niedziela, 21 grudnia 2014

Rozdział XI



Po ostatnich wydarzeniach Cecylia nie chciała więcej przebywać w swoim własnym domu, albo raczej w tym, co z niego zostało. Wraz z Erzsebet udała się więc do księdza Gilberta. Obie długo się upierały, żeby zabrać ze sobą jeszcze dziadka Jurgisa, ale ten z kolei kategorycznie odmówił, twierdząc, że na stare lata nie zamierza się już nigdzie więcej przenosić, i że spokojnie może sobie dalej żyć w Łukowcach pod okiem bliźniaków Anielewiczów. Bracia z kolei wyrazili gotowość do rzucenia okiem  na starego Litwina i zajęcia się nim w razie potrzeby. Cecylia nie mogła więc walczyć z takimi argumentami. Nie zamierzała przecież zabierać dziadka siłą.
Gilbert, jak to miał w zwyczaju, z początku kręcił nosem na jakąkolwiek wizytę Łukasiewiczówny, ale ta zaraz wkroczyła na plebanię jak do siebie, ciągnąc za sobą posiadającą jeszcze resztki kultury osobistej Węgierkę i całkiem przy okazji ignorując naburmuszonego Prusaka oraz siedzącego pod ścianą Ragnara, którego najwyraźniej sprowadzono na dół, co by nie tkwił sam jeden na piętrze i zaznał trochę towarzystwa. Nawet mimo tego, że komunikacja między księdzem, używającym oczywiście języka niemieckiego, a Szwedem, który mówił albo po swojemu, albo używając bardzo podstawowego niemieckiego, była na co najmniej śmiesznym poziomie.
Łukasiewiczówna usadowiła się na ławie i, nie dając dojść Beilschmidtowi choćby do słowa, opowiedziała mu o wszystkim, co kilka godzin temu miało miejsce w Łukowcach. Gilbert słuchał tego jej dziwnie ubogiego w słowa sprawozdania z co raz bardziej niemądrym wyrazem twarzy, by w końcu zaczerwienić się straszliwie i spojrzeć na Cecylię złowrogo, zmarszczywszy jasne brwi.
— Czy ja ci nie mówiłem, głupia dziewucho — zaczął, łapiąc ją za ramiona — że ty chyba całkiem rozum postradałaś? Po co ci było tego Szweda do domu sprowadzać, co? Do wszystkich diabłów, ja wiedziałem, wiedziałem od samego początku, że z tego będą tylko same problemy! Jak ja kiedyś tego rakarza dorwę, to raz na zawsze popamięta… Scheisse, żeby ci takie kłopoty na łeb ściągać! A ty wcale nie lepsza, jak się tu coś ma — postukał ją palcem w czoło — to się tego używa, boś nie taka głupia, mimo wszystko, na jaką wyglądasz, ale na Boga, Cecylio, ja naprawdę mam wrażenie, żeś ty rozum kompletnie straciła, jakeś tego Szweda ujrzała!
Cecylia, początkowo trochę rozgniewana jego słowami, spodziewała się całkiem innego finału wypowiedzi. Ostatecznie nie mogła się nie uśmiechnąć. Gilbert stanowił dla niej ogromną zagadkę. Na porządku dziennym było ich wzajemne skakanie sobie do gardeł, przynajmniej w słownych sprzeczkach, ale jak przychodziło co do czego, to Prusak jednak wykazywał sporo dobrej woli ku jej osobie. Nie mogła tego nie docenić, mimo wszystko. Pomijając już nawet to, Gilbert nigdy nie zachowywał się w sposób, jakiego mogłoby się oczekiwać od księdza. Cecylia już pierwszego dnia, kiedy go poznała, zastanawiała się nad dwiema rzeczami: co go do zostania duchownym podkusiło i — przede wszystkim — kto się na to zgodził?
— Weź ty, pomyśl trochę. — Pacnęła go dłonią w czoło. — Przecież to nie jego wina, myślisz, że on by komukolwiek kłopoty na łeb ściągnął?
Gilbert milczał długą chwilę, a potem spojrzał na Cecylię z największym politowaniem, na jakie tylko było go stać.
— Też prawda, na pewno nie celowo i na pewno nie na ciebie, przecież on latał za tobą jak ten pies, a jak się tylko do niego odzywałaś, to założę się o wszystko, że gdyby tylko miał ogon, to na pewno by nim zamerdał…
— Gilbert.
— No ale czy nie było, jak rzekłem? — Spojrzał bezradnie na Erzsebet. — No Elka, sama powiedz!
— Raz jeden muszę się z Prusakiem zgodzić.
— Ech, idźcie wy, oboje. — Cecylia machnęła ręką. — W każdym razie, to przecież nie jego wina. A sam powiedz, Gilbert, no powiedz, czy powinnam była postąpić inaczej?
— Po katolicku, czy po rozsądnemu? — zapytał ją, zaciskając wymownie usta i unosząc brwi do góry.
— Jedno się akurat z drugim pokrywa, bo jakby go martwego znaleźli, to i my bylibyśmy już martwi — burknęła. — Ale wiesz, Gilbert, co oni tam sobie szwargotali?
— No jak mam wiedzieć?
— Że powiedziano im, że w mojej wsi Bercię znajdą — powiedziała i skrzyżowała ręce pod biustem. Popatrzyła na Erzsebet i Gilberta wyczekująco. — No, proszę, powiedzcie, że was nie muszę za rączkę prowadzić do wniosków, no!
— No dobrze, dobrze, już sobie nie myśl, że taka bystra jesteś — skarciła ją Węgierka. — Ktoś im cię wydał, tak? Ktoś, kto wiedział, że tego twojego Szweda szukają.
— Dlaczego nie nazywacie go po imieniu?
Jej pytanie zostało zignorowane.
— To się teraz trzeba zastanowić, kto mógł to zrobić — powiedział jej Gilbert. — Przecie z powietrza im się ta wiadomość nie wzięła, prawda? Problem polega na tym, że ty się chyba nie kryłaś z tym, że Szweda w domu trzymasz?
— Ty też się nie kryjesz.
— Aleć się domyślałaś, że ten twój to ktoś ważny, tak? — burknął Beilschmidt. — Lepiej i idź zapytaj tego całego Ragnara — rzucił okiem na Szweda, który zaraz poruszył się niespokojnie. Nikt się jednak nie obawiał, i tak przecież nic z rozmowy nie pojmował —  kim ten twój Bernhard tak właściwie jest, co ty na to? Może wtedy coś się wyjaśni.
— On nic nie powie, palnęłam przy nim, że się Bercia przyznać nie chciał. — Cecylia wzruszyła ramionami. — Ale to i tak nie ma znaczenia, nie obchodzi mnie jego nazwisko, tylko kto doniósł?
— Ja się obawiam — westchnęła Erzsebet— że mogłabyś się tego dowiedzieć tylko pytając u źródła.
— To znaczy?
— To znaczy u tego, kto tych żołnierzy tu wysłał.
— Cóż… —  zaczęła Łukasiewiczówna, ale zawahała się przez chwilę. Po chwili jednak nabrała pewnego właściwego sobie entuzjazmu i zaczęła mówić dalej. — Wiecie, tak sobie myślę, że może będę miała okazję.
Beilschmidt usiadł przy stole i przewrócił oczami. Erzsebet, również siadając, sprawiała wrażenie, jakby zamierzała zrobić dokładnie to samo, ale z trudem się od tego powstrzymała.
— Bo?
— Bo tak sobie pomyślałam, że jak pojadę na Śląsk, to może ojciec zgodziłby się na mój plan, bo wymyśliłam sobie, że…
— Czekaj, czekaj— powtórzył po niej Prusak, wytrzeszczając oczy.— Że co ty, przepraszam, chcesz zrobić?
        — Pojechać do ojca na Śląsk — powtórzyła spokojnie Cecylia, rozgrzewając się przy kominku.
        — Zgłupiałaś — prychnął głośno. — Odbiło ci do reszty, Polen. Chcesz się tłuc przez pół kraju, okupowanego przez Szwedów, należałoby dodać, tylko po to, żeby odnaleźć tatuśka, co do którego nawet nie jesteś pewna, czy na tym zakichanym Śląsku jest, tak? Scheisse, jakaś ty durna czasami, to Chryste, zlituj się!
        — Może i masz rację — wzruszyła ramionami. — Ale co ja jeszcze mogę teraz zrobić?
        — A tam co niby będziesz robić? — zapytał ją sceptycznie Gilbert.
        — A co będę tu robić? — odcięła się. — Całe nic. A tam, to się może przydam. Mam plan, mogłabym pomóc…
        — Och, tak, oczywiście, na polu bitwy najlepiej — prychnął ksiądz. — Czy ty sama siebie słyszysz?
        — Pocałuj mnie w nos, Gilbert — burknęła na niego Cecylia, owijając się szczelniej kocem. — Nie mam siły na dyskusje z tobą. Jadę do ojca i koniec. Nie chcę tu dłużej siedzieć. Jaka mi różnica, czy znajdą mnie tu, czy po drodze? Jak mi się mają dobrać do skóry, to i tak to zrobią. Po dzisiejszym naprawdę już to widzę.
        Zapadła cisza, którą wreszcie przerwał Ragnar, prosząc Cecylię o wyjaśnienie mu, o cóż takiego w rozmowie idzie. Jak więc poprosił, tak zrobiła.
        — Pojadę z tobą —rzekł zaraz, ochoczo zacierając ręce.
        — Nie ma mowy — odpowiedziała mu Cecylia. — No przecież ja się tobą nie zajmę, dobrze by było, jakbym sama sobą umiała się zająć…
        — Daj spokój, mam tu gnić do końca życia? — zapytał ją znów, spoglądając wyczekująco. — Poza tym, to jeśli dobrze zrozumiałem, to ty zamierzasz jechać do Warszawy, tak?
        — Jeszcze tego by brakowało! —Rozmowa, skoro Ragnar już się włączył, musiała być tłumaczona. Erzsebet zaraz się wtrąciła, mierząc Łukasiewiczównę ostrzegawczym spojrzeniem. Dziewczyna całkiem ją zignorowała.
        — Tak, zgadza się — powiedziała Cecylia, nie tracąc rezonu, i całkiem Węgierkę ignorując. — Przydałby nam się ktoś, że tak powiem, w gnieździe węży. No a sam powiedz, przecież chyba nie wpadną na to, żeby kobietę podejrzewać.
        — Szczerze mówiąc, to wątpię. — Ragnar pokiwał głową. — Ale ktoś musi nauczyć cię mówić po szwedzku, prawda? A tak się składa, że ja jestem jedynym, który jest w stanie to zrobić. Jadę z tobą. Teraz nie masz wyboru.
        Szwed wyglądał na wyraźnie z siebie zadowolonego. Cecylia z kolei nie mogła powiedzieć tego samego o sobie. Dobrze prawił, to musiała mu przyznać, ale ciągle, zważywszy na swój stan, byłby dla niej w podróży niewyobrażalnym problemem.
        — A co ty taki chętny do pomocy jesteś? — zapytała zgryźliwie. — Że mnie będziesz szwedzkiego uczył, żebym mogła was szpiegować? Czy to się w jakiś sposób nie kwalifikuje pod zdradę, czy coś podobnego?
        — Ty myślisz, że ja też jestem taki narwany jak Karol Gustaw czy Wittenberg? — Skrzywił się. — Nigdy w życiu. Jak musiałem, to i jestem, ale sam się tu nie rwałem. Ja chcę tylko wrócić do domu, a co jak co, ale mam wrażenie, że będę bezpieczniejszy, trzymając z wami.
        Cecylia milczała długą chwilę, znosząc pełne napięcia spojrzenie Ljungqvista. W końcu kiwnęła głową, całkiem już przekonana. Nie znała tego człowieka zbyt dobrze, ale ośli upór wręcz od niego bił, wiedziała więc, że dalsze dyskusje większego sensu nie mają. A i rzeczywiście przydałoby się, żeby ktoś ją szwedzkiego porządnie nauczył.
        — Ragnar pojedzie ze mną — powiedziała Łukasiewiczówna, spoglądając na Gilberta i Erzsebet. Zapomniała na śmierć, że oni przecież po rosyjsku nie rozumieją, a inaczej z Ragnarem porozumieć się było ciężko.
        — Świetnie — podsumował kwaśno Beilschmidt. — Chodząca durnota i kaleka. Świetnie żeście się dobrali, nie ma co, tylko pogratulować. I kondolencje składać.
        — Dałbyś już spokój — burknęła Erzsebet, trzymając na kolanach śpiącego Kornela. — Jeszcze dzieciaka obudzicie, osły.
        — Właśnie — odezwał się znów Gilbert. — Dzieciaka jeszcze chcesz tam ciągnąć? Czy ty jesteś normalna?
        — Z ojcem będzie bezpieczniejszy — upierała się Cecylia.
Miała wątpliwości. Sama nie była do końca przekonana, właściwie, do tego pomysłu. Po głowie kołatała się jej myśl, że wcale nie robi tego dla dobra Kornela i swojego, a w celu spełnienia własnych zachcianek — bo czy też nie chodziło jej jedynie o to, żeby przestać siedzieć w miejscu i zacząć wreszcie coś robić, kiedy w kraju działy się takie, a nie inne rzeczy? Nie, zdecydowanie wolała wierzyć, że to nie był jedyny powód.
        — Pod warunkiem, że wasz ojciec tam jest — wtrącił znów Gilbert, a Cecylia wróciła na ziemię.
        — Gadaj sobie co chcesz — powiedziała Łukasiewiczówna tonem, który zwiastował, że nie zamierza powiedzieć już ani słowa więcej. — Ja i tak pojadę. Tu ani Kornela, ani siebie nie ochronię.
        — Scheisse, Polen! — zawołał Gilber co najmniej poirytowanym tonem. — Do ciebie nic nie dociera, jak sobie coś już wbijesz do tej swojej durnej łepetyny! Scheisse. Przecież wy po drodze zginiecie. Do licha ciężkiego, ja nie wiem, co mi odbiło, ale pojadę z tobą na ten zakichany Śląsk. Scheisse!
        Usiadł na ławie i, zacisnąwszy usta, wbił zirytowany wzrok w sufit. Cecylii natomiast momentalnie minęło całe to zasępienie, jakim jeszcze przed chwilą była ogarnięta. Spojrzała na Gilberta zaskoczonym wzrokiem, nie bardzo wiedząc, czy mówił poważnie, czy nie. Najwyraźniej jednak naprawdę zamierzał towarzyszyć jej w podróży.
        — Oszalałeś? — zapytała go cicho. — Jesteś księdzem, nie możesz…
        — Taki ze mnie ksiądz jak z koziej du…
        — Dobra, dobra — przerwała mu szybko Łukasiewiczówna. — Wiemy. Ale Gilbert, naprawdę? Wiesz, jesteś tu proboszczem…
        — Naprawdę? — zapytał ją ociekającym ironią tonem. — Nie jestem głupi, w przeciwieństwie do ciebie. Jadę stąd. Zaraz mi powiecie, że wstyd i hańba, ale ja też wolę się stąd ulotnić. Jak mi się te lutry do skóry dobiorą… —  Wzdrygnął się na tę myśl. — Nie, dziękuję. Zresztą, mam coś do załatwienia po drodze. Znaczy, niezbyt po drodze…
        — Gdzie? — zapytała go Erzsebet, nakrywając Kornela kocem.
        — W Częstochowie — rzekł. — Nie będę was tam ciągnął. Rozdzielimy się. Ale przynajmniej część drogi będziemy razem.
