P Ale po mojemu to samo stolicy wystarczy.^^
    "Tamtego właśnie dnia wreszcie wydarzyło się coś może nie znaczącego, ale w ostateczności przynajmniej było czymś co Bernharda co najmniej zaskoczyło." Jak to powiedziałaś u mnie..."Nie jestem betą, ale coś mi tu nie pasuje w konstrukcji" :P Nawet za bardzo nie umiem powiedzieć, co, ale tak po prostu jak to czytam, to mi mruga czerwona lampka :P
    "Nieznaczne szarpanie" "delikatne" jest chyba bardziej naturalną formą ;) I czy nie powinno być "szarpnięcie", skoro nie była to czynność trwająca dłużej? :P
    Plus, czy właśnie postawna budowa nie ułatwiłaby Berci przepychania się przez tłum?:P Taka szwedzka wieża oblężnicza trochę ^^
    "za każdym razem, kiedy stawał się ofiarą bądź świadkiem takiego incydentu był tak samo poirytowany" Hohoho :D aaah, Bercia, Bercia... Niewinny jeszcze jak nieobsrana łąka! :D If you know what I mean... ^^ Nie to, żebym spojlerował, gdzieżbym śmiał :P jakiś "Spoiler alert" by trzeba było machnąć na początku tego komentarza :P
    "Spojrzał na chłopca groźnie, dysząc ciężko" - w zdaniu troszkę wyżej użyłaś już "Chłopca" więc to powtórzenie :P Z kontekstu spokojnie możesz dać "spojrzał na niego" i będzie wiadomo o kogo chodzi :P
    "Nawdychał się" - to brzmi jakby to powietrze było jakąś trucizną :P "Nałykał się"... Again - tylko moje zdanie, nie upieram się ^^
    "I tym oto sposobem Bernhard niechcący wplątał się w sprawę o wiele bardziej polityczną, niż mogłoby mu się z początku zdawać." To coś z rodzaju zdań, o których pisałem w komentarzach pod pierwszymi rozdziałami, które u Ciebie czytałem :D Taki spoiler alert :P Wiem, że taki masz styl i fokle, ale dla mnie to trochę takie odbieranie zaskoczenia, poduszka podstawiana pod coś, co powinno być trzaśnięciem ryłem o glebę ^^ Że użyję tak barwnej metafory ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "przytłaczającą osobowością do tego stopnia, że dziewczyna nagle wydawała się zupełnie nie istnieć" Czy Ty mi kiedyś nie opowiadałaś o swoich dwóch koleżankach, pomiędzy którymi zachodzi podobna zależność? :D Tak mi się teraz przypomniało jakoś :D
      "No pani Basiu" "No" chyba nie pasuje do czasów...:P I nie ma się co sugerować Bohunem mówiącym "No szczo, gotów Pan? Panie łycar..." Do Wołodyjowskiego :D Ale tylko chyba, w sumie to nie jestem pewny :P
      " „miłościwie nam panującego” Karola Gustawa" Wczuwam grube dissy na Jego Szerokość ^^ I nie bez powodu użyłem słowa "grube" :D Nioh nioh nioh ^^
      "Ładnie mu imię skróciłam, prawda?" Noo, na pewno się w luj cieszy z tego powodu :P Bercia... Potomek wikingów nazywany w ten sposób przez polską dziewkę... :D Niezbadane są wyroki Imperatora :P
      "Za darmo to co najwyżej panu Szwedy mogą mordę obić" Aż mi sie przypomniała moja ulubiona fraza z konia Rafała "Za darmo, to boli gardło!" :D Nie oczekuję, że się będziesz z tego śmiać, wiedz tylko, że mnie to śmiesz za każdym razem jak to słyszę :D Ale tak, Cecylka jako kramarczna przekupka jest w 100% wiarygodna :P Mogłaby jeszcze sprzedawać truskawki, jabłka, śliwki, morele i borówki :D:D Ale rozumiem, że to nie ta pora roku :P Szkoda, bo wtedy byłoby śmieszniej :D
      A swoją drogą, to myślałby kto, że się Cecylka tak oburza, że się jej imię przeinacza, skoro sama robi to z Bercią notorycznie :P W końcu się może poczuć w jego butach :P
      "nawet byś nie mógł trafić"... :D:D Ona nie powinna mieć pojęcia o takich rzeczach :D W sensie... kobiet tamtych czasów to było coś zupeeeełnie innego :D Co nie zmienia faktu, że smiechłem w luj :D
      "Szwed rozbiegł się, żeby zadać " ej, no to nie kopia ani włócznia :P Wystarczy lekko pchnąć i po krzyku :P Rozbieganie się, a zwłaszcza takie, w którym podmiot rozpędzający się jest pijany, może tylko wszystko spieprzyć :D
      " Pozbierać mi tych patałachów" :D Aż mi się przypomniał Jacuś od konstrukcji :D "No to co, drogie patałaszki? Kartkóweczka?" :D Albo jego słynne stwierdzenie "Jeśli moment zginający wyjdzie mniejszy od wytrzymałości materiału, jesteśmy szczęśliwi. Jeśli nie... Bierzemy patałasznikowa, tudzież pistolet na ping pongi i strzelam sobie w łeb" :D Miał dziwne poczucie humoru :D Very my kind of thing :D

