niedziela, 18 grudnia 2016

Rozdział XIX



Kiejdany nie były tak imponującym miastem jak Cecylia sobie wyobrażała. Ot, ulice jak każde inne, a po prawdzie, to Warszawa i tak zrobiła na niej o wiele większe wrażenie. Kiejdany wyglądały dość… biednie. Cecylia sama nie bardzo wiedziała, czego oczekiwała – z jakiegoś powodu w jej głowie tkwiło wyobrażenie o wielkim i bogatym mieście, pełnym zagranicznych kupców, przepychu, pełnym ludzi i życia, a nie o pustych, wąskich i brudnych uliczkach, po których nie plątał się prawie żaden mieszkaniec. Oczywiście była to kwestia dzielnicy – bliżej rynku i pałacu Radziwiłłów zrobiło się od razu o wiele bardziej gwarno, ludzi było więcej, Kiejdany zaczynały wyglądać normalnie.
Cecylia wiedziała, że Toris i jego rodzina nie mieszkają w samych Kiejdanach, a we dworze pod miastem. Nigdy nie byli specjalnie bogaci, żadna tam magnateria, a zwyczajna średnia szlachta, zupełnie jak rodzina Łukasiewiczów. Ojcowi Torisa, Vincasowi Laurinaitis, udało się zostać wojewodą za pewne zasługi wobec Janusza Radziwiłła właśnie, Cecylia nie za bardzo orientowała się w czym właściwie rzecz, ale wiedziała, że stał się osobą szanowaną, choć – zdaniem ojca – stanowczo zbyt zależną od hetmana. Kiedyś, kiedy jeszcze Cecylia przeżywała Torisem i jego rodziną ślepe zauroczenie, zwykła sądzić, że ojciec jest o stanowisko pana Vincasa zazdrosny. Dopiero z czasem pojęła, że jej ojciec może i był gorączką i niecierpliwcem jakich mało, ale nie był takim paskudnym materialistą jak większość polskich czy litewskich szlachciców, nie miał też potrzeby wiecznego pięcia się w górę po szczeblach kariery, a zazdrość o majątek czy o stanowisko była mu odczuciem zupełnie obcym. Nie, pan Julian zwyczajnie uważał, że Vincas stanowczo zbyt mocno daje sobą pomiatać. Z tego co Cecylia wiedziała, Łukasiewicz uważał go jednak za dobrego człowieka. No, musiało tak być, jako że dość chętnie zgodził się na zaręczyny Cecylii i Torisa. Oczywiście nadal nie wierzyła, że Vincas, a już tym bardziej Toris, mógłby zdradzić Rzeczpospolitą – zupełnie nie rozumiała dlaczego, ale była święcie przekonana, że Bernhard musiał ją okłamać. I lepiej dla niego, by miał ku temu jak najlepsze powody. Cecylia nie zamierzała dąsać się wiecznie, ale kiedy przetrawi sobie to wszystko, zamierzała go przycisnąć i zmusić do wytłumaczenia się.
Dotarli do bram pałacu Radziwiłłów. W część historii opowiedzianej przez Oxenstiernę Cecylia uwierzyła – bram strzegli Szwedzi, zresztą pełno ich było w całym mieście, a skoro panoszyli się nawet w radziwiłłowskim pałacu, to musieli albo zając go siłą, albo hetman rzeczywiście musiał poddać miasto. Sądząc po reakcjach zamieszkujących Kiejdany Litwinów, Cecylia uznała za bardzo prawdopodobne, że Janusz Radziwiłł okazał się zdrajcą.
-Stać. – Jeden z żołnierzy stojących u bram zatrzymał ich. Oboje wstrzymali konie. – Kto idzie i czego chcecie?
Bernhard sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął list, który miał do Kiejdan dostarczyć.
-Bernhard Oxenstierna – rzekł, a potem ręką wskazał na Cecylię. – A to pani Cecylia, żona hrabiego Bengta Oxenstierny. Wiozę list do Magnusa de la Gardie – wyjaśnił, pokazując pieczęć. – Od hrabiego.
Żołnierz najpierw popatrzył na list, kiwając głową. Potem spojrzał na Cecylię i przebrał dość niemądry wyraz twarzy. Bernhard rozumiał w czym rzecz – Cecylia teraz, kiedy obciął jej włosy i ubrał (teraz już co prawda nie w ramach konspiracji, a raczej w ramach wygody w podróży) w męski strój, ze swoją chłopięcą sylwetką i drobną posturą wyglądała raczej jak syn polskiego magnata niż szwedzka hrabina. Kołpak na głowie wcale nie pomagał. Żołnierz chyba jednak wolał nie ryzykować, skinął więc tylko głową im obojgu.
-Herr Oxenstierna. – Skinął głową Bernhardowi. – Pani hrabino. Witamy w Kiejdanach.
-Prowadź nas do pana de la Gardie.
*
Magnus de la Gardie wydał się Cecylii człowiekiem nader serdecznym i zwyczajnie sympatycznym, o bystrym umyśle i jednocześnie znikomej pewności siebie. Nosił długie do ramion, delikatnie skręcone blond włosy, typowo szwedzki wąsik oraz wąską, ostro zakończoną bródkę. Nie wydał się Cecylii mężczyzną specjalnie atrakcyjnym, ale było w nim coś, co sprawiało, że całkiem przyjemnie się na niego patrzyło. Miał uprzejme i serdeczne spojrzenie oczu w bliżej nieokreślonym kolorze i Cecylia, choć ze wszystkich sił próbowała sobie wmówić, że powinna go nienawidzić, od razu poczuła do niego sympatię.
-Wspaniale, wspaniale – mruczał od nosem, czytając list. Nie odesłał ani Cecylii, ani Bernharda. –Wspaniale – powtórzył raz jeszcze i spojrzał na nich. Bernhard czekał, aż Magnus objaśni z czego wynikała jego radość, ale po chwili rozczarował się. Najwyraźniej nie zamierzał się tłumaczyć. – Powiedz mi, Bernhardzie, kim jest twój towarzysz? Aż nazbyt dobrze widać, że to nie Szwed.
Zanim Bernhard zdążył się odezwać, Cecylia go uprzedziła. Postąpiła o krok do przodu i po męsku wyciągnęła do Magnusa rękę. De la Gardie wahał się przez długą chwilę, ale zaraz uścisnął ją. Nie spodziewał się, by Bernhard przywiódł tu kogoś niskiego stanem na tyle, by takie zachowanie okazało się bezczelnością. Nawet jeśli chłopaczek był tylko synem jakiegoś polskiego szlachcica.
Magnus de la Gardie słyszał plotki o tym, jakoby Bernhard był wyjątkowo niezainteresowany swoją absolutnie olśniewającą narzeczoną Annelise Wittenberg. Plotki głosiły, że był wyjątkowo niezainteresowany kobietami w ogóle. De la Gardie jakoś niespecjalnie w to wierzył, jednak nie mógł powstrzymać wpełzającego mu na twarz uśmiechu, kiedy tak patrzył na podróżującego z Oxenstierną chłopca.
- Cecylia Oxenstierna – rzekła z prostotą, jaka niezmiernie zdziwiła Bernharda. Do tej pory uparcie przedstawiała się nazwiskiem rodowym. – Z domu  Łukasiewicz. Jestem żoną brata pana Bernharda.
De la Gardie zamrugał, co najmniej zaskoczony. Patrzył to na Bernharda, to na Cecylię, a uśmiech spłynął mu z twarzy.
-Co to ma znaczyć, na Boga? – spytał zaraz Bernharda, a ten tylko westchnął.
-Pani Cecylia poślubiła Bengta – wyjaśnił z pewną rezygnacją w głosie.
Magnus jeszcze przez chwilę wyglądał na dość skołowanego, zaraz jednak odzyskał rezon. Ujął na powrót dłoń Cecylii i ucałował jej wierzch.
-Pani wybaczy – rzekł zaraz. Cecylii wydał się szczerze skruszony. – Nie chcę Jaśnie Hrabinie w żaden sposób ubliżyć, ale wydaje mi się, że doskonale zdaje sobie hrabina sprawę, że, kolokwialnie mówiąc, wygląda jak chłopiec.