        — Więc postanowione? — zapytała jeszcze Erzsebet, a Cecylia i Gilbert jednocześnie kiwnęli głowami. — Kiedy ruszamy?
        — Na dniach — rzekła Cecylia. Tylko się zorganizujemy. Nie ma co tu siedzieć. Gilbert, a co ty tam w tej Częstochowie takiego masz, że ci tam tak spieszno?
        Beilschmidt milczał przez moment, by dopiero po chwili powiedzieć coś, co Cecylii absolutnie nie przeszło nawet przez myśl.
        — Brata.
        Łukasiewiczówna zamrugała ze zdziwieniem.
        — Masz brata? — zapytała go, a gdy pokiwał głową, kontynuowała: —  A co, zakonnikiem jest?
        — Nie, oszalałaś? — prychnął na to duchowny. — Jest trochę młodszy od Kornela.
        — To czemu siedzi w klasztorze? — zapytała znów. — A w ogóle, to jak ma na imię?
        — Ludwig. A co tam robi, to jest akurat moja sprawa.
        Prusak powiedział to takim tonem, że nawet Cecylia nie śmiała dalej drążyć tematu. Patrzyła na niego jedynie przez chwilę z uniesionymi wysoko brwiami, sądząc, że być może uda jej się jeszcze w ten sposób coś z Gilberta wydusić, ale ten tylko odwrócił zaczerwienioną twarz, nie odzywając się już ani słowem.
*
        Uzgodniono, że najlepiej będzie jeśli Gilbert na czas podróży przywdzieje świeckie odzienie, Erzsebet będzie uchodzić za jego żonę, a Cecylia i Kornel za dzieci. Łukasiewiczówna oczywiście obruszyła się niezmiernie na samą wzmiankę o pomyśle zrobienia z niej dziecka, sprawa jednak nie ulegała dyskusji —Erzsebet wyglądała na sporo od Cecylii starszą, więc nie było co dyskutować. W ten sposób mogli sporo zaoszczędzić na karczmach, unikając przy okazji wszelkiego rodzaju problemów z gatunku „To się nie godzi, by ksiądz dzielił izbę z dwoma niewiastami!”, więc Cecylia musiała się z tym konspiracyjnym planem pogodzić. Ragnar z kolei, który jako kaleka nie kwalifikował się raczej pod sprawianie kłopotu i ściąganie oskarżeń, został okrzyknięty kuzynem Prusaka, wiedzionym do Częstochowy przez rodzinę w ramach jego ostatniej woli, bo też za umierającego miał uchodzić.
Początkowo podróż przebiegała bez przeszkód, nawet mimo tego, że pogoda nie dopisywała — był koniec października, a mróz zrobił się taki, jakby już środek zimy był. Wszyscy jednak zagryźli zęby i cieszyli się, że udaje im się posuwać naprzód.  
        I plan się powiódł. Na Śląsk dotarli w czasie nawet krótszym niż planowali. Gilbert, a z nim i Erzsebet, odłączyli się po drodze, by udać się do Częstochowy, a Cecylia wraz z Ragnarem i Kornelem, szczęśliwym zrządzeniem losu po drodze natknęła się na chorągiew husarską, dowodzoną przez jej stryja, Michała Łukasiewicza, również spieszącą do króla. Na miejscu już wywiedzieli się, że Jego Wysokość król Jan Kazimierz przebywa w majątku należącym do rodziny Jaśnie Pani królowej Ludwiki Marii w Głogówku. I tam też właśnie, bez większych przygód, po niedługim czasie dotarli.
*
        Jako, że pan Julian Łukasiewicz cieszył się ogromnymi względami polskiego króla i po cichu, nieoficjalnie mógł nazywać siebie jego serdecznym przyjacielem, Cecylia nie miała wielkich trudności z doproszeniem się audiencji, kiedy tylko powołała się na swojego ojca.
Król Jan Kazimierz nie robił na człowieku tak wielkiego wrażenia, jakiego można by spodziewać się po władcy. Wydawał się jakiś taki całkiem pozbawiony charyzmy i jakby nie na miejscu — tak przynajmniej pomyślała Cecylia, gdy wprowadzono ją do izby.
Bujne, kręcone, ciemne włosy oraz ciężkie powieki okalające brązowe oczy sprawiały, że człowiek ten nieodparcie przywodził na myśl raczej Włocha niż Polaka. Mówiono, że akurat pod tym względem bardzo przypomina swojego dalekiego krewniaka, dość jeszcze młodego króla Szwecji, ale Cecylia nie wiedziała ile w tym prawdy, jako że nigdy nie miała wątpliwej przyjemności Karola Gustawa spotkać. Dodatkowo, Łukasiewiczówna była święcie przekonana, że te jego ciemne loki to peruka.
                I teraz, kiedy w końcu Cecylia znalazła się u celu, dokładnie tam gdzie chciała, w Głogówku, przed obliczem Jana Kazimierza, zapomniała języka w gębie. Bo co tak właściwie miała mu powiedzieć? Myślała o tym wielokrotnie, nie chciała siedzieć w bezpiecznej twierdzy i patrzeć na to wszystko z boku — chciała działać, chciała coś zrobić, ta bezczynność zaczynała powoli doprowadzać ją do szaleństwa. Tylko jak to powiedzieć? I czy w ogóle był sens rozmawiać o tym z królem? „Przepraszam bardzo, ale czy wasza wysokość sądzi, że może mogłabym z wami Szwedów bić?”— to nawet w jej głowie zabrzmiało tak absurdalnie, że nigdy w życiu nie zdecydowałaby się na powiedzenie czegoś podobnego na głos.
                — Wasza wysokość — bąknęła tylko, dygnąwszy przed królem grzecznie.
                Król spojrzał na nią z góry, marszcząc ze zdziwieniem brwi, ale odpowiedział jej skinięciem głowy. Długo jeszcze się jej przyglądał, podobnie zresztą jak dwóch wartowników, towarzyszących w spotkaniu. W końcu Jan Kazimierz usiadł przy niewielkim, ładnie wykonanym stoliku, gestem ręki wskazując Cecylii miejsce naprzeciw niego. Nie odmówiła.
                — Waćpanna jest córką Juliana Łukasiewicza, prawda? — zapytał ją król, spoglądając na nią uważnie.
                Skwapliwie pokiwała głową.
                — Jako żywo, wasza miłość.
                — Podobno przywiodłaś ze sobą Szweda — rzekł. —Prawda to?
                Raczej nie podejrzewał ją o zdradę i współpracę ze Szwedami, tyle Cecylia wyczytała z jego twarzy. Nie dziwiła mu się jednak, że wyraźnie nie podobał mu się fakt, że córka jednego z jego chorążych prowadza się po kraju z wrogim żołnierzem.
                — Tak, wszystko prawda — odparła. — Mam na swoje wytłumaczenie bardzo wiele do powiedzenia. Jeśli tylko wasza miłość pozwoli.
                — Oczywiście — zgodził się. — Chciałbym też wiedzieć, dlaczego nie jest waćpanna w rodzinnym majątku i jakim cudem udało wam się bez szwanku dotrzeć z Pomorza na Śląsk.
                — To wszystko się ze sobą wiąże — powiedziała szybko Cecylia. — Zaczęło się od tego, że koło Łukowców przechodziła armia marszałka Wittenberga. Musiałam przyrzec wierność Karolowi Gustawowi, a żeby go diabli wzięli, ich wszystkich, zamorszczyków chędo…
                W ostatniej chwili ugryzła się w język.
                — Oni chyba zostawili mały oddział, nie mam pojęcia, pewnie z wiadomością do drugiej armii, czy oddziału, ja tam nie wiem, która ponoć miała tamtędy przechodzić — tłumaczyła dalej Cecylia. — No ale coś poszło bardzo nie tak i oni się wdali w jakąś bitwę. No i dwóch przeżyło. I się nimi zajęliśmy, bo to przecież też ludzie, prawda? To znaczy, ja wzięłam jednego, a ksiądz Gilbert drugiego.
                — I przywiodłaś go tu ze sobą? — Król uniósł wysoko brwi.
                — Nie, no gdzie tam! — zawołała, ale zaraz się opamiętała. — Wasza wysokość — bąknęła, żeby nie wyjść przed królem na absolutnie nieokrzesane i nieumiejące się zachować dziewuszysko. Chyba trochę za późno.
                Jan Kazimierz jednak, zamiast ją skarcić, uśmiechnął się pod nosem. I wtedy Cecylia wiedziała, że pogoda ducha znów pozwoliła przymknąć oko na jej zachowanie.
                — Ten, co u mnie był, Bernhard się zwał, nie wiem jaki, ale o tym zaraz — paplała dalej, z większą pewnością i entuzjazmem. — Myśmy tu przywlekli ze sobą Ragnara, on u księdza się leczył. Ale wasza wysokość się martwić nie musi, on nic nikomu nie doniesie. Bo nie chodzi.
                — Jak to?
                Cecylia wzruszyła ramionami.
                — Dostał kulą w plecy — rzekła. — Już się go nie poskłada. Tak nam lekarz powiedział. Ja to się nie znam.
                — Czyli ten problem mamy rozwiązany — mruknął król. — No dobrze, ale, na miły Bóg, waćpanna tak chaotycznie opowiada! Proszę do sedna, jeśli łaska.
                — No to ten mój Bercia — zaczęła, ale zaraz zapragnęła zapaść się pod ziemię. Jak mogła to powiedzieć? — No, Bernhard, znaczy… No, ja nie wiem, z jakiej on rodziny. Ale na pewno ktoś ważny, bo mówił, że musi jechać, żeby po niego nie przyszli, i żebyśmy kłopotów nie mieli. No to musiał być ważny, tak sobie miarkuję. I pojechał, a oni przyszli i tak. Dom mi spalili. I całą wieś, wstrętne Szwedziska... To co ja tam miałam siedzieć, z czym? Do ojca przyjechałam, bo tam to dla mnie żadnej przyszłości nie było.
                — Ojciec już wie, że waćpanna przyjechała — rzekł król. — I panienki bracia też tu są. Zapewnimy waćpannie opiekę, spokojnie może waćpanna tu zostać, dopóki się nie uspokoi…
                — Co? — przerwała mu Cecylia. Król popatrzył na nią zdziwiony, ale ona najwyraźniej nie widziała w swoim zachowaniu nic niestosownego. Była tak zaaprobowana całą tą sytuacją, że zupełnie już nie zważając na etykietę i jakiekolwiek zasady dobrego wychowania, całkiem zignorowała fakt, że król na chwilkę odwrócił od niej swoją uwagę: rozległo się pukanie do drzwi, skwitowane przez króla krótkim „Wejść”, które Cecylia miała sobie za nic. Rozgniewana, wcięła się królowi w pół słowa. — Nie, ja nie chcę tu siedzieć! I przecież wy wszyscy też nie powinniście, już raczej biegiem lecieć, Szwedów bić! Ja się przydam, pomogę wam, chcę coś zrobić, ja… Ojejku, tatuś!
                Król już nic jej nie obchodził. Liczył się tylko ojciec, z którym nie widziała się już tyle czasu, ponad rok będzie, jak na wojnę z Rosjanami poszedł — a Cecylia była z ojcem związana, och, jak mocno, jak chyba z nikim innym w rodzinie.
                - Wasza Wysokość. – Julian Łukasiewicz dygnął grzecznie przed królem, a ten w odpowiedzi skinął mu głową.
                Cecylia była bardzo do ojca podobna, zachowując jednocześnie sporo podobieństwa do matki, przynajmniej w kwestii wyglądu. Julian Łukasiewicz był mężczyzną dość drobnej postury i niewielkiego wzrostu — obie te cechy córka odziedziczyła, podobnie jak trójkątną, piegowatą i wiecznie rumianą twarz oraz ogromne, jasnozielone oczy w kształcie migdałów. Tu jednak kończyły się wszelkie podobieństwa między nimi, przynajmniej w kwestii aparycji — ojciec Cecylii miał odrobinę haczykowaty nos i ciemniejsze włosy, w odcieniu ciepłego brązu, a nie właściwego Cecylii słomianego blondu, które nosił ścięte na wysokości szczęki, zdecydowanie nie na sarmacką modłę, podobnie zresztą jak i brodę, przywodzącą na myśl raczej dawnych królów niż polskiego szlachcica z krwi i kości.
                Cecylia wstała energicznie, niemalże wywracając przy tym krzesło. Na twarzy pana Juliana Łukasiewicza malowała się mieszanina zdziwienia, ulgi i radości — był zwyczajnie zdezorientowany postępowaniem córki, tym że jakimś cudem nie była w domu, a tu, na Śląsku. Był na nią trochę zły, ale przecież nie mógł się długo gniewać widząc jej radosną, roześmianą buzię.
                A gdy zarzuciła mu ręce na szyję i uścisnęła go tak mocno i radośnie, jakby właśnie wrócił z martwych, złość minęła już bezpowrotnie.
                — Cecylko… —  zaczął łamiącym się głosem, również ją uścisnąwszy. — Dziecko drogie… —  Pogłaskał ją po głowie ostrożnym, niepewnym ruchem, jakby nie do końca wierząc, że to dzieje się naprawdę. I tak też w istocie było. —Córuś moja, po coś tu przyszła? Przecie ty przez pół kraju… Oj, córuś…
                — Jak ja się cieszę! — zawołała jakimś nieswoim, drżącym głosem. Nadal miała w sobie jeszcze wiele z dziecka, nadal strasznie potrzebowała ojca, tym bardziej, że wydarzenia ostatnich miesięcy zwyczajnie ją przerosły. — Jak ja się cieszę, oj, tatulo, żebyś ty wiedział, co się tam działo, jak cię nie było… Och, jak myśmy cię potrzebowali, tatusiu, musieliśmy, musieliśmy tu przyjść, no bo jakże nam było tam zostać…
                — Ale co się stało? — zapytał ją w końcu, gdy udało mu się wyplątać z jej uścisku. Nigdy, przenigdy jeszcze nie widział Cecylii w takim stanie.
                I Cecylia opowiedziała całą historię raz jeszcze.
                Julian Łukasiewicz z każdym jej słowem był co raz mniej szczęśliwy widokiem córki, a co raz bardziej wściekły wydarzeniami ostatnich miesięcy. Nie za bardzo nadążał za wszystkimi faktami — najpierw zapragnął Cecylią potrząsnąć, kiedy usłyszał o tym, jak wzięła do domu Szweda, ale jego spojrzenie na nią zdecydowanie łagodniało z każdym wypowiadanym przez córkę słowem. Bo przecież jakże mógłby karcić ją za dobre — zbyt dobre, to prawda — serce? Szczególnie, że on doskonale wiedział, że Cecylia głupia nie była i jeśli mówiła, że ten Szwed był dobrym człowiekiem, to na pewno tak było. I nie godziło się go potraktować jak wroga, mimo wszystko, jeśli rzeczywiście był ranny i bliski śmierci.