      Usuń
    2. Ale czy Cecylka sobie nie narobiła problemów?:P W sensie... cały pic się opierał na tym, żeby ona się dostała do tego zamku i żeby nikt nie wiedział, że zna szwedzki...A ona sobie beztrosko gawędzi ze szwedzkim oficerem i turbuje trzech żołnierzy :P Chyba, że to część Twojego planu fabularnego, że ją może ktoś tam rozpozna jednak :P
      "czuć Bernhard, kiedy uparcie nazywała go Bercią." WŁAŚNIE!!:D WŁAŚNIE :D O tym mówiłem, dobrze, że chociaż ma tego świadomość :D
      "Wyściskała panią Jadźkę" Chyba Baśkę? :P A to podobno ja nie pamiętam swoich bohaterów, co? :D:D No chyba, że to ktoś inny o kim nic nie wiem :D Ale czytam uważnie przecież i nei słyszałem nicz o żadnej Jadźce nooo :P
      Tak btw, bo mi się nie chce szukać... Ty gdzieś znalazłaś, że Bengt po polskiemu umiał, czy to pobożne życzenie? :P
      "Bardzo waćpana proszę, no" znowu to "no" jest takie dość dziwne w ówczesnych klimatach :D Brzmi bardziej jak marudzenie współczesnego dziecka :D Ale tak tlyko mówię :P
      "Bo ja się nawet umiem do ludzi odzywać, jak chcę " szkoda tylko, że ja tak nie umiem :D Ale no cóż, nie każdy może być Cecylką :P Niektórzy muszą każde słowo rodzić w bólu i rozdzierających katuszach :P
      A, i ten tunel, to też fakt jakiś, czy wymysł autorki? :P Bo mnie zaciekawił :D
      Ogólnie, to cieszę się, że akcja się rozkręca :D Nie podzielam co prawda Twoich feelsów spowodowanych Bengtem, bo nie jestem od shipowania ludzi, no ale wiem, że bez tego sienie obejdzie wiec cóż zrobić :D A Karola Gustawa, cz jak kto woli Kałola Gustawa, się nie mogę doczekać :D Jestem pewny, że dostarczy wszystkim wiele powodów do niewybrednych komentarzy i śmiechu :P Jak każd człowiek jego tuszy :P Nie ukrwajmy tego - grubi ludzie są śmieszni ^^ Szkuję się na hejty :P ALE CÓŻ :D Mam poczucie humoru na poziomie cebuli więc mi wolno! :P
      Coś podejrzewam, że Ceclka zbyt długo sobie nie poszpieguuuje :P Pewnie ją capną zaraz po wyjściu z tunelu albo coś koło tego, no bo dlaczegóżby nie? :D W końcu sama dzisiaj przyznałaś, że to tak naprawdę lebiega jest i fokle :P Chociaż wpierdziel Szwedełom słuszny spuściła :P Należało się :P FOR THE EMPEROR i te sprawy :P Taki trochę revange za...cholera, zapomniałem nazw tej jej wioski... Łukowce chyba?:P Chyba tak :P Kurdę, nawet nie wiem, jak długi wszedł ten komentarz :P Chociaż Ciebie, mistrzyni komciów raczej nie mam co liczyć, że przebiję :D W sumie…są dwie i pół strony w Wordzie :P DAYM :P Naprawdę rzadko mi się zdarza pisać takie tasiemce :P Oczywiście nie musisz na to odpowiadać, przynajmniej nei dzisiaj :D W końcu to Twój ostatni dzień przed gułagiem, powinnaś odpoczywać :P A ja Ci też jeszcze nie odpisałem na drugą część komcia… :D No, w każdym bądź razie – podobuje mi się :P Nabieram coraz większej ochoty na ten fanfic i podejrzewam, że ukaże się on wcześniej niż później :D Chociaż najpierw będę musiał doczytać w tym, co mi wysłałaś, jak wygląda u Ciebie pewien spasiony wieprz aka Król Szwecji i Polszy :D
      Na tym chyba skończę, bo przypomniałem sobie, że mam dwa rozdziały gramatyki do przerobienia na jutro  Łatwizna, bo łatwizna, ale trochę tego gnowa jest :P BIEDA :P A i z Descriptive Grammar też coś tam miałem dokończyć… Te cholerne przekroje człowieka… Po cholerę mi wiedzieć gdzie jest głośnia?? I co to fokle jest… Znaczy… to taka zatyczka od czajnika odcinająca przełyk od płuc… CHYBA…Co ja tam wiem…:D