Cecylia zaśmiała się wesoło i tylko Bernhard wiedział, że wewnątrz gotowała się ze złości. Nie z powodu uwagi Magnusa, ale w kwestii ogółu sytuacji. Spieszno jej było do spotkania z Torisem i poznania wreszcie prawdy. Bernhard odczuwał podłą satysfakcję na tę myśl.
-Och, nie waść pierwszy i nie ostatni bierze mnie za chłopca – wyjaśniła. – Panie Magnusie, jeśli mogę zwracać się do waćpana po imieniu – De la Gardie pokiwał głową – to przybyłam tutaj z panem Bernhardem w pewnej niezmiernie ważnej dla mnie osobiście sprawie.
-Słucham panią, pani Oxenstierna.
-Niezmiernie potrzebuję zobaczyć się z Torisem Laurinaitis – powiedziała natychmiast. Bernhard nic nie mówił. Czekał. On też nie mógł się doczekać. – To syn wojewody, pana…
-Vincasa Laurinaitis, oczywiście. – De la Gardie pokiwał głową. – Oczywiście. Zaraz po niego poślę. To znaczy, po pana Vincasa, jest akurat w pałacu. Może zabierze waćpanią do swojego dworu, a może ściągnie syna tu – to już wasza rzecz. Zaraz się wszystkim zajmiemy. Hej, ty tam – zawołał zaraz do jednego ze strażników. – Przyprowadź mi tu Laurinaitisa.
-Tak jest, herr De la Gardie.

I Cecylia wreszcie się doczekała. Vincas Laurinaitis był człowiekiem przeciętnym w swojej przeciętności, tak przynajmniej w myślach określił go Bernhard. Średniego wzrostu, ani otyły, ani szczupły, ani stary, ani młody, o twarzy przeciętnej tak do bólu, że Oxenstierna był święcie przekonany, że kiedy tylko przestanie na Litwina patrzeć, zupełnie zapomni, jak ów człowiek wygląda. Ubrany był w niebieski żupan i obszyty futrem kontusz, zupełnie jak wszyscy polscy czy litewscy szlachcice. Bernhard od razu zrozumiał, że pan Laurinaitis jest zdecydowanie jakimś drobnym szlachcicem, nie magnatem – mówił mu o tym kolor żupana, niebieski przeznaczony dla drobnej szlachty, czerwony natomiast zarezerwowany był jedynie dla magnaterii.
Twarz miał pociągłą, bardzo przypominającą w rysach twarz Torisa. Nie miał jednak urody syna. Bernhard nie był pewien, ale zdawało mu się, że brązowe, choć trochę siwiejące już włosy również syn po nim odziedziczył. Z całą pewnością jednak Toris nie miał oczu ojca –Bernhard pamiętał oczy młodego Litwina doskonale, miały doprawdy niespotykany kolor, dziwne połączenie szarości i wszelkich chyba odcieni koloru niebieskiego – Oxenstiernie ich barwa kojarzyła się z wieczornym niebem, kiedy zbierało się na burzę. Ojciec Torisa tęczówki miał wodniste i zielone, nie jasne jak Cecylii, ale raczej ciemne i nijakie. Podobnie jednak jak syn, sprawiał wrażenie okropnie zmęczonego i o jakby melancholijnym usposobieniu.
Początkowo szedł w ich stronę z twarzą spokojną, wyrażającą uprzejme zainteresowanie. Potem jednak, gdy podszedł bliżej, a jego wzrok padł na drżącą ze zniecierpliwienia Cecylię, Litwin zatrzymał się w pół kroku, a na jego bladą twarz momentalnie wstąpiły purpurowe rumieńce. Cecylia nie dała mu ani chwili.
-Panie Vincasie! – zawołała i ruszyła w jego stronę. Zatrzymała się dosłownie cal od niego. Laurinaitis sprawiał wrażenie, jakby chciał uciec. Pewność siebie na pewno syn właśnie po nim odziedziczył, pomyślał złośliwie Bernhard.
-Ce-Cecylia? – wydukał wreszcie Laurinaitis, spoglądając na Cecylię ze strachem. – Co ty tu robisz, dziecko? Toris mówił mi, że ojciec zostawił cię w Łukowcach… Ale tak, tak, doniesiono mi, że Łukowce zostały spalone… Tak się o ciebie martwiliśmy, drogie dziecko… Lucija była przekonana, że wyszłaś z tego cało, ty przecież zawsze jak kot spadasz na cztery łapy, ale Toris odchodził od zmysłów, sama wiesz, kochane dziecko, jaki on jest… Jaki on jest w tobie zakochany… On nie może bez ciebie żyć, Cecylio… Wiesz… Nie może… Ucieszy się… że… Że jesteś…
Po minie Cecylii Bernhard wywnioskował, że nie tylko jemu Vincas Laurinaitis wydał się dziwacznie zdenerwowany. Zachowywał się, Bernharda zdaniem, tak jakby chciał Cecylię ugłaskać, jakby wiedział, że zaraz się wścieknie, kiedy wszystko się wyda – och, jakże Bernhard na to czekał, jak czekał – jakby chciał zagrać na jej uczuciach, by litość i miłość do jego syna wzięły górę nad złością na nich. Bernhard, jak Cecylię znał, wiedział, że za nic w świecie jej nie ugłaskają.
-Przyjechałam do Torisa – powiedziała zaraz Cecylia, łapiąc Laurinaitisa za ręce. Litwin trochę się uspokoił, ale nadal spoglądał na nią cokolwiek niepewnie. – Zabierze nas pan do niego?
-Ależ oczywiście, kochanie, oczywiście… - wymamrotał z wyraźną ulgą. Zaraz jednak jego wzrok padł na Bernharda. – Was?
-Tak – powiedziała. – Bernhard to mój dobry przyjaciel, przyjechaliśmy tu razem z Warszawy. Bernhard i Toris mają sobie coś do powiedzenia.
Bernhard z trudem powstrzymał cisnący mu się na usta wybuch śmiechu. Cecylia najwyraźniej nadal naiwnie wierzyła, że Oxenstierna ją okłamał. O nie, niedoczekanie. Teraz Bernhard był na nią tak zły, że wcale jej nie współczuł. W duchu zacierał ręce na samą myśl o spotkaniu z Torisem. Będzie mu patrzył w twarz, kiedy Cecylia każe mu iść do diabła. Wprost nie mógł się doczekać.
-Dobrze – powiedział wreszcie Laurinaitis. – Zostaniecie u nas na noc, w takim razie. Chociaż mam szczerą nadzieję, kochanie, że zechcesz zostać u nas na stałe. Sama rozumiesz, wojna pokrzyżowała plany, ale skoro już tu jesteś… Ojciec na pewno nie chciałby, żebyś włóczyła się po kraju… I to jeszcze ze Szwedem – dodał cicho. Bernhard wszystko słyszał, ale nie powiedział ani słowa. – Dość dobrze nam się teraz powodzi… Moglibyśmy więc po prostu tu wyprawić tobie i Torisowi wesele… No, albo przynajmniej ślub… Tyle lat już to odkładamy, a wy nie jesteście już znowu tacy młodzi… To znaczy ty jeszcze tak, ale Toris, Toris ma dwadzieścia siedem lat, więc…
-Panie Vincasie, kwestia ślubu nie będzie taka prosta – powiedziała mu Cecylia. Litwin spojrzał na nią pytająco. Cecylia machnęła ręką. – Później objaśnię wam wszystkim. Proszę się nie martwić, z niczego się nie rozmyśliłam – uśmiechnęła się trochę niepewnie i Bernhardowi przez chwilę zrobiło się jej szkoda. Nadal się łudziła. – Ale nie chcę tego rozgrzebywać więcej razy, niż to konieczne.
- Jedźmy więc. – rzekł zaraz Laurinaitis. Wreszcie jego wzrok padł na Bernharda. – Najmocniej przepraszam – zwrócił się do niego po niemiecku. –Waćpan ma na imię Bernhard, zgadza się? – Szwed kiwnął głową. – A godność waści to…
-Oxenstierna – odparł. Litwin wytrzeszczył oczy. Bernhard nie mógł się powstrzymać. – Oxenstierna af Korsholm och Wasa.
Bernhard nie znał ani litewskiego, ani rosyjskiego, ale dałby głowę, że Litwin paskudnie przeklął pod nosem.

