wtorek, 26 sierpnia 2014

Rozdział X



Pamiętacie, jak mówiłam, że ten rozdział będzie krótszy? Kłamałam :D



Następnego dnia po wyjeździe Litwina wszystko wróciło do normy. Zmęczona twarz Cecylii powiedziała Szwedowi, że pewnie przepłakała pół nocy, wiedząc, że nikt jej nie widzi, jednak nastrój zdecydowanie miała lepszy, więc jeśli w ten sposób sobie ulżyła, to chyba nikt nie powinien o to pytać.
Kiedy tylko Bernhardowi polepszyło się na tyle, że nie potrzebował już więcej pomocy ze wstawaniem i nawet chodzenie wychodziło mu już naprawdę całkiem przyzwoicie, natychmiast został zagoniony przez Cecylię do roboty we dworku. To, na co Oxenstierna zwrócił uwagę, to fakt, że nikt tutaj nie próżnował — nawet Cecylia, która z założenia, po pierwsze jako kobieta, a po drugie pani domu, nie powinna się imać pracy, cały czas miała jakieś zajęcie, tu konie oporządziła i wyprowadziła na wybieg, tu po wodę do studni poleciała, tam podrzuciła chłopom stawiającym nieopodal jakąś stodołę coś do jedzenia, porozmawiała chwilę, to znów wróciła do stajni, a zaraz potem wtykała głowę przez okno w kuchni, żeby zobaczyć, jak mu idzie praca. Dostał do łuskania wór bobu — praca, jakiej Cecylia, jak mu już wylewnie wytłumaczyła, chronicznie nienawidziła, a i jednocześnie wymagająca niezbyt dużych pokładów siły, idealna więc dla zdrowiejącego Szweda, żeby go nie uszkodzić, a jednocześnie żeby się nie nudził i do czegoś przydał. Bernhard przyjął robotę chętnie, bo rzeczywiście po ponad trzech tygodniach dochodzenia do siebie, co oznaczało stronienie od wszelkiej pracy, człowiekowi naprawdę zaczynało się nudzić. A łuskanie bobu było lepsze niż gapienie się w sufit.
— Nie zmęczyłeś się za bardzo? — Cecylia wyszczerzyła do niego zęby, wtykając głowę przez okno.
— Nie — burknął w odpowiedzi Bernhard, choć uśmiechnął się do niej kącikami ust. — Jakoś zniosę ten nieludzki wysiłek.
Cecylia skrzywiła się w odpowiedzi.
— Ech, ja bym nie zniosła! — powiedziała. — Po stokroć bardziej wolę pracę w polu, albo przy koniach, albo cokolwiek, bo…
— Mówiłaś mi to już, Cecylio — zauważył, unosząc brwi do góry.
— Naprawdę? — zapytała, zupełnie zaskoczona. — Dałabym sobie uciąć głowę, że nie! Ale wiesz, ja chyba tak mam, że mogę gadać o tym samym w nieskończoność!
Bernhard nie mógł zaprzeczyć, ale postanowił zamiast odpowiedzi wydać z siebie bliżej niezidentyfikowany pomruk, który Cecylia mogła sobie zinterpretować jak tylko chciała.
Polka już otworzyła usta, żeby coś mu opowiedzieć, ale wtem gdzieś z oddali rozległo się wołanie, które całkiem odwróciło jej uwagę od Szweda, a z kolei jego uwagę od bobu.
— Pani Cecylio! — wołał ją ktoś. Bernhard słyszał tętent kopyt, który z sekundy na sekundę stawał się co raz głośniejszy. Spojrzał na Cecylię pytająco, a ona skinęła mu głową na znak, że jeśli chce, to może podejść. Chciał, a więc — jeszcze z nieznacznym trudem, to prawda — podniósł się z krzesła i poczłapał w stronę okna. – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Wołał Cecylię jakiś mężczyzna, siedzący na wielkim, karym rumaku i zbliżający się kłusem do domu Łukasiewiczów. Był, jak na Bernharda oko, starszy od niego samego przynajmniej z piętnaście lat — siwiejący już wąs, podobnie jak równo ścięta czupryna nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Człowiekowi temu z pewnością dobrze się powodziło, bo nie dość, że ubrany był niezwykle wytwornie, w charakterystyczny dla polskich szlachciców sposób, to i dodatkowo do najszczuplejszych też nie należał.
Mężczyzna wstrzymał konia i zeskoczył z niego jeszcze niemal w biegu, choć dość ociężałym i niezgrabnym ruchem. Trzymając za wodze, zbliżył się do Cecylii, a Szweda obrzucił niepewnym i co najmniej zaskoczonym spojrzeniem. Bernhard poczuł się nieswojo, bo naprawdę nie chciał tu nikomu wadzić. Czemu się jednak dziwić? W końcu był jednym z najeźdźców, powinien więc się cieszyć, że niektórzy tylko patrzyli na niego nieprzychylnie zamiast próbować go po prostu po ludzku zamordować. A z drugiej strony, może dramatyzował? Przecież nie miał na czole napisane „Dzień dobry, jestem Szwedem, bardzo mi miło”.
— Panie Bogdanie, co też pana sprowadza? — zapytała Cecylia wesoło, witając się z przybyłym wylewnie, jak ze starym dobrym znajomym. — Jak zdrowie?
— A dziękuję, dziękuję, bardzo dobrze. — Ucałował jej dłoń na powitanie. Bernhardowi człowiek ten niemożliwie przywodził na myśl lwa morskiego, szczególnie z tymi okrągłymi, ciemnymi oczkami i sumiastym wąsem. — Właściwie, to chyba interesy! Ksiądz Beilschmidt wspominał, że ma pani coś dla mnie, pani Cecylio. Ale gdzież moje maniery! Jak się waćpanna miewa? Przecież pani tu zupełnie sama ze swoim majątkiem została!
— Och, ależ proszę się nie martwić, ja sobie na głowę wejść nie dam — zaśmiała się Cecylia.
— Ale widzę, że masz gościa — zauważył szlachcic, zwróciwszy spojrzenie na Szweda.
— Tak… — Cecylia zawahała się przez chwilę. Potem jednak uśmiechnęła się promiennie. — Niech się waćpan za głowę nie złapie, jak powiem, ale to mój Szwed. Berciu, no chodźże do nas, nikt ci głowy nie urwie!
Chcąc nie chcąc, Bernhard musiał podejść bliżej. Wąsaty jegomość przyjrzał mu się zza okna z pewną dozą niepewności i niechęci w spojrzeniu, jednak nie śmiał chyba przy Cecylii dać po sobie poznać, że coś mu się nie podoba.
— To, panie Bogdanie, jest Bernhard, nie wiem jaki, bo mi się, osioł uparty, nie chce przyznać. — Spojrzała na niego z udawanym wyrzutem. — Berciu, to jest pan Bogdan Kaniewski, dobry sąsiad i przyjaciel rodziny!
— Rozumie po polsku? — zapytał Cecylię ów szlachcic, a ona kiwnęła głową.
— A i owszem — zawołała radośnie. — Dość proste słowa, ale rozumie!
— Dzień dobry — bąknął trochę kulawo Bernhard, próbując jednak mówić jak najbardziej wyraźnie. Sam nie wiedział, czy chciał temu szlachcicowi pokazać, że nie tylko rozumie, ale i powiedzieć coś tam umie, czy może bardziej po prostu zaimponować Cecylii.
— No, widzisz waszmość, jak go nauczyłam? — zawołała zadowolona Cecylia. — Nie wiedziałam, że tak ładnie umiesz! — Mrugnęła do niego wesoło, a on uniósł w odpowiedzi kąciki ust w marnej imitacji uśmiechu.
— Bogdan Kaniewski, proszę waćpana — odrzekł mu na tu szlachcic raczej zwyczajnym tonem. — Rad jestem móc poznać zacnego gościa naszej dobrodziejki.
Czego w określeniu „proste słowa” nie zrozumiałeś?, pomyślał Bernhard, krzywiąc się.
Oxenstierna oczywiście średnio to zrozumiał, ale nie zamierzał dać tego po sobie poznać. Tak czy inaczej, właściwym sobie zwyczajem, mruknął coś niewyraźnego w odpowiedzi, wymigując się w ten sposób od dyskusji.
Cecylia na szczęście zwróciła na siebie uwagę szlachcica, uderzając się otwartą dłonią w czoło.
— Panie Bogdanie, przepraszam najmocniej! — zawołała. — Nie wiem doprawdy, gdzie ja mam głowę. Zapraszam do środka! Na obiad pan zostanie?
— Nie, panno Cecylio, będę zmuszony odmówić…
— Ależ ja nalegam! — przekonywała go Łukasiewiczówna, prowadząc go do wnętrza budynku. Zaraz też wprowadziła go do gościnnego pokoju i wróciła, by wetknąć głowę do kuchni.
— Berciu, chodź do nas! — zachęciła go. — Też jesteś gościem! Nawet jeśli cię zaganiam do roboty!
Powlókł się więc za nią do pokoju, w którym czekał już pan Kaniewski.
— Usiądź sobie, żeby ci tam znów coś nie pękło… — rzekła troskliwie, wskazując mu miejsce w fotelu, który już jakiś czas temu sobie upodobał. — Panie Bogdanie, siadaj waść, na litość boską!
Cecylia paplała i paplała, opowiadając sąsiadowi o tym, jak to Szwed został jej gościem, potem ponarzekała na księdza, na biedę i generalnie na wszystko, w tym wiele spraw, o których Szwed albo nie miał pojęcia, albo wcale ich nie rozumiał.
Szlachcic z kolei wymówił się z zostania na obiedzie, ale dał się przekonać na kieliszek wódki („Elka, przyniesiesz nam gorzałkę? I trzy kieliszki! A jak chcesz, to cztery!”) . Jak Cecylia zarządziła, tak się stało — śliczna Węgierka przyniosła trunek i kieliszki, sama jednak wymówiła się wizytą we wsi. Kaniewski zaproponował, że z chęcią będzie jej towarzyszył, co Erzsebet przyjęła z wdzięcznością i pobiegła się przebrać.
Kiedy Cecylia podała Bernhardowi pełny kieliszek, ten natychmiastowo poczuł ogarniające go mdłości. Jeszcze nie zapomniał o tym, jak przed kilkoma tygodniami musiał wmusić w siebie niemal całą butelkę wódki. Pomogła przy zszywaniu ran, to fakt, ale później… Bernhard nawet nie chciał myśleć jak potwornie się czuł przez parę następnych dni. Nie, póki co, to on miał dość na bliżej nieokreślony, ale zdecydowanie długi okres czasu.
Cecylia wzruszyła ramionami i odstawiła kieliszek na stół.
— Za szczęśliwy koniec tej wojny! — oświadczyła, na co szlachcic kiwnął głową. Oboje wychylili po całym kieliszku na raz, dokładnie w tym samym momencie.
Bernhardowy żołądek zdecydowanie zaprotestował na samą myśl o trunku, ale dodatkowo Oxenstierna wybałuszył oczy, kiedy zobaczył, że Cecylia nie dość, że wypiła cały kieliszek na hejnał, to jeszcze wcale go nie popiła, ani nawet się nie skrzywiła. Bernhardowi niebezpiecznie zebrało się na wymioty.
— Są wieści z kraju, pani Cecylio — powiedział nagle szlachcic, jednak zrobił to takim tonem, że nie tylko Bernhard, ale i Cecylia wiedzieli, że wieści te raczej do najlepszych należeć nie będą.
— No? — ponagliła mężczyznę Cecylia. — Ale to chyba nie o ojcu, ani o moich braciach, prawda?
Wyraźna nadzieja i strach jednocześnie brzmiały w jej głosie, a Bernhard przez chwilę zapragnął po prostu przestać być Szwedem, żeby nie czuć się współwinnym tego wszystkiego.
— Nie, spokojna głowa, pani Cecylio! — zawołał zaraz Kaniewski. — Pani ojciec razem z naszym królem jest na Śląsku! Siły przegrupowują, proszę się nie martwić!
Cecylii widocznie natychmiast kamień spadł z serca i całe napięcie z niej zeszło; odetchnęła z wyraźną ulgą i uśmiechnęła się we właściwy sobie, nieco szelmowski sposób.
— No to nic gorszego już mi waćpan nie powiesz, więc słucham!
— Warszawa zajęta, pani dobrodziejko.
— Co? Nie może być! — zwołała, robiąc wielkie oczy. Uśmiech momentalnie spłynął jej z twarzy. — Wleźli do miasta? Tak po prostu? Nie bronili się?
— Podobno nie miał kto bronić, pani Cecylio — odparł jej na to wąsaty szlachcic. — Król zabrał niemal wszystkich. Podobno dwieście osób załogi zostało, to jakże oni się bronić mieli?
— A to wstrętne, podłe… — zaczęła Cecylia i szybko by pewnie nie skończyła, gdyby nie fakt, że jej spojrzenie padło w końcu na przysłuchującego się im Szweda. W jej zielonych oczach pojawiła się nuta poczucia winy, kiedy na niego spojrzała, a Bernhard zapragnął naprawdę co najmniej strzelić sobie z tego powodu w łeb. Jej było przykro, że obrażała jego rodaków? Jej było przykro? To jemu powinno być przykro. I wstyd.
— Ja się z tobą zgadzam — wymamrotał niewyraźnie, a Cecylia zamrugała zaskoczona. — Ja tej wojny nie chciałem. Możesz nie wierzyć, ale nie chciałem.
Oboje patrzyli na niego, milcząc, przez co Bernhard poczuł się bardzo nieswojo. Szlachcic, naturalnie, nic nie zrozumiał, bo Oxenstierna mówił przecież po szwedzku, ale grunt, że Cecylia pojęła, o co mu chodziło, jej gość wcale go nie obchodził.
— Wierzę — powiedziała mu Cecylia poważnym głosem.  — Tylko że to niczego nie zmienia, panie Szwedku. Co się stało, to się przecież nie odstanie.
Bernhard zmarszczył brwi na jej słowa. Naprawdę nie mógł pojąć skąd ona brała pomysły na takie dziwaczne sposoby zwracania się do niego. Zmierzył ją tylko pełnym politowania spojrzeniem, żeby wyrazić swoją dezaprobatę, po Cecylii jednak takie gesty dosłownie spływały jak woda po kaczce.
— Czyli że co, teraz to już Korona do Szwecji należy? — zapytała Cecylia, marszcząc brwi. — O nie, nie, nie, ja nie wierzę, że to tak łatwo poszło! Jeszcze nam się wojska zbiorą i takiego kopa te paskudne Szwedziska dostaną, że im się raz na zawsze odechce, psia mać! Przecież oni wcale nie mają z nami szans!
Bernharda boleśnie uderzyła naiwność Cecylii. Sprawa wyglądała dokładnie odwrotnie niż to, jak ona ją widziała. Nie miał jednak serca jej tego uświadamiać.
— Okupują miasto, ale ponoć przynajmniej bez żadnych większych incydentów — mówił dalej szlachcic. — Gubernatorem Karol Gustaw, niech go diabli wezmą, mianował Bengta Oxenstiernę. Podobno pilnuje porządku i dzięki niemu jest względnie spokojnie. Ja o nim trochę zasłyszałem i ponoć rzeczywiście nie jest on taki najgorszy, chociaż jakoś ciężko mi uwierzyć, żeby się miał ktoś przyzwoity wśród tych zamorskich psów trafić. — Spojrzał z ukosa na Bernharda. — W każdym razie mówi się, że mogło być gorzej. Przynajmniej tak twierdził mój dobry przyjaciel, który przyniósł owe wieści.
— Chociaż tyle dobrego — oświadczyła, krzyżując ręce na piersiach. — A ty coś o nim wiesz, Berciu? Znaczy wiesz, o tym całym gubernatorze?
