piątek, 27 czerwca 2014

Rozdział VIII


Bernhard pamiętał tylko ból i głosy, z których nie pojmował ani słowa. Pamiętał mężczyzn, którzy kotłowali się dookoła niego i kobietę o kocich oczach, jej głos i ciepłe, delikatne dłonie.
Gdy otworzył oczy i rozejrzał się dookoła uświadomił sobie, że nie ma pojęcia gdzie się znajduje. Światło raziło go dotkliwie, jego ciało było obolałe i odmawiało posłuszeństwa. Było mu okropnie zimno, choć zdążył już zauważyć, że leży opatulony kołdrą.
Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do światła i Bernhard zmusił się do obrócenia głowy, zauważył że leży w skromnie, ale schludnie urządzonym pokoju sypialnianym. Jego mundur leżał na krześle, złożony w kostkę, wyprany i zacerowany – bardzo prowizorycznie, ale starannie. Na granatowym materiale spoczywały jego okulary, a oparte o krzesło stały szabla i karabin, wyczyszczone na błysk.
Dopiero po chwili zauważył krzątającą się po pokoju postać; stała odwrócona do niego tyłem, niewysoka i drobna kobieta o słomianych włosach splecionych w dwa długie warkocze.  Miała na sobie prostą, czerwoną spódnicę zatkniętą dla wygody za pas, a rękawy koszuli podciągnęła wysoko i Bernhard nie wiedział, czy to też dla wygody, czy po prostu z powodu wysokiej temperatury.
Był okropnie spragniony; na komódce stojącej obok łóżka dostrzegł kubek wypełniony wodą. Zmusił się więc, by sięgnąć po niego ręką. Przecenił jednak swoje możliwości - trącił go gwałtownym i nie do końca kontrolowanym ruchem; pozostało mu tylko z przerażeniem obserwować, jak naczynie przechyla się niebezpiecznie i spada z komody, by w końcu roztrzaskać się z hukiem o podłogę.
Dziewczyna podskoczyła w miejscu jak oparzona i odwróciła się w jego stronę, szukając źródła hałasu. Dopiero po chwili jej wzrok padł na Bernharda i spotkał się z jego spojrzeniem. Najpierw zamrugała zdziwiona, a po chwili uśmiechnęła się szeroko, jakby Bernhard samym odzyskaniem świadomości sprawił jej niewypowiedzianą radość. Jej piegowata twarzyczka rozjaśniła się, a oczy zalśniły wesołym blaskiem. Twarz tej dziewczyny była dla Oxenstierny okropnie obca, a jednocześnie jakby znajoma; pojął naturalnie, że to ona odnalazła go na tym pobojowisku, kiedy był już pewien, że zejdzie z tego świata. Jak na Bernharda oko, wyglądała na młodziutką, nie starszą niż szesnaście-siedemnaście lat. Pomimo prostego stroju i ogorzałej od słońca twarzy, było w niej coś, co kazało mu sądzić, że to nie pierwsza lepsza chłopska córka, a szlachcianka – Bernhard nie potrafił określić jak wysokiego rodu, ale na pewno szlachcianka.
— Obudziłeś się — powiedziała głosem ciepłym i przyjemnym, uśmiechając się do niego. Bernhard nie pojął oczywiście znaczenia jej słów, jednak odebrał ogólny zamysł. Chyba cieszyła się, że mu się polepszyło – przynajmniej tak sądził.
Kucnęła przy łóżku i poczęła zbierać fragmenty roztrzaskanego przez Oxenstiernę naczynia. Głupio mu było, że kobieta która tyle już dla niego zrobiła jeszcze musiała po nim sprzątać, jednak naprawdę nie był w stanie jeszcze się podnieść, ani tym bardziej jej pomóc.
Dziewczyna skaleczyła się i wymamrotała coś pod nosem, wyraźnie niezadowolona. Gdy pozbierała odłamki, wzięła na chwilę skaleczony palec do ust, by po chwili stwierdzić z zadowoleniem, że już nie krwawi – przynajmniej tyle udało się Bernhardowi odczytać z jej gestów i wyrazu twarzy, bo pomimo że paplała jak najęta przez niemal cały czas, nie pojmował z tego nawet pół słowa. Odłożyła szczątki kufla na komodę, z której spadł i wyciągnęła do Bernharda dłoń, odgarniając mu z czoła włosy. Chyba sprawdzała mu temperaturę, jako że drugą dłoń przyłożyła do swojego. Szwed po wyrazie jej twarzy wywnioskował, że nie jest najlepiej, ale chyba lepiej niż było.
— Jak macie na imię, panie Szwedku? — zapytała dziewczyna, a on zrozumiał z tego tyle, że wspomniała coś, co miało związek ze Szwecją. — Ja jestem Cecylia. — Wskazała dłonią na siebie i jako, że „Cecylia” było też imieniem, które funkcjonuje w Szwecji, tylko w trochę zmienionej formie, pojął że pyta go o imię.
— Bernhard — wycharczał w odpowiedzi i zabrzmiało to jeszcze gorzej niż jego normalny, i tak okrutnie zachrypnięty, głos. Odchrząknął głośno, żeby wyczyścić sobie gardło. Nie wiedział jak długo tu leżał - mogło to być kilka godzin, albo równie dobrze kilka dni; głos w każdym razie nie chciał współpracować. — Jestem Bernhard — powótrzył już normalniejszym głosem.
— Takie nieładne imię. — Skrzywiła się Cecylia, Oxenstierna jednak nie wiedział o co jej chodzi. Wychwycił tylko słowo „imię”, którego znaczenie już pojął. — Bernhard jaki? Bo ja jestem Cecylia Łukasiewicz.
Zrozumiał, oczywiście, że Polka pyta o nazwisko. Nie chciał jednak jej go podawać. Każdy Polak znał nazwisko „Oxenstierna”. No, na pewno każdy szlachcic. To by się mogło źle dla niego skończyć. Pokręcił więc tylko głową, na znak, że nie chce powiedzieć. Cecylia wydawała się trochę niezadowolona, ale chyba przyjęła to do wiadomości.
— Cecylia Łuka…siewicz? — spróbował po niej powtórzyć, ale jej mina, a następnie głośny, perlisty śmiech powiedział mu, że wypadł raczej marnie. Ale cóż to był za dziwny język, ten polski, taki trudny w wymowie i dziwnie świszczący. - A Silje? Tylko dopóki się nie nauczę.
— Co to „Silje”? — zapytała dziewczyna, a Bernhard zmusił się do wypowiedzenia jej imienia ponownie, wolno i starannie, żeby nie pomylić się przy żadnej głosce; imię niby łatwe, ale dla niego brzmiące tak obco i nienaturalnie, że ciężko było mu je wymówić we właściwy sposób. A i szwedzką wersję uważał za ładniejszą. 
— Cecylia. Po szwedzku.
Jej śmiech sprawił, że on i musiał się uśmiechnąć. Brzmiał tak szczerze i niewymuszenie, że zrobiło mu się aż ciepło na sercu – to była chyba najpiękniejsza rzecz, jaka spotkała go od początku wojny.
— Tak, może być. — Pokiwała głową, a Bernhard zrozumiał, że nie ma nic przeciw. Głupio mu było, że nie umiał nawet poprawnie wymówić jej imienia, ale obiecał sobie, że z czasem się nauczy.
Nagle dostrzegł na jej ramieniu siniaki, nie jakieś paskudne, ale jednak widoczne. Po chwili dopiero skojarzył, że on jej to zrobił; ściskał ją, podczas gdy inni zszywali jego rany. Zrobiło mu się okropnie głupio i przykro na tę myśl – niby to nic takiego, ale jednak wyrzucał sobie, że zrobił krzywdę kobiecie, która mu pomogła. Jemu, którego powinna była dobić bez wahania jeszcze tam, w tym zagajniku. Był jej winien życie i boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, że to dług, którego być może nigdy nie będzie w stanie spłacić.
Nie potrafił jej przeprosić – jego słów i tak by nie zrozumiała, więc wyciągnął rękę i dotknął czubkami palców jej ramienia, przesuwając nimi ostrożnie po sinych śladach na jej jasnej skórze. Cecylia wydawała się zaskoczona przez długą chwilę, nie bardzo chyba wiedziała jak zareagować.
— Przykro mi — powiedział Bernhard i miał nadzieję, że Cecylia zrozumie, co próbował powiedzieć. – Nie chciałem zrobić ci krzywdy.
Przez moment Cecylia patrzyła na niego z trochę niemądrym wyrazem twarzy, po chwili jednak chyba pojęła, bo uśmiechnęła się z czymś na kształt wzruszenia i politowania zarazem wymalowanym na twarzy. Złapała Bernharda za rękę, którą dotykał jej ramienia; jej dłoń była ciepła i delikatna, wyraźnie ginęła w jego dłoni.
— Niech się pan nie wygłupia, panie Szwedku — powiedziała do niego jednocześnie dziarskim i wesołym tonem. — Przecież nic się nie stało!
Bernhard rozumiał, że zostało mu wybaczone. Cecylia puściła jego dłoń, co przyjął z niejakim żalem, szczerze powiedziawszy – ta kobieta wydawała mu się tak dobra, tak łagodna i pełna troski, że mógłby tu leżeć do końca świata, pozwalając jej troskliwym dłoniom sprawować nad sobą pieczę. Nie pojmował dlaczego mu pomogła, dlaczego była taka miła i serdeczna – był jej jednak wdzięczny, bo gdyby nie ona, to już nigdy nie ujrzałby światła dziennego. Ani w ogóle niczego.
Chciała obejrzeć jego rany – przynajmniej tyle zrozumiał – i pytała go chyba o pozwolenie. Pokiwał głową, a ona zdjęła z niego kołdrę i przyglądała się ranom na boku i na ramieniu. Po jej twarzy Oxenstierna wywnioskował, że chyba nie jest najgorzej. Z resztą, ból był bardzo do zniesienia. Sam doskonale widział, że ma się ku lepszemu.
Nagle powietrze przeciął dźwięk, którego przez moment nie mógł zidentyfikować ani Bernhard, ani Cecylia. On pierwszy pojął, że to po prostu burczało mu w brzuchu – nie wiedział, jak długo nie jadł, ale nagle zrobił się okrutnie głodny. Cecylia też w końcu zrozumiała cóż to takiego i zaśmiała się wesoło. Potem zaczęła coś świergotać i gestami dała mu do zrozumienia, żeby poczekał – Bernhard miał nadzieję, że Polka przyniesie coś do jedzenia, bo naprawdę gdy już sobie uświadomił, jak głodny jest, to nie mógł przestać o tym myśleć.
— Elka! — Cecylia stanęła w drzwiach i zawołała głośnym, pewnym głosem. — Elka, mój Szwed się obudził! Mamy coś do jedzenia? Najlepiej zupę?
— Mamy! — odpowiedział jej inny, też kobiecy głos. — Przyniosę! I już lecę, chcę go zobaczyć!
Bernhard wcale się nie przeliczył, obiad dostał – miskę parującej, ciepłej i zupełnie nieznanej mu zupy. Nie zamierzał jednak wybrzydzać – zjadłby ze smakiem nawet najgorsze ochłapy, gdyby takowe dostał. A ochłapy to nie były – zupa była bardzo smaczna i Bernhardowi jakimś cudem udało się wyprosić nawet dokładkę.
Druga kobieta była całkiem do Cecylii niepodobna – miała ciemniejsze włosy, była wyższa i nie tak drobna, i nawet pomimo że obie miały zielone oczy, to stanowiło bardziej różnicę niż podobieństwo. Obie pomogły mu usiąść i utrzymać się we względnym pionie, gdy postawił stopy na podłodze. Nie mógł się wyprostować, siedział więc zgarbiony, jednak i to wymagało od niego sporo wysiłku. Cecylia i Erzsebet, bo tak miała na imię owa druga kobieta, rozmawiały ze sobą wesoło, mówiły też coś do Bernharda, on jednak był zbyt głodny, by ich słuchać i starać się zrozumieć. Nie mógł ruszyć prawą ręką, więc miał trochę problemów z jedzeniem, jako że musiał się posługiwać lewą. Jadł powoli i ostrożnie, bo łyżka chybotała mu się w ręku. Oczywiście musiał się poparzyć, bo przecież to byłby cud, gdyby wszystko poszło jak po maśle. Zupa miała dziwny, kwaśny smak, w gruncie rzeczy jednak całkiem mu smakowała – z resztą, powiedzmy sobie szczerze: był tak głodny, że nie pogardziłby niczym, co by dostał.
Zanim Bernhard skończył jeść, do pokoju wetknął głowę młody chłopiec, nie starszy niż dziesięć lat, jak na Bernharda oko. Miał tak samo słomianą czuprynę jak Cecylia warkocz; kocie oczy też były u nich obojga identyczne, podobnie jak piegowate nosy i trójkątne twarzyczki. Bernhard był więc pewien, że chłopiec ów był albo bratem albo synem Cecylii, ale jako że wydawała się bardzo młoda, obstawał jednak za tą pierwszą opcją. Chociaż równie dobrze mógł się mylić w ocenie i Cecylia mogła wcale nie mieć szesnastu lat, a być na przykład w jego wieku – kto to wiedział. Spytałby, gdyby umiał.
Chłopiec miał na imię Kornel i był ciekawski, gadatliwy i wesoły tak samo, jak Cecylia. Tylko chyba jednocześnie był okropnie męczący, bo nawet ona miała problemy z uspokojeniem go, żeby nie podtykał Bernhardowi nosa pod talerz i żeby zostawił go w świętym spokoju chociaż na czas jedzenia. Nie to, żeby Oxenstiernie przeszkadzał - właściwie raczej przypadł mu do gustu, jako że Bernhard uwielbiał dzieci, powstrzymał się jednak od prób wyjaśnienia tego Cecylii.
Łukasiewiczówna w jego oczach była aniołem, dobrym, troskliwym i łagodnym. Dopiero w przeciągu najbliższych kilku dni pojął, że Cecylia wcale taka święta nie jest – już raczej okrutnie gadatliwa, męcząca i głośna – wszędzie było jej pełno, wszędzie wtykała nos i wszystkimi dyrygowała. Tak czy inaczej, był jej okropnie wdzięczny za uratowanie życia i za gościnę.
Bernhard szybko zaczął rozumieć jej język, mocno pobieżnie, ale jednak. Jednocześnie ona też zaczynała pojmować trochę ze szwedzkiego. Próbowali się komunikować w jakimś innym języku, jednak nie udało się to – ona mówiła po rosyjsku, a on po niemiecku. Musieli więc próbować jakoś pokonać tę barierę, bo przecież idiotyzmem byłoby przebywać w jednym domu i nie umieć wymienić ze sobą nawet prostych komunikatów.
Oprócz tego, Oxenstiernie ciężko było się pozbierać po tym, co się stało. Nie znał dobrze wszystkich tych ludzi, który zginęli wtedy, gdy zaatakowali ich Polacy, był jednak ich dowódcą, był w pewien sposób za nich odpowiedzialny. Już pal sześć wiadomość, którą miał przekazać Bengtowi! Nie było jego winą, że stało się, jak się stało – ich śmierć jednak nie dawała mu spokoju. W szczególności, jeśli chodziło o Ragnara. Nie znali się długo, ale na Boga, ten człowiek był mu przyjacielem! Dlaczego to on, Bernhard, dostał szansę na przeżycie, a żaden z nich nie? Czy był od nich w czymkolwiek lepszy? Dlaczego Bóg miałby dać szansę tylko jemu? Gdzie tu Jego miłosierdzie?
Miał wyrzuty sumienia, że jemu udało się przeżyć, podczas gdy oni nie mieli tego szczęścia. Wojna zaczęła zbierać krwawe żniwo, pomimo że trwała dopiero niedługo ponad miesiąc. Wszystko jednak wskazywały na to, że szybko się skończy – polskie miasta padały jedno po drugim, a Szwedzi parli na przód, z tego co udało mu się dowiedzieć. Sprawa wydawała się przesądzona.
Jak bardzo się mylił! Nie doceniał Polaków; nie miał pojęcia na co ich stać, jeśli czuli się naprawdę zagrożeni. Ani król Karol Gustaw, ani feldmarszałek Wittenberg też nawet o tym nie pomyśleli, zaślepieni tak łatwymi zwycięstwami już na sanym początku kampanii, za co miało im przyjść słono z apłacić – to jednak jeszcze nie był czas na te wydarzenia.
Początkowo Bernhard widywał się tylko z Cecylią i Erzsebet, ale z tą drugą raczej sporadycznie. Domownicy Cecylii wydawali się być dość sceptycznie do obecności Szweda nastawieni. Cecylia jednak najwidoczniej za nic miała sobie ich opinię. Pierwszego dnia, w którym Bernhard odzyskał przytomność, cały dzień przesiedziała w jego izbie. Otworzyła okno, by trochę przewietrzyć; dowiedział się też, jakimś cudem, że leżał nieprzytomny przez trzy dni. To było szczęście w nieszczęściu, bo z jednej strony mocno go to osłabiło – nie jadł nic, ale miał w głowie przebłyski wspomnień o tym, jak ktoś poił go mlekiem z miodem, dzięki czemu mógł zachować choć minimum sił. Teraz był niemal pewien, że była to Cecylia. Z drugiej strony natomiast tak długa utrata przytomności oszczędziła mu wiele bólu – teraz rany nadal bolały, zaczynały się już powoli zrastać i obchodziło się nawet większych jęków przy podejmowanych przez Bernharda próbach zmiany pozycji.
Gdy chciał wstać, Cecylia zerwała się z miejsca i kategorycznie mu zabroniła. Zmusiła go, by z powrotem ułożył się w pościeli, sprawdziła mu temperaturę i spojrzała na niego z widoczną troską wymalowaną na twarzy.
— No dajże spokój, próbuję ci zbić tą temperaturę i nic! — zawołała, mocząc ręcznik w misce z zimną wodą stojącej na stoliku. — Jak do jutra nie spadnie, to znów będę musiała Kuklika do roboty pogonić!