Dom rodziny Laurinaitis wielkością przypominała trochę dom Cecylii, jednak można było zauważyć, że Litwini byli o sporą sumkę bogatsi niż Łukasiewiczowie. Widać to było zarówno po wystroju wnętrz, nienachalnym przepychu przynajmniej w kwestii ozdób dworu, jak i tego, że w domu Laurinaitisów rzeczywiście ktoś usługiwał – u Cecylii było to absolutnie nie do pomyślenia. No i był też wyraźnie nowszy niż dworek Łukasiewiczów – Bernhard musiał przyznać, że dom Cecylii wyglądał na co najmniej wiekowy, ten natomiast stawiał wrażenie postawionego nie wcześniej niż jakieś 20 lat temu.
-Cecylio, kochanie, Bogu niech będą dzięki, że żyjesz! – Nim Bernhard zdążył porządnie przyjrzeć się kobiecie, która uścisnęła Cecylię tak mocno, że dziewczyna aż zaczerwieniła się na twarzy, oddychając z wysiłkiem, pojął że musiała to być owa Lucija, jak się domyślał żona pana Vincasa i matka Torisa. Odsunęła od siebie Cecylię i spojrzała na nią z góry – była bardzo wysoka, jak na kobietę – z serdeczną i zatroskaną miną. – Tak się o ciebie martwiliśmy, po tym jak usłyszeliśmy co się stało w Łukowcach… Cecylko, kochanie, powiedz mi proszę, co tam się stało? Ale proszę, proszę, wejdźcie, oboje… Dziękuję panu – zwróciła się do Bernharda. Złapała go za ręce i ucałowała wierzch jego dłoni. Bernhard wzdrygnął się i zaczerwienił. – Dziękuję za przyprowadzenie jej całej. – Kobieta wyglądała naprawdę jakby w każdej chwili miała się rozpłakać. – Proszę, proszę… wchodźcie śmiało…
Lucija Laurinaitis była chyba najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek zdarzyło się Bernhardowi widzieć. Zupełnie nie było widać po niej wieku – Toris miał lat dwadzieścia siedem, Bernhard zakładał więc, że pani Lucija miała gdzieś między czterdzieści pięć a pięćdziesiąt. Gdyby nie wiedział, uznałby ją mniej więcej za swoją równolatkę. A warto wspomnieć, że był jedynie rok starszy od jej syna. Z początku Bernhard był przekonany, że Toris odziedziczył rysy twarzy po ojcu – teraz jednak widział, że się pomylił. Pani Lucija miała regularne, pociągłe rysy zupełnie identyczne jak jej syn. Zresztą, nie było co zagłębiać się w szczegóły – Toris to była dosłownie skóra zdarta z matki, jedynie kolor włosów faktycznie odziedziczył po ojcu. Lucija miała włosy długie do pasa, grube, lekko kręcone i ciemnorude. Twarz miała bladą i alabastrową, pozbawioną choćby jednego piega, nos prosty, zgrabny i iście arystokratyczny, oczy w owym osobliwym kolorze, jakim odznaczały się również tęczówki jej syna, a sylwetkę miała szczupłą i krągłą – Bernhard był pewien, że co najmniej połowa Kiejdan się za nią ogląda. Kiedy przypominał sobie, że ta kobieta ma prawie pięćdziesiąt lat czuł się, jakby ktoś uderzył go w twarz.
Zaprosiła ich do pokoju gościnnego. Obojgu wskazała fotele.
-Vincas poszedł znaleźć Torisa – wyjaśniła. – Wyszedł po południu i jak dotąd nie wrócił. Włóczy się pewnie po lesie. Nic pożytecznego ostatnio nie robi, Cecylko – Lucija westchnęła głęboko i usiadła na krześle naprzeciw nich. – Umierał ze strachu o ciebie… Jak my wszyscy, ale on zdecydowanie najgorzej to znosił.
Cecylia nic nie powiedziała.
-Kim jest twój towarzysz? – zapytała pani Laurinaitis po chwili milczenia.
-Bernhard Oxenstierna – przedstawił się zaraz i ucałował jej dłoń.
-Och – bąknęła i spojrzała na niego z zaciekawieniem. – Jesteś waść krewnym kanclerza?
 Bernhard kiwnął głową.
-Tak, jestem jego kuzynem – wyjaśnił. – I bratem gubernatora Warszawy.
-Ach tak, Benedykt Oxenstierna, o ile mnie pamięć nie myli? – spytała, a Bernhard ponownie kiwnął głową. Już otworzyła usta, by o coś zapytać, kiedy w korytarzu rozległ się rumor, a po chwili głośne rosyjskie* przekleństwo. Zaraz za nim pojawił się zdyszany Toris. Cecylia zerwała się na równe nogi.
Laurinaitis miał we włosach kilka gałązek, sosny najprawdopodobniej, o ile Bernhard dobrze widział. Wyglądał na jeszcze bardziej zmęczonego i jakby chorego niż ostatnim razem, kiedy Bernhardowi było dane go widzieć. Na jego twarzy jednak malowała się tak niekłamana ulga i radość, że przez chwilę, krótką chwilę, Bernhard chciał się uśmiechnąć. Za chwilę jednak przypomniał sobie, że po pierwsze jest zdrajcą, a po drugie, to Oxenstierna niczego nie życzył sobie w tej chwili bardziej niż tego, by Cecylia zadała wreszcie to pytanie, które tak ją nurtowało, by usłyszała odpowiedź, by posłała tego Litwina do diabła. On ją pocieszy, nie pozwoli, by cierpiała za długo. Toris wcale na nią nie zasługiwał. Bernhard wiedział, że to okrutnie egoistyczne z jego strony, ale póki nie czynił nikomu krzywdy wcale nie zamierzał się hamować ze snuciem podobnych myśli.
-Lenkija – wymamrotał Toris żałośnie. W jego oczach zaszkliły się łzy. Kilkoma długimi, energicznymi krokami ruszył w jej stronę. Całkowicie ignorując tak rodziców, jak i Bernharda, objął dziewczynę mocno i zacisnął oczy. Ku rozczarowaniu Bernharda, Cecylia zamiast zacząć drążyć temat, przez który od wczorajszego wieczora nie zamienili niemalże ani słowa, objęła Litwina równie mocno. Po chwili odsunęła się, odrobinkę tylko, by ująć twarz Torisa w dłonie i ucałować go tak ochoczo i rozpaczliwie, że pewnie Bernhardowi wydałoby się to wzruszające, gdyby nie oczywista sytuacja. Tak, tylko zacisnął usta i zdławił w sobie szczere chęci wywleczenia tematu samemu. Nie, nie mógł się wtrącać. Toris już sam wykopał sobie grób. Oxenstierna nawet palca do tego nie przyłożył i przyłożyć nie zamierzał.
Cecylia jakby zupełnie zapomniała o wszystkim. Ostatni raz widziała Torisa w październiku, i och, tyle mu miała do opowiedzenia, tyle do wyjaśnienia, ale nie teraz, teraz choć przez chwilę chciała się tylko nim nacieszyć. Odgarnęła mu z twarzy włosy, jeszcze raz popatrzyła w jego zaszklone od łez oczy, uśmiechnęła się i pocałowała go raz jeszcze. Oddał pocałunek bardziej ochoczo niż kiedykolwiek.
Przez resztę wieczoru w domu Laurinaitisów panowała ogólna radość. No, jeśli nie liczyć Bernharda, który nie potrafił się cieszyć szczęściem zakochanych. Cecylia, uparcie siedząc Torisowi na kolanach, opowiadała całą swoją historię od momentu, kiedy Toris wyjechał z Łukowców w październiku poprzedniego roku. Nawet Bernhard jeszcze nie słyszał jej w całości, w pewnym momencie więc porzucił wszelkie urazy (przynajmniej na parę chwil) i zasłuchał się w całą tę opowieść. Toris, co by nie rzec, wydawał się średnio zainteresowany nie tylko opowieścią, ale właściwie wszystkim, co dookoła niego się działo. Jedną ręką obejmował Cecylię w pasie, a całą jego uwagę absorbowało najwyraźniej głaskanie dziewczyny po ramieniu. Uwagę do słów dziewczyny zaczął przywiązywać dopiero, kiedy wspomniała o tym, jak uprosiła królową Marię Ludwikę, by przekonała Jana Kazimierza i Juliana Łukasiewicza do pozwolenia Cecylii na tę dziką eskapadę do Warszawy. Lucija Laurinaitis aż zakryła usta dłonią, a ręka Torisa zamarła.