Bernhard przez długi moment nie bardzo wiedział, co powinien odrzec, żeby nie wydało się, że Bengt jest jego bratem. Za nic w świecie nie mógł sobie pozwolić na ujawnienie swojej tożsamości — o ile Cecylii, być może, by to nie obeszło, o tyle w żaden sposób nie chciał się zdradzić przy tym, nastawionym do niego co najmniej niechętnie, szlachcicu.
— Ano wiem — mruknął. — To jest porządny człowiek. Nie da ludziom niepotrzebnej krzywdy zrobić, jeśli tylko będą takie decyzje leżały w jego rękach.
Bernhard właściwie powiedział całą prawdę. Jak żył nie spotkał porządniejszego człowieka niż Bengt — jego starszy brat oddałby życie za powstrzymanie wojny, tej i każdej innej. Jako realista wiedział, że takie ideały nigdy nie doczekają się spełnienia, z radością został więc politykiem i dyplomatą, by dbać o to, aby pokój, jeśli nie wiecznie, został utrzymany jak najdłużej. Oni obaj, tak Bengt, jak Bernhard, byli bardzo honorowymi ludźmi, nigdy nie rzucali słów na wiatr oraz nie oceniali nikogo ani niczego po pozorach. Prócz tego, łączyła ich bardzo bliska więź, jak chyba nikogo innego w tej rodzinie — jeśli Bernhard kiedykolwiek komukolwiek ufał naprawdę bezgranicznie, to był to właśnie Bengt.
— Nie tacy straszni z was, widać, barbarzyńcy — rzekła Cecylia do Bernharda, a ten wzruszył ramionami.
Na całe szczęście była raczej przyzwyczajona do tego, że Oxenstierna nie zawsze jej odpowiadał i że w ogóle bardzo mało mówił. Stworzyło mu to teraz świetną wymówkę do przemilczenia faktu, że najpewniej to tylko kwestia czasu, kiedy żołnierze się rozpanoszą i zacznie się dla Polaków prawdziwe piekło — bo Bernhard na wojnie jako takiej to się może nie znał, ale nie był głupi i wiedział, że nie da się zmusić wojsk do przestrzegania praw podbitej ludności, po prostu się nie da. Oxenstierna zdawał sobie sprawę z tego, że wszyscy dowódcy, w tej liczbie sam król Karol Gustaw oraz Arvid Wittenberg, wydali rozkaz karania każdego, kto dopuści się rabunku, gwałtu albo mordu na jakimkolwiek obywatelu Korony — podziwiał ich za chęci i osobiście bardzo je doceniał, wiedział jednak, że to nie będzie działało długo — zawsze znajdzie się ktoś, kto złamie zasady, paru żołnierzy zostanie zabitych „ku przestrodze”, jednak później, gdy wojska się rozpanoszą, dowódcy zaniechają wymierzania kar i po cichu przyzwolą na te wszystkie okropieństwa. W innym wypadku zwyczajnie musieliby wyrżnąć większość swojej własnej armii — bo Bernhard nie wierzył, że po tym, co szwedzkie wojska przechodziły podczas wojny trzydziestoletniej da się ich jakoś utrzymać w ryzach. Tam panowała zasada, że co człowiek zdobędzie, to jego i może z tym zrobić co zechce. A ludzie tak łatwo nie zapominają władzy, którą się im daje. I Oxenstierna był pewien, że za skarby świata teraz ze szwedzkiej armii tego nie wyplenią. Dla żołnierzy taki stan rzeczy stał się po prostu naturalny.
Ale o tym też nie chciał Cecylii mówić — ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, było sprowadzanie tej kobiety na ziemię, i to jeszcze w tak bolesny i brutalny sposób. Bernhard gdyby mógł, to za to, co dla niego zrobiła, postarałby się uchronić ją od wszelkich okropieństw, jakie miały w tej wojnie nadejść, aby nadal mogła żyć w swoim beztroskim i niewinnie naiwnym świecie, nieświadoma tego, jaki świat i ludzie potrafią być okrutni. Ale nie mógł tego zrobić — zostało mu więc tylko modlić się, by Bóg wynagrodził jego wybawicielce wszystko to, co dla niego zrobiła.
*
Przyszedł czas, gdy Bernhard choćby nie wiem jak chciał nie mógł już dłużej zostać w domu Cecylii — oceniał swój stan na na tyle dobry, że nie miał prawa więcej wykorzystywać jej gościny, a i ryzykować, że rzeczywiście ściągnie jej na głowę problem. Prawie dwa miesiące to i tak było już za długo — aż dziw, że do tej pory nikogo tu po niego nie przysłano, pomijając już nawet fakt, że Bengt nigdy nie pojawił się w umówionym miejscu. A może ktoś tu był, tylko nie trafili na jego ślad? Właściwie nie był pewien jak daleko od tego małego pobojowiska, na którym znalazła go Cecylia, są Łukowce.
Poczucie obowiązku jednak, jak to zwykle bywało, mówiło jedno, a chęci co innego. Bernhard chodził bardzo struty nieuchronnie zbliżającą się perspektywą wyjazdu, z jednej strony starając się go odłożyć jak tylko mógł, a z drugiej przygotowując się psychicznie do powiedzenia Cecylii o swoich planach. Ciągle jednak znajdował jakąś wymówkę, by z nią o tym nie rozmawiać — a to kręcił się przy niej Kornel, a to Erzsebet, a to ktoś inny, a on absolutnie nie chciał mówić tego tak… oficjalnie. Z nikim w Łukowcach nie czuł się tak związany jak z Cecylią i tylko przed nią czuł potrzebę tłumaczenia się z czegokolwiek.
I w końcu przyszedł taki moment, kiedy rzeczywiście złapał ją samą. No, prawie samą — początkowo siedziała na podłodze przed kominkiem, zabawiając Kornela strasznymi opowieściami o dziwnych istotach, których nazw Bernhard wcale nie rozumiał — słyszał coś o zmorach dręczących ludzi we śnie, czy rusałkach czekających w lesie na zbłąkanych młodzieńców. Kobieta ewidentnie chciała młodszego brata nastraszyć, ale na tego nie działało to ani odrobinę. Szwed trochę z nimi posiedział, przysłuchując się opowieściom Cecylii, aż w końcu, sam nawet nie zauważył kiedy, młody Łukasiewicz usnął.
— Trzeba z nim coś zrobić — mruknęła Cecylia, energicznie podnosząc się z ziemi. — Żeby mi tu, biedak, na podłodze nie spał.
— Poczekaj. — Bernhard kucnął przy chłopcu i ostrożnie, starając się go nie obudzić, wziął go na ręce. Zaraz tego pożałował, bo rana na boku ostrzegawczo go zakłuła, ale przecież puścić go nie mógł. — Połóż mu tam — wskazał głową na stojącą pod oknem kozetkę — jakieś poduszki.
Na szczęście Kornel był jeszcze mały i wyjątkowo drobny, jak na dziewięcioletniego chłopca, inaczej mogłoby się to wszystko skończyć gorzej. Bernhard zastanawiał się, czy rzeczywiście był w stanie ruszyć do Warszawy — bo tam właśnie zamierzał się udać, skoro zasłyszał o obecności Bengta — o własnych siłach. Szybko jednak wybił sobie z głowy wątpliwości. Musiał jechać.
Łukasiewiczówna poukładała poduszki na kozetce zgodnie z jego poleceniem, a potem sięgnęła po koc. Bernhard ostrożnie ułożył chłopca na posłaniu — Kornel przewrócił się tylko na drugi bok i wymamrotał coś niewyraźnego, ale się nie obudził. Cecylia troskliwie okryła brata kocem, a później spojrzała na Oxenstiernę.
— Chodź, pójdziemy się przejść — zaproponowała.
— Jest zimno — zauważył sceptycznie, ale nie zamierzał stawiać oporu. — I ciemno.
— No to się ubierzemy. — Łukasiewiczówna złapała go za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia. — No chodź, nie mam siły cię ciągnąć, Berciu!
— Bernhard. Zaczekaj — powiedział jej, gdy wyszli. — Chodź na chwilę. Do mnie, mam na myśli. Zrobiłem coś dla ciebie.
— Och, naprawdę? — ucieszyła się. Chętnie podążyła za nim w stronę jego sypialni. — Ten konik, co go Kornelowi dałeś, jest prześliczny! Naprawdę jesteś zdolny, Szwedku.
Uśmiechnął się na jej słowa.
— Miał być dla ciebie — bąknął. — Ale sama chyba najlepiej wiesz, jak to z tym twoim Kornelem jest.
— Och, wiem, wiem — zaśmiała się. Bernhard wpuścił ją do pokoju. — No, to co dla mnie masz?
— Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś strasznie niecierpliwa? — zapytał ją Szwed, jednocześnie sięgając na półkę po skończoną już drewnianą różę.
— Wiele razy. — Machnęła ręką. — Słyszałam to już… Och, naprawdę sam to zrobiłeś?
Zachwyt, jaki odmalował się na jej twarzy był dla niego wystarczającą nagrodą za godziny, jakie poświęcił na wystruganie tego kwiatu. Wzięła go od Szweda ostrożnie, jakby bojąc się, żeby podarunku nie zniszczyć. Obejrzała go ze wszystkich stron, z ciekawością właściwą bardziej dziecku w wieku Kornela niż dorosłej kobiecie, a potem oderwała od niego zachwycony wzrok, by zwrócić go na Bernharda.
— Podoba się? — zapytał ją, nie mogąc powstrzymać wkradającego mu się na usta uśmiechu.
— No przecież! — zawołała, uśmiechając się szelmowsko. — To jest naprawdę przepiękne. I bardzo trafne. Bo wiesz, mój herb. — Skinęła na niego palcem, dając do zrozumienia, by się nachylił. Podejrzewał, że chciała mu coś szepnąć — nie było takiej potrzeby, bowiem byli przecież sami, Cecylii jednak zdarzało się mieć swoje dziwactwa. Ale Bernhard się pomylił. Łukasiewiczówna w podzięce pocałowała go w policzek. A on nawet nie chciał myśleć, jak okrutnie czerwony musiał się zrobić — chichot Cecylii tylko to potwierdził. — Dziękuję — dodała jeszcze, zaśmiewając się po cichu. — Ale wiesz co, muszę ci coś powiedzieć. Mogę sobie usiąść?
— Oczywiście.
Łukasiewiczówna wygładziła ręką koc na łóżku i usadowiła się na nim wygodnie. Poklepała dłonią miejsce obok siebie, dając mu do zrozumienia, by zasiadł koło niej. Nie musiała go prosić, zrobił to z największą ochotą.
— No więc, chodzi o to, że wiesz, przez to, że Toris tu był, to ja zapomniałam… — zaczęła trochę na okrętkę, ale zaraz sama się zreflektowała i wróciła do sedna. — No, w każdym razie, tego dnia, jak Toris tu był, znaczy się, przedwczoraj, to ja pojechałam do Gilberta, pamiętasz? Gilbert to ksiądz — dodała szybko, widząc jego minę. — No i wiesz, ja nic wcześniej nie mówiłam, bo myśmy nie wiedzieli co z tego wszystkiego wyjdzie… No a teraz już wiemy, więc uznałam, że muszę ci koniecznie powiedzieć, bo się na pewno ucieszysz, bo skoro nie pytałeś, to pewnie wcale ci nawet przez myśl taka możliwość nie przeszła…
— Cecylio, proszę — upomniał ją łagodnie, a ona zamilkła na chwilę.
— Och, tak — bąknęła i uśmiechnęła się przepraszająco. — Oczywiście, przepraszam. No więc, nie ty jeden ocalałeś z tej małej jatki, z której cię wyratowaliśmy. Tylko że z twoim przyjacielem było o wiele gorzej niż z tobą. No i myśmy, właściwie, byli wszyscy pewni, że on umrze. A on wziął i nie umarł. I nawet ma się nie najgorzej.
Bernhard aż zaniemówił. Przez cały ten czas ani razu nie przeszło mu przez myśl, aby zapytać o innych, czy ocalali, albo choćby czy ich pochowano. Był pewien, że wszyscy nie żyją. A teraz? Okazało się, że jednak nie tylko on przeżył tę masakrę.
Nie było nawet takie istotne który z nich to przetrwał — Bernhard nie był zbyt blisko związany z żadnym, znał ich wszystkich przecież raptem kilka dni, ale szczerze cieszył się, że komuś jeszcze się udało. To jakby zmniejszało jego poczucie winy, nie był jedyny, nie tylko on się wykaraskał i to naprawdę zadziałało na jego sumienie kojąco.
— Wiesz, jak się nazywa? — zapytał Cecylię, a ona skwapliwie pokiwała głową.
— Tak, oczywiście! — zawołała zaraz. — Ale nazwiska to ja ci nie powtórzę. On się chociaż jak człowiek przedstawił. — Posłała mu karcące spojrzenie, ale Bernhard całkiem ją zignorował. — Ragnar ma na imię.
Ragnar! Dopiero, kiedy Oxenstierna to usłyszał, uświadomił sobie, że to wcale nie było tak, że nie robiło mu różnicy, któremu z jego towarzyszy się poszczęściło. Z nikogo nie cieszyłby się tak, jak z Ragnara.
— Chciał, żebyś go odwiedził — mruknęła jeszcze Cecylia. — Strasznie się ucieszył, że żyjesz. Bo wiesz, nie jest z nim dobrze. Nie może chodzić. I raczej już nigdy nie będzie mógł. Ale naprawdę poprawił mu się humor, jak mu rzekłam, żeś zdrów. Jesteście przyjaciółmi?
Bernhard pokiwał głową. No cóż, to było szumnie powiedziane, ale na pewno Ragnar spośród wszystkich żołdaków, z jakimi do tej pory się zetknął na tej wojnie, był mu najbliższy. Ale że nie może chodzić? Jaka to musiała byś straszna tragedia, po plecach Oxenstierny przebiegł nieprzyjemny dreszcz na samą myśl o tym. I co tu z nim począć? Przecież nie zabierze go ze sobą do Warszawy, to po prostu fizycznie niemożliwe.
— Jeśli chcesz, to możemy do niego jutro pojechać — zasugerowała Polka. — Chciałbyś?
I wtedy Bernhard przypomniał sobie, że on też miał jej coś do powiedzenia.
— Chciałbym — powiedział jej i nagle, kiedy zobaczył, jak na jej piegowatej twarzyczce pojawia się szeroki uśmiech, ogarnęły go wyrzuty sumienia. Chryste, ona naprawdę mnie lubi, pomyślał. Ale mówił dalej. — Cecylio, właściwie, to ja też chciałbym ci coś powiedzieć.
— Tak? — zapytała, uśmiechając się wyczekująco.
Nagle nawet leżąca na podłodze skóra jakiegoś upolowanego zwierza wydała się Bernhardowi arcyciekawa.  Za nic nie mógł się zmusić do patrzenia na Cecylię. Sam nawet nie wiedział dlaczego, ta kobieta po prostu zwyczajnie go peszyła. A już osobną kwestią było to, że on zwyczajnie nie chciał się z nią żegnać.
— Chyba już wyzdrowiałem na tyle, żeby odjechać — powiedział jej. Słyszał, jak Cecylia gwałtownie wciąga powietrze.
