wtorek, 12 marca 2019

Rozdział XIII

W sumie ten rozdział to chyba trochę rak. Ja go nie sprawdziłam i przyznam ze wrzucam tu raz na jakis czas coś na pałę, żeby nie wylecieć z katalogów, także proszę tam sobie - o ile ktokolwiek tu jeszcze zagląda - nie zaprzątać głowy blogasiem. Ja go tylko reanimuję, z zamiarem KIEDYS poprawienia tego opka. ALE TERAZ NIE MA SIE CO WCZUWAĆ XD



NIE WIEM CZEMU WYWALIŁO MI FORMATOWANIE, ale w sumie co za różnica, wątpię żeby ktokolwiek tu zajrzał, a nawet jeśli to jak mówiłam - to tylko doroczna reanimacja bez poprawek. ALE JA TU KIEDYS WRÓCE.



Minęło kilka długich dni, nim dotarli do obozu Karola Gustawa. Bengt wydobrzał już zupełnie, a Cecylia wiedziała dobrze, że tak szybki powrót do zdrowia był efektem jej troskliwej opieki. Rada była, że pomogła mu stanąć na nogi.

A potem uświadomiła sobie, że znalazła się między Szwedami, sama jedna w morzu nieprzyjaciół.

Obóz, jak na jej laickie oko, był ogromny, choć bardzo uporządkowany. Nie do końca orientowała się dokładnie co i jak tu działa, ale dostrzegała w tym wszystkim pewien porządek.

Bengt z początku wpadł na pomysł, zachęcany zresztą przez Wittenberga, który nieco już zszedł z tonu i przynajmniej nie wymyślał jej od dziwek na każdym kroku, aby umieścić ją na tyłach obozu, z resztą kobiet i dzieci oficerów i dowódców. Cecylia ofuknęła głośno i ostentacyjnie ich obu, informując, że siłą ją tam będą musieli do drzewa przywiązać, jeśli życzą sobie, by tam została, bo ona nie zamierza odstępować męża choćby na krok, bo nie po to od ojca własnego się odwróciła i z Oxenstierną obiecała zostać, by ją teraz odesłano. Wittenberg marudził coś o nieposłusznych dziewkach, które należałoby trzymać krótko, żeby zbyt głośno nie ujadały i nie kwestionowały zdania pana męża, ale Bengt oświadczył, że nie ma siły, która Cecylię do posłuszeństwa zmusi i jeśli jej wolą jest zostać przy mężowskim boku, to niechże tak będzie.

W ten sposób Cecylia poznała całkiem inny świat, niż ten, z którym zdarzyło jej się do tej pory zetknąć. Po pierwsze, zafascynowana była przemarszem armii, masą ludzi, hałasem i harmidrem, jaki panował wszędzie wokół, słyszanymi zewsząd pieśniami, opowieściami i biegnącym ludzkim życiem.

Była zachwycona i wzruszona, wpadłszy kiedyś na żołnierza, na uboczu obozu ochoczo biorącego w posiadanie swoją małżonkę bądź też po prostu ukochaną, szepcząc jej rozpaczliwie słowa tęsknoty i wyznania miłości. Oddaliła się czym prędzej, by im nie przeszkadzać, wzruszona i rozmarzona, gorąco pragnąc, by i za nią ktoś kiedyś równie mocno tęsknił.

Poznała też uroki bycia żoną hrabiego Oxenstierny. Nie miała nawet pojęcia, jak ważną i szanowaną personą jest jej małżonek. Szlachcice i oficerowie kłaniali jej się nisko, serdecznie pozdrawiając hrabinę Oxenstiernę, kobiety poczęły same szukać jej w tłumie, łaknąc jej uwagi i aprobaty, z początku traktując ją jak jakąś nową gwiazdę towarzystwa, potem, gdy poznano nieco jej charakter i gdy pojęły, że więcej w niej, jak to Wittenberh kiedyś rzekł, rozbrykanej dziewki zza zagrody niż szlachcianki, bardziej jako osobliwość, choć nadal odnosiły się do niej z najwyższym szacunkiem.

Ale Cecylia poznała też ciemniejsze strony żołnierskiego życia. Oraz Agnetę Horn.

Agneta Horn była osobą wzbudzającą w Cecylii sprzeczne odczucia. Z jednej strony Polka szanowała tę odważną, pewną siebie kobietę, podziwiała jej upór i hart ducha, z drugiej jednak strony nie mogła pojąć oschłości tej kobiety, jaką odznaczała się wobec swojego męża, Larsa Cruusa. Nie kryła się z tym, że wolała, żeby jej ukochany zginął na wojnie, niż żeby przyniósł jej wstyd i nie wykazał się odwagą. Cecylia wiedziała, że ma trochę inne spojrzenie na świat niż większość ludzi, oraz że to podejście Agnety jest o wiele bardziej akceptowalne społecznie niż jej własne, jednak nie mieściło jej się w głowie, mimo wszystko, jak można tak traktować kogoś, kogo się kocha. Ale to był Agnety mąż, Agnety sprawa, Cecylii nic nie było do tego, wiedziała o tym dobrze. Nie o to jednak szło – Łukasiewiczówna Agnetę Horn szanowała, bo była kobietą silną i nie dającą sobą pomiatać, zupełnie jak Cecylia, z tym, że ona jakby bardziej potrafiła się odizolować od wydarzeń, obok których Cecylia nie mogła przejść obojętnie.