                Całkiem jednak zmienił zdanie na temat Szwedów, w tej liczbie i wspomnianego przez córkę Bernharda, kiedy usłyszał całą tę historię, jak to heretycy napadli na Łukowce i niemalże zrównali je z ziemią, nie tylko rozkradając majątek, ale i mordując ludzi. Pan Julian zdecydowanie bardziej obwiniał o to gościa córki, niż robiła to ona sama — bo jak by nie było, gdyby jednak zwyczajnie umarł, to Cecylia nie miałaby kogo ratować. Dopiero po chwili gniew opadł na tyle, ze zdał sobie sprawę, że wtedy nie tylko jego dzieci, ale i wszystkich mieszkańców wsi spotkałby o wiele gorszy los. Bo rzeczywiście i pan Łukasiewicz był zdania, że ów Bernhard musiał być kimś bardzo ważnym. Pozostawało jednak pytanie, skąd Szwedzi wiedzieli gdzie konkretnie go szukać? Bo doskonale wiedział, gdzie znajdował się zagajnik, w którym Cecylia Szweda znalazła. I nie było to na tyle blisko Łukowców, by na nie padło pierwsze podejrzenie. Za nic jednak nie mógł dojść do rozwiązania tej zagadki.
                Miał ochotę paść na kolana i dziękować Bogu za to, że Cecylii, Kornelowi i reszcie udało się przebyć tak długą drogę zupełnie bez szwanku — to było właściwie nie do pojęcia, szczególnie biorąc pod uwagę zdolność córki do ściągania na siebie kłopotów. Teraz jednak pozostawało zdecydować, co z nimi zrobić? Przecież król i jego ludzie nie będą tkwić tu wiecznie, a jednocześnie, mimo oferty króla, nie godziło się zostawić córki w królewskim majątku. Po prostu nie. Łukasiewicz był na to zbyt dumnym człowiekiem. Ale przecież w pole bitwy też jej ze sobą nie weźmie, na litość boską! Nie wiedział, co robić. Cecylia jednak zdawała się mieć tę kwestię już od dawna bardzo dobrze przemyślaną.
                — Co ja mam z tobą zrobić, córuś? — Łukasiewicz złapał się za głowę. — Na miły Bóg, coś muszę. I z tobą, i z Kornelem przecie. No ale jak to tak, przecież was tu nie zostawię, ani na wojnę nie wezmę… Oj, córuś moja, co z tobą począć?
                — Niech się tatulo nie trapi, ja sobie wszyściutko już przemyślałam — zaczęła tonem znawcy, jednocześnie szeroko się uśmiechając. — Bo wy to chyba Warszawę odbić zechcecie, prawda?
                Łukasiewicz rzucił przelotne spojrzenie na króla, który ze swojego miejsca przysłuchiwał się rozmowie. Cecylia obejrzała się przez ramię. Król skinął głową na znak zgody, Łukasiewicz więc kontynuował.
                — Oczywista rzecz, że planujemy. — Pokiwał głową. — Ale ty nawet nie próbuj o tym myśleć, już ja znam twoje durne pomysły, na żadną bitwę nie pójdziesz. Bez dyskusji.
                — Oj, ale tatuś, kiedy mnie wcale nie o to chodziło! — ofuknęła go. — Nie, to wcale nie tak, ty myślisz, że ja bym się tak do bitki pchała? Nie, dziękuję, jeszcze mi życie miłe! Nie, ja sobie tam myślałam po drodze, bo wiesz, też się zastanawiałam, co wy tu ze mną poczniecie, no bo Kornelem to się jednak trzeba zając, a ja to stara jestem — zaśmiała się trochę nieszczerze. — Więc, ja to pewna byłam, że Warszawę trzeba będzie odbić, bo jakże by inaczej. Ale problem polega na tym, że wy nic nie wiecie, ile tam wojska, jacy dowódcy, które wejścia są strzeżone, które nie, a i kogoś z biedoty by się przydało na spytki wziąć, bo tacy to najwięcej zawsze wiedzą. No czy nie dobrze prawię, tatulo?
                — Tylko co do dowódców się mylisz — powiedział z dumą, nie mogąc zmusić się do ukrycia jej. Był z Cecylii naprawdę dumny — zawsze była trudnym dzieckiem, nadal pozostała trudna, jednak nie mógł nie doceniać bystrości jej umysłu i entuzjazmu do wszystkiego.  Czasem wręcz żałował, że urodziła się kobietą — jako mężczyzna mogłaby osiągnąć coś naprawdę wielkiego, a tak wiele ścieżek pozostało dla niej zamkniętych. — Ale dobrze prawisz, córuś, bardzo dobrze. Tylko co ty chcesz przez to powiedzieć? Bo mnie się to już nie podoba, jeśli szczerze mam mówić, wiesz?
                — No bo wy to tam kogoś bystrego w środku potrzebujecie, ot co! — zawołała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — I jeszcze kogoś obrotnego. No a ja naprawdę chcę coś zrobić, nie mogę całej wojny przesiedzieć na tył…
                — CECYLIO, NA LITOŚĆ BOSKĄ!
                — No, ale tatuś, przecież wiesz, że ja nie usiedzę, a tak, to bym pomóc mogła, no sam powiedz, czy nie… —  paplała dalej, a pan Julian już wiedział, że to ostatni moment na przerwanie tego potoku słów, który z siebie bez ustanku wylewała, bo jeszcze chwilka i nikt jej nie przegada.
                — Chyba oszalałaś. — Pokręcił głową, a gdy Cecylia znów otworzyła usta, by się odezwać, powstrzymał ją ruchem ręki. Posłusznie zamilkła — chyba do niego jednego na całym świecie Cecylia miała tyle szacunku, by uszanować nakaz milczenia. — Nie pójdziesz do żadnej Warszawy. Mogłem się po tobie spodziewać takich pomysłów. Nawet nie ma mowy.
                — Tatuś, ale posłuchaj, to jest naprawdę bardzo dobry pomysł, no sam powiedz… —  próbowała dalej, łapiąc go za rękę, ale pan Julian tylko spojrzał na nią ostro.
                — Owszem, to jest dobry pomysł — burknął. — Jego wysokość też tak uważa — dodał, a gdy Cecylia się odwróciła, król skwapliwie pokiwał głową.  — Ale ty nigdzie nie pójdziesz. I nie chcę słyszeć żadnych dyskusji.
                — Ale tato, ja jestem dorosła, umiem myśleć za siebie przecie! — zawołała co najmniej oburzona, używając jednocześnie dość słabego argumentu. — Ale jak Jego Wysokość twierdzi, że pomysł jest dobry, to może jego o zdanie zapytajmy! Co Wasza Miłość zdecyduje?
                Julian był w tamtej chwili naprawdę na Cecylię wściekły —ta dziewczyna za grosz nie miała poczucia przyzwoitości, żeby takie kłótnie roztrząsać przy królu i jeszcze pytać go o zdanie. Bo wiedziała doskonale, że jeśli król zgodę wyrazi, to ojciec nie będzie miał nic do powiedzenia. Jakaż to była uparta bestia, do tego naprawdę bezczelna i czasami, w takich właśnie momentach, żałował, że nie wychowywał jej surowszą ręką.
                Jeśli natomiast chodziło o samego Jana Kazimierza, to na szczęście dla Łukasiewicza był on człowiekiem, mimo wszystko, rozsądnym. Królem może nie był najlepszym, to nawet pan Julian widział, ale przynajmniej jako człowiek miał sporo poczucia przyzwoitości i nie postawiłby Łukasiewicza przed takim dylematem, zapewne podzielając dodatkowo jego zdanie. I tak też w istocie było.
                — Niech mnie waćpanna nie stawia w podobnej sytuacji — powiedział trochę karcącym tonem. — Waćpanny ojciec decydować będzie, co z panią począć. Jeśli on zezwoli, ja zgodę dam.
                Julian nie mógł powstrzymać wpełzającego mu na usta pełnego triumfu uśmiechu. Nie, nie był wobec córki złośliwy, to zupełnie nie o to chodziło — pewnego rodzaju cynizm i butę jednak zwyczajnie w sobie miał, zresztą Cecylia tę drugą cechę zdecydowanie po nim odziedziczyła. Wszelkie ich spięcia opierały się bardziej na rywalizacji dwóch okrutnie dominujących osobowości, niż rzeczywistych kłótniach pomiędzy rodzicem a dzieckiem. Pan Julian wychowywał swoje dzieci w dość nietypowy sposób, będąc im bardziej przyjacielem niż rodzicielem i w takich właśnie momentach było to bardzo widoczne.
                — A ja zgody nie wyrażę — powiedział stanowczo, krzyżując ręce na piersi. — Nie, Cecylio, nie będziemy dyskutować. Mówisz, że jesteś dorosła, to się tak zachowaj.
                — Nie będziesz mi niczego zabraniał— burknęła pod nosem. Na swoje nieszczęście o ton za głośno.
                Julian Łukasiewicz za młodu był gorączką przeokrutnym i zostało mu to do dziś, jednak z wiekiem przybyło mu też sporo opanowania, dlatego kiedy przemówił, głos miał nad wyraz spokojny, pomimo że wewnątrz aż gotował się ze złości. Cecylia wiedziała, że przesadziła — zacisnęła usta i wbiła wzrok w podłogę, nie mogąc patrzeć w oczy ojca. 
                — Cecylio, wyjdź, proszę — powiedział jej z głębokim westchnieniem, przez które Cecylia miała ochotę wręcz się rozpłakać. — I poczekaj na mnie na korytarzu. Dobrze?
                Nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa, bojąc się, że wtedy rozpłacze się na dobre, dlatego zacisnęła tylko usta i kiwnęła głową na znak zgody. Odwróciła się i opuściła pomieszczenie, powoli zamykając za sobą drzwi. Nawet króla całkowicie zignorowała— spotkanie z ojcem, właściwie, przyćmiło to wrażenie, ale król nie wzbudził w niej żadnego szacunku. Odnosiła się do niego grzecznie, bo tak wypadało i nie miała powodów by postępować inaczej, ale musiała zwrócić uwagę na to, że co jak co, ale na polityka to on się absolutnie nie nadawał. Podobnie zresztą jak i na króla.
                Ignorując całkiem strażników, odeszła kilka kroków i — nie przejmując się wcale perspektywą zniszczenia ubrania — usiadła na podłodze, plecami oparła się o ścianę i podciągnęła kolana pod brodę. Ogarnęła ją niezmierzona wściekłość na samą siebie, nie tylko z powodu co najmniej niegrzecznego potraktowania ojca, ale już bardziej przez fakt, że naprawdę całkiem poważnie uważała, że ojciec pozwoli jej ruszyć się z bezpiecznego dworu i wziąć udział w jakichkolwiek wojennych planach, nawet jeśli nie miały one nic wspólnego z żadnymi bitwami. Nie tylko na siebie była wściekła, na niego również, bo wrodziła się właśnie w niego, oboje byli tacy sami, tak samo rozgorączkowani i entuzjastyczni, niemogący usiedzieć w miejscu i uparci jak osły o poranku, więc powinien ją zrozumieć, bo kto inny, jeśli nie on? Cecylia wiedziała, naturalnie, że zachowanie takie a nie inne wynikało tylko i wyłącznie z troski o nią, ale na Boga, nie mógł pilnować jej przez całe życie. Może była roztrzepana i lekkomyślna, ale jednocześnie potrafiła o siebie zadbać i była obrotna jak nikt inny — jeśli ktoś poradziłby sobie w Warszawie na przeszpiegach, to tylko ona, wiedziała o tym dobrze. I doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ojciec też o tym wiedział.
                — Co tak siedzisz, Cecylko?
                Cały ten paskudny nastrój, jaki wcześniej ogarnął Cecylię, momentalnie przeszedł w niepamięć na dźwięk znajomego, ale z dawna niesłyszanego głosu. Podniosła zaszklone, zielone oczy na przybysza i — jak zawsze zresztą, gdy na niego spoglądała — doznała wrażenia, jakby oglądała nie brata, a swoje własne odbicie w lustrze. I rzeczywiście można było odnieść takie wrażenie — Łukasiewiczówna zawsze była zdania, że gdyby obcięła sobie włosy, to z powodzeniem mogłaby uchodzić za chłopca. Podobnie sytuacja miała się z Aleksandrem— bo tak właśnie miał na imię— gdyby go odziać w suknię i jakoś doprowadzić do porządku jego słomianą czuprynę, to przy odrobinie dobrej woli spokojnie można by go wziąć za kobietę. Przy tym wszystkim ich twarze nie różniły się zupełnie niczym, prócz jasnego, rzadkiego zarostu na twarzy chłopaka.
                — No już, weź mi tu nie płacz, no! — zawołał i usiadł koło niej. — No, widzę, że zjawiłem się w samą porę! Więc? Co takiego się wydarzyło?
                Więc Cecylia powiedziała mu wszystko. Raz jeszcze powtórzyła historię o ratowaniu Bernharda i Ragnara, o napaści na Łukowce, podróży na Śląsk i swoim pomyśle pomocy w Warszawie. Aleksander słuchał, wcinając jej się w opowieść dosłownie co drugie słowo, aż w końcu zmieniło się w jedną wielką sprzeczkę. Tak, jak to zwykle w wypadku dwóch tak podobnych i okrutnie rozgadanych osób bywało.
                — Wiesz ty co? — Brat zwrócił na Cecylię wielkie, zielone oczy i uśmiechnął się szeroko. — A ja to nawet wiem, jak by ci pomóc można, wiesz?
                — Czyli że sądzisz, że to dobry pomysł? — zapytała z ożywieniem, a serce zabiło jej mocniej w nadziei, że wreszcie znalazła jakieś poparcie dla swoich planów. Ku jej rozczarowaniu jednak, chłopak pokręcił głową.
                — Wcale nie dobry, bo jakbyś mnie o zdanie zapytała, to bym ci kazał siedzieć na tyłku i nawet nie myśleć o pakowaniu się w coś takiego. — Cecylia już otworzyła usta, żeby mu przerwać, ale brat jej nie pozwolił.  — Ale że oboje wiemy, co z ciebie za przypadek, to nie będę nawet sobie strzępił języka, próbując cię od tego odwieść. Krew nie woda, a ja bym nie usiedział, to wiem, że ty tym bardziej nie usiedzisz.
Mrugnął do niej wesoło i Cecylia wreszcie poczuła się trochę lepiej. Na nowo zebrał się w niej entuzjazm i odżyła nadzieja, że być może ojciec nie podetnie jej skrzydeł i zgodzi się ostatecznie na tę nieszczęsną wyprawę do Warszawy.