— Och — mruknęła. Wyraźnie posmutniała. — Och, oczywiście. Jeśli czujesz się na siłach… — Już po chwili odzyskała rezon. — Ale wiesz, jeśli mogę ci coś powiedzieć, Berciu, to ja uważam, że jeszcze z miesiąc powinieneś tu posiedzieć, wiesz? Tak żeby mieć pewność. A potem to już prawie grudzień będzie, zima niby ciepła się zapowiada, ale sam przecież nie będziesz jechał, jak dla mnie, to do wiosny powinieneś zostać, wiesz…?
Bernhard uśmiechnął się pod nosem na jej słowa. Miło mu było, że ewidentnie szukała powodów, by został dłużej, ale on naprawdę nie mógł. Siedział jej na głowie już prawie dwa miesiące, a to stanowczo za długo.
— Cecylko, wiesz, boję się, że będziesz miała przeze mnie kłopoty — powiedział jej. Już otwierała usta, żeby się wtrącić, ale uciszył ją ruchem ręki. — Nie, nawet nie dyskutuj. Aż dziwne, że do tej pory nikt tu po mnie nie przyjechał…
— Och, więc jesteś kimś ważnym, tak? — zainteresowała się zaraz, a Bernhard zapragnął sobie nagle strzelić w łeb. — No tak, jak mówiłeś, że znasz tego całego Bengta Oxenstiernę, to rzeczywiście. Bo ci Oxenstiernowie to ktoś ważny u was, czyż nie? W sumie to jest pierwsze szlacheckie nazwisko, jakie przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o Szwecji. No, i Gyllenhjelm, i Waza, ale to pierwsze to dlatego, że mój ojciec był na wojnie trzydziestoletniej i się z nim nieźle naużerał, no a że Waza, to wiadomo. No i zresztą waszego Gustawa Adolfa to też mój tatulo spotkał. W ogóle powinieneś poznać mojego ojca, na pewno byś go polubił, zresztą on zawsze ma tyle ciekawych rzeczy do powiedzenia, że…
— Cecylio.
— No wiem. To jak, powiesz mi, jak się nazywasz?
— Nie.
— Oj, Berciu, no proszę cię! — jęknęła. — No powiedz mi, możesz być i bratem Karola Gustawa, a ja cię i tak puszczę, no proszę!
— Nie, Cecylio, naprawdę, tak będzie lepiej…
— No ale ja cię proszę!
— Nie. Naprawdę nie. Przepraszam.
Może by go puściła, a może nie — ryzykować nie mógł. A prócz tego, wiedział jak Cecylia zapatruje się na jego rodzinę. Wolał, żeby go z nią nie kojarzyła, skoro i tak najpewniej niż nigdy nie mieli się zobaczyć.
— Jak sobie chcesz — burknęła i, skrzyżowawszy ręce pod biustem, wbiła obrażony wzrok w sufit.
— No przestań — mruknął, kładąc jej rękę na ramieniu. — Będziesz się obrażać? Kiedy jestem tu ostatni dzień?
Jej oblicze zaraz złagodniało.
— Nie, no coś ty, pewnie, że nie będę. — Uśmiechnęła się. — Ale teraz to już się od spaceru nie wymigasz. I guzik mnie to obchodzi, że jest późno i zimno. Najwyżej posiedzisz dzień dłużej, o.
— Jakaś ty uparta…
I się nie wymigał. Ale tego wieczora wcale nie narzekał, dopiero następnego dnia bardzo tego żałował, bo mógłby usnąć na stojąco.
*
W końcu Bernhard odjechał. Cecylia chwytała się każdego sposobu, by przekonać go, aby został dłużej, ale ostatecznie nie udało jej się go namówić na więcej niż jeden dzień zwłoki, który zresztą i tak poświęcił na wizytę u Ragnara.
Serce mu się krajało na widok przyjaciela — nie dość, że wyglądał kiepsko, to jeszcze Bernhard okropnie współczuł mu tego, co się z nim stało. Rzeczywiście sprawa jego nóg wyglądała co najmniej nieciekawie, bo nie dość, że chodzić nie mógł, to nawet czucia w nich nie miał. Oxenstierna nie był jakoś wybitnie w medycynie obeznany, ale nie spodziewał się, by z Ragnarem kiedykolwiek miało być lepiej.
Ich obu pokrzepiło to spotkanie — rozstawali się z żalem, bo Bernhard, oczywiście, sam będąc jeszcze nie w pełni zdrowym, nie mógł zabrać ze sobą przyjaciela, choć bardzo by chciał. Był jednak pewien, że tu należycie się nim zajmą.
Cecylia dała Bernhardowi konia — wielkiego zimnokrwistego wałacha o dziwacznym, burym umaszczeniu, ni to gniadym, ni karym. Grzywę miał długą i gęstą, całkiem zasłaniającą oczy; Oxenstierna musiał przyznać, że koń urodą może nie grzeszył, ale usposobienie miał nader przyjemne. Bernhard nigdy nie widział tak wielkiego wierzchowca — w kłębie niemal dorównywał wysokością jemu samemu. Imię miał, jak na szwedzki gust, dziwne i ciężkie do wymówienia — Chochoł. Bernhard nie za bardzo wiedział co to słowo znaczy i czy w ogóle coś znaczy, ale Cecylia zaraz mu pokazała pokaźnego chochoła stojącego w ogródku i już wiedział skąd takie a nie inne imię. Absolutnie adekwatne, kiedy się na grzywę tego konia spojrzało.
Za nic w świecie nie chciał przyjąć od Cecylii wierzchowca. To było stanowczo za dużo, konie były drogie, ale przede wszystkim na wsi potrzebne, szczególnie zimnokrwiste. Łukasiewiczówna jednak szybciutko wyjaśniła mu, że akurat koni to u nich w Łukowcach dostatek, a po drugie, to wcale nie byli taką biedną rodziną i oddanie całego jednego rumaka było dla nich najzupełniej do przyjęcia. Bernhard zgodził się ostatecznie tylko dlatego, że stwierdził, że do Warszawy na pieszo, szczególnie w listopadzie, to za skarby świata by nie doszedł.
Pożegnanie było krótkie i niezbyt wylewne — Bernhard już jakiś czas temu zauważył, że Cecylia z nikim wylewnie się nie żegna, a i on nie chciał się rozklejać. Szkoda było mu opuszczać Łukowce, ale miał świadomość tego, że czas wracać do rodziny. Ciągle w końcu trwała wojna, nawet jeśli nie dało się tego odczuć, przebywając na dworku Łukasiewiczów. A on stał po przeciwnej stronie barykady niż Cecylia. I musiał, mimo wszystko, o tym pamiętać, nawet jeśli Łukasiewiczówna za nic nie zasługiwała na to, by kiedykolwiek przeciw niej stanął. I dlatego modlił się, by już więcej się nie spotkali, bo nie wiedział, co by zrobił, gdyby rzeczywiście musiał wybierać: ona albo wierność Szwecji. Wolał zachować ją po prostu jako dobre wspomnienie, mimo że jakaś jego część chciałaby nawet zabrać ją ze sobą.
I Bernhard odjechał w swoją stronę, by względnie szybko i całkiem bezpiecznie do Warszawy w końcu dotrzeć. Mieszkańcy Łukowców z kolei zaczęli żyć znów swoim nieco monotonnym życiem. Aż w końcu, pewnego dnia, jakiś tydzień po wyjeździe Bernharda, wydarzyło się coś dziwnego.
Najpierw samotny jeździec, zmierzający w stronę majątku od południowego wschodu, przykuł uwagę Ignacego. Chłopak stał i przypatrywał się postaci na koniu, niewątpliwie zmierzającej w stronę Łukowców. Nagle, ni stąd, ni zowąd, postać zatrzymała się i wyraźnie wpatrywała w stronę należącej do Łukasiewiczów wsi. Chwilę potem zawróciła, by co koń wyskoczy odjechać skąd przybyła.
Pozornie nic się nie stało, ale Ignacy był tym nieco zaniepokojony. Przede wszystkim postanowił wspomnieć o tym Cecylii — niby nic takiego, ale z drugiej strony czasy były jakie były, więc dobrze, żeby wiedziała. Dziewczyna jednak zbagatelizowała sprawę, twierdząc, że to na pewno nie Szwedzi, ponieważ tamci już dawno wdarli się dużo bardziej w głąb Rzeczypospolitej — po co mieliby wracać na Pomorze, które zresztą i tak należało już do nich? Ignacy oczywiście przyznał jej rację, bo rzeczywiście nie miało to większego sensu. Strój postaci na koniu jednak podejrzanie przypominał mu mundur pana Bernharda.
Cecylia uznała, że mogą to być rozbite wojska pospolitego ruszenia (na które usilnie chciała się wybrać, ale wszyscy we wsi zgodnie skrzyknęli się, by ją od tego pomysłu odwieść i Łukasiewiczówna, chcąc nie chcąc, musiała zostać w Łukowcach), a jeśli tak, to na pewno nie trzeba było się nimi martwić.
Gdyby Cecylia znała nazwisko swojego niedawnego gościa wiedziałaby, że Szwedzi wbrew pozorom mieli bardzo dobry powód, by wrócić na Pomorze, a jeśli tylko skądś wiedzieli, że zaginiony kuzyn kanclerza i przy okazji brat świeżo mianowanego gubernatora Warszawy zniknął właśnie w okolicach pewnego pomorskiego dworku szlacheckiego, to z całą pewnością właśnie tam by się skierowali. I tak też w istocie się stało.
Wieczorem w oddali pojawił się niewielki, może dwudziestoosobowy oddział lekkiej jazdy, odzianej w bardzo znajome każdemu chyba mieszkańcowi Łukowców granatowe mundury. Niektórzy chłopi plątali się jeszcze po wsi i wszyscy tylko przyglądali się przybyszom zlęknieni i pełni obaw. Mężczyźni na koniach byli wielcy i majestatyczni — nie było to jedynie zasługą ich w większości przypadków wysokiego wzrostu i słusznej postury, ale też tego jak obcy zwyczajnym polskim chłopom się wydawali. Szwedzi jednak, popędzając wielkie, rosłe wierzchowce, wymijali przypatrujących im się z trwogą ludzi, zmierzając w stronę dworku panny Łukasiewicz.
Cecylia słyszała narastający, coraz głośniejszy tętent kopyt i rżenie koni. Do jej uszu dobiegły strzępki obco brzmiących rozmów, w których ze strachem rozpoznała język szwedzki. Co takiego chcieli z Łukowców Szwedzi? Cecylia była niemalże pewna, że chodzi o Bernharda. Gdy z duszą na ramieniu podchodziła do okna, zobaczyła jak jeden ze Szwedów, wyglądający na dowódcę oddziału, dyskutuje zawzięcie z Ignacym. Mówili po niemiecku, Cecylia więc niewiele z tego rozumiała, ale domyśliła się, że szukają właściciela majątku. Rzeczywiście, już chwilę później jej podejrzenia potwierdziły słowa Ignacego, skierowane do niej:
— Chce rozmawiać z panem tego dworu — powiedział z lekka spanikowanym tonem. Szwedzki żołnierz siedział na koniu, dumnie wyprostowany, z niecierpliwym oczekiwaniem spoglądając z grzbietu swojego wielkiego, kasztanowego wierzchowca na Ignacego. Dowódca był raczej młodym człowiekiem, nie więcej niż kilkanaście lat od Cecylii starszym. Nosił cieniutki, rudy wąsik i taką też kozią bródkę, która w nieco innych okolicznościach najpewniej przyprawiłaby Cecylię o atak niekontrolowanego śmiechu. Teraz jednak nawet przez myśl jej to nie przeszło.
Usiadła na parapecie okna i szybkim ruchem przełożyła nogi na drugą stronę, by znaleźć się na zewnątrz. Otrzepała z kurzu spódnicę i, ignorując zaskoczone spojrzenia Szwedów, podeszła do Ignacego, starając się nie dygotać i wyglądać tak dostojnie, jak tylko była w stanie.
Dowódca spojrzał na nią, unosząc brwi, a potem całkiem ją zignorował, najwyraźniej poganiając Ignacego do sprowadzenia, jak się pewnie spodziewali, pana tego dworu. I tego Cecylii było za wiele.
— Powiedz mu, Ignaś, żeby powiedział po co przyjechali — powiedziała szorstkim i niemiłym tonem, spoglądając cały czas na Szweda na koniu.
Ignacy tylko kiwnął głową i powtórzył jej pytanie. Szwed odpowiedział coś niecierpliwie i gniewnie, a Ignacy wzruszył ramionami.
— Chce rozmawiać z właścicielem…
— To mu, do diabła, powiedz, że ja jestem tu panią! — powiedziała Cecylia rozgniewanym tonem. Ignacy posłusznie przetłumaczył jej wypowiedź.
Cecylia starała się nawet nie drgnąć, gdy kilku żołnierzy wręcz ryknęło śmiechem, a dowódca tylko uśmiechnął się pobłażliwie. Ileż samokontroli ją to kosztowało, aż sama się dziwiła, że ją na to stać.
— Ty tu rządzisz, gołąbeczko? — zapytał ją dowódca pełnym powątpiewania tonem. — Idź mi lepiej swojego ojca przyprowadź.
— Chciałeś waszmość mówić z panią tego dworu, więc mówże — odpowiedziała mu hardo. — Jestem Cecylia Łukasiewicz herbu Rosen i żądam wyjaśnień, z jakiego to powodu zakłócacie nam spokój swoją obecnością.
Szwed przez chwilę spoglądał na nią co najmniej sceptycznie, ale ostatecznie chyba uwierzył, że to jednak ona jest panią w Łukowcach i przemówił:
— Szukamy naszego rodaka, który był widziany w tej wsi.
— Widziany przez kogo? — zapytała Cecylia, marszcząc brwi. Czyżby ktoś doniósł? Ale jeśli tak, to kto? Cecylia, odkąd dowiedziała się, że Bernhard jest kimś ważnym, zastanawiała się czemu nikt do tej pory go nie szukał. Może nie wiedzieli gdzie? Łukowce właściwie były ładny kawałek drogi od tamtego pobojowiska. A teraz, jeśli ktoś rzeczywiście doniósł, to wiedzieli doskonale gdzie się udać.
Szwed całkiem zignorował jej pytanie.
— Żądamy, żeby nam go pani wydała — rzekł dalej.
— Po pierwsze i najważniejsze, to nie ma w Łukowcach żadnego Szweda — odpowiedziała mu na to Cecylia, krzyżując ręce pod biustem. — Na plebanii u księdza leży jeden, Ragnar Ljungqvist. Zebraliśmy go z pola bitwy i leczyliśmy, ale stracił władzę w nogach. O niego wam chodzi?
— Ljungqvist? — odezwał się do dowódcy jeden z żołdaków. — To ten oddział, tak mówił generał.
— Nie, nie jego szukamy — odrzekł jej na to dowódca. — Nasz miał pomieszkiwać tu, w tej wsi.
— Tak — odpowiedziała całkiem szczerze Cecylia. — Mieszkał u mnie jeden z was. Bernhard jakiś tam, nie znam jego nazwiska, nie chciał go zdradzić. Ale on stąd odjechał przeszło tydzień temu. Zakładam, że do Warszawy. Spóźniliście się. Ale waćpan się martwić nie musi, jest cały i zdrowy. Dostał ode mnie konia, ale nie może jechać w jakimś szaleńczym tempie ze względu na rany, ja mu mówiłam, żeby tu siedział na ty…
— Cecylio — upomniał ją cicho Ignacy, a ona natychmiast zamilkła. Cecylii bardzo ciężko było trzymać język za zębami, nawet w sytuacjach takich, jak ta.
— Doniesiono, że był zbyt ranny, żeby tak szybko opuścić to miejsce — burknął podejrzliwie Szwed. — Niech pani nie kłamie, bo pani pożałuje.