-Czy ciebie, Cecylio, już kompletnie Bóg opuścił? – zapytał ją, a dziewczyna spojrzała na niego przez ramię.
-Gdzie tam – machnęła ręką – słuchałbyś dalej, a nie mi przerywasz.
-Ale…
-Cichaj! – Uśmiechnęła się. – No. No to poszłam do tej Warszawy. To już jest długa opowieść, ale w dużym skrócie to przez parę dni mieszkałam u pewnej mieszczańskiej rodziny. Czekając, jak zaprzyjaźniony Szwed, zresztą Bercia właśnie, jak się później okazało, przyniesie strój dla służącej, to spuściłam łomot paru Szwedom. No nie patrz się tak, Toris… Przecież Ci mówię…
-Nie wiedziałem, że to ty – wtrącił Bernhard. Cecylia spojrzała na niego z ukosa. Uśmiech spłynął jej z twarzy. Bernhard nie dał się zbić z tropu. –Wittenberg zmywał komuś głowę o to, że nie dość, że piją na służbie, to jeszcze dali się wykiwać jakiejś mieszczce. Mogłem się domyślić, że o ciebie chodzi.
Na twarz Cecylii wkradł się paskudny uśmiech. Nie odpowiedziała Bernhardowi jednak ni słowa.
-Tak więc – mówiła dalej, całkiem Szweda ignorując. Bernhard mocno się zasępił. – Poszłam do tego zamku, jak, to zachowam dla siebie, ale poszłam. Powęszyłam, powęszyłam i szybko wpadłam. No i pewnie byłabym z Zamku nie wyszła, żeby to nie Bercia był tym, co się na mnie natknął.
-No cóż, nie byłem pierwszy.
-To była drobna niedogodność – burknęła Cecylia. Toris spojrzał na nią zdumiony. – A właśnie, z tego wszystkiego na śmierć zapomniałam. – Spojrzała na Oxenstiernę. – Co z nim zrobiłeś?
Szwed wahał się przez chwilę, potem wzruszył ramionami.
-Wrzuciłem go do Wisły.
Torisowi bardzo nie podobało się, że Bernhard i Cecylia, mimo tego, że jego narzeczona była wyraźnie o coś na Szweda wściekła, zachowywali się tak, jakby ich wszystkich wcale tu nie było, rozmawiali hasłami, których znaczenia owszem, Toris mógł się domyślać, jednak widać było, że oni wcale nie zamierzali niepytani w pewne kwestie go wtajemniczać.
-Cecylio, to brzmi co najmniej jakbyś kogoś zabiła – mruknęła matka Torisa. Ona chyba najmocniej w towarzystwie przeżywała przygody Cecylii.
Łukasiewiczówna wzruszyła ramionami.
-Tak wyszło.
Torisa naszła ochota, żeby uderzyć się otwartą dłonią w czoło. Puścić gdzieś tę dziewuchę, no tylko ją puścić, i zaraz rabanu narobi…
-Ale ty, oczywiście, nie mogłaś wysiedzieć na miejscu.
-Już chyba o tym mówiliśmy – rzuciła w stronę Bernharda szorstkim i nieprzyjemnym, zupełnie do niej niepodobnym tonem. –Nie wysiedziałam, to nie wysiedziałam, po co drążyć temat? No ale w związku z tym, że nie wysiedziałam i poszłam dalej węszyć… A, bo Bercia to chciał, żebym się gdzieś zakamuflowała na trochę i generalnie, to on zamierzał mi z Zamku pomóc uciec… W każdym razie wpadłam znów. Myślałam, że to Bercia znów mnie nakrył, ale nie. Pomyliłam się, bo jegomość był podobny. Tak samo paskudny – zaśmiała się. Bernhard przewrócił oczami.
Toris, podobnie zresztą jak jego ojciec, zrozumiał zrazu, że musiał to być któryś z braci Bernharda. Starszy Laurinaitis widział już raz Bengta Oxenstiernę, więc nie miał wątpliwości, o którego z nich chodziło.
-No i tu się zaczynają schody, bo zasadniczo, to jeszcze trochę wcześniej musieliśmy z Bercią odstawić małą mistyfikację – trochę niepewnie spojrzała na Torisa – no i wyszło tak, że parę osób pomyślało, że, ekhem, mamy romans. Czy coś. ALE TORIS, USPOKÓJ SIĘ, TO NIEPRAWDA.
Cecylia doskonale wiedziała, że jeden fałszywy krok, jedno słowo za dużo i Toris wybuchnie. Na razie wyglądał na uspokojonego, ale naburmuszonego.
Laurinaitis z kolei starał się po prostu nie patrzeć na Bernharda. Nie chciał sobie nawet wyobrażać, jak owa mistyfikacja musiała wyglądać, skoro pewni ludzie wysnuli z niej takie, a nie inne wnioski.
-I tu się zrobił problem, bo sytuacja wygląda tak, że Bercia jest narzeczonym córki Wittenberga. Jak jej tam było…
-Annelise.
-Może. No, więc jak Wittenberg o tym rzekomym romansie usłyszał, to wyszedł z siebie i stanął obok. Zaraz kazał mnie postawić pod sąd. Ale z racji tego, że wcześniej-wcześniej przysięgłam niby wierność temu wieprzowi, Jego Otyłości Karolowi Gustawowi…
Toris nic nie mógł na to poradzić, ale parsknął śmiechem. Vincas Laurinaitis spojrzał na dziewczynę odrobinkę karcącym wzrokiem, a z kolei Bernhard resztami siły woli powstrzymał się od kolejnej już prośby o nieobrażanie Jego Wysokości. Z Cecylią czasem było tak, że mówić do niej, to jak walić grochem o ścianę, więc Oxenstierna po prostu postanowił oszczędzić sobie nerwów.
-…i wiecie, musieli mnie przez to sądzić wedle ichniego prawa. No i wyszło tak, że nie wolno im było postawić mnie pod sąd. Znaczy, wolno było właśnie i w tym problem…
-Cecylio, mówże, proszę, jaśniej – wtrąciła się łagodnie pani Lucija. Vincas zaraz pokiwał głową.
-No, chodzi o to, że zamiast kobiety trzeba stawiać przed sądem jej ojca albo męża, dobrze mówię, Berciu?
-Dobrze mówisz.
-No. Więc tak… - Torisowi nie podobało się, że Cecylia nagle zupełnie straciła rezon. Stała się nerwowa, zaczęła się plątać w słowach, a potem po prostu spojrzała na niego z chyba najpoważniejszym wyrazem twarzy, jaki kiedykolwiek zdarzyło mu się u niej zobaczyć. –TORISNIEGNIEWAJSIĘPROSZĘmusiałamzostaćżonąBengtaOxenstiernyżebymnienieścielii…
-CECYLIO, NA BOGA – jęknął Toris. – Wcale cię nie rozumiem, tak szybko mówisz, i jeszcze mamroczesz. – Ujął jej piegowatą twarzyczkę w dłonie. – Mówże jeszcze raz. Tylko powoli i spokojnie. Dobrze?
Dziewczyna kiwnęła głową i głośno przełknęła ślinę. A Bernhard czekał.
-Tylko się nie gniewaj.
-Nie będę.
-Obiecujesz?
-Obiecuję. A teraz mów.
-Ojciec był na Śląsku – zaczęła. – A sąd miał się odbyć nazajutrz. Bengt Oxenstierna w środku nocy wyciągnął mnie z łóżka i oświadczył, że zostanę jego żoną. To co miałam zrobić? – zaczęła zaraz trochę agresywnym tonem, jakby chcąc uprzedzić wszelkie zarzuty. – Zgodziłam się, oczywiście. Nie mogłam powiedzieć nie, bo by mnie wzięli i ścięli.
Wraz z napięciem, jakie z każdą chwilą stawało się co raz bardziej odczuwalne, Bernharda ogarniała co raz większa satysfakcja. Niemądra mina Torisa dodatkowo to uczucie pogłębiała.
-Czy ty…
-Tak.
-Ale…
-No Toris, przecież coś z tym zrobię! – wybuchła zaraz, czerwieniejąc na twarzy. –No przecież to było tylko po to, żeby mnie nie ścięli… Czy tam nie zastrzelili… Nie wiem… - Głos na chwilkę odmówił jej posłuszeństwa. – Miałeś się nie gniewać…
-Ja… - Zająknął się. – Ja się nie… Nie gniewam. Tylko… - Westchnął głęboko. – Jestem w szoku. To wszystko. Bo oczywiście rozumiem, że zamierzasz jakoś to odkręcić. A jeśli nie, to nigdy do niego nie wracać?