      Usuń
    3. O STARY. Tyle mam do powiedzenia na razie XD

      Usuń
    4. Spoko spoko, no problemo :D Już się biorę za Twoje zarzuty :D

      A powiedz Ty mi, skąd taki randomowy mieszczanin miałby wiedzieć, że taki Bercia to szlachcic jest? Znaczy, wiesz, może faktycznie powinnam powiedzieć, że Bercia się nikomu nie przyznał, ale tak in general, to przecież nie ma napisane na twarzy JESTEM OXENSTIERNĄ, co nie? :D Znaczy, z tym MOŚCI to może racja, bardziej epokowo, idk. A co do tego, że powinni go nienawidzić... No cóż, powinni, nie powinni, może i masz trochę racji, sama nie wiem, założyłam po prostu że ludzie są różni i nie wszyscy od razu skakaliby Szwedowi do gardła. Może błędnie D: Przemyślę kwestię. I coś jeszcze chciałam... A, wiem. Bercia to człowiek ciągutka. OKEJ, może wstęp był zbyt ogólnikowy, ale czy to nie pasuje do Berci, że komuś tam z jakimś dobrym słowem wyskoczy, tam grosza rzuci, tam sobie trochę sympatii zaskarbi? Bo może to tylko mój wewnętrzny derp, ale zdaje mi się, że coś takiego by przeszło i z takiego założenia wyszłam :)

      DALEJ - koronna stolica... WHAT IS THE PROBLEM? XD To tylko przymiotnik :P mogłabym wywalić, ale osobiście nie widzę w tym nic nie-superek, że tak powiem :D No, ale jak bardzo kłuje w oczy, to mogę wychrzanić, w sumie co mi za różnica :D

      Okej, przemyślę zdanie :)

      Ty jesteś chujmanistą, zaufam Ci po prostu, nie wdając się w dyskusje :) Zaraz poprawię :)

      Wiesz, idk, niby ludzie mogliby się odsuwać, ale z drugiej strony - przepychałeś Ty się kiedyś przez taki fest tłum? Znaczy, co ja wiem o życiu, mała jestem, ale wydaje mi się, że prędzej taka ja przemknę przez tłum, a to komuś pod ręką, a to między ludźmi, niż taka "wieża" się wepchnie :P

      Ok, "nałykał się" jest nie-superek, ale nawdychał? A co robisz z zimnym powietrzem, jak biegasz? NIC NIE ROBISZ BO NIE BIEGASZ I NIE WYCHODZISZ Z DOMU, WIEM :P TAKI ŻARCIK :D Ale tu też nie widzę what is the problem :P

      Hm, wiesz, ja pamiętałam o Twoich uwagach o tych zdaniach, skrzętnie wywalałam je z tych 107 stron, które Ci posłałam, ale jakoś tak to uznałam, że wcale nie będzie takim spojlerem... Znaczy, po prostu wydało mi się zdaniem z trochę innej kategorii niż tamte... Sama nie wiem ;_; Przemyślę tę kwestię.