— Po co miałabym kłamać? — warknęła w odpowiedzi Cecylia. — Jakby tu był, to bym wam go zwyczajnie oddała i szerokiej drogi. Ale go tu nie ma, bo wyzdrowiał i uparł się, żeby jechać. Przecież go wam nie stworzę. Jak zaraz za nim ruszycie, to w ciągu dwóch dni spokojnie będziecie mogli go dogonić.
— Po co miałaby pani kłamać? — zapytał ją Szwed, całkiem ignorując jej wyjaśnienia. — Boście go tu uśmiercić mogli, ot co.
— Waćpanu chyba doszczętnie na rozum padło — prychnęła na to Cecylia. — Jakbyśmy ich zabijać mieli, to obu, a nie jednego oszczędzić. A u księdza ciągle jeden z was przebywa. Proszę jechać i sprawdzić.
— Nie po niego przyszliśmy — powtórzył Szwed, a Cecylia zmięła w ustach naprawdę szpetne przekleństwo i nie odpowiedziała na to nic. — Tornqvist, bierz ludzi i przeszukaj tę wieś — odezwał się po szwedzku do swoich kompanów, którzy skinęli mu głową i zsiedli z koni. — Znacie rozkazy, zabierać, co wartościowe. A jak znajdziecie cokolwiek, co wskazywałoby na to, że go jednak zamordowali, to zastrzelić wszystkich.
— Co? — wyrwało się Cecylii, nim zdążyła się ugryźć w język. Rozumiała przecież trochę po szwedzku, więc wiedziała, jaki rozkaz wydano. — Nie możecie, przecież jego tu nie ma! Hej, nie wchodź do mojego domu, ani mi się waż! — Łukasiewiczówna wbiegła na schodki i złapała jednego z żołnierzy za rękaw, by go zatrzymać. Ten jednak widocznie nie zamierzał znosić szarpania ze strony małej Polki, ani w żaden sposób na nie pozwalać. Uniósł wielką, krzepką rękę i, nim Cecylia zdążyła choćby pomyśleć o uchyleniu się, uderzył.
W żadnym razie się tego nie spodziewała. Policzek zapiekł ją za mocno, aby zwróciła uwagę na to, że za moment się przewróci — dopiero bolesne stłuczenie pośladków o ziemię sprawiło, że to do niej w ogóle dotarło. Szwed już dawno zniknął we wnętrzu dworku, gdy Cecylia, przesuwając palcami po puchnącym powoli policzku, podniosła się z ziemi i zamierzała w jakiś sposób się odwdzięczyć. Była tak wściekła, że spokojnie byłaby w stanie rzucić się na rosłego żołnierza — w żaden sposób nie dałaby sobie teraz przetłumaczyć, że nie miała z nim żadnych szans i że pomysł ten był co najmniej wątpliwej jakości. Na szczęście jednak, Szweda już dawno tu nie było.
— Pani Cecylio, wszystko w porządku? — zapytał ją troskliwie Ignacy, pomagając jej się otrzepać.
— W porządku? — warknęła. — W porządku? Nic nie jest w porządku, Ignaś! Chodź, będziesz temu bałwanowi tłumaczył. — Pociągnęła go za rękę w stronę rudego dowódcy, który zdążył już zsiąść z konia. Tak czy inaczej był wielki — może nie tak, jak Bernhard, bo on zdecydowanie był największym mężczyzną, jakiego Cecylia kiedykolwiek widziała na oczy, ale mimo wszystko imponował wzrostem — spoglądał na Cecylię z góry, wyraźnie nie zamierzając powiedzieć choćby pół złego słowa o żołnierzu, który podniósł na Łukasiewiczównę rękę.
— Nie możecie mnie okradać! — oświadczyła, dźgając dowódcę palcem w sam środek klatki piersiowej. — Nie macie sprawa dotykać mojego mienia, nie wspominając już o wywożeniu go, nie macie prawa się tu panoszyć, to jest moja ziemia i…
— To ziemia Jego Wysokości Karola X Gustawa — przerwał jej dowódca — i masz tylko takie prawa, jakie nasz król ci przyzna, dziecko.
— Kanclerz obiecał, że nasze prawa będą przestrzegane! — upierała się Cecylia, co raz bardziej wściekła. — To miała być protekcja waszego króla, a nie okupacja!
— Przecież jesteście pod protekcją króla — prychnął rudy Szwed, strzygąc wąsami. — Widzę, że rozumiesz po szwedzku, więc wiesz, że nie zamierzamy was zabić. Chyba że się okaże, żeście naszego rodaka zamordowali.
— To chyba jakieś żarty! — zawołała. Zaraz jednak jej twarz przybrała nieco spanikowany wyraz. Uświadomiła sobie, że za moment mogą wynieść z jej domu wszystko, absolutnie wszystko — jedzenie, kosztowności. Jak ona będzie w stanie bez tego wszystkiego utrzymać dwór i domowników? — Nie musicie tego robić, proszę. Wyślij waść kogoś na zwiady, spokojnie Bernharda dogonicie, on jest jeszcze zbyt chory, żeby móc szybko się poruszać, szczególnie na koniu. Możecie stacjonować we wsi przez te parę dni, ale na Boga, zostawcie mój dom w spokoju, przecież ja zostanę z niczym, jak my przetrwamy zimę? Miejże litość!
Jego wzrok powiedział Cecylii, że ani prośbami, ani groźbami nic nie wskóra. Jednocześnie w jej sercu narastała złość na Erika Oxenstiernę. Co innego obiecywał, kłamca i oszust. Jak Cecylia mogła być tak głupia, by wierzyć politykowi? I to jeszcze wrogiemu?
Pozostawało jej tylko, załamując ręce, patrzeć, jak Szwedzi wynoszą z domu dosłownie wszystko — od jedzenia, poprzez obrazy, nawet meble i ubrania, a na fragmentach zdobień samego budynku skończywszy. Ani Łukasiewiczówna, ani w ogóle nikt nie wierzył własnym oczom — oni najwidoczniej bardzo dosłownie zrozumieli „wszystko co wartościowe”. Cecylia aż usiadła na murku ogradzającym dom i zasłoniła ręką usta. Po raz pierwszy w życiu nie wiedziała co zrobić — mogła tylko siedzieć tu i patrzeć, jak obcy ludzie wynoszą jej majątek. W Łukowcach nie było nikogo, kto mógłby stanąć przeciw Szwedom i ich wygnać; Cecylia była zdana na ich łaskę, wiedziała o tym aż za dobrze.
Gdy zrozumiała, że zamierzają zabrać jej nawet konie i wozy, żeby móc to wszystko wywieźć, zachciało jej się płakać. Nie chodziło już nawet o straty materialne — nie trzymali przecież wszystkich pieniędzy i calutkiego majątku tu, w Łukowcach. Chodziło o fakt, że teraz Cecylia i jej domownicy zostaną na lodzie. Szczególnie wobec nadchodzącej już z wolna zimy. A chłopi nie pomogą, choćby nawet chcieli — przecież ich też Szwedzi okradali, pomimo że nie posiadali prawie nic.
Złość na nowo zebrała się w niej dopiero, kiedy jej wzrok padł na jednego z żołnierzy, który właśnie wynosił coś z jej domu. To były ubrania — bardzo wartościowe stroje z drogich materiałów, nie tylko jej, ale i jej braci i ojca. Wynosili futrzane płaszcze, sobolowe czapki i inne równie cenne rzeczy, ale Cecylia jednej jedynej nie mogła pozwolić im zabrać, wszystko, wszystko, tylko nie TO.
Szybkim ruchem wstała i złapała Szweda niosącego ubrania za rękę. Ten zatrzymał się i spojrzał na nią z góry, marszcząc brwi. Ona jednak była zainteresowana jedynie tym, co miał w rękach — na wierzchu sterty ubrań, które niósł, leżała jej biała suknia ślubna. Nie był to strój wybitnie drogi, bo miała wyjątkowo jak na te czasy prosty i skromny krój, jedynie materiał być dość wartościowy, ale zdecydowanie nie tak, jak na przykład futro. Nie chodziło jednak o wartość. Cecylia nie mogła pozwolić im tego zabrać, nie to, wszystko, tylko nie tą nieszczęsną suknię — miała ją jeszcze po matce, jedyna rzecz, jaka jej po pani Zuzannie została i jedyna, która przypominała jej o Torisie i ich planach na przyszłość. Złapała więc suknię i spróbowała wyrwać ją Szwedowi z rąk. On nie za bardzo się tego spodziewał, więc poszło jej dość łatwo. Mężczyzna jednak szybko się zreflektował, uznając najwyraźniej za punkt honoru odebranie jej części łupu w postaci sukni ślubnej, wetknął naręcze ubrań w ręce innego Szweda, stojącego przy wozie, w międzyczasie wywleczonym przez nich ze stajni, i ruszył w stronę Cecylii. Ona przez moment zawahała się — cofnęła się o krok, ściskając jednocześnie suknię, tylko po to, by Szwed wkrótce ją dopadł i zaczął wyszarpywać z jej rąk ubranie.
— Nie będę się z tobą bawił, ty mała… — Cecylia nie wiedziała, co znaczy słowo hora, ale domyślała się, że było to co najmniej obraźliwe określenie i sprawiło tylko, że jej złość znów przybrała na sile.
— No i po co ci ta kiecka, sam się w nią będziesz ubierał? — zawołała hardo, zapominając, że Szwed i tak jej nie zrozumie. Złapał suknię i próbował wyszarpnąć ją z uścisku Cecylii, ale ona dzielnie walczyła. — Nie będziesz mnie tu obrażał, ty heretycki psie, ty zamorska wszo, ty…
Zbyt była zajęta gadaniem, by uchylić się przed ciosem. Ten żołnierz albo był silniejszy od tego, który uderzył ją wcześniej, albo tamten pierwszy zwyczajnie miał na celu nie tyle zrobienie jej krzywdy, co po prostu odepchnięcie jej. Cios złodzieja sukni był o wiele bardziej bolesny i celniejszy — trafił prosto w nos, Cecylia aż głośno jęknęła, by po chwili poczuć na policzku i podbródku dość obficie spływającą jej z nosa krew. Kolana się pod nią ugięły i byłaby upadła, gdyby nie złapała Szweda za połę płaszcza. Ten jednak brutalnie wyszarpnął jej z ręki swoje odzienie i kopnął ją w nogę — Cecylia, której uwaga była skupiona jednocześnie na żałosnych próbach zatamowania krwotoku, walce o suknię i próbach ignorowania bólu, nie mogła już uchronić się przed upadkiem.
Ignacy próbował rzucić się jej na pomoc, ale szybko został powstrzymany uderzeniem kolby szwedzkiego karabinu prosto w brzuch. Zwinął się w kulkę i padł na ziemię, popiskując tylko cicho z bólu i jęcząc, gdy jakiś inny Szwed poprawił cios kopniakiem ciężkiego buta.
Szwed nachylił się nad Cecylią, by ostatecznie wyrwać jej z rąk suknię, ale ona wykorzystała jego przekonanie o zwycięstwie — złapała go za rękaw i pociągnęła na siebie, jednocześnie rozpaczliwie kopiąc go prosto w kolano. Szwed zawył głośno i runął na ziemię tuż obok niej, a ona cudem uratowała się od zostania przygniecioną przez jego ciężkie cielsko.
Przy tym wszystkim dowódca i kilku innych żołnierzy, którzy akurat plątali się w okolicy wyglądali na raczej rozbawionych i zainteresowanych takim rozwojem wydarzeń. Cecylia kątem oka widziała, jak Erzsebet szarpie się z jakimś żołnierzem, najwyraźniej chcąc rzucić jej się z pomocą, jednak szybko została przez niego unieruchomiona i zmuszona do obserwowania przedstawienia.
Mężczyzna szybko się podniósł i w końcu ostatecznie wyrwał Cecylii z rąk suknię, tylko po to, by odrzucić ją na bok. Łukasiewiczównie serce biło jak szalone; wiedziała, że teraz ten żołnierz jej nie odpuści, będzie musiał ją jakoś ukarać za upokorzenie, jakiego mu przysporzyła przed towarzyszami. Bo przecież jak to tak, dać się rzucić na ziemię pobitej i do tego takiej małej kobiecie? To musiała być dla niego hańba.
Chciał ją unieruchomić i przycisnąć do ziemi, łapiąc za ramiona i najpewniej by mu się udało, bo Cecylia za nic nie miałaby siły, by z nim walczyć. Szamotała się jednak zawzięcie, szarpiąc jego mundur, drapiąc i ciągnąc za włosy, byle tylko się uwolnić, ale bardzo szybko okazało się, że nie miała żadnych szans z rosłym mężczyzną. Nie bez satysfakcji pomyślała, że udało mu się ją unieruchomić dopiero kiedy niemalże na jej usiadł i kolanem przycisnął ją do ziemi. Szybko jednak znalazła sposób na uratowanie się — zwyczajnie splunęła żołnierzowi w twarz, a ten, zaskoczony zupełnie jej zachowaniem, puścił ją, by się wytrzeć. Cecylia szybciutko wykorzystała sytuację — gdy Szwed odrobinę się wyprostował, niewiele myśląc kopnęła go, celując ciężkim obcasem między jego nogi. Żołdak zawył cienkim głosem i z ciężkim łoskotem opadł na ziemię, by zwinąć się w kłębek i pojękiwać z bólu. Cecylia wiedziała jednak, że to nie koniec, że musi uciekać, bo inaczej jak nic po tym, co mu zrobiła, żołdak nabiłby ją na jakiś pal albo zafundował inną, równie nieprzyjemną śmierć.
Jako że ona również była poobijana, nie była w stanie podnieść się tak szybko, jak wymagała tego sytuacja. Przeczołgała się trochę na bok, ale nie wystarczająco szybko. Szwed resztką sił złapał ją za nogę i pociągnął w swoją stronę. Cecylia, szarpiąc się dziko niczym zwierzę spętane w sidła, zdołała jakoś wyrwać się z jego uścisku i odpełznąć się gdzieś na bok, gdzie w końcu uznała, że przecież i tak nie ucieknie, że jeśli zechcą ją zabić, to i tak to zrobią, i że dłuższa walka nie ma najmniejszego sensu.
Nie próbowała się już zrywać z ziemi — obolałe ciało i tak odmawiało jej posłuszeństwa, choć gdyby bardzo chciała, zdołałaby jeszcze trochę zawalczyć. Ale przecież nie było sensu. Leżała przez moment na ziemi, z twarzą zwróconą ku niebu, dysząc ciężko i czując tak niewysłowioną ulgę, jak jeszcze chyba nigdy w życiu. Na chwilkę całkiem zapomniała o tym, gdzie się znajduje i co tak właściwie dookoła niej się dzieje.
Do rzeczywistości przywrócił ją ciężki, okuty but, który dowódca z rudą, kozią bródką przycisnął do jej klatki piersiowej. Z trudem łapała oddech.
— Jak chcecie mnie dobić, to byle szybko — prychnęła Cecylia, w zamierzeniu z nutą pogardy, lecz zabrzmiało to co najmniej żałośnie.
Ktoś przetłumaczył jej słowa — chyba Ignacy, bo Łukasiewiczówna kątem oka widziała, że pozbierał się już po zadanym wcześniej ciosie.