*

Królowa Ludwika Maria zrobiła na Łukasiewiczównie piorunujące wrażenie. Tak jak król Cecylię rozczarował swoim kompletnym brakiem charyzmy i jakiegokolwiek wzbudzania respektu, tak Jej Wysokość posiadała wszystkie te cechy tak, że w połączeniu z jej dumną postawą, serdeczną miną i mądrymi oczyma sprawiała wrażenie, jakby to ona, a nie jej małżonek, miała stać na czele kraju. Cecylia wiele o królowej Marii słyszała i trochę idealizowała ją przez to, bowiem kobieta ta imponowała jej od pierwszych tylko opowieści na jej temat, jakoby potrafiła prowadzić wojsko w pole bitwy i, co więcej, rzeczywiście to robiła. Cecylia może do bitki jako takiej się nie rwała, bo miała na tyle oleju w głowie by rozumieć, że przeciętny żołnierz mógłby ją zadusić jedną ręką, ale gdzieś w niej tkwiła potrzeba udowadniania samej sobie i wszystkim dookoła, że nie jest gorsza od nikogo tylko dlatego, że jest kobietą, a królowa była uosobieniem jej ideałów w tej materii.
Dlatego Cecylia w lot pojęła plan brata — jeśli ktokolwiek miałby się za Cecylią i króla i u ojca wstawić, to byłaby to tylko królowa. A jeśli ojciec miałby odmówić, to każdemu, ale nie jej. Dziewczyna omal klasnęła w ręce na samą myśl — nie obchodziło jej w tej chwili, że ojciec najpewniej wścieknie się na nią nie na żarty — teraz liczyło się dla niej tylko postawienie na swoim.
I tak też się właśnie stało — królowa, po wysłuchaniu całej opowieści Łukasiewiczówny zaraz uznała, że jej pomysł może i rzeczywiście był niebezpieczny i ryzykowny, ale jako że sama należała do kobiet, które potrafiły i chętnie brały los w swoje ręce, nie mogła odmówić jej pomocy i choćby dyskretnej próby przekonania chorążego Łukasiewicza do pomysłu córki. I, dokładnie tak, jak Cecylia i Aleksander sądzili, królowej udało się pana Juliana wreszcie, po długich i bolesnych negocjacjach, przekonać. Nie obeszło się, naturalnie, bez zmycia młodym Łukasiewiczom głowy — ojciec był na nich wściekły i wcale a wcale nie zamierzał się z tym faktem kryć. Trudno było mu się, właściwie dziwić — królowa jak królowa, wiele było jej wolno, ale pan Julian osobiście uważał, że w jego decyzje co do losu córki wtrącać się nie powinna. Z drugiej jednak strony, królowa była fantastyczną dyplomatką i co jak co, ale negocjować naprawdę umiała — przedstawiła Łukasiewiczowi takie argumenty, wykorzystując przy tym jego miłość i oddanie ojczyźnie, które naprawdę było tak wielkie, że mogło w istocie rywalizować z miłością do dzieci, że wreszcie uległ i pozwolił Cecylii jechać.  Jeśli jej nie pozwolisz, to i tak pojedzie, wiesz o tym dobrze. Pozwól jej. Będziesz z niej dumny, mówiła królowa. Wróci jako bohaterka. Tak powiedziała. I pan Julian wreszcie jej uwierzył.
Kiedy potem, wieczorem, Łukasiewiczowie wreszcie udało się złapać swoje pociechy w sypialni Aleksandra, gdzie rodzeństwo przesiadywało, postanowił raz a porządnie zmyć im głowy za taką konspirację.
— I powiedzcie wy mi, małe łobuzy — zaczął złowrogo chorąży Łukasiewicz, spoglądając z byka na swoje dzieci— co ja mam teraz z wami począć, co? Od diabła jesteście oderwani, oboje, ot co, jak jeden mąż — wymamrotał pod nosem, strzygąc złowieszczo wąsem. Jego jasne, zielone oczy błyszczały wcale nie skrywaną irytacją. — Skóry wam powinienem złoić. Nie patrz tak, Oluś, tobie też, chociaż dorosły chłop jesteś. A jaki stary, taki głupi. Na litość boską, ja naprawdę nie wiem, w kogoście się wdali…
                Cecylia z największym trudem powstrzymała chichot, jaki cisnął jej się na usta na widok oburzonej groźbami przetrzepania skóry miny brata. Jednocześnie w ostatniej dosłowni chwili ugryzła się w język i w porę zdążyła się opamiętać, nim wytknęła ojcu , że co jak co, ale gorącą krew, niecierpliwość i niemożebną potrzebę wtrącania się w dosłownie wszystko, to akurat oboje po nim właśnie odziedziczyli. U starszego Łukasiewicza z wiekiem cechy te zdecydowanie osłabły, stał się o wiele bardziej opanowany i spokojny, natomiast oni oboje, i Cecylia, i Aleksander stali się jakby odporni na wszelkie próby wybicia im z głowy całego tego nieokrzesanego zachowania, a kiedy jeszcze znajdowali się z swoim towarzystwie, to nie było zmiłuj — nikt nie był w stanie nad nimi zapanować. A najgorsze, myślał Julian Łukasiewicz, że w kwestii małego Kornela zanosiło się na to, że będzie jeszcze gorszy niż oni oboje razem wzięci.
Bądź co bądź, Cecylia powstrzymała się od wygłoszenia wszelkich cisnących jej się na usta komentarzy uznając, że nie warto jeszcze bardziej działać ojcu na nerwy, był już wystarczająco poirytowany tym ich występkiem, jak i faktem, że Cecylia ostatecznie zawsze, zawsze jest w stanie przekonać wszystkich do swoich — najczęściej skrajnie niemądrych — racji i tylko jego jednego nie pytać o zdanie, i że córka doskonale zdawała sobie z tego stanu rzeczy sprawę, bez najmniejszych wyrzutów sumienia robiąc to po raz kolejny i na pewno nie ostatni.
                 Ale tatuś — zaczęła dziarskim tonem — no przecież co się stało, to się nie odstanie, no i wiesz, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. — Zaśmiała się wesoło. — Jak mi obiecałeś, to przecież chyba zdania nie zmienisz, prawda?
                 Jak jeszcze trochę podyskutujesz, to… —  zaczął rozgniewany Łukasiewicz, ale zaraz przerwał, na dźwięk dochodzących zza okna odgłosów.
                Cała trójka jednocześnie rzuciła się do okna — nikt nie wiedział, to tak właściwie je otworzył w całej tej plątaninie rąk, faktem jednak było, że ktoś to uczynił, a Cecylia zaraz, jako najmniejsza, przecisnęła się między mężczyznami i wychyliła się za okno niemalże zwisając z niego w pół. Ktoś złapał ją za pasek od spódnicy — najpewniej ojciec — i pociągnął z powrotem do pokoju, co by aby na pewno przez przypadek nie wypadła — a była do tego zdolna. Brat trącił ją łokciem w głowę, za co uderzyła go w ramię, aż syknął głośno i spojrzał na nią z wyrzutem. Potem przepchnął ją na bok, aby samemu zmieścić się w oknie i wychylił się jak ona wcześniej. Pan Julian natomiast, jako najbardziej powolny z tej trójki, został zmuszony do obserwowania wszystkiego nad głowami swoich pociech.
                A działo się wiele! Strażnicy, najwyraźniej, zauważyli jakiegoś intruza, plączącego się po dziedzińcu, i — jak przystało na dobrych wartowników — zaraz postanowili się z nim rozprawić. Najwyraźniej byli tymi ludźmi, którzy zanim zaczęli zadawać jakiekolwiek pytania, woleli najpierw takiego delikwenta unieszkodliwić, okładając go halabardami. Albo byli zwyczajnie pijani, co było bardzo możliwe, i tak rwali się do bitki, że i, być może, zwyczajnego, zabłąkanego osobnika nieznanego pochodzenia nie mogło ominąć to małe starcie.
                — Przestańcie, na litość boską, wy osły… —  rozległ się głos nieszczęśnika —  AUĆ! WEŹ TEN KIJ, MÓWIĘ CI! NIE PO GŁOWIE, NIE PO GŁOWIE!
                Cecylia zmarszczyła brwi i wytężyła wzrok. Głos wydał jej się jakiś taki… znajomy. I nagle, kiedy przez moment wydawało jej się, że dostrzegła twarz owego domniemanego intruza. I wtedy zrozumiała, skąd zna jego głos. Jej oczy otworzyły się z niedowierzaniem.
                — Czy to nie jest… —  zaczęła, a gdy usłyszała bliżej niezidentyfikowany odgłos, który po chwili okazał się być tylko próbą nie zadławienia się ze śmiechu przez zwisającego z okna Aleksandra, Cecylia już wiedziała, że miała rację.
                — Jest — burknął w odpowiedzi starszy Łukasiewicz, odsuwając się od okna. Aleksander teraz już wcale nie próbował hamować rechotu, jaki wyrywał mu się z ust— odchylił głowę do tyłu i śmiał się głośno i perliście, jednocześnie wyłażąc wreszcie z okna i osuwając się po ścianie na podłogę. Ukrył twarz w dłoniach i nadal się śmiał. Cecylia miała wrażenie, że brat za chwilę zacznie się co najmniej tarzać po podłodze.
                Po chwili i Cecylia, kiedy wreszcie dotarło do niej, że to nie kto inny jak sam król, plącząc się po dziedzińcu napatoczył się na swoich własnych strażników i teraz walczył tam, biedak, o wyjście z całej tej sytuacji z jak najmniejszą ilością siniaków, ryknęła śmiechem tak głośnym, że chyba sam zainteresowany i strażnicy mogli go usłyszeć. Aż zatoczyła się na bok i usiadła na łóżku, by po chwili ułożyć się na boku, podciągnąć kolana pod brodę i dalej wtórować bratu, śmiejąc się tak, że aż brzuch wreszcie ją rozbolał.
                — Bądźcie poważni — skarcił ich Łukasiewicz. Po chwili burknął pod nosem. — Mówiłem mu, do diabła, żeby nie łaził do niej po nocach*, albo żeby chociaż dyskretniej, no mówiłem, a ten dalej swoje, żeby go tak diabli wzięli, psia mać…
                Cecylia momentalnie przestała się śmiać, bowiem wywnioskowała z tego, że Jego Wysokość Jan Kazimierz najpewniej chadzał do kochanki, a ta wizja bardzo, bardzo jej się nie podobała, jako że stawiała królową Marię Ludwikę, którą Cecylia darzyła ogromną sympatią i szacunkiem, w co najmniej nieprzyjemnej sytuacji. Kiedy jednak, w końcu i ojciec jeszcze raz zerknął przez okno i zachichotał, słysząc dobiegające z dziedzińca „Hej, przestańcie, toż to przecież nasz król jest!”, nie mogła się już dłużej powstrzymywać i zaśmiała się znów.
                Ileż by dała, żeby taka beztroska mogła trwać wiecznie!