      Usuń
    5. Eeeeee, może i Ci opowiadałam, ale teraz to już za cholerę nie pamiętam, kogo miałam na myśli XD

      Znaczy, powiem Ci tak: takie randomowe "No" trafia się u mnie bardzo często :P Więc w sumie musiałabym od nowa sprawdzić całe 300 stron, czy coś koło tego.... Hm, poczytam trochę historycznych, ściągnęłam sobie Forysia (chociaż ponoć to porażka jest :P), zobaczę i ewentualnie wtedy poprawię :)

      JEGO SZEROKOŚĆ KWICZĘ XDDDDDDD

      Wiesz, nie rozumiem czemu Ciebie nie zaczęłam nazywać takim dzikim zdrobnieniem imienia.... ZDAJESZ SOBIE SPRAWĘ, ŻE OD TEJ CHWILI MASZ PRZEKICHANE< PRAWDA? :D <3 Ale to takie 100% Cecylki w Cecylce. A Bercia Bercią na zawsze zostanie :D

      NO STARY TO JEJ ROBIENIE W KRAMIE TO JEST TOTALNIE INSPIROWANE MOJĄ ROBOTĄ PRZY TRUSKAWKACH, A CECYLKOWA PANI BASIA TO MOJA PANI BASIA :D Szefowa, znaczy :D Ale tak, o ile ja się do ludzi aka do kramu średnio nadaję, o tyle Cecylka to jest właściwy człowiek na właściwym miejscu :D

      BECAUSE WHY THE FUCK NOT? :D Ale Bercia to skrót jest, a nie inne imię noooooooooooo :P

      CECYLKA TO PRZECIEŻ "ROZBRYKANA DZIEWKA ZZA ZAGRODY" i jeśli sobie myślisz, że nie podglądała chłopów aka braci aka w ogóle ludzi z kolegami-chłopami to się grubo mylisz XD Ona nie jest niewinna jak nieobsrana łąka, że tak powiem :P ZA TO BERCIA JEST. Nie, żeby spojler :P To tak odnośnie ubijania masła, na przykład :D JULIAN ŁUKASIEWICZ BARDZO DAŁ DUPY W KWESTII WYCHOWANIA CÓRKI :P Ale się ciecham, że śmiechłeś :D

      Wiem, ale założyłam, że jak pijany, to mózg średnio prawidłowo działa, aka załączył mu się idiotyzm i chciał być super :D Wystarczające wytłumaczenie? Ludzie czasem (często) robią bezsensowne rzeczy zupełnie z dupy :P

      DZIWNY KOLEŚ XD

      Usuń
    6. Nie, ona dopiero wewnątrz zamku odstawi szopkę pod tytułem "ALEŻ PRZECIEŻ JA NIC NIE ROZUMIEM, PANIE GUBERNATORZEEEEEE D:". Bo pomyślałam, że kurczę - jesteś randomowym szwedzkim żołnierzem. Dziewucha spuszcza wpierdziel dwóm Twoim ludziom. Mówi po szwedzku, co jest stosunkowo dziwne, ale nie jakieś dziko niespotykane, warto by zauwazyć. CHWALISZ SIĘ PRZEŁOŻONYM? JA BYM SIĘ NIE CHWALIŁA :P Więc wyszłam z założenia, że od byle żołnierzy z miasta to na wyższe szczeble nie przecieknie. Może błędnie, ale wydaje mi się, że nic nie jest z tym założeniem nie tak :)

      No tak mi się zdawało, że to gdzieś napisałam :P

      RACJA, pierwotna wersja się wkradła, mój błąd, zaraz poprawię :P Bo jak się inspirowałam boją panią Basią, to już nie chciałam tak bezpośrednio... ale potem uznałam, że WHY THE FUCK NOT :D

      Eeee pisałam. Bo umiał, chyba nawet gdzieś w riserczu to znalazłam. W każdym razie pisałam na pewno, i tak, on bardzo super gada po polskiemu. I on Bercię uczy, btw :P