Bernhard niemal nic nie zrozumiał, ale właściwie średnio się tym przejmował. Był zmęczony i obolały, i tak przyjemnie leżało mu się w pościeli, podczas gdy Cecylia odgarniała mu jasne włosy z twarzy i układała zimny okład na jego czole. Słuchał jej obcego, melodyjnego świergotu, który był bardzo przyjemny dla ucha. Cecylii chyba sprawiało przyjemność takie gadanie do siebie i zadowalało ją, gdy śledził ją wzrokiem, nie musiał wcale odpowiadać, nie musiał nawet rozumieć. Była mu miłym towarzystwem, które z czasem jednak stawało się okrutnie męczące – nie wiedział tego, naturalnie, ale on i tak najdłużej ze wszystkich znosił jej ciągłą, nieustającą paplaninę. Chyba tylko Toris miał większe pokłady cierpliwości w tej materii, jako że on wiedział coś, czego Bernhard mógł się tylko domyślać – Cecylii buzia nie zamykała się nawet podczas snu; zdarzało jej się nawet nie kończyć monologu, gdy usypiała, ciągle mamrocząc przez sen coś na temat, który drążyła przed zaśnięciem. Bernhard tego, naturalnie, nie wiedział, podobnie jak nie miał pojęcia o istnieniu Torisa, ale przeszła mu przez głowę myśl, że Cecylia byłaby w stanie gadać nawet przez sen. Nie wiedział, jak blisko był prawdy.
Usnął, podczas gdy Cecylia – ciągle gadając – pomagała mu owinąć się kołdrą. Nie wiedział, w którym dokładnie momencie stracił świadomość, ale musiało się to stać, bowiem gdy otworzył oczy słońce chyliło się ku zachodowi. Był w pokoju sam.
Gdy trochę się rozbudził, do jego uszu dotarły rozbawione głosy, dobiegające chyba z innej izby. Sądząc po porze dnia, domownicy jedli pewnie kolację – spodziewał się więc, że teraz nikt do niego nie przyjdzie. Rozejrzał się po pokoju i z żalem zauważył, że nikt nie przyniósł mu jedzenia. Nie to, żeby Bernhard był jakimś pasożytem i oczekiwał, że będzie się go karmiło i jeszcze przynosiło jedzenie do łóżka – w zaistniałej sytuacji jednak inna opcja po prostu nie istniała. A że Bernhard miał pewną magiczną właściwość, która sprawiała, że sam jeden pożerał tyle co przynajmniej trzech dorosłych mężczyzn, to była to sprawa dość problematyczna, jako że wiecznie był głodny. Inną kwestią było, że nie powinien mu za wiele jeść – nie mógł nadwyrężać mięśni póki rany się nie zrosły. Tak więc Oxenstierna cierpiał – uznał to jednak za dobry znak, jeśli jedynym, czym w tym momencie się martwił, było jedzenie.
Nie zaznał jednak spokoju i właściwie się z tego cieszył. Drzwi do izby otworzyły się powoli i Bernhard ujrzał w nich płową głowę tego małego chłopaka, który był bratem albo synem Cecylii. Miał zupełnie identycznie, kocie oczy o kształcie migdałów – ich tęczówki odznaczały się tak niesamowitym kolorem, że Bernhard nie mógł oderwać od nich wzroku, tak w wypadku chłopca, jak i Cecylii.
— Cześć, Szwedzie — powiedział chłopak zadziornym tonem, wchodząc do pokoju.
Hej — odpowiedział Bernhard, łudząc się, że i po polsku można się witać w ten sposób. Ku jego zdziwieniu, widocznie można było.
— Cecylia mówiła, że nie umiesz po naszemu — powiedział chłopiec, marszcząc brwi w sposób niezwykle podobny do Cecylii. Bernhard, słysząc jej imię, wywnioskował, że chłopiec jednak jest jej bratem – nie nazywałby przecież matki po imieniu.
Bernhard nie wiedział, co chłopiec do niego mówi, ale głupio było mu nie odpowiedzieć. Wymamrotał więc coś, że nie rozumie i że nie umie mówić po polsku, licząc na to, że cokolwiek zostanie zrozumiane.
I, o dziwo, chłopiec zrozumiał. Bernhard zrobił wielkie oczy, bo nie miał pojęcia, jak właściwie się to stało – dopiero po chwili, gdy chłopiec znów przemówił, Oxenstierna to pojął – mały Łukasiewicz mówił trochę po niemiecku – wystarczająco jednak, by wyłapać skromne podobieństwo pomiędzy nim a szwedzkim. A że Bernhard po niemiecku mówił całkiem dobrze, to istniała szansa na porozumienie.
— Silje to twoja siostra? — zapytał chłopca Bernhard, a blondynek, szczerząc się do niego, usiadł na podłodze przed łóżkiem.
— Silje? Że niby Cecylia? — spytał w odpowiedzi, a Oxenstierna pokiwał głową. — Tak, to siostra. Mówi, że nazywasz się Bernard.
— Bernhard — poprawił chłopca, a ten tylko machnął ręką.
— No może i tak powiedziała. A ja jestem Kornel — przedstawił się. — Kornel Łukasiewicz herbu Rosen — dodał z dumą, a Bernhard nie mógł powstrzymać się przed parsknięciem śmiechem. Chłopak brzmiał tak śmiertelnie poważnie, że Oxenstiernie wydawało się to aż komiczne. Był jednak bardzo sympatyczny, Bernhard więc bez problemu mógł wybaczyć mu to lekkie zarozumialstwo.
— Mogę do ciebie mówić „Beniu”? Cecylia mówi „Bercia”, ale to głupio brzmi. — chłopiec się skrzywił, a Bernhard nie zdążył nawet zaprotestować, gdy chłopiec zmienił temat. Widać krew nie woda – mały Kornel miał w sobie bardzo wiele ze starszej siostry, i to nie tylko w kwestii wyglądu. — Ale ty nas nie będziesz okradał, co? Ani nie przyjdą po ciebie inni Szwedzi?
— Czemu miałbym was okradać? — zapytał Bernhard, nie rozumiejąc właściwie o cóż młodemu Łukasiewiczowi może chodzić.
— Cecylia mówi, że przyszli tu tacy, co zażądali masy jedzenia i jeszcze później jakichś innych rzeczy – objaśnił chłopiec łamanym niemieckim. Tak czy inaczej, Bernhard musiał przyznać, że Kornel był całkiem zdolny, bo mówił dość płynnie – musiał być uczony od małego. — I mówi, że Erik Oxe… coś tam, to złodziej i kłamca. I że wszyscy Szwedzi powinni się daleka trzymać. A potem przywiozła ciebie i już nikt nie wie, o co jej chodzi.
Bernhard, naturalnie, natychmiast pojął, że mowa było o jego kuzynie Eriku. I momentalnie też skojarzył, że kobieta, którą widzieli z Ragnarem pierwszego dnia w lesie, jak pędziła konno w stronę, w którą odeszli żołnierza, to najpewniej była Cecylia. Musiała mieć więc niemiłą potyczkę z jego kuzynem – w tej sytuacji mógł tylko pogratulować sobie pomysłu nieujawniania nazwiska.
— Nie będę kradł — obiecał chłopcu, swoje przemyślenia zostawiając dla siebie. — Powiedz siostrze, że bardzo jej dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiła i robi.
— To sam jej powiedz, przecież cię nie zje.
— Nie rozumiemy się — objaśnił Bernhard. — Ona chyba nie mówi po niemiecku?
Kornel pokręcił na to głową, a słomiane kosmyki powchodziły mu w oczy. Odgarnął je z twarzy nerwowym ruchem.
— Nie, ona po rosyjsku — odparł Kornel. — To jej powiem. Ucieszy się, bo cały czas o tobie mówi. I się martwi, żebyś wyzdrowiał. A wszyscy tylko mówią, jaka Cecylia jest głupia, że się Szwedem zajęła. Tylko dziadzio Jurgis ją chwali. A ja pomyślałem, że przyjdę i zobaczę, czy naprawdę jesteś taki straszny.
— No i co… — Bernhard nie zdążył dokończyć, ponieważ drzwi otworzyły się z hukiem i oboje, tak on, jak i Kornel, podskoczyli jak oparzeni. Jak to się mówi w Szwecji – kiedy mówisz o trollach, one stoją w przedsionku, a jakby się ktoś pokusił o wersję rodzimą to byłoby to zwyczajne „o wilku mowa”. W drzwiach stanęła Cecylia, unosząc wysoko brwi, gdy obrzuciła wzrokiem półleżącego na łóżku Szweda i siedzącego na podłodze brata. W rękach trzymała dwa parujące kufle, a Bernhard niemal natychmiast poczuł zapach korzennych przypraw.
— A gdzie ty się pałętasz, co, mały nicponiu? — zapytała Kornela, a on wyszczerzył się do niej w odpowiedzi. Oxenstierna był w stanie się założyć, że gdyby byli w tym samym wieku, to wyglądaliby identycznie i po twarzach nie szłoby odróżnić, które to Kornel, a które Cecylia.
— Sama mówiłaś, że gościa mamy, to przyszedłem porozmawiać! — odparł chłopiec, a Bernhard mógł tylko domyślać się treści rozmowy. — Kazał ci podziękować za wszystko, co dla niego zrobiłaś.
Wzrok Cecylii padł na Bernharda. Dziewczyna przekrzywiła głowę, uśmiechając się do niego i był to uśmiech tak serdeczny, że Bernhardowi aż ścisnęło się serce. A my najechaliśmy jej kraj, pomyślał.
— Powiedz mu, że odrobi w polu jak wyzdrowieje — rzekła z uśmiechem Cecylia, a gdy Kornel przetłumaczył, mrugnęła wesoło do Bernharda. Szwed parsknął w odpowiedzi śmiechem i odwzajemnił jej uśmiech. — A teraz jazda, hultaju mały, do łóżka!
— Ale Cecyliooooo — jęknął chłopiec, ale Cecylia pokręciła tylko głową.
— Już — powiedziała stanowczo. — Kazałam ci iść spać pół godziny temu, a ty suszysz głowę biednemu Szwedowi! On musi odpoczywać. Idź spać, jutro sobie poszwargoczecie.
Kornel w końcu, choć niechętnie, opuścił pokój, żegnając się markotnie z Bernhardem. Cecylia przez moment popatrzyła za nim, jakby sprawdzała, czy rzeczywiście pójdzie do łóżka – bo Oxenstierna domyślił się, o cóż był spór – by w końcu zamknąć drzwi na korytarz i postawić kufle na stoliku.
Zapaliła też kilka świec i ustawiła je obok kufli. Przyniosła też ze sobą raczej niezbyt zachęcający kleik. Bernhard skrzywił się trochę, widząc to, a Cecylia zaśmiała się pod nosem.
— Niewdzięcznik — mruknęła z udawaną urazą, a Bernhard domyślił się mniej więcej o co chodzi. — Nie możesz jeść nic lepszego — próbowała mu tłumaczyć, gestami wskazując na jego rany i usiłując mu pokazać, jak pękają. — Bo cię znów będziemy musieli zszywać. Ale piwo ci przyniosłam, zobacz!
Cecylia zachęciła go do spróbowania zawartości kufla. Było to grzane piwo, słodkie i rozgrzewające – oprócz przypraw korzennych, Bernhard wyczuł w nim jeszcze słodki smak miodu. Było bardzo smaczne, choć tak słodkie, że był w stanie założyć się o wszystko, że usta będą lepiły mu się jeszcze rano.
Cecylia również się napiła i usiadła na łóżku, obok jego nóg. Gestem zachęciła go do jedzenia, a on – pomimo, że kleik naprawdę nie był szczytem marzeń – rzucił się na niego niczym wygłodniały wilk. Te marne porcje, jakie dostawał naprawdę mu nie wystarczały – oczywiście wiedział, że to wszystko ze względu na rany, bo nie wątpił, że Cecylia sobie na niego nie szczędzi (jak choćby grzane piwo z miodem – to nie była rzecz, którą można było dostać od tak – miód kosztował, podobnie jak przyprawy, i to wcale niemało).
Kleik miał nieprzyjemną konsystencję, jednak Bernhard zauważył, że i to Cecylia (albo ktoś inny) posłodziła mu miodem. Nie wiedział, czy poczuł się bardziej winny czy wdzięczny – miał poczucie, że panna Łukasiewicz nie powinna traktować go w taki sposób, w teorii był przecież wrogiem; z drugiej strony był niemożliwie zdziwiony jej bezinteresowną troską i serdecznością. Widać opiewana słowiańska gościnność była jednak prawdą – teraz Oxenstierna sam odczuwał to na własnej skórze.
Zjadł wszystko, a Cecylia nawet nie gadała w tym czasie – dopiero, gdy opróżnił miskę, uświadomił sobie jak dziwne było jej milczenie.
— No pij, pij! — wskazała głową na grzańca, stojącego obok pustej miski. Sama też pociągnęła ze swojego kufla spory łyk. – Pij, póki ciepłe! Kuklik powiedział, że ci pomoże.
A więc Bernhard nie mógł odmówić i pociągnął łyk słodkiego trunku. Przyjemne ciepło szybko rozchodziło się po jego ciele, a głowa powoli, po każdym łyku stawała się co raz bardziej ociężała. A Cecylia z kolei stawała się bardziej gadatliwa, w miarę im więcej piła. Na jej piegowate policzki wstąpiły ciemne rumieńce, a jej oczy błyszczały.
Dziwacznymi gestami i potokiem niejasnych słów udało jej się przekazać mu, że jutro z rana spróbują chodzić, bo rany zrosły się na tyle, że można było powoli zaczynać.
A Bernhard, pomimo żalu, jaki nadal odczuwał na myśl tym wszystkim, co niedawno się wydarzyło, uznał, że bardzo mu dobrze w domu tej małej Polki. Nie mógł się nadziwić z jaką radością i otwartością go przyjmowała, jak serdeczna w stosunku do niego była. Dlaczego go tak traktowała? Słyszał o niezrównanej gościnności Polaków, ale to – to już była gruba przesada. Przyjmowała jego, Szweda, wroga przede wszystkim, jak swojego, dbała o niego, poświęcała mu czas i wszystko to jeszcze z tak wielkim entuzjazmem, że wydawało mu się to wręcz niemożliwe.
Nie mógł się też na nią napatrzeć – niekoniecznie z zachwytu, a raczej z powodu jej… osobliwości. Bernhard jeszcze nigdy, przenigdy nie spotkał kobiety podobnej do niej – jej szczebiot był naturalny i niewymuszony, w jakiś sposób uroczy i miły dla ucha, nie to, co głupawe chichoty panien we dworze królewskim w Sztokholmie. Tkwiła w niej jakaś beztroska i radość z życia, jakiej Bernhard nie widział ani u chłopów, ani u szlachciców – przywodziła na myśl naiwne i niewinne dziecko, a nie panią domu, którą niewątpliwie była. Wymachiwała rękoma, gestykulując w żywy sposób, który jednak odwracał niemal całkowicie uwagę od wypowiadanych przez nią słów – Bernhard, co prawda, i tak niewiele rozumiał, ale podejrzewał, że rozmówców musiało takie coś mocno dekoncentrować.
Podobały mu się jej oczy w niespotykanym, osobliwym kolorze, przywodzącym na myśl raczej kocie, a nie ludzkie tęczówki. W ogóle cała Cecylia mu się podobała – niekoniecznie jako kobieta, bo Bernhard nie rozpatrywał jej zupełnie w takich kategoriach, a po prostu jako obiekt do obserwacji – przyjemnie było na nią patrzeć, taką drobną i kruchą na pierwszy rzut oka postać, która jednak zdawała się emanować jakąś niezmierzoną wewnętrzną siłą, która dla wrażliwego na takie rzeczy człowieka nie mogła przejść niezauważona.
Paplała, popijając piwo, a on tylko jej słuchał i wodził za nią wzrokiem. Z zadowoleniem stwierdził, że co nieco zaczyna powolutku rozumieć – Bernhard zawsze uważał, że miał talent do języków: po niemiecku mówił bardzo płynnie, po duńsku i norwesku rozumiał niemal wszystko, choć gorzej było z wypowiedzeniem się, nawet fińskiego trochę pojmował i jakieś proste zdania potrafił sklecić, a to uważał już za nie lada wyczyn. Z polskim kiedyś miał styczność, jeszcze jako dziecko, ponieważ Bengt uczył się go zawzięcie i teraz w jego mowie szwedzki akcent był niemal niezauważalny, a Bernhard czasem trochę posłuchał i co nieco nawet kiedyś umiał – ale to było lata temu, wszystko już dawno wyleciało mu z głowy i teraz miał tylko mgliste wspomnienie paru pojedynczych słów, których znaczenia nawet nie był pewien. Pluł sobie w brodę, że wybrał naukę niemieckiego zamiast polskiego – bardzo żałował teraz, że nie może się z Cecylią porozumieć.
Ona jednak, zdaje się, nie widziała w tym najmniejszego nawet problemu. Szczebiotała w najlepsze, próbując mu objaśniać znaczenie wypowiadanych przez nią słów, a Bernhard, pomimo zmęczenia, chłonął naukę jak gąbka – tak bardzo chciał móc z nią porozmawiać, choćby podziękować jak człowiek, odpowiedzieć na ten jej szczebiot, nic więcej! Czuł się taki zobowiązany, by zrobić dla niej coś więcej niż tylko milczenie i wodzenie za nią wzrokiem, a dodatkowo narastała w nim ogromna frustracja spowodowana niemożnością poproszenia choćby o szklankę wody, czy powiedzenia zwykłego, prozaicznego „Dzień dobry” czy „Dobranoc”. Dlatego uparł się, że nieważne, jak bardzo nierealne się to wydawało, ale on nauczy się chociaż rozumieć polski. I nauczy ją rozumieć szwedzki, tak jak ona próbowała nauczyć jego.
Gdy się odezwał, Cecylia umilkła zdziwiona. Jego głos był jeszcze bardziej zachrypnięty niż normalnie, brzmiał raczej szorstko i nieprzyjemnie, ale mała Polka wcale nie zdawała się tak uważać. Słuchała go z uwagą, choć naturalnie niewiele pewnie rozumiała, starała się jednak z całych sił.
Tego wieczoru na niewiele się to zdało – Bernhard szybko sobie uświadomił, że Cecylia zwyczajnie się spiła swoim grzanym piwem (no, musiał przyznać, że jemu też trochę uderzało do głowy, ale z pewnością mniej niż jej, zważywszy na to, że ważył co najmniej ze dwa razy więcej niż ona), bo gdy wstała, aby pomóc mu się przykryć, nogi jej się zaplątały i nieomal się przewróciła. Oparła się o ramę łóżka, by odzyskać równowagę i zaśmiała się perliście. A więc z nauki nici, tego Bernhard był pewien.
Gdy się nad nim nachylała, by opatulić go szczelnie kołdrą, Bernhard poczuł jej zapach, lekki i ulotny, niby chłodny wietrzyk w pogodny, letni dzień, poruszający leniwie złotymi kłosami zbóż. Pachniała trochę sianem i trawą, trochę polnymi kwiatami i trochę… trochę właśnie wiatrem.
Uśmiechnęła się do niego promiennie, stawiając na szafce kubek z wodą i upewniając się, że na pewno niczego mu nie brakuje. Postarał się odpowiedzieć jej uśmiechem, jednak sam wiedział, jak to z tymi jego uśmiechami bywa i że wypadają one raczej dość kiepsko. Cecylia jednak, zdaje się, była bardzo zadowolona z efektu jego starań, bo gdy zamykała za sobą drzwi uśmiechnęła się raz jeszcze, machając mu przy tym na dobranoc.