Cecylia zaraz skwapliwie pokiwała głową.
Uwadze Bernharda z kolei nie uszedł fakt, iż Vincas Laurinaitis zrobił się jakoś dziwnie zdenerwowany. Oxenstierna uśmiechnął się krzywo – doskonale wiedział o co mu chodziło. Oto znalazł się między młotem a kowadłem – gdyby pozostał wierny Rzeczypospolitej, nie byłoby problemu – Polacy wreszcie by Szwedów wypędzili, a jeśli nie, to Toris tak czy inaczej zawsze mógł po prostu zignorować roszczenia takiego Bengta. Bo przecież co go obchodziło zdanie jakiegoś tam zamorszczyka? Ale sytuacja nabierała zupełnie innej perspektywy, kiedy się człowiek oddał pod szwedzkie dowództwo, zgodził się na związanie Litwy unią ze Szwecją, tym samym wyrażając gotowość do zerwania tejże z Rzeczpospolitą. Teraz Bengt był kimś, kogo Laurinaitis musiał respektować, a już na pewno nie miał prawa uciekać z jego żoną. Bernhard zaczynał się naprawdę doskonale bawić. Tylko Toris chyba jeszcze tego wszystkiego nie pojął.
-No czy ty zgłupiałeś? – zapytała dziewczyna. – Ależ oczywiście, że nie!
Laurinaitis wyglądał na uspokojonego. Cecylia mogła natomiast dalej snuć opowieść o tym, jak rozmówił się z nią Karol Gustaw, jak to Bernhard wyciągnął ją wreszcie z zamku i jak po paru dniach tułaczki udało im się wreszcie dotrzeć do Kiejdan.
-Więc twój ojciec nie wie, że tu jesteś? – zapytał ją Vincas.
-Ależ skąd – odparła. – Co właściwie każe mi sądzić, że możliwe, że uda się po mnie do Warszawy.
-Wątpię, by twój ojciec tak postąpił.
Cecylia długą chwilę milczała.
Atmosferę szybko rozluźniła matka Torisa, każąc podać kolację i rzucając kilka anegdot odbiegających zupełnie od tematów poruszanych tu wcześniej przez Cecylię, cała sprawę podsumowując tylko prostym („Cieszymy się, Cecylko, że po tym wszystkim jesteś tu z nami cała i zdrowa.”). Bernhard już praktycznie w ogóle się nie odzywał. Początkowo skrępowany, po kilku kuflach piwa rozluźnił się, najadł do syta i zdecydował, że nie będzie więcej przeszkadzał. Najlepszą polszczyzną, na jaką było go tylko stać spytał wszystkich obecnych przy stole czy będą mieli coś przeciw, jeśli uda się na spoczynek. Nie mieli. Cecylia nawet na niego nie spojrzała, natomiast wzrok Torisa był zwyczajnie chłodny i wyrażający może nie tyle nienawiść, co zwyczajną niechęć. Bernhard nie pozostawał mu dłużny. Litwin działał mu na nerwy.
Udał się więc do pokoju, który pokazała mu służąca. Podziękował jej, a ona skłoniła się lekko i zostawiła go samego. Zdjął z siebie mundur i w samej koszuli i spodniach wsunął się pod pierzynę. Nie mógł jednak zasnąć i po prostu tak leżał, nasłuchując i gapiąc się w przestrzeń.
Dopiero wiele godzin później usłyszał resztę domowników oraz Cecylię, jak rozchodzą się do swoich pokojów. Jakiś niedługi czas później usłyszał też ciche kroki i ani przez chwilę nie zwątpił w to, że to Cecylia przemyka po cichu do pokoju Litwina. Wszelkie wątpliwości odeszły w niepamięć, kiedy usłyszał odgłos podejrzanie przypominający potknięcie – to z całą pewnością była Cecylia.
Bernhard odwrócił się na bok i starał się nie podsłuchiwać. Nie mógł. Zatrzeszczało łóżko – Cecylia niezgrabnie się na nie wdrapała. Potem było względnie cicho, do momentu aż jakiś czas później usłyszał coś, co sprawiło, że miał ochotę zawyć z rozpaczy. Czy oni naprawdę…?
Dopiero po chwili zrozumiał, że to zupełnie nie to, co myślał. Cecylia płakała. Najwyraźniej Toris jednak wszystko jej powiedział. I Bernharda było na wierzchu. Tylko jakoś teraz, jak tak słuchał przez ścianę jej łkania, to nie mógł odczuwać z tego tytułu żadnej satysfakcji.
Nie usnął, dopóki nie usłyszał, jak dziewczyna wraca do siebie.
***

Cecylia faktycznie tej nocy wymknęła się do Torisa. Tak się cieszyła, och, jak się cieszyła, nie mogła sobie odmówić ani chwili spędzonej z ukochanym po tak długiej rozłące. Otworzyła drzwi do jego pokoju najciszej jak umiała. Zaraz jednak potknęła się na progu. Zaklęła szpetnie pod nosem.
-Lenkija, jak ty mówisz?
-Cichaj.
Zamknęła za sobą drzwi i wpełzła Torisowi pod kołdrę szybciej niż ten zdążył zrobić jej miejsce. Nawet nie protestował, jak to miał w zwyczaju, że co ona robi, że tak nie wypada. Nie rzekł nic, tylko posłusznie pozwolił się objąć, nie pozostając wcale dłużnym.
Nie odzywali się przez chwilę.
-Pocałuj mnie – powiedziała Cecylia jakimś żałosnym, zupełnie nie swoim głosem. Toris nie dał się prosić.
Ucałował ją jak nigdy, zachłannie i rozpaczliwie, jakby nie do końca jeszcze wierząc, że po tak długim czasie i znoszeniu tej okrutnej tęsknoty ona wreszcie sama stanęła u jego drzwi, i jednocześnie jakby bojąc się, że znów odejdzie, nim zdoła się nią nacieszyć. Teraz jednak nie zamierzał jej na to pozwolić. Zostanie tu z nim, zostanie jego żoną, nieważne, że ślubowała temu Szwedowi – tak, Toris go widział, to dobry człowiek, surowy i bardzo sztywny, oschły i dość nieprzyjemny w obyciu, ale mimo wszystko dobry – jest katoliczką, zupełnie jak Toris, a nawet jeśli nie, nawet jeśli cokolwiek miałoby pójść nie tak, jeśli cokolwiek miałoby stanąć na przeszkodzie, to Toris rozwiąże tę kwestię, chociaż raz w życiu weźmie się w garść i wreszcie zrobi coś jak trzeba.
Chciała się odsunąć, ale jej nie pozwolił. Objął ją za to w pasie i przyciągnął do siebie bliżej. Rękę przesunął w dół, po jej udzie, by potem znów powieść ją w górę, tym razem wraz z koszulą, w której spała. Cecylia była jego i tylko jego, sam nie wiedział, czy chciał to udowodnić jej, czy sobie, ale nie mógł znieść myśli, że – choćby tylko formalnie – była teraz żoną jakiegoś tam Szweda, jakiegoś tam hrabiego. Bengt Oxenstierna uratował jej życie i Toris był jego dłużnikiem, ale to się nie mogło odbić na jego i Cecylii planach, po prostu nie mogło.
Nim zdążył poważnie zastanowić się nad tym co czyni, ściągnął jej koszulę przez głowę.
Cecylia była bardziej niż chętna. Nawet po wszystkich tych latach, przez które się znali zaskoczyła go jej śmiałość, jak zupełnie bez skrępowania sięgnęła ręką do jego spodni, jakby robiła to już setki razy. Zakręciło mu się w głowie. Zanim zdążył się właściwie zastanowić co robi, obie ręce wsunął pod kołdrę; jedną ręką ścisnął jej pierś, niewielką i okrągłą, a Cecylia jęknęła głucho, nie przestając go całować. Drugą ręką tylko ją do siebie przyciągał, żeby nie odeszła, żeby więcej już go nie zostawiła, nie teraz, kiedy chciał uczynić ją swoją żoną bardziej niż ten Szwed zdołał to zrobić…
Puścił ją niemal natychmiast i odsunął się od niej.
Cecylia dyszała ciężko i spojrzała na niego trochę otumanionym i nic nierozumiejącym wzrokiem.
-Nie chcę słyszeć ani słowa na temat tego, że nie wypada – ostrzegła go i natychmiast wróciła do prób rozsznurowania jego spodni.
Toris uśmiechnął się blado i z niechęcią ją powstrzymał.
-Akurat zupełnie nie to chodziło mi po głowie. – Uśmiech spłynął mu z twarzy, a wzrok stał się poważniejszy. – Cecylio?
-Co?
-Mówiłaś, że zostałaś żoną tego Szweda.
-Bengta. – Toris skrzywił się. Słyszał w jej głosie sympatię do Oxenstierny. – Tak.
-Tak… no wiesz?
-Eeeeeee… Nie wiem?
Toris westchnął.
-Oddałaś mu się? – zapytał ją i sam nie wiedział, jakim cudem tak bezpośrednie pytanie przeszło mu przez gardło. A ona wcisnęła twarz w poduszkę, żeby stłumić wybuch śmiechu.
-To nie jest zabawne – burknął, chociaż spodziewał się teraz, że odpowiedź będzie przecząca. Kamień spadł mu z serca i ponownie ją do siebie przyciągnął, rozkoszując się dotykiem jej miękkiej, jędrnej skóry pod palcami. Czuł, ze robi coś bardzo złego, popełnia okropny grzech, ale w tamtym momencie to wszystko jakby przestało być ważne.
-Ty już chyba do reszty zdurniałeś – pocałowała go w czubek nosa i bezwstydnie się o niego otarła. Toris nie mógł powstrzymać jęku. Zaraz jednak Cecylia wyraźnie spochmurniała, jakby nagle sobie o czymś przypomniała. – Posłuchaj… Jak już jesteśmy przy poważnych pytaniach…
-Czy musimy mówić o tym teraz? – zapytał ją, wzdychając boleśnie. Potem znów ją pocałował, a dłonią ścisnął jej miękki pośladek. Dziewczyna zachichotała na to i zarzuciła na jego jedną nogę. – Tak za tobą tęskniłem… Już ci nie odmówię, Cecylko. Już nigdy, przenigdy ci nie odmówię.
Chciał ją pocałować, ale powstrzymała go delikatnym ruchem ręki.
-Obawiam się, Toris, że musimy o tym pomówić teraz.
Litwin głęboko westchnął, ale ostatecznie stwierdził, że parę chwil go nie zbawi. Mają dla siebie całą noc.
-Tak?
-Poddaliście Litwę?
Czego jak czego, ale pytań natury politycznej to Toris w tym momencie najmniej się spodziewał.
-Co…? Po co ty… No tak, tak, Radziwiłł poddał Litwę, ale Cecylio, toż to było jak z Pomorzem przecież…
-No ja wiem, ja wiem – mruknęła, wiercąc się nerwowo. – Już nie chodzi o kwestię samego poddania, bo tez przecież ja poddałam Łukowce, wiem jak to działa.
-Więc w czym rzecz? – spytał ją. Czuł, że ta rozmowa nie skończy się dobrze, był tego absolutnie pewien. Zrobiło mu się słabo.
-Podpisałeś?
Wahał się długą, bardzo długą chwilę.
-Podpisałeś czy nie? – zapytała głosem, jaki zdarzało mu się od niej słyszeć w chwilach największego wzburzenia. I nigdy jeszcze nie skierowała niczego wypowiedzianego tym tonem wprost do niego. Toris poczuł się nieprzyjemnie poruszony.
-Podpisałem.
Cecylia najwyraźniej nie wiedziała co powiedzieć.
-Cecylko…
-To jest jakiś podstęp, prawda? – zapytała. W jej głosie nie było już tej właściwej jej pewności, nie było optymizmu, tylko jakaś głęboko skrywana nadzieja, że to wszystko nie jest takie straszne, jak wygląda. – Albo to tylko tak jak z Łukowcami? Nie mieliście wyjścia, prawda? Chodzi o te najazdy Rosjan? Nie miałeś wyjścia i dlatego to zrobiłeś?
Milczał.
-Toris – szepnęła, łapiąc go za ramię. – Powiedzże coś. Cokolwiek!
-Nie mieliśmy wyjścia – wydusił z siebie wreszcie. Cecylii wyraźnie ulżyło. I wtedy poczuł, że nie może jej okłamywać. – Ale ja nie podpisałem tego układu z tego powodu.
-Co to znaczy?
-To znaczy – zawahał się. Ona go znienawidzi, był tego pewien. Ale nie zasługiwała na kłamstwa, które prędzej czy później i tak wyjdą na jaw. – To znaczy, że nawet gdyby car nas nie najeżdżał i gdyby Szwedzi nie byli ostatnią szansą na uratowanie Litwy przed Rosjanami, to i tak bym podpisał.
-Żeby Szwedzi nie…?
-Nie. Właśnie o to chodzi, że żeby Szwedzi TAK. – Cecylia zupełnie nic nie rozumiała. – Nie rozumiesz, że cała Rzeczpospolita chyli się ku upadkowi? Nie widzisz tego? Magnaci nie pozwalają królowi czegoś z tym zrobić, jest bezsilny, na pewno to widzisz, przegrywa każdą bitwę, bo szlachta się boi, nie chcą pozwolić na zebranie piechoty do regularnej armii…. Boją się, że król mógłby dzięki tej piechocie wystąpić przeciwko nim i ich przywilejom… Jeszcze trochę i z Rzeczypospolitej nic już nie zostanie. Jeśli nie Szwedzi ją zniszczą, to ktoś inny, ale to jest tylko i wyłącznie kwestia czasu. A ja nie chcę, żeby Litwa poszła na dno w ślad za Koroną. Karol Gustaw umie naszymi szlachcicami potrząsnąć. Takiego króla nam trzeba. Unia z Koroną, czy unia ze Szwecją, jaka mi różnica? I tak będziemy pod czyimś butem, jak zawsze! Tylko jeśli już musi tak być, to niech chociaż to będzie ktoś, przez kogo nie skończymy w ruskiej niewoli! Bo chyba nie wątpisz w to, że kiedy Rzeczpospolita wreszcie się rozpadnie, to właśnie taki los nas czeka. Wy umiecie dbać jedynie o siebie!
Wydusił z siebie to wszystko po to, żeby być z nią całkowicie szczerym. Niech dziewczyna wie, na czym stoi. Albo go zrozumie, albo znienawidzi. A dowiedziałaby się o tym prędzej czy później. Zresztą, ktoś już jej powiedział o pakcie, ktoś jej powiedział, że Toris go podpisał. I doskonale wiedział, czyja to była robota.
On i Bernhard Oxenstierna mieli sobie dużo do powiedzenia.
-Opowiadasz bzdury – powiedziała, ale wyczuł w jej głosie niepewność i niechęć. – Nie wiem, kto ci naopowiadał takich idiotyzmów. Rzeczpospolita chyli się ku upadkowi? To chyba najdurniejsza rzecz jaką słyszałam. Jesteśmy przecież europejską potęgą, na Boga, Toris, czemu opowiadasz takie bzdury?
-Cecylio, ty się chyba zatrzymałaś gdzieś w poprzednim stuleciu. – Zmarszczył brwi. – Janowi Kazimierzowi ziemia ucieka przez palce. Karol Gustaw zajął Warszawę bez walki. Kraków też. Wiesz, co on o tej bitwie mówi? Że żaden szwedzki żołnierz nawet nie strzelił! Żaden, rozumiesz? Nawet husarzy uciekli z miejsca bitwy! Owszem, oszczędzili w ten sposób ludzi, ale na pewno nie oszczędzili sobie wstydu!
-Bzdura – powiedziała raz jeszcze. Toris słyszał w jej głosie jaka jest rozgniewana. – Mój ojciec tam był, wtedy, pod Krakowem…
-I dziwisz się, że ci nie powiedział? – zapytał Laurinaitis, wysoko unosząc brwi. – Twój ojciec tam był. Twoi bracia też, wszyscy trzej. I oni wszyscy, co do jednego, uciekli!
-Nie było cię tam – warknęła. – Nie było cię, więc nie masz prawa mi mówić takich rzeczy! Nie wiesz co się tam stało tak samo, jak ja tego nie wiem!
-Więc zapytaj ojca, kiedy znów się zobaczycie – powiedział jej. Na usta cisnęło mu się jeszcze „O ile się zobaczycie”, ale to sobie darował.
-Nie omieszkam – burknęła. – Nie rozumiem, kto ci zrobił takie siano z mózgu, wiesz?
-A ja nie wiem, co z tobą jest nie tak – odparował. – Jesteś taka mądra, Cecylio, taka bystra, a naprawdę nie widzisz tego, o czym mówię? Naprawdę nie widzisz, że ta wasza złota wolność szlachecka ciągnie wasz przeklęty kraj na dno?
-Nie masz prawa się wypowiadać o tym, co się dzieje w kraju, jeśli nie potrafisz się nawet ruszyć z bezpiecznego domu i stanąć do walki! – syknęła.
-Gdybym wyszedł, to walczyłbym przeciw wam! – Powiedział twardo Litwin. A Cecylia wręcz nie wierzyła w to co słyszy. – I siedzę tu, w bezpiecznym domu, dla ciebie! Nie patrz tak na mnie, tak, dla ciebie, żeby cię nie ranić, żeby nie stanąć do walki przeciwko tobie i twojej rodzinie! Żeby ci pokazać, że kocham cię bardziej niż Litwę! Bo gdyby było inaczej, to bardzo możliwe, że walczyłbym teraz w bitwie przeciw twojemu ojcu albo bratu, przelewałbym krew twojej rodziny. Doceń to, że gniję tu dla ciebie!
-Och, więc może powinnam ci podziękować? – prychnęła. Była wściekła i czuła się zdradzona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Łzy cisnęły jej się do oczu, ale ze wszystkich sił starała się je powstrzymać. – Ja tłukę się do ciebie przez pół kraju, a ty robisz tu coś takiego… Nigdy mnie tak nie rozczarowałeś, Toris, nigdy, ty…
-Ja CIEBIE rozczarowałem? – odciął się zaraz. Teraz i w jego głosie zabrzmiała złość. – Ja ciebie? Spójrz lepiej na siebie! Zostawiam cię na kilka miesięcy, obiecuję ci, że po ciebie wrócę… A Ty tak po prostu zostajesz żoną jakiegoś tam szwedzkiego hrabiego… Z drugim włóczysz się po kraju… Co ja mam sobie myśleć?!
-Więc powinnam była pójść pod sąd i dać się Wittenbergowi zabić, żebyś nie musiał być zazdrosny, to mi chcesz powiedzieć?!
-Chcę powiedzieć, że nie mam żadnej pewności, że w imię ratowania się nie posunęłaś się jeszcze dalej! – warknął. Wiedział, że teraz obraca kota ogonem, że to nie na ten temat szła cała rozmowa, że tak naprawdę to ona miała większe powody, żeby się na niego złościć, ale na Boga, ona tak potrafiła doprowadzać ludzi do szału, że Toris już ani nie mógł, ani nie chciał się opanować, tylko wyrzucić z siebie wszystkie te paskudne myśli, jakie kołatały mu się po głowie odkąd usłyszał całą tę historię o przygodach Cecylii.
-O co ty mnie, tak właściwie, chcesz zapytać, Toris?
-Oxenstierna zażądał tylko twojej ręki w zamian za uratowanie cię?
-Powiedziałam ci już! – fuknęła, wyraźnie oburzona.
-Tak? – Toris uniósł brwi. – A powinienem ci wierzyć?
-Toris, opanuj się! – warknęła. – Jedynym kłamcą i zdrajcą w towarzystwie jesteś ty!
- A jesteś w stanie mi to udowodnić?
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy, jakby nie wierząc własnym uszom. Jak on śmiał? Jak Toris śmiał coś podobnego powiedzieć? Każdy mógł. Każdy. Ale na Boga, nie on!
-Słucham? – wydusiła z siebie wreszcie.
-Udowodnisz mi, że dochowałaś mi wierności? – zapytał. Oczy Cecylii zrobiły się jeszcze większe. – Nie patrz tak na mnie, pani Oxenstierna. – Powiedział to tak, jakby się miał tymi słowami udławić. – Ty z tymi dwoma Oxenstiernami spędziłaś w ciągu ostatniego pół roku o wiele więcej czasu niż ze mną. Szczególnie z tym całym Bernhardem. Widzę jak on na ciebie patrzy. I widzę, jak ty patrzysz na niego. – No, to już była gruba przesada i Toris doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Niemniej jednak chciał po prostu zirytować ją dokładnie tak, jak ona jego. A przy okazji wyrzucić z siebie cały ten żal i bezpodstawną (bo doskonale zdawał sobie z tego sprawę) zazdrość, która zjadała go od środka odkąd tylko ujrzał Oxenstiernę w domu swojej ukochanej. – Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby ani jeden, ani drugi cię nie tknął. Wiem, jacy są żołnierze. Bengt Oxenstierna to porządny człowiek, ale co do Bernharda to ja nie mam pewności. A ty jesteś taka nim zauroczona, że może…
-Nawet nie waż się tak do mnie mówić! – wycedziła Cecylia przez zaciśnięte zęby. – Ani mi się waż, Toris!
-…że może skoro już i tak poślubiłaś innego mężczyznę, to równie dobrze i za jego plecami mogłaś dać się zbałamucić jego bratu, a mnie wmówić, że to Bengt, że to była część umowy?
-Czy ty sam siebie słyszysz? – warknęła Cecylia, ale głos wyraźnie jej się łamał, ręce trzęsły jej się ze złości. Już dłużej powstrzymywać się nie mogła, rozpłakała się, głośno i gwałtownie. – Czy ty naprawdę w to wierzysz? Jak możesz mówić takie rzeczy, Toris?! Doskonale wiesz, że to bzdury! Ja tylko chciałam żyć! To nie jest tak, jak ty myślisz, to wcale nie jest tak!
-Udowodnij mi to.
Nie zauważył momentu, gdy powiedział o jedno słowo za dużo. Nie było żadnej odpowiedzi, tylko siarczysty ból policzka, który uderzyła go Cecylia. A trzeba przyznać, że na pewno się nie oszczędzała, włożyła w to cały swój, zaskakująco duży, jak na tak małą osobę, zasób siły.
Przez chwilę łypała na niego wściekle, ręką ocierając z policzków łzy, a chwilę potem zerwała się z łóżka na równe nogi.
-Nie gap się na mnie! – syknęła na niego, a on posłusznie oderwał wzrok od jej nagiego ciała.
Nerwowo pochyliła się nad jego łóżkiem, szukając swojej koszuli nocnej. Wreszcie ją znalazła i obciągnęła ją w dół jednym, nerwowym ruchem. Spojrzała na niego raz jeszcze.
-Teraz to już nie jest twoja sprawa. – Jej głos był lodowaty. I teraz, kiedy wymierzony przez nią policzek go otrzeźwił, to on miał ochotę się rozpłakać. Jak mógł tak ją potraktować? – Nie wiem czy chcę być żoną takiego podejrzliwego, pozbawionego chociażby żałosnych resztek zaufania i szacunku do mnie, zdrajcy.
-Cecylio, ja… - Odchrząknął, bo z jego gardła początkowo nie wydobył się w zasadzie żaden dźwięk. – Ja naprawdę…
-Mogłabym ci to udowodnić – rzekła tym samym lodowatym tonem. – Ale co? Zostawisz mnie później z innym obcym mężczyzną na kilka chwil choćby, i co? Jak ja ci to później udowodnię? Skoro teraz jestem w twoich oczach taką ladacznicą, to nigdy nie przestanę nią być! I jeżeli nie wierzysz w moje słowa, to nie zasługujesz na to, bym ci cokolwiek udowadniała!
-Cecylio…
-Nie chcę cię już słuchać, Toris.
-Czy ty chcesz… zerwać nasze zaręczyny?
Nienienienienie, nie, nie, nie, nie możesz tego zrobić, nie możesz, jesteś moja, nie wolno ci…
-Nie wiem – wydusiła z siebie tym samym oschłym tonem. – Ale teraz na pewno twoją żoną nie zostanę. Mam męża.
Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ona już nie słuchała. Wyszła, ignorując jego szepty, żeby nie, że przeprasza, żeby go wysłuchała. Zamknęła cicho drzwi, a Toris jeszcze chwilę słuchał jak jej kroki cichną w korytarzu, jak zamyka za sobą drzwi swojego pokoju. A potem była tylko głucha cisza.
Resztę nocy Toris przepłakał.
*
Następnego dnia Cecylia wcześnie rano zapukała do pokoju Bernharda. Zerwał się jak oparzony – śniło mu się coś dziwnego, wspomnienie tego właściwie przeciekało mu teraz przez palce, przez chwilę miał w głowie mglistą myśl o Torisie usługującym Karolowi Gustawowi podczas wieczerzy, zaraz jednak i o tym zapomniał i sam już nie wiedział, co tak właściwie chodziło mu po głowie.
-Wejdź – wymamrotał, przewracając się na drugi bok. Nie otworzył jeszcze oczu, był okropnie zaspany i cały czas czuł piasek pod powiekami.
Wreszcie się do tego zmusił, ale i tak niewiele zobaczył. Z pełnym rezygnacji westchnieniem, po omacku sięgnął rękę do małej szafeczki stojącej tuż obok łóżka. Wymacał okulary i niechętnie wcisnął się sobie na nos.
Cecylia weszła i zamknęła za sobą drzwi. Miała spuchnięte oczy, odrobinę, ale wystarczająco, by Bernhard zrozumiał, że pewnie pół nocy przepłakała. Stała przez chwilę, wpatrując się w podłogę i jakby zbierając się w sobie, żeby coś powiedzieć. Bernhard czekał. Nadal był na nią trochę zły o oskarżenia i pretensje niewiadomego pochodzenia, więc, prawdę mówiąc, nie bardzo miał ochotę z nią rozmawiać, przynajmniej póki co.
Westchnęła głęboko i rzekła:
-Myślę, że powinniśmy stąd odejść.
Przez chwilę to zdanie zawisło w powietrzu, a Bernhard z trudem powstrzymał cisnący mu się na usta uśmiech. Nie powinien cieszyć się jej nieszczęściem, ale na Boga, był tylko człowiekiem, a Cecylia jest silną kobietą, poradzi sobie z utratą ukochanego, z nie takimi rzeczami ludzie sobie radzili. Bernhard z chęcią pomoże jej zapomnieć. Jak już przejdzie mu cała złość. I jak ta bezczelna dziewucha wreszcie go przeprosi.
-Dobrze – odrzekł tylko. – De la Gardie kazał mi wrócić dziś do zamku. Weźmiemy przydział i jeśli będzie odpowiednio wcześnie, to możemy dziś wyruszyć. A jeśli nie, to przekoczujemy do jutra w tej karczmie, w której nocowaliśmy wczoraj. Odpowiada ci to?
Kiwnęła głową.
-A jak twój Toris to przyjmie?
Zorientował się, że przesadził, kiedy zobaczył jej minę – z początku sądził, że Cecylia się rozpłacze, ale trwało to tylko ułamek sekundy. Zaraz zmrużyła oczy i teraz odniósł wrażenie, że dziewczyna ma szczerą ochotę go uderzyć. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
-Nie twoja sprawa – burknęła tylko tonem tak lodowatym, że wydał się aż nienaturalny, wychodząc z jej ust, zawsze takiej serdecznej, wesołej i rozemocjonowanej.
-Trochę moja, zważywszy na to, jakie masz do mnie pretensje… - mruknął, po czym dodał z naciskiem. – Bez powodu.
Chciała mu odszczeknąć, widział to, znał ją doskonale, wiedział, że mieli jęzorem bez opamiętania, szczególnie, kiedy targają nią silne emocje. Zdziwił się jednak, że milczała. Potem uśmiechnęła się gorzko, uśmiechem zupełnie pozbawionym wesołości, i rzekła:
-Pakuj się, wynosimy się zaraz.
I wyszła, zostawiając go bez słowa. Bernhard wiedział, że musiało ją to wiele kosztować.
*
Rzeczywiście opuścili dom Laurinaitisów jeszcze wczesnym przedpołudniem. Pani Lucija nie chciała dać Cecylii spokoju, dręcząc ją pytaniami na temat tak szybkiego odejścia i jego powodów, które Cecylia zbywała nad wyraz grzecznymi, ale też zupełnie niczego nie wyjaśniającymi ogólnikami. Pan Vincas z kolei pożegnał się z nią trochę sztywno, ale też jakby z pewną dozą zrozumienia – Bernhard mógł się założyć, że doskonale wiedział, przynajmniej w przybliżeniu, co zaszło między Cecylią, a jego synem. Bernhard przypuszczał, że nie na rękę mu było w zaistniałej sytuacji żenić syna z córką, co by nie rzec, wroga. Jak by nie było, jeśli ojciec Cecylii jeszcze nie wie o zdradzie Laurinaitisa, to pewnie nie zareagowałby najlepiej na pomysł wydania córki za zdrajcę. Przynajmniej Bernhard, gdyby był w takiej sytuacji i to on miałby wydawać swoją córkę za mąż, to na pewno nie byłby z takiej sytuacji zadowolony i w najlepszym wypadku zarządziłby kategoryczne zerwanie zaręczyn.
Toris nie protestował. Stał zasępiony, nie wydusiwszy z siebie ni słowa. Bernhard mógł tylko zgadywać, że pewnie uciął sobie wcześniej nieprzyjemną pogawędkę z Cecylią, a teraz pozostało mu tylko pogodzić się z jej decyzją. Szwed dziwił się, właściwie, temu jego poddańczemu usposobieniu, jako że wyglądał raczej na taki typ człowieka, który do ostatniej chwili starałby się ukochaną zatrzymać i zrobić wszystko, by nie odeszła. Ale, właściwie, co go to obchodziło? Tym lepiej, że o nią nie walczy. Widać właśnie, jak mu zależy.
Torisowi zależało, ale Cecylia nie chciała go słuchać. Próbował ją przeprosić, ba, nawet mu się udało, kiedy złapał ją wychodzącą z pokoju Szweda, ale ona rzekła, że już jej pokazał na co go stać i że na „przepraszam” jest już trochę za późno. Oświadczyła mu również, że zamierza wrócić do męża i że Bengt Oxenstierna jej mężem pozostanie, przynajmniej do momentu, dopóki Toris nie pójdzie po rozum do głowy i nie zacznie nad sobą panować i darzyć jej większym szacunkiem.
Laurinaitis chciał wyć z rozpaczy. Nikogo nie szanował tak, jak szanował Cecylię, nigdy też żadnej tak rozpaczliwie nie kochał. Jego życie bez niej nie miało żadnego sensu. Byli razem od zawsze i nie mógł pojąć, dlaczego ona mu to robi, dlaczego chce to wszystko przekreślić przez jedno wypowiedziane w nerwach zdanie. Przecież ona kochała go tak samo, wiedział o tym dobrze. Wiedział, jaki sprawia jej to ból. Dlaczego więc robiła to im obojgu?
I właśnie dlatego, właśnie dlatego, że Toris nic nie rozumiał, Cecylia wiedziała, że musi tak postąpić. Stało się właśnie to, czego się obawiała – wziął ją za ladacznicę, żądał dowodu, że nikomu innemu się nie oddała. Mogła dać mu ten dowód. Ale co, jeżeli on kiedyś w przyszłości zażąda go po raz kolejny? Nie będzie miała mu jak udowodnić, że się myli. A on znów weźmie ją ja dziwkę. Nie mogłaby żyć z kimś, kto regularnie myślałby o niej w ten sposób. Kto wątpiłby w nią na tyle, by tak ją oskarżać. Musiał jej wierzyć, nie mogło być inaczej.
Osobną zupełnie kwestią było to, że przecież słowa Bernharda okazały się prawdą, co było kolejnym faktem świadczącym na niekorzyść Torisa. Bo jak mogłaby związać się ze zdrajcą narodu? Gdyby zdradził, by przetrwać, pojęłaby to i wybaczyła. Ale on zrobił to rozmyślnie. A to wszystko zmieniało. Nie wiedziała co zrobić. Nie teraz, kiedy tak ją zranił. Bo kiedy jej to wynagrodzi, to pewnie i zdradę mu wybaczy. Cecylia była gotowa bardzo wiele mu wybaczyć.
 No i Bernhard. Musiała go przeprosić. Bardzo, bardzo przeprosić. Ale teraz nie miała jeszcze na to sił.



*Litwini przeklinali po rosyjsku, nie po litewsku