      UP^

      To ja mam więcej z Cecylki niż z Ciebie, jak tak porównujemy, jak chcę, to umiem :P Co mi przypomina, że najpewniej musze jutro pójść do Williama Bella.... Bo oceny jak nie było, tak nie ma D:

      Eeeee X lat temu czytałam ksiązkę o potopie, w której pojawiał się właśnie koncept takiego tunelu. Odchodził z innego kościoła, nie pamiętam z jakiego, cała fabuła miała w ogóle zupełnie co innego na celu, niewiele z tej ksiązki pamiętam, nawet nie wiem jaki miała tytuł, a autora to już w ogóle, ale ten rozdział można zdecydowanie uznać za inspirowany tą nieznaną z tytułu książką. Nie mam pojęcia, czy ten tunel jest prawdziwy, z tego co pamiętam z tej książki, to ponoć były na ten temat jakieś plotki. Czy coś w ten deseń. Mam tę książkę gdzieś w piwnicy, jak kiedyś odkopię, to chętnie przeczytam i Ci powiem co dokładnie tam było :P

      MASZ PECHA, teraz będzie shiposcena z Bercią, a potem... BTW WŁASNIE ZASPOJLOWAŁEŚ W KOMENTARZU MÓJ PLOT TWIST WIESZ? XD MAm nadzieję, że nikt tego nie przeczyta :D Ale cóż ja poradzę, Bengt i Cecylka to moje niespełnione OTP, więc mam radochę :D Wszystkie shiposceny, które w sumie nie są jakieś wcale stricte romantyczne, to masz w tym przesłanym pliku :)

      WIEPRZA TEŻ MASZ W PLIKU :D

      Taktak, Łukowce :P Wygrałeś Internet :P W każdym razie, jasne że słuszny, poczekaj, ona jeszcze dobrze nie zaczęła spuszczać Szwedom wpierdzielu :P Ale ogółem to owszem, szybko ją złapią, bo to nie jest właściwa osoba do takiej roboty :D W EFEKCIE SHIPOGENNA SCENA + PLOT TWIST :D A:LEŻ SOBIE TO OBMYŚLIŁAAAAAAM <3

      LOL ZA PÓŹNO XD I tak zdycham trochę, więc nic produktywnego nie robię ;_; Zresztą sama przyjemnośc, lubię odpowiadać na komcie :D I fokle to oczywiście doceniam <3 MÓJ MIAŁ 5 STRON :P Czy tam 6, nie pamiętam :P

      Wieprz wygląda jak... wieprz XD No tak jak na obrazach, noooo :D Ale jest superek, bardzo go u siebie lubię :D A NA FANFIK CZEKAM Z NIECIERPLIWOŚCIĄ HDSGFSGFDHJHDHDF <3

      Jak zacznę chodzić na anatomię, to stanę się odpowiedzią na wszystkie Twoje pytania :D Chociaż to chyba nie tak miało być, IYKWIM :D

      Ić, ucz się, ja idę jeszcze coś popisać, bo potem to już tylko Gułag w perspektywie D:


      Usuń
  6. JOOOOOO, STARA! (zabrzmiało to jak jakieś plemienne powitanie, wiem, ale uczę się na sprawdzian z majcy i mózg mi już paruje)
    NO TO JESTEM. Komentarz mój niestety nie będzie tak dogłębny jak komentarz Omegona (MA FACET ROZMACH XD), ale coś tam powiem, a co, ja mam zawsze coś do powiedzenia! Spisywałam sobie przy czytaniu na karteczce, co mnie tak przede wszystkim urzekło i o tym najwięcej będzie, więc wybacz, jak pominę coś, co dla Ciebie było ważna, a ja tak przeczytałam i luz, spoko, jedziem dalej. Nie jestem dobrym czytelnikiem.
    Po pierwsze, to moje odkrycie roku, które uderzyło mnie tak mocno, że wyszłoby na jedno, jakby mi ktoś przywalił dechą w twarz - prawie już nic o przeszłości Berci nie pamiętam. :O Znajome nazwiska i imiona, a ja je ledwo z kimkolwiek potrafię połączyć, LOL, o co cho, chyba powinnam zacząć ćwiczyć pamięć, może to oznaki starości czy coś? Ale nie bój żabci, ja Cię nie straszę tutaj, przypomnę sobie. Tylko kurde nie wiedziałam, że mam taką krótką pamięć, WTF.
    Dwa: BEEEEEEERCIA, JAKIE Z CIEBIE DOBRE STWORZENIE, JAKIE TY MASZ DOBRE SERCE, MY SWEET CINNAMON ROLL, LET ME LOVE YOU. W ten sposób mniej-więcej taguję uroczych chłopców na moim tumblurze. :D No serio, dobre serce ma chłop, ja to już wcześniej wiedziałam, ale teraz to naprawdę. Bo Szwed też może być dobry, nie? Nawet jak z mordki nie wygląda na szczególnie przyjemnego. :D
    WUUUUT, nie mogę się doczekać, co będzie, jak Cecylia odkryje, że Bercia jest z tych Oxenstiernów. CZY BĘDZIE SAJGON, CZY WIELKI STRACH OGARNIE ZIEMIĘ, CZY CO. Serio, nie żartuję. TAKA CIEKAWA, ŻE NIE MOGĘ. :OOOOO
    WGL, to Cecylka ma jaja. Zawsze wiedziałam, że z niej zuch kobita, ale obić Szwedów (i to w taki sposób) no mistrzostwo po prostu. A pomyśleć, że tak na samym początku, jak dopiero zaczynałaś ją przedstawiać, to się po cichutku zastanawiałam, czy aby na pewno będę ją lubić. BĘDĘ, KURDE. :D
    No i poszła na ten zamek! Emocje, emocje, emocje, to dosyć szalony pomysł i w ogóle szalone przedsięwzięcie, ale w sumie kto by mógł coś takiego zrobić, jakby nie ona? No kto? :P
    WGL, to tak mi przemknęło w pewnym momencie przez myśl, że tęsknię za Torisem, tą uroczą ofiarą losu. Serio. :< Ale nie poganiam na niego, tylko wiesz, daję upust swoim emocjom.
    BTW, już tak na zakończenie, nie wiedziałam, czy jest sens, ale odpowiedziałam Ci u siebie, a co. I nie spinaj się, jasne, że czekam na opinie i jestem ich strasznie ciekawa, zwłaszcza, że ostatnio coś słabo z naprawdę konkretnymi opiniami, ale nie czuj się jakoś zobowiązana, żeby mnie komciać, serio. :D Bez presji. ;)
    PS Jak walnęłam gdzieś wyżej jakąś głupotę, coś pomieszałam albo co, to wszystko wina majcy. Serio, mózg może parować. :<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co stara, dziś gułag mnie zabił, odpiszę Ci jutro ;) ale piękne dzięki za komentarz <3 <3

      Usuń
    2. Wiem, że nie powinnam, bo gułag to nic śmiesznego, ale jakoś bawi mnie tak samo za każdym razem, jak nazywasz tak zajęcia. XD

      Usuń
    3. Wiesz co, może wystarczająco zobrazuje Ci tę nazwę fakt, że rzucam studia ten kierunek XD NIE ŻARTUJĘ. MOże przechodze semestr do końca, a może nie, zobaczymy, ale idę od października na fizykę ;______;
      Oczywiście wszystko aktualne, dziś odpiszę, ale najpierw muszę powtórzyć matmę ;_;

      Usuń
    4. Jednak jutro, bo mi się zeszło więcej niż myślałam ;_; ale jutro po szkole mam wolne, już na pewno odpowiem ;) PRZEPRASZAM ;______;