— Nie będę cię dobijał, dziewczyno — odpowiedział na to dowódca z nutą zdziwienia w głosie. Zdjął z niej nogę, a Cecylia na nowo mogła się cieszyć możliwością swobodnego oddychania. Szwed podał jej rękę i pomógł wstać. Łukasiewiczówna po chwili wahania skorzystała z pomocy. — Wola walki godna podziwu. Nie ruszać mi jej, ani nikogo z jej rodziny, wiecie, jakie są rozkazy. Szlachciców mamy oszczędzać, jasne? — zwrócił się do podwładnych. Po chwili spojrzał na żołdaka, który przed chwilą walczył z Cecylią. Teraz już pozbierał się z ziemi i rzucał Łukasiewiczównie nienawistne spojrzenie, dysząc ciężko. — Co z ciebie za żołnierz, jak cię taka dziewucha położyła? Nie myśl, że puszczę ci to płazem. Rozejść się, róbcie co do was należy, ale jazda!
        Dowódca nie pozwolił Cecylii na krok od siebie odejść — najwyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, że dziewczyna, pomimo że poobijana, mogłaby narobić jeszcze sporo zamieszania. I nie pomylił się — siłą musiał ją trzymać, żeby nie pobiegła i nie rzuciła się na żołnierzy, którzy co najmniej brutalnie obchodzili się z chłopami z pobliskiej wsi. Szwed musiał przyznać, że był pod wrażeniem tego, jak zawzięcie Cecylia się wyrywała — drapała go i szarpała się, nie miała jednak tyle siły, by wyrwać się z uścisku dobrze przeszkolonego żołdaka.
        — Nie szarp się — warknął jej do ucha — bo przywiążę cię zaraz do płotu i się skończy.
        Cecylia posłuchała, bo za nic w świecie nie chciała zostać na łasce szwedzkich żołnierzy jeszcze bardziej niż w tej chwili. Przywiązana do płotu nie miałaby nawet cienia szansy na obronę, wiedziała o tym aż za dobrze.
        To, co działo się teraz w Łukowcach, to był istny chaos. Cecylii serce biło jak szalone, gdy patrzyła, jak szwedzcy rajtarzy wynoszą z jej domu kosztowności, kradną jedzenie, konie, wszystko, co wpadło im w ręce. Nie tylko objuczali łupami swoje własne wierzchowce — wozy zrabowane Łukasiewiczównie również wykorzystywali do tych celów. I o ile Cecylia nie mogła się z tym pogodzić, to wtedy jeszcze nad sobą panowała. Zaraz jednak usłyszała pełen strachu głos, który odwrócił jej uwagę od rabowanego majątku. Cecylia rozejrzała się bacznie w poszukiwaniu źródła tego zlęknionego wrzasku i, kiedy w końcu go znalazła, serce podeszło jej do gardła. Krzyczała Anna, młoda córka jednego z Łukowieckich chłopów, którą Cecylia znała od wielu, wielu lat, choćby przez wspólne zabawy za młodu. Dwóch żołnierzy ciągnęło dziewczynę za jedną z chat i, choć ta szamotała się dziko, za nic w świecie nie była w stanie dać sobie rady z dwoma rosłymi żołnierzami. Cecylia nie musiała ich wcale widzieć, żeby wiedzieć, co zamierzali jej zrobić — jej płacz i błagalny ton oraz śmiech szwedzkich żołnierzy były wystarczające, by Łukasiewiczówna to pojęła.
 Silne ręce rudego Szweda, które trzymały ją w żelaznym uścisku były jedyną rzeczą, jaka powstrzymała ją od szaleńczego biegu na ratunek chłopce.
 — Zostawcie ją! — wrzasnęła rozpaczliwie, szamocząc się z taką siłą, że niemal wyrwała się rudemu dowódcy. — Nie możecie, zostawcie! — Cecylia pojęła, że jej wrzaski nie mają żadnego sensu, spróbowała więc inaczej. Odwróciła się twarzą do kapitana. — Proszę… — zaczęła bełkotać żałosnym i łamanym szwedzkim, starając się przypomnieć sobie chociaż kilka słów. — Nie pozwól im, proszę!
— Ciesz się, żeś szlachcianka, bo ciebie nikt nie tknie — odpowiedział jej, zaciskając ręce na jej nadgarstkach. — A jak ci tak zależy, to leć i się z nią zamień!
Cecylia bardzo chciała Annie pomóc, jednak na to nie była w stanie się zdobyć, wszystko, tylko nie to. Starała się więc nie słuchać jej płaczu i boleśnie jednoznacznych dźwięków i zapomnieć, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Szwed puścił ją w końcu, bo wiedział, że osiągnął cel i że Cecylia nigdzie się już nie będzie wybierać. Ta tylko usiadła na ziemi, czując się nagle jakby całkiem pozbawiona wszelkiej siły, i ukryła twarz w dłoniach, pozwalając, by jej ciałem wstrząsnął pełen żalu i bezsilności szloch.
*
Szwedzi w końcu odjechali, obrabowawszy wcześniej nie tylko majątek Łukasiewiczów, ale i całą wieś. Chłopskie domy spłonęły, podobnie jak dom Cecylii, część mieszkańców uciekła, część została wymordowana, a pozostali, jak Łukasiewiczówna, zostali i patrzyli na zgliszcza swoich domów, z trudem powstrzymując płacz.
Cecylia składała ręce do Boga za to, że tego dnia akurat Gilbert zaoferował się, że zabierze do siebie Kornela. Za nic w świecie nie chciała, żeby jej mały braciszek był świadkiem tak okropnych scen. Oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, że będzie musiała się gęsto tłumaczyć i nie ominie jej opowiedzenie o pewnych sprawach, ale przecież co innego znaczy usłyszeć o czymś, a co innego to widzieć.
— Cecylio — dobiegł ją łagodny, drżący głos Erzsebet. — Chodź. Trzeba pozbierać wszystko, co się jeszcze nadaje do czegokolwiek i zająć się doprowadzeniem tego wszystkiego do porządku.
                — Co ty chcesz tu doprowadzać do porządku? — odpowiedziała jej Cecylia tonem, w którym boleśnie brzmiała bezsilność. — Nic już z tym nie zrobisz. Spalili nam dom, Erzsi.
                Węgierka nic na to nie odpowiedziała, spróbowała jedynie objąć Cecylię, ta jednak jej na to nie pozwoliła.
                Łukasiewiczówna czuła się rozbita i winna. To wszystko, co się stało, ewidentnie było jej winą. Przyszli tu po Bernharda, wiedziała to bardzo dobrze. Przypuszczała, że mógł być krewnym Gyllenhjelmów, Oxenstiernów, Wittenbergów lub też — być może — nawet Wittelsbachów, a jeśli tak, to Cecylia wcale się nie dziwiła, że tak się kłopotali jego zniknięciem. Dodatkowo, Bernhard za nic nie chciał ujawnić swojego nazwiska — to oraz fakt, że znał osobiście Bengta Oxenstiernę świadczyło niewątpliwie o tym, że miał koneksje z ważnymi szlacheckimi rodami. Dlaczego jej nie powiedział? To, że z początku milczał Cecylia rozumiała — nie znał jej i na pewno bał się, że każe wziąć go na zakładnika albo zamordować. Ale czy Łukasiewiczówna nie dała mu wystarczająco wiele powodów do zaufania? Czy nie była dla niego dobra, czy nie dbała o niego jak o swojego, czy nie było jej całkiem obojętne jego pochodzenie? Było, i to bolało najbardziej, bo on mimo wszystko nie okazał jej choćby tej krztyny zaufania, by zdradzić swoje nazwisko. Przecież Cecylia by go puściła, nie trzymałaby go na siłę, zresztą nawet gdyby chciała, to nie byłaby w stanie. Ufała mu i ceniła go, nie mogła więc pojąć, czemu on nie obdarzył jej takim samym zaufaniem. Teraz była na niego zła, była wściekła, bo pomimo że nie było to jego winą, że po niego przyszli, to spodziewał się tego, teraz Łukasiewiczówna to zrozumiała, i dlatego odszedł, ale dlaczego, na Boga, dlaczego nie powiedział tego Cecylii, mogłaby sprowadzić pomoc, mogliby się bronić! A teraz? Teraz nie było już czego bronić.
                Cecylia nie winiła o to wszystko Bernharda, winiła siebie. W końcu to ona podjęła decyzję o sprowadzeniu go do Łukowców. Była rozbita, bo z jednej strony, choćby nie wiem co, nie postąpiłaby inaczej, a z drugiej kołatała się w jej głowie myśl, że być może gdyby nie to, Łukowce nadal byłyby całe.
                Gdzieś w środku wiedziała, że to nieprawda. Wręcz przeciwnie, gdyby nie zabrała go do domu i nie wyleczyła, prawdopodobnie umarłby tam, gdzie go znalazła, a wtedy, gdyby Szwedzi znaleźli jego ciało, nie byliby tak litościwi dla niej i członków jej rodziny (co do której i tak się pomylili, bo uznali za jej krewnych tak bliźniaków Anielewiczów, jak i Erzsebet oraz dziadka Jurgisa) i pewnie skończyłaby tak samo jak Anna, albo jeszcze gorzej.
                Na myśl o młodej chłopce Cecylii skręciły się wnętrzności. Była tak zaabsorbowana obwinianiem się, że na śmierć o niej zapomniała. Nie sądziła, że to możliwe, ale poczuła się jeszcze gorzej. Nogi jej drżały, gdy ruszyła w stronę chaty, za którą wciągnęli Annę Szwedzi. Czuła się odpowiedzialna za jej krzywdę, czuła się okropnie, bo teoretycznie mogłaby ją przed tym ochronić, oferując samą siebie. Ale czy ktoś miał prawo tego od niej wymagać? Czy Cecylię naprawdę można było potępić za to, że wolała oszczędzić sobie takiej krzywdy? Tego nie wiedziała, zdawała sobie jednak sprawę, że nie byłaby w stanie postąpić inaczej. Czy ktokolwiek na jej miejscu by się poświęcił?
                Cecylii serce podeszło do gardła, gdy zajrzała za chatę i znalazła tam Annę kulącą się pod ścianą, z kolanami podciągniętymi pod brodę, załzawionymi oczami, wyraźnymi śladami po uderzeniu na twarzy i zadrapaniach na ramionach oraz brudnych od krwi paznokciach. Spoglądała na Cecylię niczym spłoszone, ranne zwierzątko, trzęsąc się na całym ciele i najwyraźniej będąc gotową do ucieczki w razie konieczności.
                Cecylia z początku nie rzekła ani słowa, spoglądała tylko w milczeniu i z największym żalem na tę biedną dziewczynę, której w żaden sposób, choćby nie wiem jak chciała, nie była w stanie pomóc. Łukasiewiczówna nie wiedziała, jak się zachować, nie wiedziała zupełnie co czynić, a serce jej się krajało na widok tak okrutnie potraktowanej dziewczyny i tego przerażającego strachu w jej oczach.
                Zawiał zimny wiatr, zwiastujący rychłe nadejście zimy. Anna zadrżała. Musiało jej być okrutnie zimno w tej podartej sukni, którą próbowała się zasłonić. Cecylia, niewiele myśląc, zdjęła swój obszyty futerkiem kontusz i podała go dziewczynie — choć tyle mogła zrobić, by jej ulżyć. Anna, po chwili wahania, przyjęła ubranie i opatuliła się nim szczelnie. Jej powolne ruchu zdradzały Cecylii jak obolała musi być.
                — Anno — szepnęła w końcu Łukasiewiczówna, nie ufając swojemu głosowi. Osunęła się po ścianie budynku i usiadła obok dziewczyny. — Och, Anno, tak mi przykro…
        Annie nie było potrzeba więcej, by wybuchnąć głośnym, rozpaczliwym szlochem, z początku ukrywając twarz w dłoniach, by w końcu, z pewnym wahaniem, złapać Cecylię za rękę i oprzeć głowę o jej ramię.
        Cecylia, wahając się, uniosła dłoń i pogłaskała ją uspokajającym, matczynym gestem po włosach. Ciałem Anny wstrząsał szloch, tak żałosny i bezradny, że i Łukasiewiczówna z trudem powstrzymała cisnące jej się do oczu łzy.
        Co za dranie, pomyślała, zaciskając usta. Co za parszywe, pozbawione sumienia dranie. Co za człowiek mógłby zrobić coś takiego?
        — Pani Cecylio? — Do uszu Łukasiewiczówny dobiegł cichutki, drżący głos Anny.
        — Tak?
        — Pani powie mojemu mężowi, że ja tego nie chciałam, prawda? — szepnęła. — On mi nie uwierzy… Nie uwierzy na pewno i… Och, co za wstyd, pani Cecylio, dlaczego oni mnie nie zabili?
        Cecylia z trudem powstrzymała wybuch złości, jaki momentalnie próbował się z niej wyrwać. Ujęła w dłonie twarz Anny, a ta zamrugała, całkiem zaskoczona.
        — Posłuchaj mnie, Anno — powiedziała stanowczo, ściągając brwi. — To żaden wstyd, rozumiesz? Żaden! To nie twoja wina. Wszystko Piotrowi powiem, wszystko, nie będzie cię winił. Nikt nie będzie, już ja o to zadbam. Tylko nie płacz już, proszę cię. Nie płacz. To nie twoja wina — powtórzyła raz jeszcze, mniej pewnym głosem.
        Anna nic jej nie odpowiedziała, ale Cecylia czuła, że było jej choć odrobinę lepiej po tym, co powiedziała. Obie długo milczały. Łukasiewiczówna nie miała pojęcia, jak wiele czasu minęło, nim do jej uszu na nowo dobiegł cichy głos Anny, tym razem jednak pytający o coś, czego Cecylia całkiem się nie spodziewała, pochłonięta rozmyślaniami na inny temat.
        — Co my teraz zrobimy, pani Cecylio? — zapytała Anna. — Nie mamy gdzie pójść…
        — Część mojego domu jest cała — powiedziała Cecylia. — Kto nie ma rodziny w okolicznych wsiach, u której mógłby się schronić, będzie mógł tam zamieszkać na zimę, a później, na wiosnę, odbudujecie wieś. Oczywiście ja za wszystko zapłacę.
        — Przecie Szwedy i panią okradły.
        — Myślisz, że wszystkie pieniądze trzymaliśmy w domu? — zapytała Cecylia. — Spokojnie, to jest moje zmartwienie.
        — A pani gdzie będzie mieszkać? — odezwała się nagle Anna.
        — Ja? — zapytała ją Łukasiewiczówna i zamyśliła się. Teraz już właściwie nie było tu dla niej miejsca. Już od dawna chciała stąd odejść, chciała coś zrobić; powstrzymywał ją od tego Kornel, ale czy naprawdę bezpieczniej było siedzieć tu i czekać, licząc na to, że więcej nieszczęść na nich nie spadnie? Czy może należało wziąć los we własne ręce i zadbać, żeby ktoś mógł się nimi należycie zaopiekować? Bo Cecylia z bólem uświadomiła sobie, że ona sama za wszystkie skarby świata nie będzie w stanie nikogo ochronić. Bolesna to była świadomość, ale niepodważalna. Miała tylko jedno wyjście: takie, którego od dawna chciała i od którego wiecznie coś ją odciągało. — Ja pojadę na Śląsk, do mojego ojca. I do króla.
        Tak. To była jedyna właściwa rzecz, jaką Cecylia mogła zrobić.





Oficjalnie przepraszam Kwasa, że jeszcze nie odpowiedziałam na cały komentarz. ALE JUŻ SIĘ BIORĘ, SERIO. Będę tam podklejała odpowiedź, także tego :D
NO I WRESZCIE WYŁAZIMY Z ŁUKOWCÓW NO ILE JA NA TO CZEKAŁAM <3  I trochę przerwy od wszelkich romantycznych wątków, WRESZCIE ;_;
A, w ogóle, to to jest pierwszy zbetowany rozdział jaki tu wklejam. Za betę dziękuję Embli.
No i się pochwalić miałam, czego jestem dumną studentką. No to mówię, międzywydziałowe indywidualne matematyczno-przyrodnicze, najwyżej będę żałować ;_;  inżynieria biomedyczna, BO TAKA JESTEM ZDECYDOWANA, O.
A swoją drogą, to z tym wynoszeniem absolutnie wszystkiego z majątków i w ogóle z całej Polszy to jest true story, oni i okna z futrynami potrafili wynosić, a straty poniesione w potopie są porównywalne z tymi z II wojny. Znaczy, to akurat dotyczy chyba też ludzi, ale wiadomo o co chodzi.
No i tyle na dziś ode mnie :D

 Jeśli ktoś by miał ochotę, na coś, powiedzmy, z podobnych klimatach do Gud Med Oss, to serdecznie zapraszam TUTAJ - jest to również opowiadanie historyczne, osadzone w ciut późniejszych czasach, i traktujące o ostatnim absolutnym królu Szwecji, Karolu XII, no i nie pisane jedynie przeze mnie, a tworzone we współpracy z OMEGONEM. Oczywiście wszystkich serdecznie zapraszam :D

11 komentarzy:

  1. Poczekaj... Muszę się nacieszyć chwilą :D Jakby to był youtube, to bym napisał, żem "pierwszy" ^^ Taaaaki szpan :) Moje mądrości będą na samym szczycie komentarzy, yaaaaay! :D NIE WIEM co Ty takiego złego widzisz w łuskaniu bobu :D No weź ^^ Ale Cecylię rozumiem, ona ma zbyt dużo pary w sobie, żeby spokojnie usiąść na tyłku i łuskać... Bernhard pasuje idealnie, flegma się przecież aż z niego wylewa :D Chociaż, z tego co pamiętam, to mówiłaś mi, że ZIEMNIAKI będzie obierał, nie bób :D Ale może źle pamiętam :D Wogle, to z początkowej rozmowy z tym szlachcicem wyszło, że Cecylka sobie tego swojego Szwedka nieźle wytresowała:D Mam teraz wizję Berniego jako takiego wielkookiego, kudłatego psa, któremu Łukasiewiczówna rzuca kości za każde poprawnie wypowiedziane słowo po polsku :P
    "Pani ojciec razem z naszym królem jest na Śląsku! Siły przegrupowują, proszę się nie martwić!" No to mnie rozbawiło :D:D Mam nadzieję, że jak Cecylia dojedzie na ten Śląsk, to dobierze się Janowi Kaziowi do skóry i skłoni nieroba do powrotu, albo przynajmniej go porządnie ochrzani za bycie frajerem :D Już to widzę, jak cała Rzplita jej potem dziękuje za ogarnięcie króla :D Znowu Ci się zdarzyło użyć zbyt nowoczesnej formy chyba :D o Oxenstiernach "Bo ci Oxenstiernowie to ktoś ważny u was, nie?" :P To nie bym zamienił na "prawda?" albo chociaż "czyż nie" :P ALE CO JA TAM WIEM, ja stawiam przecinki przed "i" :D:D Co do tego Gyllenhjelma... Wiesz, szukałem i szukałem, aż w końcu znalazłem jakiś tekst po szwedzku, gdzie go faktycznie przez "j" pisali, więc taka pewnie jest oryginalna forma tego nazwiska... Ale w tekstach po angielsku i polsku, używana jest wersja z "i"... Więc to chyba zależy od widzimisię autora - jeśli chce się spolszczać to przez "i", a jak nie to "j" :D Za Chochoła daję okejkę (żeby Cię...:D), przypominają się te wszystkie lekcje polskiego:D Tak sobie czytam opis owego szwedzkiego dowódcy, i (oprócz cienkiego wąsa) to mi się wydaje, żeś z niego Adolfa Gustawa zrobiła, i tę jego rudą kozią bródkę przeniosłaś do siebie :D W sumie bym się nie dziwił, kto nie chciałby wyglądać jak Lew? :D Ale zachłanne toto... że hej :D Jeszcze kury pod pachy i wiśta wio:D Aż mi się przypomniała Armia Czerwona i obdarci Ruscy z piętnastoma zegarkami na rękach :D Swoją drogą, ciekawe cz się chociaż znali...:D JAK MOGŁAŚ TAK DAĆ CECYLKĘ POBIĆ? :___: Zero wstydu te Szwedzi nie mają :( Ale przynajmniej zebrał jeden :D Nie do końca tego się spodziewałem mówiąc o metrze pięćdziesiąt żywej furii, ale też ok :D Tylko ten wysoki głos...:D Zawsze mnie zastanawiało, skąd to sie wzięło :D Bo przecież struny głosowe nie mają nic do czynienia z wiadomymi częściami ciała, no chyba, że faktycznie jestem niedoedukowany...:D ALE, jestem za to bogaty w doświadczenie,ponieważ nie ukrywajmy, zdarzało się nieraz, czy to na wfie, czy też ot tak, podczas przyjacielskiej rozmowy z kolegami o wątpliwych skłonnościach, nie owijajmy w bawełnę - zebrać z pięści tudzież piłki :D I nie mówiłem wcale po tym wyższym głosem :D Ale to taka tam dygresja noo :D A myślałem, że to Torisowi się dostanie...:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No masz, naciesz się ;p
      Nic złego nie widzę w łuskaniu bobu, bo - uwaga! - miastowa jestem i w życiu nawet na oczy nie widziałam niełuskanego bobu ;_; A tak prócz tego, to i tak bym nie łuskała, bo nie lubię, a przecież za innych robić nie będę, niech sami łuskają ;_;
      OMG NO TROCHĘ TAK XD Nie, żebym miała to na celu, znaczy się, takie tresowanie Berci, ale w gruncie rzeczy jak by nie patrzeć to tak to właśnie wyszło, a i do Cecylki, w sumie, to pasuje, jak by nie patrzeć... KWICZĘ XD
      No, to już Ci mówiłam, że ona tam na Śląsku ustawi kogo trzeba :D Może nie sama, ale i tak :D ALE MNIE KUSI, ŻEBY CI ZASPOJLOWAĆ NO, ALE SIĘ JUŻ PRZYMKNĘ XD
      DOBRZE JUŻ POPRAWIŁAM. Ale dziena :D Nie powiem, że odrobię w polu, bo mi dług jeszcze urośnie i co będzie? D: CHOCIAŻ SPRAWDZANIE TWOICH PRZECINKÓW POWINNO BYĆ JUŻ WYSTARCZAJĄCYM ODROBIENIEM DŁUGU :D
      Okej, bo wiesz, takie faile jakie mi się trafiają to jedno, a jak bym w nazwisku fail zrobiła, to już słabo ;____________; CHOCIAŻ TU BYŁO I TAK O 2 FAILE ZA DUŻO.
      ŻEBY MNIE CO? :D No bo Chochoł był super, nie ma to tamto :D
      Nie, akurat to z podobieństwem do Lwa to przypadek, bo przy opisie tego fagasa myślałam o kapitanie Sythonie z Krwawego Sztormu, tylko tyle, że Sython kulał, a ten tutaj nie. ŻEBY NIE BYŁO :D Ale tak poważnie, to ciężko mi wyobrazić sobie randomowego szwedzkiego żołnierza inaczej, niż rudego D:
      JAK JA ŻAŁUJĘ, ŻE NIE WPADŁAM NA TE KURY, NO XD To by było idealnie po prostu :D
      Czy się znali? RUSCY? NO MARZENIA XD
      A MOGŁAM. BO TO WOJNA JEST A NIE WAKACJE. TAKA JESTEM ZŁA. O. No ale jak to, co, Cecylka miałaby nie oddać? :D
      Okej, o wysokim głosie już rozmawialiśmy, także tego :D
      SŁUCHAJ. Toris to jeszcze nie raz zbierze. O JEZU NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ JAK GO BĘDĘ MOGŁA ZGNOIĆ NO <3 Także cierpliwości :D
      No i dziena za komentarz <3

      Usuń
  2. O, a co tu taka cisza, że zaliczając zdrowo ponad tygodniowe opóźnienie nie zostałam wyprzedzona przez grono czytelników? Nie powiem, zdziwiłam się, mogłabym nawet sugerować, że rozdział kiepski i nikt nie chciał czytać (XD), ale tobie się przecież kiepskie rozdziały nie zdarzają, więc WTF, nie czaję tej ciszy. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że klasa maturalna dobija mnie od pierwszego dnia, w którym ją zaczęłam, a im dalej w las, tym bardziej mi się wydaje, że za parę tygodni będę siedzieć i płakać, przytłoczona ogromem wymagań, jakie wszyscy przede mną stawiają. Trza mi było iść do liceum, no kurde. =.=
    No, ale koniec narzekania, ROZDZIAŁ PRZECIEŻ TRZEBA SKOMENTOWAĆ, no heloł, czemu ja się nad sobą użalam. Ogółem to ja bardzo lubiłam Łukowce i kiedy się w nich akcja działa, to nie mogłam narzekać, ale teraz to normalnie radość mnie rozpiera, bo ścieżki bohaterów się porozchodziły - Bercia do Warszawy, Cecylka na Śląsk... W ogóle to serce mi się krajało, jak czytałam, co Szwedzi urządzili w Łukowcach, jak mogli mieć czelność uderzyć Cecylię (dobrze, że tylko na tym się skończyło, zawsze, jakby się któryś naprawdę wściekł, mogło się skończyć jak z Anną... Strasznie mi jej tak w ogóle szkoda, bo że mąż jej nie uwierzy, że nie chciała... OBURZENIE), CHYBA POWINNAM WZIĄĆ I PRZECZYTAĆ POTOP, takie mam wrażenie. W sumie ja maturę rozszerzoną z polskiego chcę zdawać, to nawet by wypadało. :P
    No tak, ja się domyślałam, że Cecylka będzie chciała Bercię zatrzymać, a i w sumie z jednej strony szkoda, że się jej nie udało, a z drugiej to i dobrze, bo ile można takiego chłopa kurować. Prędzej czy później i tak by pojechał. Trochę szkoda, że z Ragnarem to tak tylko go odwiedził i cześć, pozamiatane, myślałam, że coś więcej będzie, ale nie narzekam.
    OMG, ja się teraz tak zaczynam utożsamiać z Twoimi bohaterami, że mnie w żołądku ściska, jak myślę, co Ty możesz jeszcze dla nich szykować... Bo wydarzenia z Łukowców to nie mam wątpliwości, że są tylko zapowiedzią CZEGOŚ WIELKIEGO.
    Oooooo, drugi blog! Nie moje czasy, nigdy się tym nie interesowałam, ale jak mi czas i chęci pozwolą, to na pewno wpadnę!
    No i poza rozdziałem - INŻYNIERA BIOMEDYCZNA? Brzmi groźnie. :D A tak ogółem (nadużywam tego zwrotu, wieeeem) to podziwiam, w życiu bym się na coś takiego nie porwała, tam pewnie trzeba chemię ogarniać tak dość dobrze, nie? W ogóle to oświeć mnie, co po takim kierunku można robić? Pewnie coś fajnego, nie to co po mojej filozofii angielskiej, polskiej albo italianistyce (bo pewnie na jedno z tych trzech pójdę, o ile Bóg pozwoli i zdam maturę... X.x). :D
    xoxo, trzymaj się ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorki, że dopiero teraz odpisuję, ale w zasadzie, to wczoraj nie za bardzo miałam czas D:
      NO WŁAŚNIE JA TAK POMYŚLAŁAM, ŻE MOŻE KIEPSKI, NO I TEGO XD Ale serio, puściutko tu trochę, rzeczywiście. No ale nie narzekam, a wręcz przeciwnie, Ciebie i Omegona w ramki oprawię :D
      Nienienie, coś Ty, też byłam w maturalnej i wiem jaki to ból ;_; Ja się jeszcze w chałupie lenię, noale ;_; JUŻ NIEDŁUGO NIESTETY D: Ale nie martw się, da się przeżyć maturalną, jak się człowiek systematycznie uczy :D Wiem co mówię, jestem po biol-chem-fizie, to wiesz, ciężej już być nie może XD Szczególnie, że mojej podstawie musiałam do samego końca uczyć się jeszcze wosu i innych niepotrzebnych mi do niczego pierdół ;_;
      No, do Łukowców to wrócimy już dopiero w epilogu D: KTÓRY, BTW, JUŻ MAM NAPISANY XD Teraz idziemy w Polszę, a potem - mały spojler - jeszcze w Szwecję :D i Rosję nawet :D W każdym razie ich drogi zejdą się szybciej niż by się zdawało :D I WTEDY TO SIĘ ZACZNIE, JUŻ SIĘ DOCZEKAĆ NIE MOGĘ, BĘDZIE TEN PLOT (PŁOT) TWIST CO CI MÓWIŁAM :D
      Wiesz, to co tu napisałam, to właściwie jeszcze było dość delikatne zachowanie, powiedzmy, jak na Szwedów. Następny rozdział jeszcze rodzę, więc nie do końca wiem co w nim będzie, ale prawdopodobnie pojawi się historia prawdziwa i o wiele bardziej makabryczna. Takie wrażenie na mnie zrobiła, jak czytałam o niej, że muszę ją tu umieścić, no muszę. Także tego. A mnie osobiście w ogóle oburza takie traktowanie kobiet i całe Gud Med Oss jest z mojej strony jednym wielkim protestem przeciw temu, jak kobiety w tamtych czasach traktowano. Znaczy wiadomo, że moje gadanie/pisanie nic nie zmieni, ale będzie mi lepiej, jak wywalę, co mnie boli. A jeśli o Cecylkę chodzi, to jako ciekawostkę historyczną mogę powiedzieć, że jej to nie groziło, bo na początku wojny Szwedów wieszano za coś takiego, jeśli krzywda działa się szlachciance, bo Karol Gustaw szlachcie pewne prawa przyznał i początkowo kazał ich przestrzegać pod groźbą śmierci. A tak z całkiem innej paki, to Cecylka już za niedługo sobie ogromnych problemów ze Szwedami narobi. ALE NIE SPOJLUJEMY :D
      PRZECZYTAJ POTOP KONIECZNIE, JEST SUPER :D Ja czytam teraz, i się bardzo zdziwiłam, bo nigdy wcześniej tego nie zauważyłam, ale pojawia się tam Gustaw Oxenstierna :D Ale tak całkiem poważnie to jest naprawdę K, bardzo polecam :D Ale Wy nie będziecie mieli Potopu na maturze na bank, my mieliśmy :D
      No jak to by było, jakby nie próbowała, nie byłaby sobą :D Wiesz co, to z Ragnarem to tak wyszło tylko dlatego, że rozdział ma teraz 21 stron i za nic nie chciałam go przedłużać ;_; a koniecznie chciałam w 10 rozdziałach zamknąć Łukowce tak definitywnie ;_; Ale Ragnar się jeszcze przewinie, nie raz, nie dwa :D I w końcu się z Bercią spotka :)
      A TO DLA MNIE WIELKI KOMPLEMENT :D Ale masz rację, jak mówiłam, TERAZ TO SIĘ DOPIERO JAZDA ZACZNIE :D

      Usuń
    2. Wiesz co, bardzo polecam tego drugiego bloga, że tak nieskromnie powiem :D Ale wiesz, nawet nie dlatego, że mój (częściowo), ale Karol jest tak arcyciekawą postacią samą w sobie, że ja płaczę, czytając o nim książki. Znaczy, nie dosłownie, ale wiesz o co chodzi :D Definitywnie moja ulubiona postać historyczna EVER :D No, może się bić o to miano z Bengtem Oxenstierną, ale Bengta będę miała tutaj, więc tego :D
      Inżynieria biomedyczna Z WYKŁADOWYM ANGIELSKIM ;_; WHAT HAVE I DONE XD Znaczy wiesz co, ja to nawet nie wiem, w sumie chyba niekoniecznie, biologia jest raczej ważniejsza, bo będę tam miała anatomię i takie pierdoły, a szkoda, bo ja chemię bardzo dobrze ogarniam, a biologię tak niekoniecznie. ALE CO TAM, cała nie jest mi potrzebna, właściwie tylko anatomia + biochemia, a to przejdzie :D Chociaż trudne to pieruństwo jest jak nie wiem ;_; biochemia, znaczy ;_; Tak naprawdę, to mam tam więcej mechaniki i robotyki niż nauk przyrodniczych, przynajmniej plan tak twierdzi. A jeśli chodzi o perspektywy, to wiesz, są różne, można np. skończyć tłumacząc instrukcje obsługi tomografów (czego bardzo nie chcę ;_;), konstruując tomografy albo inne tego rodzaju pierdoły, albo pójść w biomechanikę (co ja bardzo chciałabym zrobić) i zajmować się konstrukcją sztucznych organów albo mechanicznych protez kończyn, czy coś takiego. TO JEST SUPER, BARDZO BYM CHCIAŁA :D A i jeszcze dodatkowo mam pół roku obowiązkowej wymiany za granicę, JADĘ ALBO DO SZWECJI, ALBO DO FINLANDII, ALBO NA ISLANDIĘ :D
      E, to są dobre kierunki. Znaczy, po prostu nie w moim rejonie zainteresowań, ale są sensowne :D Masa moich znajomych poszła na italianistykę, aż się zdziwiłam *_* ZDASZ NA PEWNO NIE GADAJ :D
      Dzięki piękne za komentarz i w ogóle, feel my love<3

      Usuń
    3. Uhehehe, zauważyłaś, że napisałam tam "FILOZOFIA ANGIELSKA"? Boże, jestem taka inteligentna, że aż mnie to czasem przeraża. :D :D :D

      Usuń
    4. Właśnie zauważyłam i się ciężko zastanawiałam, czy to ja zderpiłam, czy Ty XD

      Usuń
  3. po raz enty rozpływam się nad realistyczmością opisów. I wtącane w dialogi kwestie typu pytanie o zdrowie pana Bogdana - niby szczegół, ale podwyższa autentyczność całości o 100%.


    "— To, panie Bogdanie, jest Bernhard, nie wiem jaki, bo mi się, osioł uparty, nie chce przyznać."

    Standardowy wykaz perłek, czas, start! :P

    " Czego w określeniu „proste słowa” nie zrozumiałeś?, pomyślał Bernhard, krzywiąc się."
    Och, uwielbiam każde zdanie z gatunku "co w zdaniu (...) pozostawiłem do dowolnej interpretacji?" itd <3 :D

    "Bernhard gdyby mógł, to za to, co dla niego zrobiła, postarałby się uchronić ją od wszelkich okropieństw, jakie miały w tej wojnie nadejść, aby nadal mogła żyć w swoim beztroskim i niewinnie naiwnym świecie, nieświadoma tego, jaki świat i ludzie potrafią być okrutni"
    Ey, ty myślisz coś o moim sercu, jak pisze, e? Bo na psychiatrę mi już łożysz (eee:P), na kardiologa też chcesz? PRZECIEZ MI SERRRCE PĘKNIE, jak nadejdą dla Cecylii złe czasy ;( PĘKNIE. proszę, niech nie pękaaaaaa :(

    "A on wziął i nie umarł"
    KOCHAM CECIiii!


    Boże,z anlazłam literówke! jedyną odkąd czytam GMO! "Nie macie sprawa dotykać (...)" :*
    "ją unieruchomić dopiero kiedy niemalże na jej " na niej? :*

    Mój Boże... nie wiem kiedy dojde po siebie po tej akcji Szwedków w Łukowscach. Waleczna Ceci, biedna Anna... Chociaż jeden zaliczył kop w krok,a co najmniej tamtym dwóm sie jeszcze przydało. Na znieczulenie. A potem wykastrować.
    Woooooo, jestem złaaaa.
    leżę na lopatkach nie. Przez tą część o plądrowaniu łukowców jak burza przeszłam i zostawiła we mnie mnóstwo emocji. Wywołała. MASĘ emocji. Masę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Na samym początku muszę powiedzieć, że przepraszam, że piszę dopiero teraz ten komentarz. Rozdział przeczytałam zaledwie dzień po jego wstawieniu, ale z powodu zmęczenia i baaaaardzo późnej godziny, nie byłam w stanie napisać czegokolwiek, co miałoby sens. Potem planowałam napisać komentarz jak najszybciej, ale nie potrafiłam się przemóc. Ostatnio jakoś nie miałam na nic siły... A teraz nabrałam jej chyba tylko dlatego, że jestem załamana xD
    Ale do rzeczy. Szkoda, że Bercia odjechał. Gdyby został jeszcze chociaż trochę, tak jak Cecylia go o to prosiła, nie doszłoby do tej całej tragedii, jaka miała miejsce w tym rozdziale... Mógłby chociaż przez chwilę porozmawiać sobie z tym oddziałem, który po niego przyjechał i z pewnością wypędziłby cały oddział w diabły od Łukowców. Chociaż zapewne siebie też (w końcu oni przyjechali po niego). Tak czy inaczej sądzę, że - jako członek rodu Oxenstierna - budził wystarczający respekt, by Szwedzi nie obeszli się z Łukowcami tak, jak to zrobili, a Annie nic by się nie stało. Och, Boże - miałam ochotę dać jej w twarz, gdy zaczęła bredzić, że jej mąż nie uwierzy w to, że ona chciała tego, co ją spotkało! Gwałt to najgorsze, co może spotkać kobietę... Tak bardzo jej współczuję! Jej i Cecylii! Nie mogę uwierzyć, że ci Szwedzi kazali jej tego wszystkiego słuchać i powiedzieli, że jeśli chce pomóc Annie, to może zająć jej miejsce... Przecież Cecylia nigdy sobie nie wybaczy tego wszystkiego! A Anna zapewne nigdy się nie podniesie z tego, co ją spotkało... Kiedyś ja i Whatever bardzo dużo czytałyśmy o tym, co się dzieje z kobietą, która została zgwałcona. Jak powoli wraca do normy, jak boi się mężczyzn i w ogóle czyjegokolwiek dotyku, jak popada w depresję. To jest coś naprawdę okropnego i nie życzyłabym tego absolutnie nikomu. Biedna Cecylia, która stanęła przed najbardziej niesprawiedliwym wyborem, przed jakim tylko mogła...
    Ale podziwiam ją. Jej walka o suknię ślubną z jednej strony mnie przeraziła (to było naprawdę nierozsądne), a z drugiej... ubawiła. Łukasiewiczówna nieźle poturbowała tego Szweda. W tej scenie brakowało mi tylko pogryzienia tego żołnierza xD Ale i tak dobrze się dla niej to wszystko skończyło. Dobrze, że dowódca miał to minimum zasad, żeby nie krzywdzić przedstawicieli szlachty, bo inaczej Cecylia skończyłaby sześć stóp pod ziemią (przy odrobinie szczęścia). Potem jednak był tylko żal, gdy Łukasiewiczówna i jej ludzie patrzyli, jak ją obrabowują i wszystko palą... Dobrze, że jej majątek sięga jeszcze poza Łukowce. Dzięki temu wszyscy mają szansę na przetrwanie zimy.
    Przy okazji mogę się pochwalić znajomością niemieckich przekleństw i obelg (to praktycznie jedyne słowa i określenia, jakie znam w tym języku xD). Dzięki nim bez problemu odgadłam, co znaczy szwedzkie "hora". Może to głupie, ale zaczęłam się szczerzyć do siebie jak głupia, gdy to zrozumiałam... Chyba jestem naprawdę ograniczona...
    Końcówka rozdziału wywołała na mojej twarzy uśmiech. Cecylia opuszcza Łukowce... Jestem naprawdę ciekawa, jak dalej potoczą się jej losy :) Coś czuję, że trochę jeszcze namiesza :D
    Domyślam się, że już niebawem pojawi się kolejny rozdział. Cieszę się, że udało mi się zmobilizować jeszcze zanim to nastąpiło.
    Gratuluję wyboru studiów! Mam nadzieję, że ani przez chwilę nie będziesz wątpić w słuszność swojej decyzji :)
    Pozdrawiam ciepło i jeszcze raz przepraszam za tę niebotyczną zwłokę.

    OdpowiedzUsuń
  5. DROGA KURCZE FREYJO. NIE WIEM GDZIE JESTEŚ ALE ZAPOWIADAM ZE JAK DODASZ KOLEJNY ROZDZIAŁ TO SKOMENTUJE OBYDWA SUPER WYWODEM. No więc tego no. Czekam ;-;

    OdpowiedzUsuń
  6. Fraya, przepraszam za nieobecność. ;-; Bardzo, bardzo, bardzo przepraszam. Ale wróciłam. Nie dogoniłam jeszcze akcji w Gud med oss, ale obiecuję, że to zrobię. Zauważyłam tylko datę wydania ostatniego rozdziału i trochę się przestraszyłam. Rozumiem, że studia itp., ale mam nadzieję, iż nie popełnisz tak głupiego błędu jak ja zrobiłam i powrócisz z kolejnymi rozdziałami. ;)
    Czekamy! ^^

    OdpowiedzUsuń