*true story, ale po prawdzie to muszę odgrzebać gdzieś szczegóły, żeby żadnej gafy nie walnąć, więc chwilowo tylko tyle :P

No to teraz trochę ogłoszeń parafialnych.
Po pierwsze, nie umarłam, tylko teraz to już nawet nie mam czasu na brak życia, #politechnikatakaokrutna. No, ale wreszcie urodziłam w bólach ten rozdział, następny już się pisze, a potem mam 150 stron gotowca, więc już chyba nie będzie więcej takich dzikich przerw. MAM NADZIEJĘ.
Nie logowałam się na bloggera od początku października, więc tak, wiem, jakie strasznie zaległości mam u niektórych ;_; Jest trochę wolnego, to poczytam, jeśli nie wszystko, to przynajmniej część, no bo tego. Wiadomo.
No i przepraszam wszystkich, którym nie odpowiedziałam na komentarze - jak dodawaliście, to byłam zawalona robotą, a po miesiącu to już nie widziałam sensu D: Sorcia, tym razem się poprawię :)
I w sumie to tyle co bym miała do powiedzenia, pozostaje mi tylko zaprosić do czytania (co w zasadzie średnio ma sens, bo jak ktoś tu dotarł, to pewnie i rozdział już przeczytał, ale ćśśśś) :)

19 komentarzy:

  1. Wpadam na bloggera, bo miesiąc nie byłam, może akurat się coś pojawiło, a tu bam, rozdział u ciebie. Nawet nie wiesz, jak się za tobą i za Cecylią stęskniłam :3
    Na początku myślałam, że rozdział wygrał Gilbert i jego teksty, ale król okładany przez strażników wygrał życie xD
    Kurcze, Cecylii znowu się obrywa za dobre serce, to niesprawiedliwe, bo zachowuje się zgodnie ze swoim sumieniem i pomaga ludziom, nie patrząc na to, czy to wróg, czy przyjaciel. A do tego przecież nie mogła przewidzieć tego, że stanie się coś takiego, w końcu nie przewiduje przyszłości (albo przewiduje, tylko nie doczytałam xD).
    W przeciwieństwie do króla Jana Kazimierza, jego żona mi niesamowicie imponuje. Wiadomo, kobiety nie mają wtedy zbyt wielkiego prawa głosu i mało kto je docenia i to może pomóc Cecylii, kiedy będzie szpiegować dla Polaków w Warszawie ( i jak sądzę, pewnie wpakuje się w jakieś tarapaty, prawda?:D). Odnoszę też wrażenie, że mimo tego, że Jan Kazimierz rządzi w Rzeczpospolitej, to Ludwika Maria jest tak jakby od planowania.
    Łączę się z tobą w bólu *hug*. Nie mam czasu na oddychanie, bo matura i bo pisanie próbnych co 2 tygodnie (nowa podstawa tak bardzo udana;___;) i w taki piękny sposób moje opowiadanie dogorywa w czeluściach mojego dysku;_;
    Życzę powodzenia na Polibudzie i Wesołych Świąt;3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hohohoho, oj, Stara, mnie od pół roku prawie na bloggerze nie było :P Ale powiem Ci, że ja też się za Tobą stęskniłam <3 Aż mi się sama mordka cieszyła, jak zobaczyłam, że jest komć od Ciebie <3
      Jan Kaziu okładany przez strażników to ponoć jest sama prawda :D Ja tak dziko śmiechłam jak się dowiedziałam, że po prostu nie mogłam sobie tego darować, no nie mogłam :D
      Ohohoho, Cecylce to się jeszcze nie raz dostanie :P Ale fakt faktem, że ona niezbyt przyszłościowo myśli :P
      Otototototo, ja kocham Marię Ludwikę, świetna z niej babka i na pewno ma większe jaja od swojego męża od siedmiu boleści :P Tak jak ją uwielbiam, tak hejtuję Jana Kazia :P
      No właśnie to jest największy point Cecylkowego planu, bo kto by kobietę podejrzewał, nie? :p Ale owszem, wierz mi, że się wpakuje w taaaaaaaaakie bagno, że już ciężko, żeby było gorzej :D ALE BĘDZIE PLOT TWIST, MÓWIĘ CI <3
      NO TAK BYŁO STARA, to ona myślała za Jana Kazia :D Wiesz, że ona nawet nieraz wojska prowadziła do bitwy? TAAAAAAKA ŚWIETNA BABKA :D
      Masz moje szczere współczucie, w zeszłym roku to przechodziłam D: A nie, czekaj, ja to olewałam :P Ale współczucie masz D: Na pocieszenie powiem, że przynajmniej nie siedzisz w szkole od 8 do 19 ;_; Ale mam nadzieję, że w święta trochę czasu na opka znajdziesz :D
      Dzięki piękne, ja również powodzenia życzę, matura ważna rzecz :D Wesołych Świąt również <3