      Usuń
    5. Wspaniałomyślnie wybaczam. :D

      Usuń
    6. DOBRA, JESTEM :D Sorki, że tak to odkładałam, ale w poniedziałek przezyłam załamanie nerwowe mechaniką i matmą, wczoraj wyrzuty sumienia zagoniły mnie do całkowania, a dzisiaj się leniłam, jeszcze kupiłam super ksiązkę o Karolu Gustawie, i sobie poczytuję, i się po prawdzie wciągnęłam, no, i dlatego dopiero teraz ;_;
      No, szarpnął się :D Ale nie bój nic, Twój komentarz mnie równie cieszy <3 Feel my love i w ogóle :D
      Nienienie, nie martw się, ten rozdział jako całośc jest w ogóle średnio dla mnie wazny, ja już zyję wydarzeniami na Zamku, O STARA TYLKO NA TO CZEKAJ, nie wiem czy pamiętasz, jak w wakacje mi tu autokorekta na telefonie ześwirowała i wspomniałam Ci o PŁOT twiście :D NO TO NADCHODZI WIELKIMI KROKAMI :D
      Nie martw się, pisałam Ci, że ja miałam podobnie z Twoim opkiem ;_; jak tak długo się nic nie pojawia, albo się nie czyta (tu akurat piję do siebie samej ;_;) to tak to niestety bywa ;_; Nic nie szkodzi, zresztą jak coś, to pytaj śmiało, objaśnię kto jest kto :D
      Bercia to człowiek-ciągutka, że tak powiem :D No, powiem Ci, że połączenie takiej mordki z takim charakterem to jeden z moich ulubionych smaczków w jego całej postaci :D NIE MARTW SIĘ, JA TAGUJĘ PODOBNIE, ZRESZTĄ NA PEWNO WIDZIAŁAŚ XD Chociaż jeśli miałabym wskazać swojego ulubionego Oxenstiernę aka Mojego Honorowego Fikcyjnego Męża, to to będzie własnie Bengt :D Ale czemu, to za niedługo :D
      O STARA BĘDZIE TAKI SAJGON MÓÓÓÓÓÓWIĘ CI :D Nie tylko dlatego, w ogóle na Zamku wszystko się wali na łeb na szyję, MÓWIĘ CI, NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ PUBLIKACJI NASTĘPNEGO ROZDZIAŁU BOŻE MAM FEELSY PRZEZ SWOJE WŁASNE OPKO ZABIJ MNIE XD
      JEJKU JEJKU TO SIĘ CIESZĘ :D DAMN, Cecylka to w mojej opinii to moje najbardziej udane dziecko :D Przynajmniej to płci żeńskiej :D Ale chciałam, żeby Cecylka była nieepokową kobitką, zbyt postępową, zbyt nieokrzesaną, taką co to (jak mi to ostatnio Omegon powiedział) ojciec ją powinien zamknąć w klasztorze i (jak ja to stwierdziłam (jest jedną wielką wychowawczą porażką swojego ojca) :D I cieszę się, że to widać :D Bo samo to że ma jaja ją taką czyni :D Tak mi się zdaje ;_;
      O STARA TYLKO CZEKAJ XD TYLKO CZEKAJ NA TEN ZAMEK XD *Znów feelsy*
      Toris nie pojawi się osobiście, ale będzie wspomniany i zacznie się kolejny wątek z nim :D Spokojnie, nie zapomniałam o nim :)
      A dzięki za odpowiedź, widziałam :D Ale wiesz, nie odpowiem za szybko, ani nie zacznę za szybko komentować, bo ten semestr jest straszliwy ;_; Znaczy, muszę po prostu cisnąć na bieżąco, bo ponoć dwa lata temu bez płacenia warunków zaliczyły semestr trzy osoby ;_; a poza tym nie ogarniam mechany, a bardzo mnie cisną no i sama rozumiesz ;-; Ale jak tylko będę miała chwilę (w weekend jeszcze może się udać), to zajrzę :)
      PS. Nie, nie walnęłaś, spokojna głowa :D Dzięki piękne za komcia <3 <3 <3

      Usuń
    7. Hahaha, no to pozostaje tylko czekać na tego płot twista, choć przyznam, że siedzę i myślę i chyba nie wymyślę, na czym on by mógł polecać. Jestem noga z tego okresu w historii, więc tym bardziej jestem skazana na czekanie, nawet przypuszczeń tu nie potrafię wysnuwać, bo ty jak to ty - a cholera wie, czym zaskoczysz. To był oczywiście komplement. :D
      O, czyli Bengt będzie fajny? Jakoś mi to imię to fajnego człowieka nie pasuje. XD
      Cecylka cała jest udana, ot co. Taki skarb zamykać w klasztorze to byłby grzech, zresztą i tak by z niego po dwóch dniach uciekła. :P
      No wiem, że nie zapomniałaś, ale ja jednak wciąż jestem totalną zwolenniczką Cecylki i Torisa, lubiłam dosłownie każdą scenę z nimi i ich oboje tak razem lubię, że ho ho, więc sama rozumiesz. Fangirl. :D
      Lubię dostawać komentarze, zwłaszcza od ciebie, ale spokojnie, przeżyję nawet jeśli w ogóle się nie pojawisz, życie i studia ważniejsze od mojego opka. Mówiłam ci to już chyba - nie czuj się jakoś zobowiązania do komciania mnie, bo ja komciam ciebie. No stress. ;)
      A prosz ja cię bardzo. <3