A Bernhard długo nie mógł zasnąć – był zmęczony, to owszem, ale jednocześnie rozkoszował się faktem, że rany już prawie go nie bolały. Wiedział, naturalnie, że nie zrosły się jeszcze całkowicie, bo co to – raptem trzy dni minęły, jeszcze długa droga była przed nim, ale wszystko miało się ku lepszemu – na Bernhardzie zawsze rany goiły się jak na psie, szacował więc, że góra miesiąc i z tego wyjdzie.
A więc ma miesiąc na nauczenie się polskiego. Optymistycznie pomyślał, że to aż nadto czasu – wiedział, że może uczyć się bardzo szybko, zważywszy na to, że wcale nie chodziło o mowę, a jedynie o rozumienie, a dodatkowo Cecylia wydawała się również być dość bystrą kobietą, istniała więc szansa, że na dniach uda im się względnie porozumieć choćby w najbardziej podstawowych kwestiach.
Już-już, miał w wyśmienitym nastroju w końcu pozwolić sobie na sen, kiedy z całą bolesną mocą zwaliła się na niego świadomość potyczki sprzed kilku dni. Jego kompani nie żyli, co do jednego – żałować, naprawdę szczerze żałować mógł tylko Ragnara, jednak niczyja śmierć nigdy nie była dla niego obojętna. A już na pewno nie było mu obojętne oglądanie jej z tak bliska. Wnętrzności nieprzyjemnie skręciły mu się na samo wspomnienie o tym. Szybko odsunął od siebie te myśli.
Potem pomyślał o chłopaczku, którego zastrzelił. Bernhard się nienawidził, och, jak strasznie się nienawidził, ale wcale nie za to, że go zabił – a właśnie za to, że jego śmierć wcale go nie obeszła, a przeciwnie! Cieszył się, że go zabił, bo to oznaczało szansę na przeżycie dla niego samego. Nie postąpiłby inaczej, gdyby mógł przeżyć to raz jeszcze. Wiedział, że nie ma w tym nic złego, bo przecież go nie zamordował – to była potyczka, to było albo Polak, albo on, Bernhard. To naturalne, że wybrał siebie. Ale odbieranie życia nigdy, przenigdy nie powinno nikomu sprawiać przyjemności. I Oxenstiernie nie sprawiało – obarczało go jedynie poczuciem winy i żalem nad losem tego nieszczęśnika.
Tej nocy usnął dopiero nad ranem, gdy zaczynało już świtać, a za oknem plątać się zaczęli pierwsi chłopi.
*
Już następnego dnia Bernhard zaczął chodzić - nie sam i nie za dużo, wszystko w granicach rozsądku, ale z pomocą Cecylii i Erzsebet udało mu się nawet wstać i dość o własnych siłach do kuchni i z powrotem. Łukasiewiczówna cieszyła się z tego chyba jeszcze bardziej niż on. Dostał też czyste ubrania i pomoc w postaci Mikołaja Anielewicza, co by się nie zabił, próbując się umyć. Rany wyglądały dobrze, zrastały się naprawdę bardzo szybko, a Bernhard sam nie mógł się nadziwić w jakim tempie zaczął odzyskiwać siły. Jeszcze tego samego dnia pozwolono mu nawet samemu przyczłapać się do kuchni na kolację i zjeść ją ze wszystkimi domownikami, w ilości sztuk sześć plus lekarz, który domownikiem nie był – a więc: Cecylia, jej brat Kornel, Erzsebet, dziadek zwany Jurgisem oraz bliźniacy Mikołaj i Ignacy Anielewiczowie i doktor Józef Górski, zwany Kuklikiem.
Tak jak Bernhard przypuszczał, udało im się na dniach dojść do względnego porozumienia. Cecylia była naprawdę wyjątkowo pojętną kobietą, dodatkowo bardzo zaradną, bo zdążył zauważyć, że to ona zarządzała majątkiem, podobnie jak i całymi pracami w nim – dyrygowała chłopami z pobliskich chat, a przy tym nikt nie wydawał się być jej rozkazami oburzony. Bernhard odniósł już raczej dziwne wrażenie, że ona traktowała ich wszystkich bardziej jak przyjaciół niż podwładnych.
No to mamy coś wspólnego, pomyślał.
Bądź co bądź, zaczynał powoli choć trochę po polsku rozumieć. Pamięć dawnych lekcji powoli wracała, z dnia na dzień pojmował co raz więcej i więcej z całego tego potoku słów, jaki wylewała z siebie niemalże bez przerwy Cecylia. A i on zaczął jej odpowiadać i, o dziwo, Cecylia też zaczęła rozumieć. Trochę pomagał jej Kornel, służąc swoją znajomością niemieckiego, ale po paru dniach nawet to nie było już potrzebne, by udawało im się jako tako dogadać w dość osobliwy sposób, bowiem każde mówiło w swoim ojczystym języku, używając prostych, prymitywnych wręcz słów.
Bernhard był też zaskoczony atmosferą, jaka panowała w Łukowcach. Nie dało się tu wcale wyczuć wojny – wszyscy zajęci byli sobą, pracowali na polu, przy zwierzętach i w gospodarstwie. Sama Cecylia też nie stroniła od roboty – szczególnie lubiła zajmować się końmi, jednocześnie cały czas marudząc dosłownie o wszystkim – Bernhard mógł przysiąc na Boga, że nigdy jeszcze nie spotkał kogoś równie gadatliwego, co ta dziewczyna. Oszaleć było można, gdy tak plątała się za człowiekiem cały dzień, nie dając chwili wytchnienia. Bo spędzała z nim właściwie całe dnie; im więcej rozumiał, tym lepiej się chyba z nim bawiła. Próbowała też mówić po szwedzku, z raczej miernymi efektami, on jednak wcale nie był lepszy jeśli chodzi o polski.
Wszyscy tu z czasem chyba się do Bernharda przekonali. Szczególnie w oczy rzucał się dziadek Jurgis – Litwin, wcale nie spokrewniony z Cecylią i jej rodziną, a z tego co Bernhard pojął, został on przywieziony przez ojca Cecylii z jednej z wypraw. Był niewidomy, jednak Oxenstierna cały czas miał wrażenie, że jakiś niepojęty sposób widzi go, przeszywa wzrokiem na wylot, pomimo że on jeden – prócz Łukasiewiczówny – był raczej serdecznie do niego nastawiony od samego początku.
Brzmi to wszystko tak, jakby Bernhard przebywał w Łukowcach z rok, albo i lepiej. Prawda jednak była taka, że spędził tam niewiele ponad miesiąc – wydarzyło się jednak całkiem sporo przez ten krótki okres czasu. Cecylia cały czas czaiła się gdzieś w okolicy, gotowa służyć pomocą i towarzystwem. Zostawiała mu też właściwie dużo swobody. Mógł plątać się po Łukowcach gdzie mu się żywnie podobało, nikt nie miał nic przeciw, choć niektórzy patrzyli na niego nieufnie.
Po kilku dniach względnie zakończonych sukcesem rozmów miał wrażenie, jakby znał Cecylię całe życie – nie była to kwestia jakiegoś porozumienia, a po prostu jej gadatliwości. Opowiedziała mu o sobie niemal wszystko, a on naprawdę nie miał pojęcia jakim cudem tak szybko nauczył się rozumieć jej dziwaczny język, przynajmniej ogólnikowo.
Bernhard upatrzył sobie mały pomost nad pobliskim stawem jako miejsce codziennego przesiadywania. Cecylii też chyba to miejsce przypadło do gustu – powiedziała mu coś, że Toris bardzo je lubi, choć nie wyjaśniła już kim ów Toris jest. Miał się jednak dowiedzieć szybciej niż się spodziewał; co więcej, jego losy miały zostać bardzo ciasno związane z losami tego człowieka, ale wszystko miało nadejść dopiero w swoim czasie.
— Ile masz lat, Berciu? — zapytała Cecylia pewnego dnia wesołym tonem, brodząc bosymi stopami w stawie.
— Słucham? — zapytał ją zdziwiony Bernhard, zmarszczywszy brwi.
— Ile masz lat? — powtórzyła, uśmiechając się do niego.
— To drugie — odpowiedział jej, bo zrozumiał jej pytanie; zagadką  pozostał jednak dla niego sposób, w jaki go nazwała.
— Berciu — powiedziała, patrząc na niego co najmniej jak na ostatniego idiotę. — Masz takie nieładne imię. Takie… niemieckie — powiedziała niemal z odrazą brzmiącą w głosie. — To takie zdrobnienie. Chyba że macie po szwedzku jakieś inne?
— Ja nie… — Bernhard aż nie wiedział, co ma jej na to odpowiedzieć. Dziwne było dla niego jej zachowanie – czasami wydawała się nad wyraz dojrzała i zrównoważona, by potem zachowywać się co najmniej infantylnie. Jak teraz. — Jestem Bernhard — burknął tylko, czerwieniąc się odrobinę. Nie wiedzieć czemu, nazywanie go w taki zdrobniały sposób trochę go krępowało.
— Jesteś okropny — powiedziała na to poważnie, zaciskając usta w wąską szparkę. — Czy ty się nigdy nie uśmiechasz, Szwedzie przebrzydły? Nigdy nie spotkałam takiego gbura jak ty, wiesz, Berciu?
— Bernhard.
Cecylia przewróciła na to oczami, a on pomyślał, że najwyraźniej jego tłumaczenia spływają po niej jak po kaczce. Ależ to była uparta bestia, to Bernhard już dawno zauważył.
— Straszny jesteś — powiedziała tylko, celując mu palcem w nos. — Jak się tak gapisz to już w ogóle. No nie gap się! Wyglądasz jakbyś chciał mnie zabić. — Wzdrygnęła się teatralnie.
— Patrzę tylko — odpowiedział i uśmiechnął się samymi kącikami ust. — I wcale nie chcę, oszalałaś? Po prostu tak wyglądam, wiesz?
— To ile masz lat? — zapytała go, ignorując całkowicie jego wcześniejszą odpowiedź.
— Dwadzieścia siedem — odpowiedział jej z głębokim westchnieniem, obserwując, jak brwi Cecylii unoszą się wysoko w geście niezmiernego zdziwienia.
— Wyglądasz starzej — stwierdziła, mierząc go krytycznie spojrzeniem. Czaiła się w nim jednak i nuta wesołości.  — Myślałam, że ze trzydzieści. Albo i więcej. Ze trzydzieści pięć. Zgadnij ile ja mam. — Wesołość znów wyraźnie wróciła do jej tonu, a on był zmuszony podjąć grę.
— Szesnaście — strzelił więc, a jej oburzona mina niemal natychmiast powiedziała mu, że grubo się pomylił.
— No wiesz co! — prychnęła głośno Cecylia, krzyżując ręce pod biustem i wlepiając w niego pełne wyrzutu kocie ślepia. — Naprawdę na tyle wyglądam?
— Mówię przecież — bąknął, wzruszywszy ramionami. To akurat była prawda — Cecylia wyglądała na bardzo młodziutką dziewczynę, jeszcze dziecko wręcz.
— Do twojej wiadomości, ty szwedzka pokrako — oświadczyła z godnością bardzo właściwą urażonemu Polakowi, jak Bernhard zdążył zauważyć jakiś czas temu. — To mam dwadzieścia jeden lat.
— Ach tak? — Uniósł brew i uśmiechnął się kącikami ust na jej oburzenie. Naprawdę na tyle nie wyglądała. Już pomijając wygląd, to nawet to jej oburzenie wydawało się Bernhardowi zabawnie dziecinne.
— A tak! — rzekła i skrzyżowała ręce na piersiach, co by dać mu do zrozumienia, jak śmiertelnie się na niego obraziła. — Jeszcze ślepy jesteś na dodatek!
Tu akurat miała rację, ale w kompletnie innym znaczeniu. Z jego wzrokiem robiło się coraz gorzej; jeszcze nie było tragedii, ale na pewno też nie miało się ku lepszemu.
Cecylia milczała całą minutę, więc Oxenstierna uznał to za oznakę tego, że naprawdę się obraziła. Zaskakujące, ale chyba jeszcze nie zdarzyło jej się milczeć przez tyle czasu, co teraz.
— Nie bądź zła — burknął do niej w zamierzeniu uprzejmym tonem, wyszło jednak jak zwykle. — Dłużej będziesz ładna, jeśli tak młodo wyglądasz.
— A uważasz, że jestem ładna? — zapytała go, szczerząc do niego zęby, a on zaczerwienił się na jej słowa. Owszem, uważał, że była ładna. Nawet bardzo. Nie przywykł jednak do mówienia o tym tak wprost, jak ona. Zdążył jednak poznać już Cecylię na tyle, by wiedzieć że to nie był flirt z jej strony – ona chyba nie była zdolna do flirtu. Była po prostu obłędnie, rozbrajająco szczera i nieskrępowana, wprawiając przez to Bernharda w zakłopotanie.
Burknął w odpowiedzi coś na potwierdzenie, unikając patrzenia w jej oczy. Peszyła go jej bezpośredniość i prostolinijność, pomimo że naprawdę wiedział, że ona nie oczekuje od niego niczego… no, jako kobieta. Że to było pytanie jak każde inne, może tylko odrobinkę świadczące o jej próżności.
— Nie wstydź się! — powiedziała, zmuszając go, by na nią spojrzał. — Cieszę się — powiedziała, uśmiechając się szeroko. — To miłe, bo wszyscy zawsze mówią, że to Elka jest ładniejsza. A ja też czasem chcę się podobać!
Nic jej nie odpowiedział, bo co też mógł na to odrzec? Jemu osobiście się podobała. Była śliczna w pewien osobliwy, niebanalny sposób, bo paradoksalnie wcale nie miała typowo pięknych, regularnych rysów, jak na przykład właśnie Erzsebet – jej drobna, trójkątna twarzyczka, wielkie oczy i mały, piegowaty nos w połączeniu z wąskimi, ale kształtnymi ustami stanowiły pewną ciekawą, może rzeczywiście nie piękną, ale co najmniej interesującą całość, która wyjątkowo przypadała Bernhardowi do gustu. Mógłby patrzeć na nią godzinami, bo dodatkowo zdecydowanie bardziej podobała mu się eteryczna i ulotna jakby uroda Cecylii niż wdzięki Erzsebet. Bernhard nie należał jednak do osób, które chciałyby mówić o tym otwarcie. Co więcej, był przecież Szwedem, a ona Polką. Chyba nawet nie powinien był tak mówić, mimo że przecież to zupełnie nic nie znaczyło.
— Wiesz, że byłabym dzisiaj żoną, gdyby nie wojna? — powiedziała zupełnie niespodziewanie, a jej głos nagle posmutniał, choć nadal się uśmiechała, lecz w pewien gorzki sposób. — Dziś miał być ślub, Berciu.
Patrzył na nią przez chwilę, milcząc; była taka nieswoja, gdy uleciała z niej cała radość, taka obca, jakby siedziała obok niego zupełnie inna osoba, a nie głośna i męcząca Cecylia Łukasiewicz. Zaniechał nawet zwrócenia jej uwagi, że znów użyła tego okropnego zdrobnienia. Zrobiło mi się jej okropnie szkoda; nie tylko jej, z resztą. Uświadomił sobie, że Cecylia była w pewien sposób szczęściarą, że jedyne co do tej pory ją spotkało, to odwołany ślub. Mogło być przecież o wiele gorzej, zważywszy na realia wojny. Łukowce były jednak, przynajmniej póki co, jakby wyjątkiem od reguły – tu życie toczyło się własnym, leniwym tokiem. Tak czy inaczej, zabolała go świadomość, że to częściowo, choć całkowicie nieświadomie, on sam był współsprawcą jej nieszczęścia.
— Przykro mi — powiedział tylko, wahając się, czy powinien ją objąć. Ostatecznie jednak zrezygnował.
— Mnie też — westchnęła głęboko i oparła głowę o jego ramię, a on drgnął niespokojnie. — Mam już suknię. I wszystko. Tylko Torisa nie mam.
Ach, więc tajemniczy Toris był jej narzeczonym. Tym bardziej niezręcznie się  Bernhardowi zrobiło, gdy opierała blondwłosą głowę o jego ramię – miała mieć ślub, a skończyła tu z nim. Nie patrzyła nawet na niego, tylko wbijała smutne spojrzenie w staw. Patrzył na nią z góry, zastanawiając się, czy powinien cokolwiek powiedzieć, cokolwiek zrobić. Postanowił jednak milczeć i pozwolić jej przeżywać w spokoju. Nie miał prawa się wtrącać, nie miał prawa jej pocieszać. To w końcu była częściowo jego wina.
I właściwie dopiero teraz przypomniało mu się, że on pewnie też byłby teraz żonaty, gdyby nie wojna. Teraz już sam nie wiedział czy wolał wojnę od ślubu z Annelise.
Bernhard postanowił jednak objąć ją na chwilę, by wyrazić choćby w taki sposób swoje współczucie. Od zawsze wolał posługiwać się gestami zamiast słowami, ta sytuacja nie była żadnym wyjątkiem.
Łukasiewiczówna westchnęła ciężko.
— Masz takie szorstkie ręce — powiedziała Cecylia tym samym dziwnym, nieswoim tonem. Widać męczył ją bardzo ten odwołany ślub, jednak pokusa gadania była silniejsza. — Musisz dużo pracować.
— Tak — odparł Bernhard, zaskoczony nagłą zmianą tematu. — Chyba rzeczywiście.
— Aleś ty rozmowny — sarknęła i spojrzała na niego z udawanym wyrzutem. Wyprostowała się, więc uznał, że powinienem zabrać od niej rękę. I tak było już zbyt niezręcznie, przynajmniej dla niego.
— Aż dziwne, że dajesz mi dość do słowa — odpowiedział jej na to, też odrobinę się uśmiechając.
— Lepiej korzystaj, bo jak znów się rozgadam, to będziesz mógł o tym zapomnieć! — oświadczyła, a uśmiech znów zagościł na jej twarzy.
— Racja — powiedział swoim zwyczajnym, ochrypłym tonem. — Tak przynajmniej mam chwilę wytchnienia od twojego marudzenia.
Zajęło jej chyba długą chwilę, żeby pojąć, że to był tylko żart. Cóż, poczucia humoru to Bernhard chyba faktycznie nijak nie miał, ale jej mina była warta tego żałosnego żartu. Najpierw nie wiedziała zupełnie co powiedzieć, a kiedy w końcu dotarło do niej, że sobie z niej zakpił, uderzyła go pięścią w ramię. Nie mocno, a już raczej jak obrażone dziecko.
— I ty przeciwko mnie? — zawołała, oburzona. — Dobrze, to nie będę już więcej nic mówić, skoro ci nie pasuje!