      Usuń
  2. Nawet nie wiesz, jak mi brakowało Twojego opowiadania! Już myślałam, że nigdy do blogosfery nie wrócisz, a tu taka świąteczna niespodzianka :D Szczerze mówiąc już miałam jakieś teorie spiskowe o wypadkach samochodowych albo seryjnych mordercach koczujących na Bogu winne bloggerki... A tu "tylko" okrutne studia nie dają o sobie zapomnieć. Chociaż muszę przyznać - mam to samo. Jak tylko pomyślę o swoich kilkunastu kolokwiach w styczniu i lutym (nie uwzględniające poprawek), klnę na siebie za to, że tu siedzę xD Ale co robić, jak tu Cecylia szaleje nam na Śląsku?
    Rozdział przecudowny! Uśmiałam się przy nim równo, a czytać musiałam niestety z przerwami, bo przecież święta i te sprawy.
    Już rozmowa z księdzem powaliła mnie na łopatki. Jak biedak się naklął, słuchając, jakie to epickie pomysły przyszły Cecylce do głowy - normalnie byłam pod wrażeniem. I chociaż nie przepadam za osobami zanadto klnącymi, tak temu dialogowi dodało to jeszcze więcej humoru :) Ale zaintrygowałaś mnie. Temat młodszego brata Gilberta wydał mi się wyjątkowo trudnym dla niego. Ciekawe czemu zostawił go w klasztorze w Częstochowie...
    Fajnie było poznać całą wesołą familię Cecylii :D I króla oraz królową również. Wiem, że niewielu naszych władców było naprawdę dobrych. Rzadkością jest posadzenie na czele państwa naprawdę kompetentnej osoby. A gdy korona jest dziedziczona, to już w ogóle. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy nadawali się do sprawowania urzędu króla w historii Polski. Szkoda, że Jan Kazimierz okazał się taką babą...Miły, sympatyczny, wyrozumiały, a nie potrafi sobie nawet poradzić ze swoją armią xD Taka to urocza jest ta jego charyzma i władza. Ale pokochałam wręcz jego żonę (którą niestety zdradza z inną, cham jeden). Dyplomacja, manipulacja, wewnętrzna siła, pewność siebie i swego rodzaju feminizm, to cechy, jakie wprost uwielbiam u kobiet! Naprawdę uwielbiam silne kobiety, które wiedzą, czego chcą i potrafią o to zawalczyć. Skoro Maria Ludwika zyskała szacunek w czasach, gdy kobiety zawsze były od rodzenia dzieci i niewychylania głowy z kuchni, naprawdę musi być silna. Sama chciałabym taka być, chociaż wydaje mi się, że jestem na to o wiele za miękka.
    Cieszę się, że rodzina Łukasiewiczów jest taka barwna :) Rodzeństwo jest tak bardzo podobne do siebie z charakteru, a ojciec jest po prostu wspaniały! Scena powitania jego i Cecylii miała w sobie coś takiego, że nie byłam w stanie się nie uśmiechnąć. Potem natomiast było tylko śmieszniej, gdy przy królu odegrała się typowa rodzinna sprzeczka :D Ze wszystkich rodzajów komizmu najbardziej kocham ten sytuacyjny, a Ty doskonale nim władasz i za to należą Ci się wielkie gratulacje.
    Cieszę się, że Maria Ludwika wygrała sprawę Cecylii z jej ojcem. Nie mogę się doczekać, gdy Łukasiewiczówna pojedzie do Warszawy. Jestem pewna, że tam to dopiero będzie się działo!
    Rozdział wyszedł Ci po prostu wspaniale! Mam cichą nadzieję, że na następny nie będziemy musieli czekać tak długo, ale wiem, że studia są zawsze na pierwszym planie. Dlatego życzę Ci na nich powodzenia oraz Wesołych Świąt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja, to ja, tylko nie chce mi się przelogowywać na konto, z którego blogasia prowadzę, bom leniwa klucha :D Ale to ja :D
      Nienie, spokojnie, po prostu studia mnie zjadły, ale damn, tyle pracy włożyłam w tego blogasia, że naprawdę byłoby mi bardzo szkoda go tak zostawić :D Ale bardzo miło mi to słyszeć :D
      A, wiesz, z tymi studiami jest tak, że ja to sobie narzekam, bo może nie mam jakoś wybitnie trudnych rzeczy (wykładowy angielski jednak zmusza do minimalizowania przerabianego materiału), ale za to tyle godzin, 41 w tygodniu, 46 z przerwami D: + 1,5 godziny dojazdu w jedną stronę, to mnie zabija ;_; A mówię o tym dlatego, że kilkanaście kolokwiów to dla mnie na mojej cudownej IFE jakaś abstrakcja :p DO TEJ PORY MIAŁAM TYLKO 5, CZUJESZ :D No chyba, że testy z algosów się liczą... ;_;
      No ale anyway :D Może koniec o studiach, po co się tym męczyć w wolne? :D
      Jejku, jejku, bardzo się cieszę, że uważasz ten rozdział za udany, bo ja osobiście uważam go za swój najsłabszy :/ Może to dlatego, że pisałam go od września, na raty i przez to wydaje mi się jakiś taki porozrywany na części, które mogłyby być o wiele bardziej i lepiej rozwinięte, jak choćby mogłam przybliżyć postać królowej, no ale jakbym jeszcze z tym się miała pieprzyć, to by tu rozdziału do wielkanocy nie było D: A tak, następny już się pisze i przewiduję publikację po sesji :D
      Ah, akurat o Gilbercie to dla mnie zawsze sama przyjemność pisać :D Cieszę się, że to widać i że tak dobrze go odbierasz :D A jeśli o brata chodzi, to się, oczywiście, wszystko za jakiś czas wyjaśni :)
      Cecylka ma jeszcze dwóch braci, ale po cichu powiem, że oni dwaj to tacy są, jakby kij im ktoś w tyłek wsadził :P Wcale nie przypominają reszty rodzinki :P A maleńkim spojlerem zdradzę, że za niedługo niechlubna przeszłość starego Łukasiewicza okaże się całkiem istotnym wątkiem :P To taki mały spojler na smaka, powiedzmy :P
      A no, święte słowa, i odnośnie dziedzicznych władców, i odnośnie Jana Kazia ;_; Jejciu, jak ja go gnoję tak w prywatnych rozmowach, oj, mówię Ci... :P Karola Gustawa też, ale on to chociaż był właściwy człowiek na właściwym miejscu :D
      A z kolei Marię Ludwikę tak wielbię, jak Jana Kazia hejtuję :D Ona to świetna babka była :D Kurde, jakbym miała wskazać ulubioną historyczną postać kobiecą, to to zdecydowanie byłaby ona :D Ten biedak Jan Kaziu to by bez niej zginął D: Świetna babka, mnie też bardzo imponuje, naprawdę :D
      POCZEKAJ JESZCZE TROCHĘ, OJ POCZEKAJ XD Nie mogę zdradzić więcej, bo byłby ogromny spojler, ale będzie dużo więcej overprotective tatuśka Łukasiewicza :D Ale dziękuję pięknie za komplement odnośnie mojego operowanie poczuciem humoru (w którego istnienie, tak na marginesie, często powątpiewam:P) :)
      NASTĘPNY ROZDZIAŁ :) I będzie Warszawka :) A po cichu i Tobie powiem, że może nie w następnym rozdziale, ale będzie taaaaaaaaaaaki plot twist, że ho-ho :D Będzie się działo, oj, będzie :D
      No tak jak mówiłam, następny za góra dwa miesiące, bo tak sesję kończę :D A potem to już z górki, bo mam 150 stron gotowca, jak pisałam :D
      Dzięki pięknie za te miłe słowa, i oczywiście za komentarz <3 Nie spodziewałam się, że po takiej przerwie ktokolwiek jeszcze tu zajrzy, naprawdę szalenie mi miło <3
      Również powodzenia, i również Wesołych Świąt :D

      Usuń
    2. A więc jeszcze dwóch braci jest? :) Fajnie! Wydaje mi się, że zestawienie ich oraz reszty rodzeństwa byłoby niezmiernie ciekawym pomysłem. Już węszę jakieś mini-konflikty, pouczenia i próby zapanowania nad Cecylią i Aleksandrem :D Aż nie mogę się doczekać ich pojawienia xD
      Ach... Nie lubię tych Twoich spoilerów :( Wtedy mam jeszcze większą ochotę na dorwanie się do reszty Twojego opowiadania albo do Twojej głowy xD Ale dobra - ostatnimi czasy mam sporo testów na siłę cierpliwości, więc jakoś wytrzymam ;)
      A teraz dziękuję bardzo za życzenia i do przeczytania! xDD

      Usuń
    3. A no jest, jest, owszem :D No właśnie szczerze, to ja totalnie nie miałam na nich z początku pomysłu, ale potem do takiego wniosku doszłam, że takie spełzające na niczym próby ogarniania reszty familii będą całkiem k :D
      No nic na to nie poradzę, że ze mnie już jest taki człowiek-spojler :P Ale w sumie się cieszę, że ochoty narobiłam :D I NIESKROMNIE POWIEM ŻE NAPRAWDĘ WARTO JESZCZE TROCHĘ NA PLOT TWIST POCZEKAĆ :D
      A proszę :D I do następnego :D

      Usuń
  3. DAYM IT! :( Nawet drugi nie jestem w komentarzach :( Tyle przegrać :/ TAK, CAŁY POCZĄTEK POŚWIĘCĘ NA BÓL DUP WŁAŚNIE O TĄ DROBNOSTKĘ :) No bo kto mi zabroni, i tak będziesz czytać ^^
    I znowu: DAAAYM... jak ja już dawno nie pisałem u nikogo komentarza:O It seems like ages since that! :P Odnosząc się do końcowej notki... NO CHYBA, ŻE TEN KTOŚ JEST TOBĄ :D Wtedy taka osoba skroluje na sam dół strony, przeczyta opis, CUDZE KOMENTARZE (ale to szczegół:D) i dopiero WTEDY zacznie czytać rozdział :D Ale tylko Ty tak robisz, więc to ma sens :)
    Wchodzenie do kogoś jak do siebie... Jakby mi osobiście ktoś tak zrobił, to bm stał nad taką osobą i patrzył na nią z wyrazem pogardy na twarzy tak wielkim, że od razu takowy delikwent miałby się z pyszna:P "Niech się wśród pospólstwa rozniesie, że jesteś tu CYSORZU własną osobą, a bunt jak śnieg stopnieje od promieni majestatu, jak od promieni słonecznych" :D PS, nieee, to wczale nie jest z "Ogniem i mieczem" :D ...(Jeszt!:D)
    Tak aparto of that, to ja mam nadzieję, że nikt poza Tobą nie przeczyta mojego komentarza...:D Nie chcę być internetowym dziwakiem... Well, too late for that!:P Ale może jak będę używał angielskiego, to nie każdy zrozumie ^^...
    Zawsze jak czytam u Ciebie "Ragnar" to widzę TYLKO I WYŁACZNIE Lothbrocka :D Nie ma innego :P Chociażbyś mi pokazała jakowyś kontrafakt onego człeka, to i tak bym powiedział "NOPE, źle go widzisz, to nie on" :D Btw, mam nadzieję, że teraz gdzieś wyjdzie kolejny sezon Vikingów... Bo kurdełę, przyda mi się na exam z Historii Brytanii ^^ O long boatach i foookle ^^
    Bardzo mi się podoba koncept z Cznstochową, ale to już Ci mówiłem ^^ Już nawet nie będę marudził, żebyś tam wcisnęła Kmicica, bo wiadomo, masz już napisaną tę część, NO ALE BYŁOBY K :D Nie to, żebym namawiał ^^ I fokle, ja już pękam z niecierpliwości na Twój opis oblężenia Warszawki ^^ Lubiem bitwy ^^ HA :) "LUBIEM" nie jest zaznaczane :P Te słowniki...Uczą nas niepoprawnej polszczyzny!!;P Wstyd i hańba, mościa panno! :D
    Jednego mi brakuje trochę, ale to wiem, że to przez to, że dopisywałaś i nie chciałaś rozwlekać :P Ale pomyśl, jak można b świetnie wykorzystać tą całą maskaradę, w jakiej oni podróżowali! :D Gilbert udający ojca Cecylki! :D Jestem pewien, że mu to pasowało :D Widzę normalnie jakąś sytuację, w której Cecylka chce np. pyskować do jakiegoś Szwedeła, a Gilbert jej na to "Marsz do łóżka, gówniaro" :D:D A ona musi, bo zblowuje przykrywkę :D I jakb tego nienawidziła :D To z pewnością byłoby bardziej traumatyczne niż napaść na Łukowce :P Swoją drogą... nigdy nie pytałem, a nie chce mi się szukać :D Łukowce to prawdziwe miejsce? Aka... historyczne?:P czy zmślone na potrzeby opowiadania?:P SPRAWDZIŁEM :D Jeszt coś takiego, ale to w lubelskim :P
    JAN KAZIO...:D To jest człowiek, którego nie lubię i nie polubię :D Choć na początku, opisałaś go jako takiego...Bardzo potopowego Jana Kazia, aka trochę(bardzo) lebiega, ale za to miły :D Kłopot z nim jest taki, że jego tam ŻODYN NIE SZANOWAŁ :D No ale w sumie trudno się dziwić...:D I mooooże jest w tym trochę win Ludwiki Marii... Lubiła mu ona robić publiczne awantury :D I to serio-publiczne :D Prz całym dworze piłowała się na niego i, nierzadko, zmuszała do podjęcia wygodnej sobie decyzji :D Podobno też to właśnie ona namawiała go do ucieczki na Śląsk:P No ale i tak miała baba więcej jaj niż on :P Więc mój hejt na niego trwa ^^
    A już wizja, jak dostaje wpierdziel...:D CUDO <3 Ja tam bym się wcale nie zdziwił, gdyb to naprawdę Ludwika Maria jakoś podkablowała strażnikom, że ktoś się włóczy po pałacu :D Swoją drogą... Sobieski tyle przegrał :D On się tam bił po stronie Szwedełów, a tymczasem taki Jan Kazio mu bałamucił przyszłą żonę :D:D Po takim frajerze potem miał...:P Porażka :D Ogólnie... DAJĘ OKEJKĘ ZA CAŁOŚĆ! :D I strasznei narobiłem offtopu, no ale cóż...:D:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leniwa klucha po raz drugi, nie chce mi się przelogowywać :P
      NO TO KURDE skoro i tak NIE CHODZISZ na filozofię to mi równie dobrze komcia mogłeś pisać :P A nie, teraz marudzisz :P A no będę czytać, będę :P Nie da się zaprzeczyć :P
      Plox, ja też, od września nic nie skomciałam :P Albo i od sierpnia (y)... Chyba Twoje... znaczy, MOJE Breitenfeld było ostatnie :P No bo komcia pod Karolem nie liczę :P
      Nienienie, zapomniałeś, ze prócz opisu i cudzych komentarzy to przeczyta jeszcze końcówkę, żeby sobie walnąć spojler :P WIDAĆ ŻEŚ AMATOR W TEJ MATERII :P Ale w końcu młody jesteś, co Ty wiesz o życiu... :P
      Ty byś się patrzył, a ja bym zaraz takiego delikwenta na zbity pysk wyrzuciła, nie myśl, że nie :P Nie ma wpuszczania pospólstwa do pałacu, sam rozumiesz, prawda? :D OOooo, ja już przywykłam, że znasz Ogniem i Mieczem na pamięć, więc jakoś wcale mnie to nie zdziwiło :P Tylko moje zasadnicze pytanie, kto tam w oryginale był zamiast Cysorza? MOGŁABYM WYGUGLAĆ, ALE PO CZO, JAK MI POWIESZ? :D
      No cóż, jak Ty jesteś dziwakiem, to kim ja muszę być :P POMYŚL O TYM :D Chociaż ja to, jak rzekł kiedyś pewien mądry człowiek, ponoć sprawiam w internatach mylne wrażenie, więc wiesz... :P
      A wiesz, że ja go w sumie całkiem podobnego do tego Vikingowego Ragnara widzę? :P Tylko bez wygolonej głowy, ale tak, to mogę powiedzieć, że by pasowało :D
      Też bym obejrza.... A NIE, STUDIA ;_;
      OMG UŻYWASZ "FOKLE" PUBLICZNIE XDDDD
      A właśnie, że nie mam napisanej, wiesz? :P I ja już jakiś czas temu myślałam o jakimś takim mocno epizodycznym pojawieniu się Zagłoby albo Kmicica albo kogoś i nawet Ci chyba o tym mówiłam, ale to daaaaaaaaaawno temu aka w sierpniu chyba jeszcze :P Także w sumie why not :D
      Niedawno psiapsiółę odkryłeś, teraz LUBIEM... Bo to po prostu TAK ZWANA cysorszczyzna się przyjmuje, nie pomyślałeś o tym? :D Żaden wstyd i hańba :P I teraz to panno, tak? :D PANIE KAWALERZE :P
      JA WIEM D: Ja naprawdę wiem, że ten rozdział mógł być lepszy jakbym to wzięła i rozpisała, było perf i fokle, ale no właśnie, sam wiesz jak to wyglądało, pieprzyłabym się z tym do wielkanocy jak nic ;_; A szkoda, bo to by było prześwietne :D
      Taktak, fejkowa wiocha :P
      NO KURNA JA NIE SZANUJĘ JANA KAZIA TO MOJA CECYLKA TEŻ NIE BĘDZIE, O :D No kurna, jak sobie dał wejść na głowę to był przegrywem, a Maria Ludwika jest bardzo super, ma mój wielki approval i fokle :D Jest na tyle super, że moja córka będzie miała imię po niej, WIESZ? :P
      Hohohoho, Ty wiesz, że wpierdziel dostał tutaj tylko dzięki Tobie, takżę możesz zbierać laury :P POZWALAM :P Spoko spoko, o ewentualnym udziale Marii Ludwiki w spuszczaniu mu łomotu jeszcze napomknę :P Bo fokle to przecie ja z tego wszystkiego pominęłam tutaj, że będzie friendship Cecylki i Marii Ludwiki... Ale to jeszcze się później zdąży :p
      I KTO TU JEST WIĘKSZYM PRZEGRYWEM, JAN KAZIU CZY JAN SOBIESKI? Takie filozoficzne pytanie, spytaj swojego ulubionego wykładowcy :P
      Meh, offtop jak offtop, po Tobie się dokładnie tego spodziewałam, I WCALE CI NIE CISNĘ W TEN SPOSÓB, POWAGA :D Mnie to wcale nie przeszkadza :D Pogaduchy o dupie Maryny (a w zasadzie Marysieńki, żeby pasowało do kontekstu) w komentarzach zawsze spoko :P
      I fokle dziena za komcia <3 <3 <3 <3 <3 Aż mi się od razu chce pisać :D NAWET MIMO ZŁOŚLIWOŚCI WORDA :D