      Usuń
    8. Nie wymyślisz, bo nie było do niego żadnych hintów, to się dzieje tak totalnie z niczego, że niemożliwością byłoby na to wpaść :D Ale w fabułę wplotło się wspaniale, i naprawdę, ASFGDHDKFKGS, nie mogę się doczekać publikacji :D
      A dziękuję, dziękuję <3
      BENGT BĘDZIE SUPER. Serio, jest moim fikcyjnym mężem bardziej niż Bercia :D Bengt właśnie był super tak w rzeczywistości :D Randomowy fakt, raczej niezwiązany z opkiem: bodajże w 1669 (?) roku poślubił Magdalenę Stenbock, która była, delikatnie rzecz ujmując, trochę jak Cecylka - lubiła wtykać nos gdzie nie trzeba, interesować się Wielką Polityką i była zapaloną obrończynią kobiet, taką prawdziwą feministką jak na tamte czasy. Oczywiście wszyscy ją gnoili, no bo jak to tak, MIEJSCE KOBIETY JEST W KUCHNI, no, w przenośni oczywiście, ale wiadomo o co chodzi :D A BENGT (który całkiem btw był od niej starszy o około 30 lat) W SWOJE PROJEKTY, KTÓRE PRZEDSTAWIAŁ W RIKSDAGU WPLATAŁ JEJ POSTULATY I CI WSZYSCY IDIOCI JEJ NIE CHCIELI SŁUCHAĆ, ALE JEMU PRZYKLASKIWALI :D Wspaniały koleś, wspaniała historia :D
      A jakby nie uciekła, to sami by taką marudę wyrzucili XD
      Hm, no, do jakiejś najbliższej sceny z nimi to jeszcze trochę, ale bądź co bądź teraz temat Torisa wróci jak bumerang :D
      Spoko, myślę, że w ten weekend jeszcze z jeden rozdział skomciam, w następny też jeden spokojnie, no a potem to się zobaczy :D I owszem, czuję się zobowiązana, ale nie dlatego, że Ty komciasz mnie, ale wiesz - dobre opka trzeba komciać i karmić autorom wena :D

      Usuń
  7. To z jednej strony fajnie, bo będzie pewnie mega zaskok, a z drugiej nie, bo jestem z natury ciekawska i oczywiście już bym wszystko chciała wiedzieć. :P
    Hahaha, przyznam się tu po cichu, skoro już takie wyznania czynimy, że moim fikcyjnym mężem też jest jedna postać z mojego opka (choć w sumie nie wiem jak to w twoim przypadku, skoro Bengt i tutaj, i na żywo występował), ale jeszcze dużo wody upłynie, zanim go ktokolwiek poza mną ujrzy. LOL XD
    Eh, jakie te chłopy durne, baby nie posłuchają, ale wystarczy, że im facet to samo pokaże, to już się zaczynają ślinić.
    Tooooris. <3
    A to skoro tak, to dobra, akcja dokarmiania autorów komciami zawsze spoko. :D Zwłaszcza, że ostatnio dostaję mało konkretnych opinii i już sama nie wiem, co mam o nowych rozdziałach sądzić, cholercia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Żyjesz jeszcze, czy cię sesja pożarła, przeżuła i zapomniała wypluć? :P
    Tak tylko sprawdzam łączność. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. JESZCZE... TYLKO.... JUTRO... I JESTEM WOLNA :D

      Usuń
  9. Odpowiedzi
    1. Update : dostałam na urodziny Dziki Gon, więc z łącznością może być kiepsko :p

      Usuń