Wytrzymała niecałą minutę.
— Berciu?
— Bernhard — poprawił ją automatycznie, wzdychając ciężko. — Co takiego?
— Jesteś głodny? — zapytała. — Bo ja tak. Moglibyśmy iść na obiad. Tak? No to chodźmy.

Nadal był w szoku z tytułu sposobu, w jaki prowadziła z nim rozmowy. Właściwie, to ona prowadziła te rozmowy sama. Zadawała pytania i sama sobie odpowiadała. Jemu pozostało tylko przytakiwać albo coś sprostować w odpowiednich momentach.
Podniósł się ciężko i powoli, jako że rany jeszcze nie do końca się zagoiły. Cecylia wstała szybciutko, aczkolwiek Bernhard nie powiedziałby, że zgrabnie. Właściwie to ona miała tendencję do poruszania się w dziwny, nerwowy sposób i wykonywania masy gwałtownych gestów na raz.  Naprawdę dziwił się, że ona jeszcze się nie zabiła. A miał z nią kontakt dopiero od paru dni.
Jak na zawołanie, pośliznęła się na mokrej desce pomostu, na którym siedzieli. Co gorsza, nawet nie wpadła do wody; poleciała zupełnie w drugą stronę, na łeb, na szyję, prosto na deski.
Nie zdążył jej nawet złapać; rany opóźniały jego reakcje. Jedyne co mógł zrobić, to pozbierać ją z ziemi, kiedy już wyłożyła się na niej jak długa.
— Nie — zawołała, gdy schylił się, by jej pomóc. — Stój jak stoisz, bo ci jeszcze szwy pękną. A ja sobie zębów nie wybiłam.
— Jeszcze. — Wciągnął do niej lewą, tę nieposzkodowaną rękę. Skorzystała z pomocy.
— O laboga, no przecież się nic nie stało! — jęknęła właściwym sobie tonem, otrzepując spódnicę z piachu.
                Uśmiechając się pod nosem, poczłapał za nią w stronę jej domu.