      Usuń
  4. ZGADNIJ, KTO PRZYSZEDŁ, ŻEBY CI SKOMENTOWAĆ! NO JA! Byłabym wcześniej, ale miałam świątecznego lenia i dopiero teraz zabrałam się za nadrabianie zaległości. Jakoś wszyscy zaczęli przez ostatni tydzień publikować nowości, nie wiem co ich wzięło (ciiiiicho, że ja też, to tajemnica jest).
    Noooo, ja lubiłam siedzieć w Łukowcach, ale widzę, że jak z nich wyszliśmy, to ty się dopiero rozkręcasz! Ale żeby nie było, że całkiem ignoruję początek rozdziału, to powiem Ci, że z rozdziału na rozdział zmieniam swoje nastawienie do Gilberta. Będzie ci on jeszcze, nie? Szkoda by było, jakby się w tej Częstochowej zadekował i nie pojawiał już tu. A takie głupie pytanie mam, bo sobie właśnie zaczęłam kojarzyć fakty historyczne: czy to czasem nie zbliża się oblężenie Jasnej Góry? Bo to było w 1655 (musiałam sprawdzić, ale kojarzyłam że 16 na początku XD). Kompletnie się już nie orientuję, jaki tu u Ciebie mamy teraz rok, ale coś mam dziwne przeczucie, że ty tam Gilberta przypadkowo nie wysłałaś (jeśli moje podejrzenia co do wplątania go w oblężenie są słuszne). No chyba że popierniczyłam całkiem daty i wszystko i w ogóle nie mam racji, to zapomnij, że w ogóle to napisałam. :P I w ogóle to rozwalają mnie teksty Gilberta.
    Cecylia to się popisała przed królem, ale ten król to serio taka mamałyga był? Przynajmniej królowa spoko (ostatnia scena - mistrzostwo, uśmiałam się, teraz kaszlę i zaraz sobie płuca wypluję, możesz być z siebie dumna).
    NO TO JUŻ CI NAPISAŁAM ŻE SIĘ DZIEJE, lubię to, podoba mi się. Nie wiem co by tu jeszcze, może tylko, że fajnie spotkać ojca Cecylii i jej brata, wcześniej ich nie było, dobrze pamiętam? No, tyle na ten komentarz, jak mi się coś jeszcze przypomni, to najwyżej dopiszę.
    Trzymaj się ciepło. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NO KURNA zjadło mi odpowiedź ;_: przepraszam CIę, ale w tej chwili nie mam czasu napisać jeszcze raz, odpiszę albo wieczorem albo jutro, a na razie pięknie dziękuję za komcia <3 Zakichany blogger :/

      Usuń
    2. :( :( :(
      I mi nie odpowiedziałaś, idę płakać w kącie.

      Usuń
    3. O stara, nawet nie mam usprawiedliwienia, po prostu jak się dowiedziałam, że jednak zdałam kolosa z matmy to zapomniałam o wszystkim ;_; A potem jeszcze się okazało, że mi w październiku pierwszy chapter Dreamfalla wypuścili (taka gra), to już w ogóle przepadłam ;_; Sorcia D:
      No, zanim blogger zaczął się buntować, to miałam do powiedzenia tyle, że się bardzo ucieszyłam Twoim komciem :D Jak widzisz ja to może na temat mojego lenia i nieogarniętości wypowiadać się nie będę, jak sama widzisz ;_; Kurde, serio, sorki D:
      No do Łukowców to już raczej nie wrócimy, chociaż tak naprawdę to fabuła jeszcze w 100% przemyślana nie jest, to w zasadzie WHO KNOWS... Ale póki co to dopiero w epilogu planuję Łukowce :D
      Co do Gilba , to będzie, będzie, a pewnie :D Planuję nawet małe, epizodyczne starcie z waćpanem Kmicicem :D Tak jakoś totalnie widzę, że on i Gilbo w jednym miejscu to byłoby coś totalnie gold :D Ale szalenie się cieszę, że ten mój księżulek tak się przyjmuje :D
      I tak, oczywiście, nie bez powodu go do Częstochowy wysyłam :D Wszystko się zgadza, zaczyna się oblężenie :P
      TAK, Jan Kaziu to był, jak to mawia moja mama, troki od majtek a nie król :/ taka bieda, mówię Ci. Hejtuję go mocno :/ Ale za to królowa była 11/10 :D Super babka, miała jaja, żeby nie ona, to Jan Kaziu by sprzedał Polszę ;_;
      A WIESZ ŻE ON SERIO DOSTAŁ WPIERDZIEL? :P A btw ti te jego schadzki to z Marysieńką Sobieską były :P
      No nie, nie było rodzinki Cecylii, nie było :D
      No, kurczę, jeszcze raz, naprawdę sorki D: moje zapominalstwo D: Na tumblrasku oczywiście też Ci zapomniałam odpisać :/ Cała ja :/
      A słuchaj, mam nadzieję, że zajrzysz jeszcze, a jak nie, to jutro spytam u Ciebie - czy Ty byś miała coś przeciw, żebym sobie skopiowała Twoje rozdziały (te co mam zaległości) i zgrała sobie na czytnik? Bo w domu to za cholerę tego nie przeczytam, bo sukcesywnie marnuję cały wolny czas na granie, a jak autobusami albo tramwajami jeżdżę to jest całkiem co innego :)
      Czymaj się :* I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU BTW <3
      PS. ŚMIECIOWY BLOGSPOT ZNÓW ZJADŁ KOMENTARZ ALE TYM RAZEM PRZEZORNIE SKOPIOWAŁAM :D

      Usuń
    4. Spoko, stara, są ważniejsze rzeczy w życiu niż rozbijanie się po blogach i odpisywanie na tumblurze (np. wspomniany Dreamfall), nie zamierzam się obrażać. :P
      Polecam zmuszać się do kopiowania każdego komentarza po kilku akapitach, w końcu wyrabia się człowiekowi nawyk i szanse, że zniknie coś klepanego przez 10 minut się zmniejszają. XD
      Ej, to nie tylko ja mam tak, że jeszcze dobrze z początku nie wyszłam, a już myślę o epilogu? Stara, to pjona! Hehehe, nie wiem, co będzie za dwa rozdziały, ale wiem, co będzie na końcu. No i cieszę się na te Łukowce na końcu, bo to sprawia, że mój mózg pracuje i próbuje zgadnąć, co nam zaserwujesz, że do punktu wyjścia wrócimy dopiero na koniec. Nice. :D
      A widzisz, przejechałam się w październiku do Częstochowej (maturzyści, pielgrzymka, joł, co za impreza dzika!) i coś tam jednak ogarniam, co się tam konkretnie działo. Leżę totalnie z tego okresu w historii Polski, ale właściwie to leżę a każdego, który nie jest I albo II wojną światową, więc się już tym nawet nie przejmuję. Bum, dajesz mi lekcję historii. Może nawet dzięki Tobie przeczytam Potop, jak się profesor w końcu każe za niego zabrać. :D
      No ja czytałam o tym Kaziu trochę, wiedziałam, że łaził na schadzki z Marysieńką, ale nie miałam pojęcia, że to było kiedy wciąż miał tę swoją pierwszą królową. Nie wiem czemu mi się wydawało, że jej na tym świecie nie było, jak on się z Marysieńką tak na poważnie zaczął umawiać. Mówiłam, leżę z tego okresu. :D
      Nie pytasz u mnie, a ja już jestem u ciebie, więc kobito, śmiało, nie krępuj się, kopiuj sobie co tylko chcesz i zgrywaj gdzie chcesz, nie mam nic przeciwko. Czasem sama zgarniam czyjś tekst do Worda, przerabiam na format pdf i zgrywam na Kindle, żeby móc choćby w takim autbousie poczytać. A jak się ludzie gapią, jak wyciągam coś, co wygląda jak tablet, ale potem się okazuje ŻE O MATKO TO NIE TABLET, kto normalny wydaje tyle hajsu na coś, co służy do CZYTANIA KSIĄŻEK. (W ogóle w moim otoczeniu wśród wielu ludzi panuje przekonanie, że kto normalny czyta książki dla przyjemności. WTF.)
      Szczęśliwego roku i dla Ciebie. <3