Kiedyś przechadzały się po obozie. Był wieczór i może takie wycieczki nie były takim znów dobrym pomysłem, jednak Cecylia jak to Cecylia, nie dała sobie nic wytłumaczyć i uparła się, by z panią Agnetą zamienić kilka słów.

Miały ze sobą wiele wspólnego, a jednak bardzo się różniły. Agneta Horn była urodzoną szlachcianką, zupełnie przeciwnie niż Cecylia, która mimo, iż owszem, była szlachecką córką, a teraz to nawet hrabiną, to jednak najlepiej opisywało ją użyte kiedyś przez marszałka Arvida Wittenberga określenie „rozbrykana dziewka zza zagrody” – więcej było w niej chłopki niż szlachcianki, może to była kwestia wychowania na wsi, a może po prostu jej zwyczajnego nieokrzesania, tego nie wiedział chyba nikt, jednak faktem pozostawało, że do bycia prawdziwą szlachcianką wiele jej brakowało.

I to, przynajmniej w opinii jej samej, czyniło ją lepszą.

Kobiety towarzyszące armii nigdy nie miały lekko, wiedziała to zarówno Agneta, jak i Cecylia – możliwe nawet, że Horn wiedziała o tym dużo lepiej, przez co mogła się z tym pogodzić i stać się nieczułą na krzywdę innych wiedząc, że choćby nie wiadomo jak chciała, to nic nie mogła na to poradzić. Cecylia zdecydowanie jeszcze sobie tego nawyku nie wyrobiła, przez co zdarzyło jej się nieraz wszcząć niewielką burdę w obronie praw bezbronnych kobiet. Mogła sobie na to pozwolić, ponieważ nawet po tak krótkim czasie mało kto w obozie nie znał „tej szalonej żony pana hrabiego Oxenstierny” i jednocześnie mało kto się dziwił, że człowiek tak poważny i stateczny jak on zdecydował się pojąć za żonę taką roztrzepaną i nieokrzesaną dziewuszkę (bo też nikt nie był w stanie trafnie ocenić wieku bardzo młodo wyglądającej Cecylii – wtedy miała dwadzieścia dwa lata, jednak nikt nie dawał jej więcej niż szesnaście czy siedemnaście). Tak czy inaczej, żaden żołnierz nie odważył się nawet krzywo na nią spojrzeć, bojąc się konsekwencji ze strony pana hrabiego.

I na tym właśnie polegało życie kobiet w obozie – najrozsądniej było mieć męża, im wyżej postawionego, tym lepiej, ponieważ to dawało niesłychaną ochronę. Panny i wdowy musiały mieć się na baczności – nieprzyjemności jednak i tak nigdy, przenigdy ich nie omijały.

Cecylia znała młodziutką, osiemnastoletnią dziewczynę, która przybyła na wojnę z ojcem i matką. Było jej na imię Anna-Katarina, jej matka zginęła na skutek zarazy zaraz na początku wojny, ojciec z kolei poległ pod Gołębiem. Dziewczyna została sama, bez rodziny i pozbawiona ochrony, co nieżyczliwi często bezwzględnie wykorzystywali. Cecylia starała się mieć na nią od czasu do czasu oko, parę razy postraszyła nastających na biedną dziewczynę żołnierzy mężem, a tamci odchodzi z podkulonymi ogonami, zostawiając Annę-Katarinę w spokoju. Łukasiewiczówna jednak nie mogła uważać na nią bez przerwy, nie mogła tez wiecznie trzymać jej przy sobie. Zastanawiała się zawsze, czemu Anna-Katarina po prostu nie odejdzie, skoro właściwie, kiedy podążała za armią szwedzkich żołnierzy i niemieckich najemników, groziło jej jedynie niebezpieczeństwo – podobnie byłoby, gdyby zdecydowała się odejść, jednak byłoby to niebezpieczeństwo zdecydowanie innego rodzaju. Tak czy inaczej dziewczyna była w kiepskiej sytuacji, ale – jak rzekła Cecylii – na razie przynajmniej jest bezpieczna z armią, a pewne nieprzyjemności mogłyby jej się przytrafić i z armią, i bez niej.

Cecylia nie mogła zaprzeczyć, co nie znaczy jednak, żeby jakkolwiek jej się ta sytuacja podobała.

Bądź co bądź, Anna-Katarina została z resztą szwedzkiej armii. Wydarzyła się pewna rzecz, która uświadomiła Cecylii, że jej szczęście w posiadaniu Bengta Oxenstierny za męża nie kończyło się wcale na tym, że cało wyszła z Warszawy. Nie, mogła tylko dziękować Bogu, że tu i teraz Bengt wszem i wobec oświadczył, że policzy się osobiście z każdym, kto Cecylii będzie się naprzykrzał, a prócz tego, jako hrabiemu, nie doskwierał jemu i jego rodzinie głód. Nikomu się nie przelewało, to prawda, ale przynajmniej niezbędne minimum ktoś tak wysoko postawiony zawsze miał zapewnione, przynajmniej póki wystarczało na to strawy. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia.

Cecylia usłyszała coś podczas tego spaceru. Jakby coś pomiędzy szlochem, a jękiem. Jakieś głuche, żałosne „proszę”, wypowiedziane żałosnym, drżącym tonem, jakieś sapanie, obsceniczne i bezwstydne, jakieś głosy i śmiechy, niewątpliwie wydawane przez żołnierzy.

Poznała to „proszę”, poznała ten głos, to była Anna-Katarina, nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Spojrzała wtedy na Agnetę.

-Słyszysz? – spytała przejętym tonem, jednocześnie rozglądając się dookoła w poszukiwaniu źródła tych nieprzyjemności.

-Słyszę – powiedziała Agneta Horn spokojnie. Cecylia aż spojrzała na nią z niezmiernym zdziwieniem. Jej piękna, arystokratyczna twarz miała wyraz tak obojętny, że Cecylii aż zmroziło to krew w żyłach. – To nie nasza sprawa – powiedziała, jakby czytając Łukasiewiczównie w myślach. – Chodźmy stąd.

-Słucham? – wyrwało się Cecylii.

Agneta uniosła wysoko brwi.

-To nie nasza sprawa – powtórzyła. Spojrzała na Cecylię łagodnie i położyła jej dłoń na ramieniu. – Tak się dzieje i nic na to nie poradzisz. Nie jesteś w stanie uratować każdej napotkanej nieszczęsnej istoty, z jaką przyjdzie ci się zetknąć.

-Ale jej mogę pomóc – uparła się Cecylia i odwróciła się do Agnety plecami. Odmaszerowała parę kroków do jednego z namiotów, z którego wyraźnie dobiegały odgłosy rozmów. Wetknęła tam głowę, czym natychmiast zwróciła na siebie uwagę trzech siedzących tam żołnierzy. Jeden z nich zerwał się na równe nogi.

-Pani Oxenstierna – rzekł na powitanie, ale ona zupełnie go zignorowała.

-Daj mi muszkiet.

Nie sprzeciwiał się, po prostu jej go dał, bez słowa i posłusznie.

Agneta spojrzała na Cecylią z nutą lęku.

-Cecylio, nie rób głupot…

-Powiedz to tym draniom, którzy robią to Annie-Katarinie – warknęła. – Zasłużyli, żebym ich zastrzeliła. Chociaż tego nie zrobię.

Dla zawsze eleganckiej – przynajmniej w miarę możliwości – Agnety Horn, Cecylia Łukasiewicz, Oxenstierna właściwie, była osobą nieco osobliwą. Włosy zawsze miała albo roztrzepane, albo – jak teraz – zaplecione w prosty, króciutki warkocz. Jedynie kilka słomianych kosmyków wysunęło się ze splotu i opadało jej na twarz, a ona wiecznie odgarniała je nerwowym ruchem. Zawsze wszędzie było jej pełno, wtrącała się we wszystko i Agneta również nie mogła pojąć jakim cudem Bengt Oxenstierna ją zechciał. Ta kobieta zupełnie się dla niego nie nadawała. Agneta uznała, że to albo jakiś podstęp natury politycznej albo rzeczywiście niepojęcie wielka miłość – i jeśli tak, to Agneta szalenie im obojgu zazdrościła, bo swojego męża – choć to ona sama go sobie wybrała i szanowała go, odpowiadał jej w zupełności – nigdy nie darzyła tak głębokim uczuciem.

Cecylia była idealistką, której jakimś cudem nikt jeszcze przez całe dwadzieścia dwa lata nie sprowadził na ziemię. Agneta wiedziała, że to się źle skończy, i że Cecylię musiał ktoś powstrzymać. A jedyną osobą, która była w stanie to zrobić, był Bengt i tylko Bengt.

Agneta pobiegła po niego, unosząc wysoko suknię, by nie plątała jej się pod nogami.

Cecylia, kiedy dotarła wreszcie na miejsce rozgrywającego się w obozie dramatu (jednego z wielu, i to wcale nie tak znowu niezwykłego, ale tego nie dała sobie nigdy wbić do głowy), krew w niej zawrzała. Nie myliła się, to była Anna-Katarina. Leżała na gołej ziemi, z suknią podciągniętą do pasa i nogami rozchylonymi szeroko i przytrzymywanymi przez jakiegoś żołnierza, Cecylia nie znała go, który… Cecylia nawet nie miała słów. To było tak obrzydliwe, tak potwornie obsceniczne i ohydne, że aż zbierało jej się na wymioty. Inny żołnierz przytrzymywał Annie –Katarinie ręce, a trzeci siedział z boku i jakby nigdy nic popijał coś z bukłaka – Łukasiewiczówna przysięgłaby, że było to jakieś wino, czy coś podobnego.

Sama nie wiedziała, co tak właściwie sobie myślała, kiedy ujęła muszkiet w obie ręce i dziarskim krokiem ruszyła w stronę rozgrywającego się na jej oczach nieszczęścia. Anna-Katarina płakała, Cecylia widziała to doskonale, nawet z tak dużej odległości. Nie panowała nad sobą, ręce jej się trzęsły i po raz pierwszy w życiu naprawdę szczerze chciała kogoś zamordować.

-Zostaw ją w spokoju! – ryknęła na żołnierza, ale ten nawet nie zareagował. Ten popijający alkohol zaśmiał się w głos, a drugi spojrzał na Cecylię.

-Poczekaj na swoją kolej, chłoptasiu - wysapał tamten z trudem, nawet na Cecylię nie spojrzawszy.

Ci, którzy nie wiedzieli, że jest żoną hrabiego Oxenstierny często brali ją za chłopca, szczególnie przez wzgląd na ciągle krótkie włosy. On widać należał właśnie do nich. Cecylia nie zamierzała się nim teraz przejmować.

-POWIEDZIAŁAM: ZŁAŹ – warknęła. – Inaczej gorzko tego pożałujesz, ty draniu.

-Jurgen… - Żołnierz, który trzymał Annę-Katarinę za ręce puścił ją i z przerażeniem popatrzył w oczy Cecylii. Poznał ją. Dobrze. Cecylia zastanawiała się, czy on już to tej biednej dziewczynie zrobił. Jeśli nie, to lepiej dla niego – chociaż sądząc po jego przerażonej minie, było już po wszystkim.

Anna-Katarina popatrzyła na nią z bólem i jakby wrzutem w oczach. Jak gdyby chciała jej powiedzieć, żeby sobie poszła, pozwoliła im dokończyć, co zaczęli, a potem Annie-Katarinie umrzeć z bólu i wstydu.

Nie, Cecylia nie mogła tak postąpić.

-Jurgen, to pani Oxenstierna – odezwał się ten siedzący na uboczu. I on miał zlękniony wyraz twarzy. Cecylia odczułaby pewnie niekłamaną satysfakcję na samą myśl o tym, jak ci łajdacy się na jej widok przerazili, teraz jednak była na to zbyt pochłonięta wściekłością na nich. I koniecznością ratowania biednej Anny-Katariny.

-Oxenstierna – wysapał pogardliwie. Potem jęknął głośno. Cecylia z trudem powstrzymała się od uderzenia go. Nawet na nią nie spojrzał. – Ta chłopka, która daje się chędożyć bratu swojego hrabiowskiego męża? Jeszcze by nam podziękował za postawienie jej do pionu… - Wreszcie na nią spojrzał. Nie przestawał robić tego Annie-Katerinie – przeciwnie, stał się jakby jeszcze bardziej brutalny, kiedy patrzył Cecylii w oczy. – Poczekaj. Będziesz następna. Wittenberg mnie złotem za to obsypie.

Towarzysze wydawali się absolutnie nie podzielać jego zdania.

Byli mądrzejsi.

Cecylia ujęła mocno muszkiet i uniosła go do góry. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, ile potrafi mieć siły. Uderzyła owego Jurgena w potylicę tak mocno, że aż zawył. Wreszcie zostawił Annę-Katarinę w Spokoju. Uderzyła jeszcze raz, nim zdążył się podnieść. I jeszcze. Teraz już niemalże nie dał rady.

Krew spływała mu z rozciętego łuku brwiowego i nosa. Cecylia była przekonana, że głowa boli go niemiłosiernie. Sądząc po tym, że nie mógł, właściwie, wstać, sądziła, że się nie myliła. Nie była może bardzo silna, ale celność była w takim wypadku cenniejsza.

Anna-Katarina zaraz obciągnęła zadartą wysoko spódnicę. Z wyraźnym trudem zerwała się na nogi i, trochę się chwiejąc, uciekła gdzieś na bok, by stamtąd dalej obserwować rozwój wydarzeń.

-Du slyna… - wyburczał pod nosem, spoglądając na Cecylię nienawistnie.

Cecylia uderzyła raz jeszcze.

-Pani Oxenstierna… - odezwał się ten podpity, Cecylia jednak zaraz mu przerwała.

-Milcz – warknęła. – Nie myśl sobie, że ci to ujdzie płazem. Nie popuszczę ci, ty łajdaku. Anno?

-Ta twoja przyjaciółka to zwyczajna dziwka – warknął Jurgen, splunąwszy krwią. – Sama do nas przyszła. Sama chciała…

-Stul… - Uderzyła go po raz kolejny. Tym razem celowała kolbą prosto w twarz. - …pysk!

-CECYLIO, NA BOGA, OPANUJ SIĘ! – Cecylia nie musiała nawet się obracać i patrzeć na przybysza. Dobrze, Bengta tu teraz potrzebowała. Uderzyła raz jeszcze, nim silne, mężowskie ramiona oplotły ją od tyłu i uniemożliwiły atak. – Opanuj się, kobieto, zabijesz go!

-Zasłużył! – Szarpała się z Bengtem zawzięcie, ale ten ani myślał jej puścić. – Zasłużył na to. Ty powinieneś kazać go zabić!

-USPOKÓJ SIĘ – wrzasnął wreszcie na nią i przybrał tak groźny wyraz twarzy, że aż się zlękła. Przestała się szarpać i spojrzała na niego przez ramię. – Idziemy, Cecylio.

-NIE MOŻESZ TEGO TAK ZOSTAWIĆ – wrzasnęła na niego. – Puścisz im to płazem? Nie możesz, rozumiesz, nie możesz, nie jesteś taki, ZRÓB COŚ, bo…

-CECYLIO, ZAMILCZ WRESZCIE. – Potrząsnął nią, a potem ujął jej twarz w dłonie. – Zamilcz. Wyjaśnię to. Ale ty się uspokój.

-TU NIE MA CZEGO WYJAŚNIAĆ, BENGT…

Przycisnął jej dłoń do ust.

-Powiedziałem: zamilcz. – Cecylia uświadomiła sobie, że płacze. Wzrok Bengta jednak ani trochę z tego powodu nie złagodniał. – Przypilnować mi ich – rzucił do żołnierzy, którzy przybyli tu z nim. Bengt był bardzo przezorny. Albo po prostu dobrze znał swoją żonę. – Przyprowadzicie ich do mnie. Ale najpierw porozmawiam z żoną.

-Tak jest, herr Oxenstierna.

Cecylia spojrzała na niego z byka.

-Chodźmy – powiedział, spoglądając na nią z wyczekiwaniem. Ani myślała się ruszyć. – Cecylio, IDZIEMY.

Nie szarpnął jej, nie pociągnął jej za rękę, nawet jej nie dotknął. Po prostu spojrzał na nią w taki sposób, że nie mogła go nie posłuchać.

Podążyła za nim do jego namiotu, zerkając, czy aby na pewno żołnierze za nimi idą, i czy pilnują tych trzech zwyrodnialców. Szli.

Bengt odchylił przed nią połę materiału i wpuścił ją do środka.

-Siadaj - powiedział.

Nie śmiała się mu sprzeciwić. Usiadła naprzeciwko niego i spojrzała na niego z napięciem, jakby czekając, aż zacznie na nią krzyczeć. Nic takiego nie nastąpiło. Bengt po prostu skrzyżował ręce na piersi i popatrzył na nią z góry.

-Cecylio, na Boga – zaczął zniecierpliwionym i pełnym rezygnacji tonem. – Nie mogłaś, nie mogłaś przyjść po mnie?

-I MIAŁAM POZWOLIĆ, ŻEBY ONI…

-Nic jej nie pomogłaś – uciął.

-Ale…

-NIC – powiedział stanowczo. Potem westchnął głęboko i kucnął naprzeciw niej, ujmując jej dłonie. – To już się stało. Niczego nie zmieniłaś.

-Więc powinnam mu pozwolić skończyć?

-Powinnaś zadbać, żeby został ukarany – wyjaśnił cierpliwie. – Ale to i tak…

-Więc gdybyś to ty był na moim miejscu – zaczęła Cecylia, patrząc na męża zmrużonymi oczyma - i zobaczył, jak ten łajdak robi to mnie, to poczekałbyś aż skończy i dopiero byś go ukarał, tak?

Bengt zaczerwienił się na twarzy.

-To co innego.

-Nie, kochany, to dokładnie to samo. – Uśmiechnęła się cierpko i uniosła brwi. – Pozwoliłbyś mu skończyć?

-Przestań – burknął na nią.

-Pozwoliłbyś? – zapytała jeszcze bardziej stanowczym tonem.

-Wiesz, że nie – rzekł wreszcie. – Ale ty jesteś moją żoną.

-Ale mnie nie kochasz – zauważyła.

-Nie, nie kocham – przyznał. – Tylko jakie to ma znaczenie? Jesteś moją żoną i zwyczajnie sobie nie życzę, żeby ktokolwiek robił ci coś takiego. – Cecylii nieprzyjemny dreszcz przeszedł po plecach. – Nawet jeśli tego chcesz, ale szczególnie, jeśli by cię zmuszał.

-Ale nie chodzi teraz o mnie. Powiedz mi, gdybyś był na moim miejscu, zostawiłbyś ją?

-Ja nie – przyznał. – Ale wiesz, Cecylio, jest różnica, kiedy ty przychodzisz i zaczynasz takiego okładać muszkietem, a kiedy przychodzę ja i zwyczajnie mam prawo, nie moralne, a pisane, za coś takiego owego delikwenta ukarać.

-Mnie też chciał to zrobić – wypaliła nagle.

Bengt uniósł brwi.

-Och, chyba się spił, i powiedział, że „co mu tam byle Oxenstierna” i żebym poczekała, bo będę następna, a Wittenberg obsypie go za to złotem – wyjaśniła. – Oczywiście by tego nie zrobił, po prostu tak powiedział… To znaczy, nie to, żebym go broniła, tego skur…

-Cecylio, proszę.

-No dobrze. W każdym razie udaj, że się o to wściekasz. Niech mu pójdzie po porkach. Chociaż osobiście uważam, że powinieneś kazać go powiesić.

-Cecylio…

-No a czy nie tak karzecie gwałt? No powiedz?

-Jeśli to był gwałt – rzekł. Cecylia myślała, że się przesłyszała.

-Co? JEŚLI?

-Słyszałem co powiedział. Że chciała.

-Bengt, jeśli mi zaraz powiesz, że ona sama się o to prosiła…

-Za kogo ty mnie masz? – burknął na nią. Zasępił się jeszcze bardziej. – Niczego nie wykluczam, nic więcej. Porozmawiam z nimi. Idź teraz z Agnetą.

-Nie chcę – burknęła Cecylia – Agneta nie chciała jej pomóc. Jestem na nią wściekła.

-Agneta postąpiła o wiele mądrzej niż ty, Cecylio.



Cecylia więc poszła z Agnetą, ale nie zamieniła z nią praktycznie ani słowa. Pani Horn próbowała jakoś nawiązać rozmowę, Łukasiewiczówna jednak uparcie ją ignorowała. Z trudem przyjęła wiadomość od żołnierza, którego wysłał po nią Bengt – już po sprawie, może wracać do namiotu. Zostawiła Agnetę bez słowa pożegnania.

Bengt wyglądał na zmęczonego, kiedy weszła. Odwrócił się przez ramię, by zobaczyć, czy to ona, i począł rozpinać mundurową kurtkę. Cecylia stanęła z rękoma skrzyżowanymi na biuście i uniosła wysoko brwi.

-I co? – zapytała, a Bengt westchnął.

-Puściłem ich.

-SŁUCHAM?

Bengt ze stoickim spokojem przyjął jej wybuch.

-Nie zgwałcili jej – powiedział.

-Nonsens – wybuchła Cecylia. – Nonsens, tak ci powiedzieli, a ty, jak ten skończony idiota, tak po prostu im…

-To ona mi to powiedziała.

-Co? – Cecylia nie wierzyła własnym uszom.

Bengt westchnął raz jeszcze i podszedł do Cecylii. Począł rozpinać i jej kurtkę.

-Proszę, możemy już to zostawić? – zapytał. – I tak narobiłaś mi już dość problemów. Zaufaj mi, Cecylio, rozwiązałem tę kwestię najlepiej, jak mogłem – zsunął kurtkę z jej ramion i odłożył ją na bok. Cecylia zdjęła buty. Bengt uczynił to samo. Ułożył się na łóżku polowym i uniósł pierzynę do góry. – Chodź.

Po chwili wahania ułożyła się obok niego.

-Powiedziała mi, że oddała im się za chleb.

Cecylia aż usiadła.

-Za chleb…?

Bengt położył jej swoją ciężką dłoń na ramieniu, nakłaniając, by się położyła. Pozwoliła się pokierować.

-Tak – rzekł. – wiesz, z tego, co zrozumiałem, to jest to dość powszechne.

-To okropne.

-Okropne. – Kiwnął głową. Potem zdmuchnął świece i Cecylia już go nie widziała. – Dałem jej jedzenie, ile miałem, właściwie. Nic więcej nie mogłem zrobić. No i dziś nie jemy kolacji.

-Dobrze zrobiłeś. – Cecylia przysunęła się do męża, a ten już zupełnie odruchowo ją objął. – Dziękuję.

-Tak trzeba – rzekł tylko. – Sama więc rozumiesz, musiałem ich puścić. Nie było za co karać. Właśiwie, to mogłem ukarać tylko ją.

-Byłabym na ciebie wściekła, gdybyś to zrobił.

-Cecylio, obojętnie co o mnie mówią, że za sztywno trzymam się reguł, to powinnaś chyba umiec sama mnie osądzić. Wydaje mi się, że co jak co, ale na pewno nigdy nie byłem jeszcze wobec nikogo tak po ludzku niesprawiedliwy.

-Nie, nie byłeś – rzekła i przylgnęła do niego. Dobrze jej było przy nim, była spokojna i bezpieczna, szczególnie w takim środowisku. Potrzebowała go, nie tylko po to, by ją chronił.

-Myślisz, że gdybyś umarł, to ja też musiałabym robić takie rzeczy? Albo myślisz, że wtedy też by mnie zmuszali?

Bengt zaśmiał się cierpko.

-Nie, bo ty byś ich wymordowała za sam pomysł. – Pocałował ją w czoło. Cecylia drgnęła. Na ogół Bengt nie robił takich rzeczy. Nie odmówiła mu jednak – była wszak jego żoną i o ile nie chciała robić niczego, co równałoby się niewierności Torisowi (och tak, nadal miała skrupuły), to nie miała prawa odmawiać własnemu mężowi choć tak drobnej czułości, jeśli jej potrzebował. Nie było to zresztą Cecylii niemiłe. – A tak zupełnie poważnie, to przecież oboje wiemy, że tylko ja cię tu trzymam i że gdybym umarł, to natychmiast byś odeszła.

-Ale nawet nie próbuj umierać – wypaliła. Potem jakby skuliła się w sobie. – Potrzebuję cię – powiedziała. – Nie tylko po to, żebyś mnie chronił.

Dałaby sobie rękę obciąć, że uśmiechnął się do niej.

A potem uniósł się do góry i nachylił nad nią. Ucałował jej usta, krótko i delikatnie, ale Cecylii i tak zaparło to dech.

Miała wyrzuty sumienia, bo ciągle nosiła w sercu uczucie do Torisa, ponadto ojciec zasiał w niej ziarno niepewności odnośnie intencji Bernharda, a ona nie chciała go ranić.

Ale teraz była tu, w obozie armii szwedzkiej, u boku Bengta Oxenstierny, mężczyzny, który bez wahania uratował jej życie swoim kosztem. U boku Bengta Oxenstierny, który był jej miłym przyjacielem, z którym zdecydowała się żyć w chorym, niemającym sensu małżeństwie z rozsądku.

A jednak jego pocałunek sprawił jej przyjemność. Jego ciepłe, silne dłonie, które czuła na karku i plecach, przyprawiły ją o dreszcze. I choć czuła, że niemądrze czyni, oddała pocałunek, najbardziej szczerze i ochoczo, jak było ją w zaistniałej sytuacji stać.

Cecylia nigdy, przenigdy nie pragnęła innego mężczyzny niż Toris. Nie znała właściwie uczucia czysto fizycznego pragnienia, niewynikającego zupełnie z miłości, a z potrzeb ciała.

Dlatego nie umiała się oprzeć.

Topniała w jego rękach jak wosk, drżąc z podniecenia, nieco skrępowana, choć wyraźnie ochocza. To było coś nowego, coś oszałamiającego, nie tylko przez jego delikatne, duże dłonie, przesuwające się po jej ciele, ale też przez to, że widziała w jego oczach to, że i on jej chce.

Nie tak jak ona, gwałtownie, gorąco, jakby miała się tym uczuciem zachłysnąć. Nie, on był bardziej opanowany, powściągliwy, ale widziała w jego oczach, że wcale nie miał zamiaru tego przerywać.

Wciągnęła go na siebie i objęła go udami, nie przestając całować. To było nowe i wspaniałe doznanie, mieć obok mężczyznę, wielkiego i silnego, który jej potrzebował. Jego ręce były spokojne i pewne, kiedy przesuwały się w górę po jej udach. Cecylia jęknęła i pozbyła się resztek wstydu, jeżeli w ogóle kiedykolwiek jakikolwiek wstyd miała. Uniosła biodra i bezwstydnie otarła się o Bengta, aż ten stęknął i zatrząsł się.

Czuła, że jest gotów. Dla niej. I ona była więcej niż gotowa.

Nigdy żaden mężczyzna jej nie pragnął. Żaden, prócz Torisa, choć Toris nigdy jej tego nie okazał. Nie w taki sposób.

Czuła się ważna i piękna, i dlatego zapragnęła, by zrobił z niej kobietę. Gdyby tylko zechciał, gdyby tego sobie zażyczył, to w tamtym momencie oddałaby mu się bez słowa.

Ale on się zawahał. Popatrzył na nią poważnie, choć widziała, że wcale nie jest mu to obojętne, i spytał ochrypłym, nieswoim głosem:

-Chcesz?

A ona popatrzyła na niego i jakby oprzytomniała, przerażona tym, co była gotowa uczynić, choć przecież pragnienie nadal trawiło jej ciało.

I chyba ten lęk i niepewność odbiły się w jej oczach, bowiem kiedy nic nie rzekła, Bengt uśmiechnął się gorzko i sam sobie udzielił odpowiedzi.

-Nie chcesz.

Zabolało ją rozczarowanie w jego głosie. Nie chciała sprawiać mu przykrości.

-Bengt, posłuchaj…

-Nie tłumacz się – uciął szorstko, ale nie brzmiał na zdenerwowanego. – Ja też… nie zrobiłem tego z taką intencją.

-Ale chciałbyś?

Zaśmiał się cicho.

-Nie pyta się o takie rzeczy tak wprost, Cecylio – rzekł jej cierpliwie. – Choć tak. Chciałbym. Gdybyś wyraziła taką chęć. Ale nie chciałbym, byś czuła presję. Nie chciałbym, byś po tej nocy spoglądała na mnie ze wstrętem.

-A ja nie chciałabym sprawiać ci przykrości.

-Nie sprawiasz – rzekł. – Ja wiem, że gdybym nie spytał, zrobiłabyś to. Pochlebiają mi twoje chęci. I choć może chcesz, nie myśl, że nie widzę, to jestem pewien, że po wszystkim bardzo byś żałowała. A tego bym nie chciał. Masz być tego pewna. Nie chcę przez taką… głupotę zniszczyć naszej przyjaźni.

-Ale… Chryste, ale co ja mam teraz ze sobą zrobić?! – zawołała z rozbrajającą szczerością, a Bengt aż się roześmiał, gdy pojął co miała na myśli. – Położyć się i poczekać, aż przejdzie?

-Obawiam się, że dokładnie tak.

Później ucałował ją w policzek i zostawił w spokoju, roztrzęsioną i zaskoczoną. Nie śmiał choćby jej tknąć. Cecylia długo leżała pogrążona w myślach, przebierając nogami, skrępowana i zagubiona, zastanawiając się, w jak ogromną kabałę tym razem się wpakowała.

Choć jedno musiała mu przyznać – miał rację. Żałowałaby tego bardzo. Teraz, kiedy ochłonęła, zrozumiała, że by żałowała.



Kilka dni później do obozu dotarł goniec z Warszawy. Przybył z informacją, że zwolniono zakładników, po dotrzymaniu słowa przez szwedzką armię i zwolnienie polskich kobiet.

Zwolniono wszystkich prócz jednego.

Łukasiewicz odmówił zwolnienia Bernharda Oxenstierny.

-Twój ojciec to okrutnie złośliwa bestia – powiedział niby żartobliwie, ale Cecylia widziała, jak bardzo się tym zasępił.

Położyła mu dłoń na ramieniu.

-Przepraszam za niego – rzekła cicho. – On mi nie może wybaczyć, że postanowiłam z tobą odejść. I dobrze wie, że ja po Bernharda wrócę. Dlatego nie zgodził się go puścić. Bo widzi w tym jedyny sposób na odzyskanie mnie.

-To jest naprawdę cios poniżej pasa.

Cecylia westchnęła.

-Ja wiem – rzekła. – Ale on taki już jest, zresztą mam to po nim, że jak sobie coś ubzdura, to już nie ma zmiłuj. Albo tam pójdę, ale on pewnie postawi sprawę jasno – ja zostaję, Bernhard odchodzi… Albo…

-Albo co? – zapytał Bengt. – Ja nie odpuszczę – oświadczył. – Nie zamierzam puścić mu płazem niedotrzymania postanowień ugody. I nie zamierzam cię oddać. Nie będzie ani mnie, ani tobie dyktował, co mamy czynić.

Po raz pierwszy widziała w nim taką zaciętość. Zresztą, zupełnie się z nim zgadzała.

-Ja… - Cecylia wahała się. Jeśli teraz ojciec miał ją za zdrajczynię, to po tym wszystkim na pewno przeklnie ją na wieki wieków. Ale nie widziała innego wyjścia. To ojciec zaczął grać nieczysto i niesprawiedliwie. – Wiesz, Bengt… Tak sobie myślę… Chyba mam pomysł, jak odzyskać Bernharda, bez jednoczesnego zostawiania mnie w Warszawie.

-Nie chciałabyś wrócić? – zapytał ją poważnie. – Przecież wiem, że z początku nigdy nie zamierzałaś do mnie wrócić. Co sprawiło, że zmieniłaś zdanie?

Milczała długą chwilę.

-Nie wiem – odparła. – Tylko ty jeden mnie szanujesz. Tylko ciebie jednego obchodzi, co mam do powiedzenia. Tylko ty pozwalasz mi chodzić swoją drogą i czynić co uważam za stosowne. A ojciec… On powiedział mi, że „jeśli oddam się luterańskiemu psu, to on już nie jest moim ojcem, bo jego córka nigdy tak nisko by nie upadła i nie zgodziłaby się zhańbić noszeniem heretyckich bękartów”. To cytat. Mniej więcej.

Bengt wysoko uniósł brwi.

-Ale przecież, co by nie rzec, ostatecznie nigdy cię nie tknąłem.

-Ale przecież ojciec wierzy, że było dokładnie odwrotnie – rzekła. – Myślę, że mu kiedyś przejdzie. Bo on cię ma za dobrego człowieka. Nastawienie mu się zmieniło, gdy usłyszał co uczyniłam. Potrzebuje trochę czasu, ale wreszcie się z tym pogodzi. Tylko, że na razie szaleje… Zresztą, ojciec to nie był jedyny powód. Mój narzeczony, bo pamiętasz, jak mówiłam, że miałam? No, więc mój narzeczony okazał się zdrajcą. Ja wiem, ciężko, żebym go oceniała, sama będąc twoją żoną, ale wiesz sam jak to było, a on podpisał tę waszą zakichaną ugodę. I umierał z zazdrości o ciebie i Bernharda. Tak, bo on najpierw mnie oskarżał, że pewnie jeszcze ci daję dla ratowania życia, a potem, kiedy wreszcie uwierzył, że nie, to o Bernharda mu poszło. Mimo, że Bercia go krył do samiutkiego końca. Zwariował. Ale ja bym to jeszcze zrozumiała. Ale tego, jak nakazał mi udowodnić, ze z żadnym z was nie byłam, zdzierżyć nie mogłam. Nikt nie będzie mnie traktował w taki sposób. Nikt mnie nie będzie zmuszał. Zresztą, w zasadzie to nie chcę wcale o nim rozmawiać.

Oxenstierna nie rzekł ani słowa.

-Myślę, że mam pomysł, jak wyciągnąć Bernharda – powtórzyła.

-Jaki?

Uśmiechnęła się gorzko.

-Prowadź mnie do Karola Gustawa.