*


Kilka dni później stało się coś czego nikt w Łukowcach zupełnie się nie spodziewał.
Bernhard chodził już prawie normalnie – biegać, naturalnie, nie mógł, tym bardziej siadać na konia, ale nie wymagające wielkiego wysiłku ruchy były już jak najbardziej w zasięgu jego ręki. Opatrunki zakładano mu nadal tylko po to, żeby materiał ubrania nie drażnił niepotrzebnie ran – naprawdę jednak wszystko miało się już mocno ku lepszemu, i tylko patrzeć jak Oxenstierna będzie mógł ruszyć swoją drogą, zostawiając mieszkańców Łukowców, by nie zakłócać dalej ich spokojnego życia.
Jeszcze jednak do tego momentu miało minąć trochę czasu. Cecylia z dnia na dzień chodziła co raz bardziej zdenerwowana i naburmuszona, ponieważ doszły ją pogłoski odnośnie tego, co szwedzka załoga wyrabia w zajętym jakiś czas temu, zupełnie bez walki, należałoby dodać, Poznaniu. Bernhard wcale się nie pomylił, co do swoich dawnych przewidywań – Wittenberg i król oddalili się na bezpieczną odległość, a żołnierze poczuli się panami świata. Jak to się mówi – kota nie ma, to myszy harcują, choć może nie było to najlepsze porównanie, zważywszy na to, co działo się w owym mieście. Rabunki, gwałty i morderstwa były właściwie na porządku dziennym i nikogo nie obchodziło, że przecież Polacy się poddali i mieli być pod protekcją szwedzkiego króla. Teraz istniał tylko podział na zdobywców i podbitych. Wszelkie prawa przestawały istnieć. Bernhard był zaskoczony jedynie tym, że stało się to tak szybko. A jeśli tak, to był to tylko sygnał, że z czasem będzie o wiele, wiele gorzej.
Jeszcze raz przeszło Bernhardowi przez myśl jak wielką Cecylia jest szczęściarą, że jeszcze nic złego jej nie spotkało. Podobnie z resztą jak całej reszty mieszkańców Łukowców.
Było dość chłodne, październikowe popołudnie. Bernhard siedział na ławce przed domem Cecylii, a towarzystwa dotrzymywała mu Erzsebet i mały Kornel. Cecylia z kolei oświadczyła ostatnio, że „takie mamy czasy, że nie wiadomo co nas czeka”, i że „strzeżonego pan Bóg strzeże”, tak więc stwierdziła, całkiem niegłupio, Bernharda zdaniem, że wypadałoby nauczy się choć odrobinę szablą posługiwać. Strzelać ponoć nieźle umiała, już parę lat temu ojciec miał ją dla bezpieczeństwa i na wszelki wypadek nauczyć, a z tą szablą to zawsze było tak, że wszyscy (włącznie z samą Cecylią) uważali ją za zbyt drobną do podobnego zajęcia – jak niby miałaby dobrze walczyć z kimś ze dwa razy od siebie większym? Bernhard oczywiście usłyszał całą tę historię i właściwie pomyślał, że jej postura mogłaby być raczej atutem – bo owszem, siłą z mężczyzną nie mogła się mierzyć, ale zwinnością na pewno każdego by przerosła, a to przecież mogło mieć w walce decydujące znaczenie.
Szło jej to raczej niezdarnie – Kornel naśmiewał się z niej, że nawet jemu idzie lepiej, Erzsebet z kolei załamała ręce nad wyczynami Cecylii, a Bernhard po prostu patrzył i oceniał – bo faktycznie, nie szło jej może najlepiej, ale czego się spodziewać, jeśli dziewczyna pierwszy raz ma szablę w ręku? Było jednak coś w tym, co Bernhard przypuszczał – faktycznie lepiej jej szło umykanie przed ciosami, niż ich zadawanie. Dla Oxenstierny z każdą chwilą stawało się co raz bardziej oczywistym, że Cecylia nie miała za grosz koordynacji ruchowej i wykonywała masę raczej przypadkowych i nerwowych gestów, i to do tego stopnia, że Bernhard nie raz z trudem powstrzymywał odruch poderwania się z miejsca i złapania jej w locie, gdy już-już wydawało mu się, że zaraz straci równowagę i poleci jak długa na ziemię. Erzsebet jednak zaraz wyjaśniła mu, że Cecylia po prostu tak ma i zupełnie nie powinien się tym przejmować.
Potem jednak uwaga całej trójki siedzącej na ławce została ściągnięta przez jeźdźca, który kłusem zmierzał drogą w stronę Łukowców. Bernhard zaczął w końcu nosić nieszczęsne okulary ze sobą (choć częściej w kieszeni, niż na nosie), tak więc dzięki nim widział, że to zmierzał do wsi młody mężczyzna o długich do ramion, burych włosach i pociągłej twarzy – tylko tyle Bernhard widział, jednak wkrótce miał zobaczyć więcej, bowiem jeździec był co raz bliżej. Dosiadał wielkiego, siwego konia o doprawdy wspaniałej budowie, który nie mógł kosztować mało – dlatego Bernhard pozwolił sobie założyć, że to szlachcic. Mina zarówno Erzsebet, jak i Kornela powiedziała mu jednak, że musiał to być zdecydowanie ktoś ważniejszy, przynajmniej dla mieszkańców Łukowców.
— Cecylio… — zaczęła Erzsebet, aby zwrócić na jeźdźca uwagę towarzyszki, ale ta była za bardzo skupiona na zaciętych próbach wytrącenia szabli z dłoni Mikołaja, aby zwrócić na Węgierkę jakąkolwiek uwagę.
Bernhard spojrzał na nią pytająco, a ta pokręciła głową.
— To Toris — powiedziała cicho. — Nie może być! Toris… Wiesz, kim jest Toris?
Bernhard kiwnął głową. Tak, Bernhard pamiętał, jak Cecylia opowiadała mu o swoim narzeczonym, który musiał wyjechać na wojnę. A więc wrócił? Bernhard już sobie wyobrażał, jak Cecylia się ucieszy. Tym większą będzie miała niespodziankę, że chyba nawet nie zauważyła żadnego poruszenia wśród nich.
Chłopak w końcu dotarł na miejsce i oddał konia zaskoczonemu stajennemu, zeskoczywszy z niego wcześniej zgrabnym, ale jakimś dziwnie ociężałym ruchem. A potem powoli ruszył w ich stronę, uśmiechając się półgębkiem i przykładając palec do ust, żeby nie zdradzili Cecylii jego obecności.
Bernhard właściwie zupełnie inaczej sobie tego całego Torisa wyobrażał. Sam nie wiedział dlaczego, ale kiedy myślał o narzeczonym małej Cecylii pojawiał mu się w głowie obraz kogoś podobnie żywiołowego i męczącego jak ona sama – bo kto inny byłby w stanie z takim żywym srebrem jak ona wytrzymać? Nie to, żeby Bernhardowi coś się nie podobało – po prostu faktem było, że Łukasiewiczówna była okrutnie męcząca.
Toris jednak całkiem rozminął się z oczekiwaniami Bernharda. Był to młodzieniec dość wysoki i smukły, o pociągłej twarzy z wyciągniętym nieco podbródkiem, prostym nosie i bystrych, a jednocześnie bardzo łagodnych, szarych oczach. Długie do ramion brązowe włosy miał trochę roztrzepane – Bernhard dopiero, gdy ten podszedł bliżej, zauważył że wysunęły mu się po prostu z węzełka na karku. Oxenstierna był pewien, że Toris mógł być bardzo przystojnym młodzieńcem o trochę tajemniczej, szlachetnej i delikatnej dość urodzie, jednak jego skóra wyglądała bardzo niezdrowo, a wrażenie to potęgowały jeszcze podkrążone oczy, upodabniające go odrobinkę do trupiej czaszki. Bernhard nie wiedział, czy Litwin wyglądał teraz normalnie, czy może faktycznie był po prostu chory albo zmęczony, faktem jednak pozostawało, że nie sprawiał najlepszego wrażenia.
Zatroskane spojrzenie Erzsebet, a potem słaby uśmiech Litwina i delikatne machnięcie ręką utwierdziły Szweda w przekonaniu, że coś z Torisem jednak było nie w porządku.
Litwin obrzucił go zdziwionym i zaciekawionym jednocześnie spojrzeniem. Bernhard starał się nie wyglądać zniechęcająco, nie wiedział jednak, jak mu się to udało. Zaraz jednak chłopak stracił zainteresowanie nieznajomym, kiedy – wyciągnąwszy z pochwy przypiętą do pasa szablę – odwrócił się w stronę Cecylii, która nadal była tak zajęta, że nawet nie zauważyła co tak właściwie dookoła niej się dzieje.
— Powinnaś jeszcze skupiać się na tym, co dzieje się dookoła ciebie — odezwał się dość cichym i łagodnie brzmiącym głosem. Cecylia natomiast wystraszyła się i w pierwszej chwili odwróciła się i zamachnęła na Litwina szablą. On jednak był przygotowany i odparował jej cios z łatwością, uśmiechając się przy tym odrobinę. A Cecylia zamarła. — Ktoś cię zajdzie od tyłu, i co będzie?
Ale Cecylii wcale nie obchodziło co będzie. Szabla wypadła jej z ręki, a ona stała jak słup soli, gapiąc się swoimi wielkimi, kocimi oczyma na Litwina z otwartymi niemądrze ustami, mamroczącymi coś zupełnie niemo.
Litwin odrzucił swoją szablę na bok i spojrzał na nią z tak ogromną ulgą i radością w szarych oczach, że nawet Bernhardowi ścisnęło się serce.
— To nie możesz być ty — wymamrotała Cecylia, trzęsącymi się palcami przesuwając powoli po jego twarzy, jakby chciała się upewnić, czy nie ma omamów.
— Ale jestem — uśmiechnął się odrobinkę szerzej, a w tym uśmiechu czaił się jakiś ciężki do uchwycenia smutek. — Tęskniłem, Lenkija.
Cecylii więcej już nie było trzeba – dosłownie rzuciła mu się na szyję, aż Toris musiał ją złapać i unieść do góry, inaczej najpewniej pociągnęłaby go ze sobą na ziemię. Litwin ściskał ją niemal tak rozpaczliwie, jak ona jego – dopiero teraz na jego twarzy wyraźnie pojawił się ból, a jednocześnie paradoksalnie ulga. Ile czasu się nie widzieli? Będzie ze cztery miesiące, z tego, co Bernhardowi mówiła Cecylia. To dużo i mało, zależnie od tego, jak na to spojrzeć.
Bernhard zawsze myślał, że Cecylia na co dzień wręcz tryskała radością i optymizmem. Teraz jednak, kiedy patrzył na nią, jak gada coś jak opętana, samemu chyba nie bardzo wiedząc co, jak desperacko obejmowała swojego narzeczonego, jak niemal płakała z radości i wzruszenia, Bernhard wiedział doskonale, że grubo się pomylił i jeszcze niewiele o radości Cecylii i w ogóle o jej nastrojach wiedział.
Erzsebet była wyraźnie wzruszona widokiem zakochanych, podobnie z resztą, jak i Kornel. Toris i Cecylia przez tę jedną, długą chwilę zapomnieli chyba zupełnie o istnieniu jakiegokolwiek świata poza nimi samymi.
A Bernhardowi z niewiadomych przyczyn nagle zrobiło się dziwnie przykro i po prostu zwyczajnie źle, choć w żaden sposób nie potrafił wyjaśnić źródła tego uczucia.




No to witam serdecznie po... miesięcznej przerwie? No jakoś tak :)
Jak widać rozdział długaśki, po pierwsze dlatego, że długo nic nie było, po drugie dlatego, że drugie tyle pewnie nic nie będzie, a po trzecie, to naprawdę mimo szczerych chęci nie udało mi się skrócić go bardziej niż z 25 na 18 stron, co widać tutaj ;_; No, mam nadzieję, że nie umarliście z nudów czytając te 18 stron :D
Muszę się pochwalić, że całości mam napisane już ponad 200 stron, w ostatecznej wersji celuję w jakieś 500. Planuję skończyć pisanie do grudnia, potem tylko publikacja :)
Jak Wam się podoba nowy szablon? Bo mnie szalenie się podoba :D A zawdzięczam go fantastycznej Szkielet Smoka z Zaczarowanych :D No i Bercia wrócił na szablon, kilka osób chyba się ucieszy :D [tak, między innymi o Tobie mówię, Kwasie 8D]
 Ekhem, ciągle pożera mnie truskawkowy biznes, więc na komentarze będę odpowiadała raczej w tempie żółwia, ale odpowiem na wszystkie! :)
PS. Tak, wiem, że nie ma linka do komentarzy. Pracujemy nad tym ze Szkieletem. Póki co, jeśli ktoś chciałby zostawić komentarz, to trzeba klikać w tytuł postu albo w godzinę dodania tuż pod postem, wiadomo.
Pozdrawiam serdecznie i jak zwykle proszę o komentarze, bo karmią wena :D

37 komentarzy:

  1. 18 stron??? Przeszłam przez nie jak burza! Dziewczyno, ktoś by moze powiedzial, ze co ciekawego moze byc w opisie jak gosciu, ranny pan Szwedek, dochodzi w miare do siebie przez kilka dni, ale Ty z czegos pozornie srednio interesujacego TEORETYCZNIE robisz tak mega zajebistą opowiesc....! Czytałam z iscie zapartym tchem, jakby akcja balansowała na krawedzi ostrych jak brzytwa zdarzen - a moim skromnym zdanie, dzialo sie cos w tym stylu wlsanie. O, bardzo.

    Bernhard. Bernhard, Bernhard, Berrrrrrrnhard.
    Daj mnie takiego gbura, plisssss. <3

    Cecylia mnie zachwyca. Kocham ją!
    I ey, ey, ey..
    Wilczy czuje, że się coś święci. Wilczy by wytłumaczyła Berci, czemu mu się smutno i źle zrobiło, gdy zjawił się Toris...
    Oj, on wszystko zepsiuł! Ale, och... Boję się myslec co sie wydarzy... Wroze jakies rozdarcie, moze nawet spore. To wszystko do tego zmierza. Szwed, Polka, jej narzeczony i wojna. Feeeeeeeeelings.

    Wybacz moj chaotyczny komenatrz, ozdobiony chmarą literówek, ale jestem zbyt podekscytowana, aby myslec teraz o skladni, fleksji, polskich znakach a nawet o prawdidlowym ich rozmieszczeniu... I dodam jeszcze, ze pospiech wynika rowniez z tego, ze konczy mi sie przerwa, ale jakie to ma zasadniczo znaczenie, polowe wykladu na temat symfoni (taki gupi jak but program do kadr/płac) spedzilam na gud med oss. No nie moglam sie oderwac, wiec! jak w poniedzialek obleje egzamin, na poprawke umawiam Ciebie, Freyju! ^^

    Bożeno, drżę tylko z oba o to, czy Droga spodoba Ci sie chocby troszenke tak jak mi sie podoba u Ciebie ;)

    Pozdrawiam i naprawde! Nie kaz nam tyle czekac na nastepny rozdział! To okrutne!

    :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aha! OCZYWISCIE ŻE SZABLON JEST ZAKURWISTY *.*

      Usuń
    2. Przepraszam najmocniej, że to tyle zajęło, ale już odpowiadam :D Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zajrzy przeczytać te moje nieszczęsne odpowiedzi ;_;
      Nawet nie wiesz, jaki to dla mnie komplement, że te nudy, prezentowane w tym rozdziale, wydawały się takie ciekawe, szczególnie zważywszy na ich długość *.* Feel my love <3 Naprawdę się cieszę, że tak to odbierasz :D

      Sama bym takiego gbura chciała ;___________;

      Bardzo dobrze węszysz, szykują się jakieś sercowe rozterki, to i owszem, biedny Bercia się jeszcze nacierpi. Cecylka też, w sumie. No i Toris. Ło matko boska, jak to melodramatycznie brzmi ;_; Ale to wszystko tak naprawdę baaaardzo się wiąże z wojną, więc na pewno akcji nie zabraknie, chociaż tyle mogę powiedzieć :D

      Spoko, feelsy mówią same przez się XD

      Uznaję to za komplement, oczywiście XD I poniosę pełną odpowiedzialność XD

      Póki co jest super, ale całość skomentuję pewnie dopiero w sierpniu, jak skończę robotę, bo chcę Ci zostawić porządny komentarz, a póki co czytanie idzie mi jak krew z nosa, bo przez te zakichane truskawki nie mam na nic czasu ;_; nie mogę się już doczekać końca pracy ;_;

      No trochę jeszcze trzeba będzie, niestety, poczekać, ale na 100% w lipcu się pojawi :D

      Szkielet Smoka byłaby dumna XD

      Dzięki piękne za komentarz i jeszcze raz przepraszam, że odzew dopiero teraz ;_;

      Usuń
  2. Jestem i naprawdę przepraszam za nieskomentowanie ostatniego rozdziału, jakoś wśród tego harmideru z zakończeniem roku mnóstwo rzeczy mi uciekło;_;
    A przy okazji, gdybyś mi nie napisała, że masz nowy rozdział u siebie, przeoczyłabym go, bo blogger nie wyświetlił powiadomienia;_;
    Miałam pisać równocześnie czytając, ale dziesięć minut późnej okazało się, że skończyłam:D
    Zacznę od końca, bo straaaasznie mnie to interesuje: Czy powrót Torisa ma związek z tym, że na samym początku wojny ze Szwecją Janusz (mam nadzieję, że nie pomyliłam imienia) Radziwiłł oddał Litwę Szwedom? Bo na tak nagły powrót Torisa mam tylko to wytłumaczenie, ale może się mylę, więc czekam na twoją wersję:D
    Podoba mi się, no dobra, uwielbiam czytać o relacjach pomiędzy Bercią, a Cecylią. Oni tak do siebie pasują, znaczy pod względem, że się dogadują, jakby znali się miliardy lat. Pomijając barierę językową, którą i tak udało im się jakoś przekroczyć.
    W sumie to podobno polski jest najtrudniejszym z języków słowiańskich (sam Tolkien, z tego, co pamiętam, nie mógł się go nauczyć;_;), więc nie dziwię się, że Bercia po prostu zapomniał języka:) Ale mam wrażenie, że z czasem z jego polskim będzie lepiej niż z moim włoskim, a może nawet już jest u niego lepiej:D
    Przemyślenia Bernharda na temat wojny przypominają mi o II Wojnie Światowej. W sumie to dlatego, że przez dużą część wolnego czasu oglądam dokumenty o III Rzeszy (a moja siostra przez nie mnie znienawidziła xD) i kiedy czytałam tutaj o wojnie, to gdzieś w głowie przewijały mi się obrazy z tych dokumentów.
    W ogóle to postawa Berci wobec swojego oddziału (?) przypomina mi Stefana Starzyńskiego - prezydenta Warszawy w 1939r. Bo przecież mógł uciec za granicę, ale dowodził jej obroną aż do upadku stolicy. To raczej taka odpowiedzialność za innych ludzi, co mi na przykład bardzo imponuje, bo mam dziwne wrażenie, że na coś takiego nie potrafiłabym się zdobyć.
    Dobra, przechodzę dalej, bo zaczęłam smęcić;_;
    Końcówka była baardzo rozczulająca. Nie wiem, czy to efekt tego, że właśnie przesłuchiwałam nową płytę Coldplay i jej atmosfera mi się udzieliła, czy po prostu chciałam dostać moralnego kopa właśnie w takiej postaci:) W każdym razie powrót Torisa mocno złapał mnie za serduszko.
    18 stron??? Rety, tak szybko mi się czytało, że po prsotu nie zauważam, kiedy kończę i odruchowo czytam ogłoszenia parafialne, myśląc, że to rozdział xD.
    Znowu na szablonie na wejściu wita mnie Benio:D W sumie się troszku odzwyczaiłam, ale szablon jest woooow :)
    Zazdroszczę ci tych truskawek ;_; Serio, mi się tylko udało złapać pracę na zmywaku, może nie jest źle, ale podobno szefowa jest przerażająca._.
    Więc życzę ci mnóstwo weny, czasu a pisanie i napisania całego opowiadania:D
    Pozdrawiam:)

    PS.Matko, pisałam prawie 1,5 godziny. Chyba u nikogo nie komentuję tak, jak u ciebie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, wiedziałam, że o czymś zapomniałam: Gratki 79% z maturki z polskiego:D