      Usuń
  5. Hej, już od jakiegoś czasu miałem ochotę przyjrzeć się Twojemu opowiadaniu, ale jakoś nie było jak. Najpierw dręczyło mnie widmo matury, potem wakacje. Tak się rozleniwiłem, że ostatecznie nie miałem nawet chęci ani siły, żeby przez ponad rok napisać coś na swoim blogu. Ale wypada wziąć się w garść, więc do rzeczy:
    Przeczytałem trzy rozdziały, choć stosunkowo dawno, nie wynotowałem sobie wszystkiego uważnie, więc pierwszy komentarz nie będzie dość konstruktywny – same ogólniki.
    Opowiadanie dość szybko przypadło mi do gustu. W ciekawy sposób przedstawiłaś bohaterów, nie ingerując w nich zbytnio jako narrator. Bernhard, choć gburowaty i taki z niego nieudacznik, ma w sobie coś, co sprawia, że nie jest aż tak irytujący. O wiele bardziej wkurzał Toris, choć nie wiem, czy taki był zamysł, czy to tylko moje wrażenie. Domyślam się, że ten potencjalny romans to pomiędzy Bernhardem a Cecylią, jakżeby inaczej? Nie przepadam za takimi motywami, ale zapowiada się dość ciekawie.
    Troszeczkę nużyło to, że raz pisałaś z perspektywy Bernharda, potem Cecylii, potem znów z Bernharda. Byłoby ciekawiej, gdyby w międzyczasie przeplatały się wątki innych postaci, niekoniecznie istotnych dla fabuły.
    Niestety, zdarzały się powtórzenia, nie wiem czy przez nieuwagę, ale momentami wyglądało to tak, jak byś nie mogła się zdecydować, w którym miejscu postawić konkretne zdanie. Ja tak czasem mam. Rozumiem, że archaizacja języka niekoniecznie jest zabiegiem, który chcesz stosować, być może wolisz, aby tekst brzmiał nieco bardziej współcześnie, ale momentami pojawiały się określenia, które chyba nie pasowały – po raz kolejny: to moja opinia i nie musisz się z nią zgadzać – na przykład użyłaś, już teraz nie pamiętam, mogę się mylić, wyrażenia „w stu procentach” albo „stuprocentowy” – trochę to burzyło klimat.
    Nie bardzo rozumiem, o co chodzi z tą Hetalią. Domyślam się, że to jakieś anime, w którym bohaterowie uosabiają poszczególne państwa. Nie znam się, tak szczerze kojarzę tylko Czarodziejkę z Księżyca i Pokemony. Na tym się wychowałem, ale to świadczy o tym, że jestem już chyba stary. Była jeszcze jakaś bajka o latających bączkach, ale nie pamiętam tytułu i Yu-Gi-Oh!. Ale wracając do tematu, nie rozumiem, skąd ten zabieg i co ma na celu. Taka konwencja była celowa i nie wynika stąd, że nie wiesz, jak jest Polka po litewsku. Zresztą jakie to ma znaczenie, skoro przeciętny czytelnik tego nie wie? Założę się, że gdybyś zmieniła Polskę na Polkę, albo użyła translatora, nikomu nie zrobiłoby to różnicy. Taki zabieg miałby sens tylko w jednym przypadku: przykładowo Toris nie zna polskiego i pomylił słowa, nazywając Cecylię Polską.
    Mam nadzieję, że nie odbierzesz mojego komentarza jako zwykłe czepianie się. Nie to miałem na celu. Tekst naprawdę mi się podobał. Jestem pod wrażeniem tematyki, którą wybrałaś i całej kreacji. Dokładniej wypowiem się, gdy przeczytam więcej, bo z przyjemnością wpadnę jeszcze.

    Ten szwedzki brzmi naprawdę ciekawie, choć trochę dziwnie ;)
    PS. Te umlauty czytamy jak w niemieckim?

    Pozdrawiam i życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, statystyki na blogu przekierowywały mnie często do Ciebie (Twój blog był źródłem odwiedzin na moim) i ja szczerze mówiąc też jakiś (grubszy) czas temu zamierzałam się za Twoje opowiadanie zabrać, ale mnie z kolei studia zabiły, to raz, a dwa, to koleżanka kiedyś mi o Tobie wspominała i mówiła, że zarzucasz pisanie na jakiś czas, więc uznałam, że czytanie nie ma na razie najmniejszego sensu. No, to tego, story of my life :)
      Ogólnikami się nie przejmuj, doceniam każdy komentarz, naprawdę.
      Odnośnie Torisa, to owszem, chciałam żeby tak był odbierany. Zresztą wiesz, ciężko by było inaczej, jeśli ja sama z założenia za nim nie przepadam. No, nie to, że mnie męczy pisanie o nim, czy coś, tylko po prostu on jest postacią do hejtowania i już. Mam czasem takie przebłyski, szczególnie rozważając dalszą fabułę, że jednak go lubię, ale najczęściej szybko mi przechodzi.
      No romans będzie, dość oczywisty, jak sam zauważyłeś, ale wiesz, to zdecydowanie nie będzie główny wątek, także może chociaż to Cię pocieszy. Owszem, będzie to dość istotne, ale też nie szykuj się na jakieś dzikie przypływy uczuć bohaterów i romantyczność lejącą się strumieniami, czy coś, bo to jest, że tak powiem, not my kind of relationship, sama czegoś takiego nie trawię, więc i nie mogłabym o czymś takim pisać. Tyle. Romans jest tylko dodatkiem.
      Hm, widzisz. W sumie to na razie mogę powiedzieć tyle, że wiele się nie zmieni w tej materii. Po prostu nawet o tym nie pomyślałam. Ale zdecydowanie wezmę to pod uwagę, bo mam parę możliwości wprowadzenia narracji innych postaci. Zobaczymy co będzie :)
      Taktaktak, ja to wszystko wiem, dziękuję za wytknięcie tego - po prostu mając 500 godzin zajęć w semestrze i stertę raportów z laboratoriów do napisania, ja zwyczajnie nie mam ani czasu ani chęci na poprawę tego. Mam pliki od bety, która wszystko mi sprawdziła i tylko czekają na poprawienie, ale tak jak mówię, w najbliższym czasie to nie wchodzi w rachubę. Najwcześniej w wakacje, niestety. Niemniej jednak naprawdę dziękuję za zwrócenie uwagi.
      Meh, za stary, ja mam 20 lat, z tego co widzę, to Ty chyba też (matura?), to nie to :P No, a odnośnie całego tego zabiegu to jest długa historia - otóż opowiadanie startowało jako fanfik, więc w momencie, kiedy postacie rzeczywiście MIAŁY być uosobieniami narodów to to miało sens. W praniu wyszło, że to bardziej mój własny twór niż fanfik, a to, że owa Lenkija tam została, to to wynika z tego samego powodu, co "stuprocentowy" - nie mam czasu tego wszystkiego poprawić, a na raty nie będę tego robić, bo się potem pogubię, i będzie jeszcze gorzej. Jak mówię, zdaję sobie sprawę, że tekst wymaga poprawek, ale dopiero czwarty semestr mi na to pozwoli, jak wreszcie przestanę mieć dziką ilość zajęć i będę mogła trochę odetchnąć ;_;
      Nie, absolutnie tego komentarza tak nie odbieram. Jestem bardzo wdzięczna, za zwrócenie na to wszystko uwagi, doceniam że w ogóle chciało CI się mi taki esej zostawić :) Bardzo się cieszę, że mimo tych niedociągnięć odbierasz tekst dobrze - mnie pozostaje tylko obiecać, że jak czas pozwoli, to naprawdę to wszystko poprawię i dopieszczę :) Będzie mi bardzo miło jeszcze Cię u mnie zobaczyć :D

      No ja szwedzki wielbię i bardzo ubolewam, że moja wspaniała Politechnika nie udostępnia mi jego nauki D: Tak samo jak i rosyjskiego, chlip chlip D:

      PS. Nigdy w życiu nie uczyłam się niemieckiego, więc nie jestem w stanie odpowiedzieć. Ale podejrzewam, że pewnie jest jakaś różnica D:

      Dzięki piękne i również pozdrawiam :D

      Usuń
    2. Btw, jesteś z łódzkiego? Studiujesz? Bo jeszcze się za chwilę okaże, że może jesteśmy z jednej uczelni :D

      Usuń
  6. Faktycznie, zamierzałem odpuścić sobie przed maturą, potem trochę poprawić stare rozdziały, żeby nieco naprostować fabułę, ale moje obsesyjne dążenie do perfekcji kazało mi spisanie całej historii od nowa, a że tych rozdziałów było niewiele, to w umie nic nie traciłem. Niestety, szło dość opornie, trochę też pracowałem, nie było czasu, i właściwie dopiero od października sukcesywnie zacząłem pisanie.
    Ja do romansu nic nie mam, pod warunkiem, że nie jest denny i pisany na jedno kopyto, no i oczywiście nie stanowi większej połowy historii. Jak proporcje są odpowiednie, to i milo poczytać.
    Dzięki za wyjaśnienie. Teraz wszystko jest już jasne ;)
    Ja mam 21 (yuppi, mogę już kupić alkohol we wszystkich stanach), jednak 4 lata technikum zrobiły swoje, dlatego matura tak późno. Ostatecznie nie wybrałem politechniki ;(

    Mam bardzo dziwne upodobania i po prostu pasjonują mnie fonetyka i języki. Chciałbym znać chyba każdy – nawet te sztuczne. Przyjrzałem się szwedzkiemu bliżej i stwierdziłem, że nawet jest trochę podobny do niemieckiego. W sumie to chyba tylko O-umlaut się różni, bo w niemieckim wymawia się jak „y”, a tam trochę jakoś inaczej :D

    Owszem, jestem z województwa łódzkiego, ale studiuję w śląskim, nie żaden tam wielki uniwersytet, raczej taki prowincjonalny, ale ma swoje uroki. Czasami mam tylko wrażenie, że studiuję w Greendale, chociaż nie mają tam tak ciekawych przedmiotów jak studiologia, historia czegoś, a nawet historia lodów, nauka! albo kurs żeglarstwa na parkingu czy zajęcia z chwytania dnia. Mimo to i tak jest fajnie.

    Dzięki za odpowiedź.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nonono, ja coś o październiku właśnie słyszałam. Ale w każdym razie wiem doskonale o co chodzi, ja niby w wakacje miałam ogarniać, ale też - tu praca, tam inne sprawy mi wypadły i nagle się obudziłam z przysłowiową ręką w nocniku, nie wiedząc za co się zabrać, a jak już ogarnęłam co trzeba, to się rok akademicki zaczął i politechniczny potwór mnie pożarł. Znaczy, w sumie to żadna wymówka, w moim wypadku, bo spięłam się i pozaliczałam wsjo przed sesją, więc tak na dobrą sprawę to mam miesiąc wolnego, kupa czasu, ale jestem taką leniwą i bezproduktywną kluchą, że nie mam do tego siły, więc mój Bercia na razie wygląda tak jak wygląda, i nawet nie próbuję się oszukiwać, że w najbliższym czasie będzie inaczej.
      No to możemy sobie podać ręce w tej kwestii. Tyle że ja to jeszcze, osobiście, preferuję romanse mniej romantyczne, a bardziej takie, powiedzmy, z przymrużeniem oka. No i myślę, że bardziej coś takiego właśnie u mnie się pojawi, ale we will see :)
      Luzik arbuzik, od tego tu jestem :D
      Kurczę, następny :O Znaczy, jesteś już drugą osobą, drugim chłopakiem, btw (bo chłopak w blogosferze to dla mnie nadal zjawisko niecodzienne :D), w wypadku którego co do wieku mylę się w dokładnie ten sam sposób :P Jakiś wysyp techników, czy co :D
      No popatrz, ja to niby coś powinnam o tym wiedzieć (niby politechnika, niby inżynieria, ale kierunek z dużym naciskiem na języki, wykładowy angielski i certyfikacja z drugiego, i to właśnie niemieckiego, nie żeby coś :P). no, ale odnośnie szwedzkiego, to takt, tam O-umlaut to bardziej jak "e". Ale w sumie co ja wiem o życiu, słoń mi na ucho nadepnął, nie wiem czy warto mi ufać pod tym względem :D
      Aaaaa, chyba że tak. No ja w ostatniej chwili wybrałam politechnikę, wybierałam się niby na fizykę/chemię na uniwersytet, marzyło mi się AGH, ale ostatecznie skończyłam na bioinżynierii, no i szału nie ma, jak mówiłam, godziny zabijają, ale przynajmniej jest śmiesznie ("Przynieśli kanister z chloroformem? Zobaczymy czy zemdlejemy? BRZMI JAK PLAN" [ściema, ja nie zemdlałam ;_;] czy "Jak to rura doprowadzająca próżnię? Że oni ją tam wpompowują, jak gaz?" Na co kolega śmiertelnie poważnym tonem: "Nie. To znaczy, że mają połączenie z kosmosem." Śmieszne, bo koleżanka przez chwilę analizowała, czy to aby nie prawda :D). Aleale, studiologia? Historia lodów? A ja myślałam, że historia sztuki jako obowiązkowy humanistyczny przedmiot na Fizyce Technicznej, Informatyce i Matematyce Stosowanej to śmiech na sali :D
      A proszę :D Jak widzisz ja sobie lubię pogadać :D

      Usuń
  7. No, faktycznie mało jest męskich blogów. Jak już na jakiegoś trafiłem, to albo był nieciekawy albo zawieszony. Ja to bardziej w stronę budownictwa, ale okazało się, że to nie jest tak fascynujące, jak myślałem. Do tego mata na studiach zupełnie różni się od tej w szkole średniej. Ostatecznie wylądowałem na filologii.
    Widzisz, te przedmioty są tak abstrakcyjne, bo sama uczelnia, podobnie jak cały serial, jest dość absurdalna. Do tego ten dziwaczny rektor, który momentami jest po prostu przerażający. Wciąż nie mogę pogodzić się z tym, jak oni mogli potraktować tak świetny serial. Po trzecim sezonie po prostu go skrzywdzili.

    OdpowiedzUsuń