      Usuń
    2. Jestem już z odpowiedzią! Jejciu, przepraszam, że mi to aż tyle zajęło ;______;
      Nic nie szkodzi, zdarza się, bardzo się cieszę, że pod tym już jesteś :D
      No właśnie wiem, że blogger ostatnio wariuje, nie tylko Tobie nie wyświetlił ;_;
      Tak, dokładnie z tym ma to związek. Ale co i jak to nie powiem, bo spojler, ale i tak wszystko się już w następnym rozdziale, przynajmniej częściowo wyjaśni :)
      Ahhhh, niezmiernie się cieszę, że tak ich odbierasz, ja naprawdę uwielbiam pisać ich rozmówki :D
      Bercia się podszkoli, bo jego brat, wspomniany Bengt właśnie, świetnie mówi po polsku i będzie go uczył. Ale seplenienie i różne dziwne świsty w wymowie Cecylia będzie mu wytykała do usranej śmierci, że tak nieładnie powiem XD No, polski to trudny język, rzeczywiście to o Tolkienie to prawda. Ale byłam bardzo zdziwiona, bo okazuje się, że wielu Szwedów w tamtych czasach po polsku mówić umiało.
      Ja chyba też bym nie potrafiła. Btw, dzięki za takie randomowe wtrącenie, zaraz sobie o tym poczytam :D
      Bałam się, że wyjdzie mdło. Ale jeśli nie wyszło, to bardzo mnie to cieszy :D
      Jejciu, to był chyba mój najdłuższy rozdział ever XD Ale cieszę się, że nie zanudziłam Cię na śmierć XD
      Też mi się szalenie podoba :D Z resztą, ja mam słabość do tego arta, musiał się tu znaleźć. MUSIAŁ.
      Powiedziałabym Ci, jak oceniam tę pracę przy truskawkach, ale nie chcę kląć w Internetach. Szef jest super, naprawdę, bardzo ugodowy i taki ludzki, ale sama robota jest niewdzięczna, ludzie są niewdzięczni, menele mnie zaczepiają dzień w dzień (stoję z tymi truskawkami w centrum miasta, ale pod monopolowym, polecam, pozdrawiam ;_;), a jak deszcz pada, to mi namiot przecieka i woda się na łeb leje, jest super ;_; Ale grunt, że płacą. Praca na zmywaku ma taką przewagę, że nie masz styczności z ludźmi. Którzy są okrutnie upierdliwi. Ale w sumie fajny szef to chyba podstawa, więc troszku współczuję ;_;
      A dziękuję Ci pięknie :D
      No to witam w klubie, ja u Ciebie też się tak przykładam jak mało gdzie XD Ale doceniam bardzo <3

      A dzięki, dzięki :D Jak na mnie to baaaaardzo dużo, ale tylko fartem, bo ten Potop się trafił. W ogóle było śmiesznie, bo siedzimy w sali, nie rozdali jeszcze arkuszy, a ja wypaliłam na głos: "Jezus Maria, wiem, że nie będzie, ale jak ja bym chciała, żeby był Potop!" Wszyscy na to "Zamknij mordę, tylko nie Potop!" (bo oczywiście NIKT tej cegły nie przeczytał). Rozdają nam arkusze, ja jeszcze rozcinam swój, a koleżanka z ławki przede mną totalnie na głos "TY JEBANA FARCIARO" i już wiedziałam, że wygrałam życie XD
      No, jeszcze raz dzięki za komentarz :D

      Usuń
  3. Zacznę chyba od tego, że przepraszam za to, jak długo docierałam do Twojego bloga. Czasami zupełnie nie ogarniam tego, jak funkcjonuje blogger – jakoś się nie kwapił, by poinformować mnie o nowym rozdziale tutaj. Dlatego dziękuję, że w swoim komentarzu o nim napomknęłaś :)
    Jak chodzi jeszcze o formalności, to szablon również mi przypadł do gustu. Bardzo cenię sobie prostotę, a u Ciebie mogłam ją znaleźć praktycznie przy każdym z szablonów. To chyba ten mój ścisły umysł nie przepada za udziwnieniami xD
    A teraz przejdę do treści rozdziału. Przyznam się, że w pierwszej chwili jego długość z lekka mnie przytłoczyła xD Obawiałam się, czy zdążę to przeczytać, bo ostatnio co chwila jestem odrywana od jakichkolwiek zajęć. Ale w końcu udało mi się go przeczytać :D A jak zaczęłam czytać, to zapomniałam o tym, jaki on jest długi i nawet się nie zorientowałam, gdy był już koniec :(
    W końcu Bercia się obudził (teraz to już chyba nie wrócę do tego „Bernharda” – chociaż pewnie właśnie pełna wersja tego imienia bardziej do naszego szwedzkiego bohatera pasuje) :D Byłam bardzo ciekawa, jak będzie wyglądała sytuacja w Łukowcach, gdy to się wydarzy. I dziękuję bardzo, że skupiłaś się na czasie dłuższym niż tylko kilka dni, dzięki czemu Cecylia i Bercia już całkiem nieźle się dogadują :) Rzeczywiście tak jest – przebywanie w nowym środowisku daje niesamowitą motywację do nauki języka. Dzięki temu rozdziałowi zaczęłam rozumieć ludzi, którzy wyjeżdżają do pracy do Danii czy Holandii, w których mówi się w językach, jakich łatwo się w Polsce nie nauczy. Dzięki Tobie myśl o wyjeździe za granicę już mnie tak nie przeraża xD
    W myśleniu Berci była swego rodzaju naiwność. Mam na myśli to, jak wyobrażał sobie Torisa. Gdyby Cecylia miała wyjść za kogoś, kto jest do niej podobny z charakteru, pewnie szybko skończyłoby się to naprawdę nieciekawie. Do tego typu osoby pasuje osoba spokojna i cicha – w tym przypadku naprawdę przeciwieństwa się przyciągają. Chociaż nie sprawi to, że będę myślała o Torisie bardziej entuzjastycznie – przy słabości jego charakteru, Cecylia niebawem dosłownie go zmiażdży swoją osobowością. Po ostatnim akapicie naprawdę wydaje mi się, że Bercia bardziej by do niej pasował. On mógłby sobie poradzić z jej temperamentem, a do tego nie wchodziłby jej w drogę – jest cierpliwy i spokojny, więc bez problemu potrafiłby znosić jej mówienie i pomysły :)
    Ciekawa jestem, o co chodziło, gdy wspomniałaś, że losy obu panów będą ze sobą mocno powiązane. Bo wydaje mi się, że o coś więcej niż tylko o powrót Torisa do Łukowiec?
    Z jakiegoś powodu to przypomniało mi o czymś innym – ciekawa jestem, jak zareagują ludzie, gdy dowiedzą się, że Bercia jest z rodu Oxenstierna. I kiedy dowie się on o tym, że jego przyjaciel również przeżył tamtą napaść :)
    Kurczę… Naprawdę nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału xD Mam nadzieję, że nie będziemy musieli na niego szczególnie długo czekać :)
    Życzę weny i pozdrawiam ciepło! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja przepraszam, że tyle czasu nie odpowiadałam ;_;
      Zawsze wspominam, bo mnie też bardzo często blogger wariuje ;_; Także cieszę się, że chociaż czasem to moje marudzenie się przydaje :D
      High five, ścisłowcy zawsze spoko :D Ale serio, ja też kocham prostotę i szalenie mi się ten szablon podoba :D
      Jejciu, a ja się tak bałam, że tu wszystkich zanudzę tymi osiemnastoma stronami! D:
      No, takiego wielkiego chłopa to rzeczywiście Bercią ciężko nazywać, Bernhard jakoś lepiej leży, że tak powiem XD
      Chciałam właśnie jakoś szybko przeskoczyć dłuższy okres czasu, bo to całkiem nie miało sensu, pisanie o językowych perypetiach ;_; A szczerze, to właśnie na tych wyjazdach trochę się oparłam, bo wiem od znajomych, że jak człowiek wyjedzie do obcego kraju, nie znając języka, to bardzo szybko jest w stanie nauczyć się go rozumieć, a właściwie w przeciągu kilku miesięcy nawet mówić, i to całkiem płynnie. I swoją drogą uważam, że to całkiem możliwe, bo ja do znajomości miałam +10 po pobycie w Austrii, gdzie się nie dało w innym języku dogadać. Bo po niemiecku to ja, niestety, no habla. No, ale anyway, tak szczerze, to jeśli się dostanę na moje studia (inżynieria biomedyczna po angielsku), to mam obowiązkową wymianę. Finlandia, pół roku. Trochę się boję, ale z drugiej strony takie wyzwanie może być wspaniałe, i bardzo jestem ciekawa, czy nauczę się chociaż coś po fińsku rozumieć :D A na stałe się do Szwecji wybieram, może na doktorat, pożyjemy zobaczymy, ale mnie naprawdę za granicę ciągnie, mimo, że języków nie znam, po szwedzku tylko jakieś żałosne podstawy ;_; No ale dobra, chyba nie o tym miałam pisać ;_;
      Och tak, Bercia jest naiwny - szczególnie zważywszy na to, że Cecylia jest co najmniej niecodzienną osobą, a on nigdy w życiu nie miał z kimś podobnym styczności. Ale ja też tak uważam, że takie dwie osoby, jak Cecylia, to nie byłoby dobre połączenie. Przyjaciele - to i owszem, byłoby zabawnie, tak sądzę, ale jako para, to to nie miałoby prawa bytu. Nie mylisz się ani trochę, co do Torisa. Nie chcę nic spojlować, następny rozdział dużo wyjaśni, ale rzeczywiście, jego słabość charakteru jest ogromna i doprowadzi do nieciekawych sytuacji, ale to wszystko w swoim czasie.
      Moim skromnym autorskim okiem, zważywszy na to, że mam w głowie obraz postaci o wiele szerszy niż tu pokazałam, to zgadzam się, że Bercia byłby idealny. On by sobie nie dał wejść na głowę tak jak Toris, umiałby Cecylię utrzymać w ryzach, jednocześnie dając jej wiele wolności, której ona przecież potrzebuje. Ten wątek bardzo się rozwinie, tyle mogę powiedzieć. Co z niego będzie, to nie mogę, bo po pierwsze spojler, a po drugie, to szczerze mówiąc jeszcze nie jestem pewna jak zakończyć tę historię, mam kilka skrajnie różnych alternatyw i nie wiem, na czym stanie, więc mogłabym co najwyżej zaspojlować je wszystkie. A tego nie chcemy :D
      Oczywiście, że o coś więcej. Sprawa się częściowo wyjaśni w najbliższym rozdziale :)
      Mogę powiedzieć, że Ci z Łukowców się wcale nie dowiedzą. Dopiero Cecylia się dowie za jakiś czas, całkiem przypadkiem, mając do czynienia z innym członkiem rodziny.
      ALE WPADKA. WŁASNIE MI PRZYPOMNIAŁAŚ, ŻE ZAPOMNIAŁAM DOPISAĆ FRAGMENTU, JAK BERCIA SIĘ O RAGNARZE DOWIADUJE ;_: Idę to naprawić ;_;
      No, pewnie trochę trzeba będzie poczekać, ale na pewno pojawi się jeszcze w lipcu :)
      Dziękuję pięknie za komentarz i serdecznie pozdrawiam! :D

      Usuń
  4. Będzie krótko, bo w sumie to sama nie wiem, co chcę powiedzieć, żeby się nie powtarzać i nie rozpływać znowu, jaki rozdział był dobry i jak bardzo chciałabym mieć taką lekkość pióra jak Ty. Serio. Od początku było dobrze - w pierwszej chwili wydawało mi się, że zrobi się nudno, jak dalej będziesz opisywać dzieje wracającego do zdrowia Berci, ale pomyliłam się okrutnie. No i się z tego cieszę, bo nudno nie było, co to to nie. Nawet z takiej błahej sprawy jak zwykła rozmowa o wszystkim i o niczym potrafisz zrobisz coś ciekawego. Powinnam Cię za to znienawidzić.
    Ale, pominąwszy środek, bo w sumie o nim mam to samo do powiedzenia co już napisałam, końcówka mnie zmiażdżyła. CECYLIA I TORIS, OFICJALNY FANKLUB, ZAKŁADAM. Wstępujesz? Dam Ci funkcję wice-prezesa. :D Najkrótszy fragment podobał mi się najbardziej, ja to zawsze jakaś taka inna byłam. :D Tak sobie pewnie można by po tym wszystkim pomyśleć, że w sumie to i Bercia by się nadał dla Cecylii, bo Toris taka kluseczka (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu!) jest, ale moim skromnym zdaniem on się za nią nie powinien brać. To by zniszczyło moje życie (które już raz dziś zostało zniszczone, ale to akurat wina serialu). W ogóle to zrobiłaś mi powrotem Torisa mega niespodziankę, no bo oczywiście miałam tam gdzieś w głowie zapamiętane, że on wróci, ale nie spodziewałam się, że już. O moim uwielbieniu dla tej parki mogłabym nawijać bez przerwy, zupełnie jak Cecylia "rozmawiająca" z Bercią. :D
    Ale coś mi się wydaje, że nie będzie za dobrze, jak się ludzie dowiedzą, z jakiej rodzinki Bercia jest. Ja bym się na ich miejscu trochę wściekła, ale zobaczymy, co wymyślisz. :P
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ZAPOMNIAŁAM, JAK ZWYKLE:
      szablon boski. :D

      Usuń
    2. Spóźniona, ale jestem w gotowości z odpowiedzią :D
      Długość się nie liczy, liczy się treść :D
      Oh damn, ja chyba zacznę przez Ciebie popadać w samozachwyt jak Ty przeze mnie ;_; Ale dziękuję pięknie za takie komplementy - lekkość pióra wiele dla mnie znaczy, bo to są rzeczy niewynikające z wiedzy, że tak powiem. Znaczy, chodzi mi o to, że wiem, że mam gramatyczne braki, i to spore, ale nad tym mogę pracować według pewnego schematu, a z pisaniem jako takim, to już niekoniecznie. Mam nadzieję, że wiesz co próbuję powiedzieć?
      Też się cieszę, że się pomyliłaś ;_; Znaczy, tak szczerze, to pierwotnie ten rozdział był o 7 stron dłuższy, ale uznałam, że 25 stron to grube przegięcie i wywaliłam właśnie to jego dochodzenie do zdrowia. Chyba słusznie.
      Ja wychodzę z założenia, że rozmówki o niczym mogą bardzo ładnie kreować postać :D Ale dziękuję Ci pięknie za komplement :D

      Wiesz co Ci powiem, o Cecylii i Torisie? To moje hetaliowe NOTP, jeśli spojrzeć na to pod kątem fanfika. To taki eksperyment dla mnie, pisanie o nich. kiedyś bardzo ich razem lubiłam, ale teraz już praktycznie wcale (wierz albo nie, ale jeśli o Hetalię chodzi, to ja w paringu z Polską (albo fem!Polską, wsjo rawno) widzę Prusaka ;_;), więc cieszę się, że udaje mi się pisać tak, że oni tak szalenie się podobają, mimo, że ja już tego nie czuję :D No, także tego XD
      A tak z innej paki zupełnie, to powiem Ci, że jest taki plan, żeby po skończeniu tego DZIEŁA pozmieniać imiona i nazwiska postaci, trochę zmodyfikować ich wygląd i zrobić z tego nie ficzek, a samodzielny twór :)

      Co do Berci i Cecylii, to nie mam pojęcia, jak to się skończy. Znaczy, mam kilka alternatyw rozwoju fabuły, które muszę z kimś przedyskutować, więc nawet gdybym chciała, to nic powiedzieć nie mogę. Ja osobiście patrzę na Torisa trochę przez pryzmat wydarzeń, które tu jeszcze nie miały miejsca i on wcale nie jest taki święty, bądź co bądź, ta jego relacja z Cecylią wkrótce się skomplikuje, i to bardzo. Nie obiecuję, że nie zniszczę Ci życia D: Ale może, jeśli rzeczywiście tak, to się do Cecylki i Berci przekonasz? :D No nie wiem, sama muszę to przemyśleć :)
      Następny rozdział jest pełen Torisa, ku Twojej radości :D Ale też trochę nieciekawych spraw wyjdzie na jaw. I JUŻ NIC NIE MÓWIĘ, bo zaraz coś wygadam ;_;
      Ludzie się nie dowiedzą - dowie się Cecylia, dopiero za jakiś dłuższy czas, i to zupełnie przypadkiem, mając do czynienia z Berci bratem, wspomnianym gdzieś tam Bengtem. I o ile Cecylia się nie wścieknie, bo to będzie bardzo dla niej pozytywny zbieg okoliczności w sytuacji, w jakieś się będzie znajdowała, o tyle inni, kiedy się dowiedzą, już wcale tacy szczęśliwi rzeczywiście nie będą. Ale o tym też później :D
      Dzięki Ci piękne za komentarz <3

      Usuń
  5. [SO] Cześć! Udało Ci się przejść do następnego etapu konkursu na Najlepszy Blog Spisu Opowieści! Więcej dowiesz się w moim najnowszym postem. Jutro rozpoczyna się ostatni już etap konkursu, dlatego też wysyłam Ci link do ankiety. Jeśli chcesz wstawić ankietę w ramkę w gadżetach na swoim blogu, napisz do mnie na maila eveilebmsil@gmail.com, a podam ci jej kod html. Napisz na tego samego maila jeśli chcesz wiedzieć dokładnie jak poradziłeś sobie w 2. etapie. Powodzenia!

    LINK DO ANKIETY: http://sonda.hanzo.pl/sondy,228867,7ncy.html (głosowanie dopiero od jutra)


    http://spis-opowiesci.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Cały dzisiejszy dzień rozmyślałam nad tym komentarzem. Tak już chyba mam, że gdy coś wbije mnie w fotel, mam ochotę wypowiedzieć się mądrze, błyskotliwie i tak dalej... Ostatecznie, jak widzisz, nic z tego nie wychodzi. Przy okazji w ciągu dnia zdążyłam zapomnieć o kilku spostrzeżeniach dotyczących różnych detali. A to mogłoby Ci pomóc. No cóż. Lipa.

    Jednak nawet nie będziesz w stanie sobie wyobrazić, jak się ucieszyłam, gdy tutaj trafiłam. Bo historia to miłość mojego życia, tuż obok islandzkiego, obok Islandii, obok Skandynawii w ogóle. Zatem Szwecja od biedy również cieszy ^^ Książki historyczne pochłaniam hurtowo, o ile tylko ich akcja rozgrywa się przed rewolucją przemysłową, zatem Twoje opowiadanie jest po prostu idealne. W dodatku chyba pierwsze takie na blogspocie, bo jak dotąd te nieliczne historyczne perełki, na które udało mi się natrafić, były osadzone we względnie współczesnych czasach. Zaczynając Prolog modliłam się, by nie okazało się, że to spartaczyłaś. Mniej więcej w połowie odetchnęłam z ulgą, bo się te obawy okazały nieuzasadnione. Rozsiadłam się wygodnie i czytałam ... i czytałam... i nie mogłam przestać. Koniec ósmego rozdziału był strasznym przeżyciem. Coś jak jechać na rowerze i nagle wyrżnąć w drzewo.

    Podziwiam Cię, że w ogóle odważyłaś się na podjęcie tematu Potopu, bo to oznacza masę roboty. Jeszcze Ci wszyscy "eksperci", samozwańczy historycy, co po lekturze "Trylogii" Sienkiewicza mają się za specjalistów i gotowi są skoczyć z pazurami, na każdy, ich zdaniem, błąd rzeczowy. Dajmy na to, w takich Kiejdanach, nikt buławami nie rzucał, a większość bogatej szlachty właściwie nie miała nic przeciwko Szwedom, póki nie zaczęli rozrabiać. Niestety, ludziom ciężko jest przyjąć, że już wówczas robienie (jeszcze większej) kasy było dla magnatów istotniejsze niż jakiś tam patriotyzm. Nadal łatwiej przychodzi "pokrzepianie serc" niż prawda, ale cóż, lajf is brutal B|

    Sienkiewicz nagminnie popełniał grzech idealizacji,ale i Tobie też się to zdarza. Szczęśliwie Twoi główni bohaterowie nie mają co do jednego, gładkich liczek oraz charakterów bez skazy i zmazy, no ale moralnie to już stanowią wzór cnót wszelakich. Być może jesteś po prostu dobrym człowiekiem, dlatego ciężko byłoby Ci się wczuć w skurwysynka pokroju Bjorna... ale na Bogów, większość ludzi jednak taka jest, w mniejszym lub większym stopniu. Owszem, zdarzają się osoby o złotych sercach, co muchy nie ubiją bez wyrzutów sumienia. Ale to wyjątki, a u Ciebie proporcje mają się zgoła na odwrót. Zwłaszcza, że dawniej ludzie byli dużo mniej wrażliwi na czyjąś krzywdę. Może w XVII wieku nikogo już nie łamali kołem ku uciesze motłochu, ale to dopiero współcześnie, w epoce względnego dobrobytu i praw człowiek staliśmy się tacy... delikatni.

    Druga sprawa to kolokwializmy. Jasne, że język postaci postaci jest uwspółcześniony, narracja tym bardziej "dzisiejsza". Dzięki temu czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Płynęłam więc sobie między słowami i płynęłam... aż nagle dostałam w łeb. "Na sto procent"... nie no, tak się nie robi. Nie w opowiadaniu o Potopie. W tekście osadzonym we współczesności to sformułowanie mogłoby pasować jako element dialogu, ale w toku narracji nawet tam brzmiałoby po prostu źle. Jeszcze parę podobnych diabełków czaiło się w tych ośmiu rozdziałach, ale niestety sporo różnych detali zdążyło mi wylecieć z pamięci. Kilka innych też pewnie umknęło, zważywszy, że czytałam całość jednym tchem... do samego świtu, jadąc na kawach-siekierach. Ale było warto, oj było.

    Jak ktoś już wcześniej zauważył, masz cudowną zdolność zmienianie średnio interesujących zdarzeń w ciekawą opowieść, od której ciężko się oderwać. A rozmowy Cecylii z "krzyżacką zarazą" to już mistrzostwo :) Zastanawiam się tylko, czy ona sama nie narobi sobie kiedyś kłopotów (i wrogów) przez ten brak poszanowania dla obyczajów. Polska szlachta to w końcu straszni konserwatyści byli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciąg dalszy, bo się cholerstwo nie zmieściło:
      Tak... miałam jeszcze coś dodać. Ściślej, zapewne drugie tyle, ale co ja zrobię, że całkiem już nie mogę sobie przypomnieć co konkretnie? No trudno. Pozostaje mi czekać na kolejny rozdział, a uwierz, cieszę się na myśl o nim prawie tak, jak dawniej z widoków na ósmy tom "Wiedźmina".

      Zatem niech Cię wspiera Wielki Wen i docieraj, docieraj do tych zaplanowanych pięciuset stron. Jak widzę, wielu na to liczy :)

      Ps. Nie sądziłam, że tutaj jest jakiś limit znaków w komentarzach. Po raz pierwszy w życiu go przekroczyłam. O.o

      Usuń
    2. Poszłam spać dosłownie 10 minut przed tym, jak napisałaś, ale może to i dobrze, bo bym do późnej nocy z odpowiedzią siedziała D:

      No, po pierwsze i najważniejsze, to naprawdę dziękuję za komentarz. I to całkiem poważnie, w sumie, jesteś pierwszą osobą prócz bety (teksty opublikowane nie są zbetowane, ale póki co nie mogę ich poprawić, bo czekam na recenzję i mam zakaz zmieniania czegokolwiek na blogu), która wytknęła mi jakieś niedociągnięcia w takiej ilości. I naprawdę serdecznie za to dziękuję, bo tekst przejdzie gruntowny remont po skończeniu go, a takie kwiatki jak "na sto procent" (btw, jakim cudem mi to umknęło, to ja nie wiem ;_;) znikną tuż po recenzji. Bądź co bądź dzięki wielkie, dlatego że ja niby wiem, że tak się nie robi, ale naprawdę ZAWSZE, ZAWSZE mi gdzieś coś umknie. Dlatego nawiązałam współpracę z betą. Tylko, że efektów jeszcze nie widać, z wyżej wymienionych przeze mnie powodów. A wynika to wszystko chyba z tego, że z jednej strony nie chciałam się porwać na taki iście sienkiewiczowski język, bo wiem, że nie dałabym rady przy tekście tej długości (z 500 stron plany zdążyły już ewoluować do około 700, z czego ponad 200 już jest gotowa), wolałam troszkę uwspółcześnioną narrację, no i właśnie widać, że łatwo tu się zapomnieć i przedobrzyć, tak jak ja to zrobiłam.

      Na obronę swoich głównych bohaterów mam tyle, że co nieco jeszcze z nich wyjdzie. Znaczy, chyba tylko Bernhard niewiele będzie się różnił od przedstawianego teraz obrazu, chociaż i on będzie miał jakieś swoje gorsze oblicze. Cóż, pewnie rzeczywiście trochę idealizuję, ale na pewno w dalszym ciągu wezmę na to poprawkę. I masz trochę racji, że ciężko jest mi pisać przekonująco o kimś, kto nie myśli do końca tak jak ja, ale przecież to też trzeba przeskoczyć. Dzięki, że to wytknęłaś, bo teraz na pewno inaczej na pewne kwestie w przyszłości spojrzę. Ogółem mam świadomość tych niezbyt przyjemnych realiów, i one gdzieś tam się przewijają, później nawet nagminnie, bym rzekła, ale chciałam, żeby Łukowce były takim trochę odciętym od świata pod tym względem miejscem. Żeby wiesz, był efekt, że to Cecylia dostanie od życia po twarzy jak z nich wylezie. No, ale co ja będę Ci tu marudzić, tekst powinien bronić się sam, teraz najwyraźniej się nie broni, ale może za kilka rozdziałów, zobaczymy :)

      A tak abstrahując od mojego tekstu na chwilę, to powiem, że u Sienkiewicza najbardziej wkurzyło mnie odpuszczenie win Kmicicowi. Znaczy nie to, żebym go nie lubiła, bo to super postać i w ogóle, ale co, list od króla i już, po wszystkim? Mnie się nie podobało to, że zapomniano o jakichś pojedynczych, szarych ludzikach, którym wyrządził krzywdę, i którzy być może na przykład stracili przez niego bliskich. Wątpię, żeby oni wybaczyli tak łatwo, jak król. I taki mój mały prywatny sprzeciw przeciwko takiemu przedstawianiu sprawy chcę wyrazić tym tekstem. A jak mi wyjdzie, to zobaczymy.

      Okej, na zarzuty chyba jakoś, kulawo bo kulawo, odpowiedziałam i raz jeszcze pięknie dziękuję za wytknięcie tego wszystkiego :)

      Usuń
    3. To teraz powiem jeszcze, jak mi się szalenie miło zrobiło dzięki Twojemu komentarzowi. Właściwie, to miałam pisać komentarz do tekstu u znajomej, ale to poszło w odstawkę, przegrało z odpowiedzią Tobie, przykro mi :) No, ja tak trochę gadam jak potłuczona, ale chcę tylko powiedzieć, że szalenie miło mi się zrobiło, czytając to wszystko. Naprawdę, miałam czasami takie myśli, że może historyczne opowiadanie na blogu się nie sprawdzi i nie wzbudzi żadnego zainteresowania, ale naprawdę dziko się cieszę, że się pomyliłam. Prawda jest taka, że ja sama byłam spragniona czegoś historycznego, ale nie związanego z pierwszą czy drugą wojną, czegoś wcześniejszego, ale nie tak wczesnego, jak starożytność (bo wiem, że jest jedno opowiadanie osadzone w starożytnym Egipcie, ale nie czytam go, nawet nie wiem czemu. Miałam w planach i mi jakoś umknęło), no a że ja ogółem bardzo interesuję się historią Szwecji, to pomyślałam, że czasy wojny trzydziestoletniej, potopu albo Wielkiej Wojny Północnej byłyby idealne. Oczywiście nic takiego nie znalazłam, więc pomyślałam, że jak sama nie napiszę, to nikt za mnie tego nie zrobi. No i tak powstało TO.

      Z Cecylią trafiłaś w dziesiątkę. Jej zachowanie się wcale tak wszystkim nie spodoba, jak się podoba póki co. Jeszcze z jeden rozdział lania wody i idealizowania, a potem coś się zacznie dziać, przynajmniej z nią. Bo chciałabym, żeby to było tak, że ona jest taka szlachetna i w ogóle tylko wtedy, kiedy wszystko idzie po jej myśli. A kiedy zaczyna się panika, zaczyna się też myślenie o własnym tyłku. Ale znów się zaczynam tłumaczyć, a jak mówiłam, tekst powinien sam się bronić ;_;

      I to chyba będzie tyle. Jeszcze raz dziękuję, za pochlebną opinię, za wytknięcie błędów i za czas, poświęcony na czytanie :) A jak czekasz, to dodam, że rozdział IX będzie jakoś na dniach, tylko go ogarnę :) A porównywanie tego, do nadziei na ósmego Wieśka to dla mnie komplement ponad komplementy :D

      A no jest, limit znaków jest, ja go przekraczam nagminnie, bo się przymknąć nie mogę przy komentowaniu D:

      Usuń
    4. O Chryste Panie, zapomniałam z tego wszystkiego jeszcze dodać, że rzeczywiście opowiadanie związane z potopem wymaga MASY riserczu, bo niestety, jak sama zauważyłaś, to Sienkiewicz dobrym źródłem pod względem konkretnych, rzeczywistych faktów nie jest. No bo właśnie o to chodzi, że tych ludzi nikt nie zmusił do poddania się, Karol Gustaw dobrze im w głowach namieszał, a i nie musiał, bo Jan Kazimierz nie był dobrym królem, więc zmiana panującego wydawała się k, szczególnie, że Karol Gustaw, póki przestrzegał obietnic złożonych szlachcie, zaoferował im naprawdę o niebo lepsze warunki, że tak powiem. A że szlachcice głupi byli, i uwierzyli w jego dobre intencje, no to cóż, tylko sobie w brodę mogli pluć. No, wylałam wszystko co chciałam :D W każdym razie zamierzam tu pewne fakty przedstawić o wiele bardziej zgodne z rzeczywistością. Jak choćby właśnie na przykładzie władców, ja osobiście uważam Karola X za bardzo dobrego przywódcę, tylko tyle, że go pewność siebie zgubiła, no i zaślepienie łatwymi zwycięstwami. Mogłabym się rozwodzić na ten temat w nieskończoność, przepraszam D:

      Usuń
  7. Btw... posłuchaj tego. Koniecznie gdy jest już bardzo, bardzo późno i bardzo bardzo ciemno, a wszyscy już śpią. Mindfuck.

    https://www.youtube.com/watch?v=w4qECgRnV64

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To na razie nie słucham, bo rano. Wieczorem na pewno posłucham, bo rzuciłam okiem i to tak szalenie moja dywizja, że nie mam słów :D Dzięki za podrzucenie! :)

      Usuń
    2. Posłuchałam dopiero wczoraj, ale matko, świetne to jest *.*

      Usuń
  8. Konkurs na Najlepszy Blog Spisu Opowieści już rozstrzygnięty! Zapraszam do zapoznania się z wynikami w najnowszym poście.

    http://spis-opowiesci.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Przyszłam tu podkarmić wena, który się podobno komentarzami żywi. Bo jestem bardzo, bardzo ciekawa, co działo się z Torisem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dzięki za dokarmienie, Wen docenia, i ja też :D Rozdział gotowy, będzie jutro albo pojutrze, zależy czy mnie na działkę nie poniesie. A i rozdział cały o Torisie, właściwie :)

      Usuń
  10. Tak zwaną "smoczą" zupę mu dali :D (znaczy ogórkową, zapewne^^) a dlaczego "smoczą"? No, to trzeba było za małolata czytać "Sceny z życia smoków" ^^ Ta, do ramienia mu głowę przyłożyła...Do łokcia chyba :D Nie, no aż taka mała nie jest...:P Ale masakra no 40 cm to nie takie byle co :D prawie pół metra...^^ Jakby mu chciała przylutować z liścia, to ze stołka :) To ten najdłuższy rozdział, no nie? Aż się spociłem normalnie :D A tak swoją drogą, to znam pewną osobę, która jest dość podobna do Cecylii...:D I zawsze mam wrażenie, że ona gada dla samego gadania ^^ Np. jedziemy sobie autem, (prowadzę oczywiście, jak szef^^), a ta siedzi obok i tratatatatata....Co najlepsze, mogę się spokojnie wyłączyć, bo nie oczekuje ode mnie żadnych reakcji :D Jakby jej postawić obraz, to pewnie by nie było różnicy :) Takie tam z cyklu "Jak okropną osobą jest Omegon" :D Coś mi się wydaje, że nasz Litwin zrejterował z wojska, bo mu było tęskno ^^ I będzie problem, bo go będą ścigać:P Na Ugodę w Kiejdanach jeszcze za wcześnie bo to dopiero w październiku było...:) Osobiście na jego miejscu, bym chyba był (tja, wmawiaj se że CHYBA) odrooobine zazdrosny :P On na wojnie, ryzykuje życiem i wogle, a tu jakiś Szwed, przez którego musiał odłożyć ślub, się przechadza po folwarku...:D No, ale ja z Bernim był mógł porównać, jeśli nie mięśnie, to wzrost przynajmniej ^^ Na mięśnie to raczej słaby jestem no :D Jak to mawia mój dziadek- "ważę 3 worki cymentu i kielnie" :D Ale zjeść również, jak nasz bohater, uwielbiam :P i znowu się z nim identyfikuję, bo jak mi wcinali wyrostek, to mnie trzymali 3 dni na kroplówce, normalnie na moich oczach mi sie brzuch zapadał! :D Taka to "medycyna" ^^ A do tego mi żadna ciekawostka do łba nie przychodzi noo :( Za mało akcji historycznych! :D Ale mam dla Ciebie piosenkę!
    "Bijże Szweda bij,
    wziąwszy tęgi kij.
    Sieczże Szweda siecz,
    wziąwszy ostry miecz.
    Walże Szweda wal,
    wbijaj go na pal"
    Ale nie znam melodii:( Z Potopu ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NIEEEEEEE TO JEST PAŹDZIERNIK, ZNALAZŁAM TEN BŁĄD DZIŚ PO POŁUDNIU i liczyłam, że zdążę poprawić, zanim przeczytasz, damn it, nie zdążyłam XD I nawet olałam zakaz poprawiania ze względu na tą całą recenzję, ale DAMN NIE ZDĄŻYŁAM XD Zapomnij, że to przeczytałeś, uznaj, że tam był październik XD

      Usuń
    2. A teraz idę po ludzku poodpowiadać na Twoje komentarze :D

      Usuń
    3. Dobra, dotarłam i tu. Ja nawet nie skomentuję tego września, Chryste, co za żałosne niedopatrzenie, tak się dzieje, jak masz masę gotowców napisanych do przodu i nagle zmieniasz całkowicie zamysł odnośnie losów jednej postaci ;_; Po prostu to zignoruj, już to poprawiłam ;_; Potrzebuję bety, nie potrzebuję zakazu poprawiania. Nie mogę się doczekać tej recenzji, chociaż wszystko będę mogła poprawić ;_;
      Tak, trafiłeś, ogórkowa, ale to akurat dlatego, że w Skandynawii, i chyba nie tylko, oni się totalnie brzydzą kiszonymi ogórkami, uważają, że są zepsute. I chyba nie oni jedni, z tego co mi wiadomo :D
      Nie słyszałam o Scenach z życia smoków, coś dobrego przegapiłam w dzieciństwie? D:
      No z autopsji powiem, że taka różnica wzrostu bywa bardzo kłopotliwa XD Znaczy, może z liścia ja osobiście nikomu nie przylutowałam, ale podejrzewam, że byłby problem XD *z osobistych doświadczeń, to powiem, że smutno jest wtedy, kiedy nie mogę sięgnąć po jogurt na górnej półce w Biedronce, nie polecam ;_;*
      Nie, to nie był najdłuższy rozdział, będzie gorzej, ale pewnie właśnie przez to przechodzisz :D
      Też znam taką osobę. Znaczy, mnie osobiście czasami załącza się taki tryb gadatliwości, ale wtedy najczęściej gadam o fizyce, nikogo to nie interesuje i w końcu sama się zamykam, bo zauważam, że nikt mnie nie słucha D: Ale mam koleżankę, która mieszka dość daleko ode mnie, rzadko się widujemy, ale ona bardzo dużo do mnie wydzwania. I zdarza mi się, że tylko jej co jakiś czas potakuję, mam ją na głośniku, ona sobie gada, a ja oglądam wyciszony serial, tyle, że z napisami. MÓWISZ COŚ O BYCIU OKROPNYM? :D
      No, na temat Litwina to już nic nie powiem, bo zawaliłam z tym wrześniem po całej linii, matko boska, tak mi wstyd ;_____; Naprawdę liczyłam na to, że zdążę to poprawić, zanim przeczytasz, ale się nie udało D: Już poprawione, w każdym razie, sorry, już przy wcześniejszych komentarzach płakałam, że takie są efekty, jak się zamysł co do losów postaci zmienia i nie poprawi się dokładnie tekstu ;_;
      Też bym była zazdrosna jak cholera, ale ja to w ogóle strasznie zazdrosna bestia tak w ogóle jestem, więc nie patrzę na nikogo przez swój pryzmat, ale nieeee, pan Toris się nie przyzna ;p
      NO JA BYM POLEMIZOWAŁA CZY ON TAK ŻYCIEM RYZYKUJE :D
      Cóż, masz chociaż ten wzrost ;_; Ja nawet tym się pochwalić nie mogę, chociaż jako dziewczyna nie mam co płakać nad brakiem mięśni :D A dziadek pięknie podsumował, pięknie XD
      Jak mnie woreczek żółciowy wycinali, to nie dość, że parę dni mnie trzymali na kroplówce, to potem miałam prawie pół roku diety lekkostrawnej, Chryste, jaki to był dla mnie dramat DD: Ale to już dawno było, wszystko za mną, teraz mi pozostaje tylko się cieszyć :D
      No wiesz co, z taką piosenką mi wyskakujesz, a ja tak strasznie lubię Szwedów, no! :P
      Na ostatni komentarz odpowiem późniejszym wieczorem, bo do sklepu biegnę, bo mi zaraz zamkną D:

      Usuń
    4. Ja UWIELBIAŁEM "Sceny z życia smoków" :D się praktycznie na tym uczyłem czytać, może stąd moje zamiłowanie do tych jaszczurów^^ HA! Nie rozśmieszaj mnie! :D Kiszony ogórek zepsuty? :D Dla SZWEDÓW? :D Ludu, który produkuje Surstrommiming? Kiszonego śledzia? Sfermentowaną rybę? :D Tego nie wiedziałem, przyznam się bez bicia ^^ Patrz ich, jakie królewny :D Ogórek im śmierdzi^^ A co do pomyłki, to oj tam, zdarza się :P I co jak co, ale jogurt to nawet w Biedronkach trzymają w lodówkach, a one są niskie :D Już nie przesadzaj ^^ Taka dieta bez schabowego, bez kebaba, bez pizzy? (tak, moje zwyczaje żywieniowe są okropne :D :O

      Usuń
    5. Matko boska, pierwsze słyszę w ogóle, ja się uczyłam czytać na witrynach sklepowych, true story, nie dawałam mamie spokoju na spacerach ;_;
      Kiszone ogórki są super, a oni z jakiegoś powodu nie chcą żreć, i właśnie dziwi mnie to ze względu na te ich popsute ryby ;_; Ale Islandczycy i tak biją Szwedów na łeb w tej materii, oni rekina zakopują na plaży na trzy tygodnie, o, i wtedy jest podobno super do jedzenia. Znam człowieka, który próbował. BARDZO nie poleca ;_;
      Ale no nie? Kaszankę żarli, a na ogórki nosem kręcą ;p
      Nienawidzę się za to XD
      To wy chyba inne Biedronki macie, gdziekolwiek mieszkasz, bo u nas jak są te lodówki na końcu sklepu, to za cholerę nie sięgnę z tej najwyższej półki, jeśli nie wejdę na te takie metalowe cosie, co tam na dole przed lodówką mają D: Ciężkie jest życie kurdupli, ale pewne korzyści też są, prawie wszędzie się wcisnę, a to się nieraz przydaje :D
      TAK, DOKŁADNIE TAK ;_; same drobiowe paróweczki i angielka ;_; I kisielki, i gotowane mięcho, tylko ryba i kurczak, bez przypraw ;___________; aż mi się niedobrze na samą myśl robi, dobrze, że chociaż biszkopty mogłam żreć ;_;
      Nie martw się, moje poczucie humoru w ogóle pozostawia bardzo wiele do życzenia ;_;

      Usuń
  11. No widzisz, to teraz musisz przeczytać :D Wiem, hakarl...Obrzydlistwo z samego opisu produkcji :D Tlko,że to raczej innuickie, nikt normalny i cywilizowany chyba nie budzi się z rańca i nie myśli sobie "Dziś na śniadanie-filet ze zgniłego rekina"...BRRRRR...A kaszanka właśnie z ogórkiem, najlepsza :D Lodówki mniejsze, albo patrzę ze swojej perspektywy:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że spojrzę? :D
      Tak, to "super do jedzenia" to oni tylko tak gadają, taka przynęta na turystów, podobno sami nie chcą tego żreć, naprawdę niewielu się na to zdobywa, ale wciskają to turystom jako ciekawostkę i potrawę prawdziwie islandzką. I pewnie mają ubaw jak nie wiem, z turystów, którzy rzeczywiście się na to skuszą :D
      Z cebulą lepsza niż z ogórkiem. I usmażona. Naprawdę, nawet psom nie chcieli dawać? ;_____;
      Cóż, różnica pół metra może całkiem zmieniać perspektywę XD

      Usuń
    2. Aż Ci cytat z jednego artykułu wkleję, odnośnie sfermentowanego rekina:
      Pewien nierozważny degustator w Islandii powiedział, że to było jak „jedzenie gangrenowatego, poczerniałego palca u nogi dawno umarłego polarnika, który został rozmnożony i pozostawiony za kaloryferem na kilka dni”.
      Chyba daje piękne wyobrażenie, jak to musi paskudnie smakować XD

      Usuń
    3. Wreckless Eating..kolejn kanał na T, którego nie powinnaś oglądać :D Kolesie jedzą różne świństwa, i nawet im to nieźle idzie...Przy rekinie-rzygali od samego zapachu:D

      Usuń
    4. Oczywiście "nie powinnaś tego oglądać" jest najlepszą zachętą, jaką mogłabym dostać, więc... :D
      To mi przypomniało, jak znajomy pojechał na wymianę do Finlandii i nakarmili go tam jakąś dziwaczną buraczano-śledziową sałatką, to się chyba rosolli nazywa. Ogółem o fińskiej kuchni mówi się, że dzięki Bogu nigdy nie wyszła poza Finlandię, ale sama jadłam tylko ichni chlebek, który jest całkiem k :D No, ale wracając do sałatki - to podobno jedna z bardziej zjadliwych rzeczy, jakie można tam dostać, no to się kolega nażarł. A potem narobił rabanu na pół Finlandii, bo się przestraszył, że sika na czerwono - myślał, że umiera, albo coś, szczególnie, że ponoć trochę podpity był, a to tylko buraki :D Ale swoją drogą ci jego Finowie musieli mieć niezły ubaw :D

      Usuń
  12. pojął że pyta go o imię. — przecinek przed że. Ale scena bardzo ładna póki co, podoba mi się :3
    Takie nieładne imię — leeeel, Cecylia, nie ma jak szczerość XD chociaż w sumie imię faktycznie nie najpiękniejsze D:
    Co to „Silje”? — to też mnie rozbroiło, fajny tekst :D aż mi się przypomniało, jak jeden z podchorążych czytał jakiś rozkaz i tam padło imię Egon, i odzywa się Weber (który, na marginesie, tak właśnie miał na imię) i pyta Co jest Egon?. Tak mi się tylko przypomniało D: ale Ci spamuję tą Fabryką oficerów D:
    i Bernhardowi jakimś cudem udało się wyprosić nawet dokładkę. — jakbym widziała siebie, ale ostatnio mniej jem D:
    nie nazywałby przecież matki po imieniu. — ja to robię bez skrupułów, ale wiadomo, inne czasy i tak dalej.
    Kleik miał nieprzyjemną konsystencję, jednak Bernhard zauważył, że i to Cecylia (albo ktoś inny) posłodziła mu miodem. — aż sama spróbuję, ciekawe, co wyjdzie.
    nie to, co głupawe chichoty panien we dworze królewskim w Sztokholmie. — mam wrażenie, że ja to bardziej to drugie, mimo wszystko ;-;
    Bernhard, co prawda, i tak niewiele rozumiał, ale podejrzewał, że rozmówców musiało takie coś mocno dekoncentrować. — też macham łapkami jak wiatrak i nikomu to chyba nie przeszkadza… w każdym razie, nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób D: że to może przeszkadzać D:
    Bernhard upatrzył sobie mały pomost nad pobliskim stawem — pomosty 5eva ^^
    Czy ty się nigdy nie uśmiechasz, Szwedzie przebrzydły? — ja się stosunkowo rzadko uśmiecham i żyję D:
    Jeszcze ślepy jesteś na dodatek! — mwahahaha :D
    miała mieć ślub, a skończyła tu z nim. — no nieźle, ale ja bym chyba jednak wolała to drugie :D
    Właściwie, to ona prowadziła te rozmowy sama. — trochę przykro to zabrzmiało ;-;
    A Bernhardowi z niewiadomych przyczyn nagle zrobiło się dziwnie przykro i po prostu zwyczajnie źle, choć w żaden sposób nie potrafił wyjaśnić źródła tego uczucia. — znam ten ból D:

    W sumie to Cecylia jest taka… nie potrafię dokładnie określić, ale chyba zaczynam ją lubić, coś mi się wydaje. I nawet Węgierka nie jest tak irytująca, wiesz? To duży plus, bo ja jej naprawdę nie znoszę D: (dlatego jestem fanką PruAusa)
    Więcej chyba nie napiszę, bo już jestem zmęczona, a następny rozdział przeczytam, niestety, dopiero jutro — dzisiaj już padam i chyba nie byłabym w stanie wysilić się na jakiś konstruktywny komentarz.
    Tak więc do jutra :D
    Amnezja

    OdpowiedzUsuń
  13. dziena za wyłapanie, odnotowałam w pliku z poprawkami :)
    E, zawsze lepiej taki Bernhard niż, nie wiem, Eugeniusz choćby. Przynajmniej moim zdaniem D:
    POCZEKAJ AŻ CECYLKA WYSKOCZY Z CHĘDOŻENIEM PRZY KRÓLU, POCZEKAJ XD
    Wiesz co, jak tak spamujesz tą Fabryką Oficerów, to sobie może aż na nią luknę? :D
    A no jasne, wtedy to wiesz - pani matka była na porządku dziennym. Znaczy, ja akurat do mamy po imieniu nie mówię, ale znam ludzi którzy mówią i jak im pasuje, to dla mnie k :D
    NIE PRÓBUJ TEGO, IMPROWIZOWAŁAM, NIGDY CZEGOŚ TAKIEGO NIE JADŁAM.
    Ej ja też macham rękoma i prawie kolegę kiedyś zabiłam w ten sposób XD Ale tak całkiem serio, to ludzie się mnie strasznie o to czepiają XD
    Ja też, ponura bestia ze mnie ;_;
    NO JA TEŻ BYM WOLAŁA BERCIĘ, JAK LICIĘ, NO SORASKI XD
    PS. To nie ma nic wspólnego z tym, że Szwedek z Hetalii to mój husband. NIC A NIC XD
    A nie miało D:
    Biedny Bercia, nie? D:

    To się cieszę, że Cię mimo wszystko moja Cecylka przekonuje. Bo to moje największe bejbi <3
    A za komplement na temat Węgierki to już w ogóle pięknie dziękuję :)
    Dziękuję Ci pięknie za komentarz <3

    OdpowiedzUsuń
  14. Fajny tekst, bardzo miło się czytało :)

    Zapraszam http://owcewgorach.pl/
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń