wtorek, 17 października 2017

Rozdział XXI



Jestem zbyt zajęta, żeby sformatować. Postaram się zedytować wszystko w weekend :< Następny nie wiem kiedy, jak mnie ktoś dobrze pogoni chyba.


Obawy Bernharda okazały się zupełnie bezpodstawne, kozak był spokojny i nie sprawiał żadnych, najmniejszych problemów, może prócz tylko tego, że Cecylia zrobiła się przez niego jeszcze bardziej gadatliwa, a co gorsza, notorycznie śpiewała. Na przemian z kozakiem, czasem razem z nim i Bernhard już naprawdę nie był w stanie dalej ich zawodzenia słuchać.
Na całe szczęście jednak zbliżali się do Warszawy.
Cecylia i kozak znów śpiewali jakąś ukraińską przyśpiewkę, chyba tę samą, którą kozak śpiewał, gdy się na nich natknął. Słuchało się całkiem przyjemnie, ale tylko dzięki głosowi kozaka.

Nalywajmo, brattia w krysztalewi czaszi,
Szczob szabli ne braly,
Szczob kuli mynaly,
Holiwon'ky naszi.
Szczob szabli ne braly,
Szczob kuli mynaly,
Holiwon'ky naszi.

Teraz Bernhard nie bardzo wiedział, co robić. Powinien ją odstawić do zamku, ale nie był taki znowu pewien, czy to bezpieczne. Z drugiej jednak strony, jeśli pozwoli jej odejść, co Cecylia zapewne planuje, to z kolei i on sam już się nie tylko swojemu bratu, ale w ogóle nikomu ze Szwedów na oczy może nie pokazywać. A i faktem pozostawało jeszcze to, że bał się, że gdy dziewczyna odejdzie, to nie zobaczy jej już nigdy więcej, dlatego też wcale nie chciał jej na to pozwolić.
I dlatego stwierdził, że może mu się to nie podobać, i być może przejawiał takim podejściem sztandarowy przykład egoizmu, ale jeśli miał wybierać między złym, a gorszym, to już wolał ją odstawić do Warszawy, do swojego brata. Tak przynajmniej miał gwarancję, że skoro i tak nie ma szans na to, by kiedykolwiek należała do niego, to chociaż będzie miał ją blisko i nie będą musieli rozstawać się na zawsze.
Zerknął na nią, jak jechała przodem, łeb w łeb z kozakiem Iwanem i wesoło podśpiewywali kolejną piosenkę, znów o Szwedach. Bernhard nie bardzo słuchał, dlatego słowa zaczęły docierać do niego dopiero od pewnego momentu:

Sześć szwedzkich okrętów na walkę czekało,
A każdy z nich większy od naszych dwóch.
Choć siły nierówne to dział było mało,
W polskich załogach bojowy był duch.
Ma Anglia Nelsona i Francja Villeneuve’a,
Medina-Sidonia w Hiszpanii żył!
A kto dziś pamięta Arenda Dickmanna?

I wtedy z pobliskich zarośli odpowiedział im męski głos:
-To polski admirał, co ze Szwedem się bił!
Cała trójka wstrzymała konie. Bernhard i Iwan zaraz chwycili za samopały, stając jednocześnie po obu stronach Cecylii, która wyjątkowo nie uczyniła niczego głupiego, jak na przykład wyjechanie intruzowi naprzeciw, tylko grzecznie tkwiła między nimi i czekała na rozwój sytuacja.
-Szczo, do czorta…
-Mości panowie towarzystwo – odezwał się mężczyzna, wyjechawszy z zarośli. Bernhard nie mógł określić dokładnie, ale jedno było pewne: to był polski żołnierz. A właściwie kilku, bo zaraz w ślad za nim wyjechało kilku innych konnych. – Proszę broń opuścić, jeśli łaska. Myśmy są swoi, wojsko Jana Kazimierza.
Bernhard dziękował Bogu, że postanowił jakiś czas temu zaopatrzyć się w inny niż szwedzki mundur strój, ale mimo to serce i tak podeszło mu do gardła. Żeby tylko Cecylia nie wypaplała, że jest kurierem. I Oxenstierną.
Łukasiewiczówna popędziła konia do przodu i zatrzymała się przed Polakiem.
-Co też waść mówisz? – zapytała. – Co tu robi wojsko?
-Oblężenie się szykuje, mości waćpanno.
Oczy jej się rozpromieniły.
-Poradzę więc panience i jej towarzyszom czym prędzej odejść.
Bernhard uważał, że to bardzo dobry pomysł.
Sądząc po minach Cecylii i Iwana, oni najwyraźniej sądzili zgoła inaczej.
-O, nie, nie, nie, nie, mości panowie – rzekła dziarsko Cecylia. – Jeśli pod Warszawą wojsko stacjonuje, to nas musicie koniecznie zabrać do tatusia – oświadczyła, a żołnierz uniósł wysoko brwi. – Och, no do Juliana Łukasiewicza.
Żołnierz zrobił wielkie oczy.
-Waćpanna jest Cecylia?
Kiwnęła głową.
-A waćpanny panowie-towarzystwo?
-Och, to Szwed, który pomógł mi uciec z zamku. – Bernhard miał ochotę Cecylię zamordować. – Spokojnie, spokojnie, on nie wróg, mości panowie żołnierze. – rzekła.  – Bernhard mu na imię, to pan kozak Iwan, któregośmy spotkali po drodze, a i tak się stało, że i on sprawę do mojego tatusia ma. Oni przyjaciele i nie ma obaw.
Dowódca zmierzył obu mężczyzn bystrymi badawczym spojrzeniem, a potem skinął głową na znak zgody.
-Pani Cecylio, waćpanny ojciec rzuca się w gniewie i rządzy zemsty – rzekł jej żołnierz,  prowadząc ich do serca polskiego obozu. – List od Szwedów dostał, że waćpanna w niewoli, i że okupu żądają, albo na męki panią wezmą. A na jakie męki, to już sobie daruję przy waćpannie.
Cecylia machnęła ręką.
-Krzywda mi się u nich nie działa, proszę waćpana – zawołała wesołym, beztroskim tonem. – A od kogo to list był, jeśli spytać można?
Żołnierz wzruszył ramionami.
-Ja nie wiem, proszę waćpanny. Ale ojcu panienki na pewno kamień z serca spadnie, jak się dowie, że panienka nie u Szwedów, i że cała i zdrowa, a pani wybawców pewnie wynagrodzi hojnie.
Bernhard mimo wszystko jakoś szczerze w to wątpił.
*
  Konie zostawili pachołkom przed namiotem Łukasiewicza i Cecylia, mimo protestów Bernharda, wciągnęła tak jego, jak i kozaka do namiotu.
Łukasiewicz nie był sam. Był u niego człowiek o niezbyt pięknej twarzy, o ciemnych, kręconych włosach i niemalże czarnych, zmęczonych oczach. Odziany był doprawdy zacnie, choć praktycznie, na wojaczkę.
Bernhard dopiero po chwili zrozumiał, że to król Jan Kazimierz.
Cecylia skłoniła się nisko, na co król odpowiedział jej skinieniem głowy i nieznacznym uśmiechem. Kozak i Bernhard również się skłonili.
I dopiero wtedy Łukasiewicz się odwrócił i ją ujrzał.
-Dziecko kochane – wymamrotał. – Córuchna moja! – Wziął ją w ramiona i uścisnął. – Jak…?
Łukasiewicz był podobny do swojej córki na tyle, że nikt nie mógł wątpić w pokrewieństwo. Był niebyt wysoki, Bernhardowi sięgałby może podbródka, drobny i szczupły jak na mężczyznę, ale znać było w jego ruchach sporą siłę. Miał tę sama trójkątną, piegowatą twarz, te same kociozielone oczy, co jego córka, tę samą nerwowość w ruchach. Tylko włosy miał jasnobrązowe, a nie jak Cecylia jasne i złociste niby zboże.
Bernhardowi przyszło do głowy, że z tymi włosami sięgającymi ramion i brodą zapuszczoną na bardzo już niemodną modłę, wyglądał trochę jak Jezus Chrystus. Tyle tylko, że starszy.
-Bercia mnie wyciągnął – oświadczyła, wyślizgnąwszy się z uścisku ojca i łapiąc Bernharda za rękę, by podszedł do ojca. – Bercia to jest ten Szwed, com mu życie uratowała rok temu. I teraz i on mnie był ratunkiem w złej godzinie – rzekła.
Łukasiewicz zadarł do góry głowę i popatrzył na Szweda poważnie i surowo.
-Dziękuję waści – oświadczył jednak. – Nie wiem, jak dziękować. Córka jest mi bardzo droga.
-To był mój obowiązek – odparł Szwed, starając się mówić po polsku jak najwyraźniej. Z Cecylią rozmawiał mówiąc po szwedzku, ona natomiast odpowiadała mu po polsku, dlatego nie był przyzwyczajony do polskiej mowy i szło mu to z trudem. – Mnie też jest bardzo droga i nie mógłbym pozwolić, by Wittenberg wyrządził jej krzywdę.
Cecylia uśmiechnęła się do niego wdzięcznie i promiennie.
Łukasiewicz trochę się nachmurzył.
-Mimo to – rzekł po chwili – nie wolno mi puścić waćpana wolno. Przynajmniej dopóki trwa oblężenie. Nie wolno mi dopuścić, by doniósł waćpan swoim o naszych planach.
-Ale tatusiu…
Ojciec uciszył Cecylię ruchem ręki.
 -Nie jestem niewdzięczny, puścimy waszmościa. Ale jeszcze nie teraz. Ufam, że waść pojmujesz.
Bernhard kiwnął głową i spojrzał na Cecylię z wyrzutem.
-A twój drugi towarzysz, Cecylio? – wtrącił Jan Kazimierz, skinąwszy głową w stronę kozaka.
Ten wystąpił do przodu, ukłonił się dwornie, tak nisko, że węglowo czarna kita zamiotła po ziemi i wyprostował się dumnie.
-Zwą mnie Iwan Bezpały, jaśnie wielmożny królu – oświadczył, na co Cecylia znów się uśmiechnęła, Bernhard nie bardzo rozumiał czemu. – Brałem udział w powstaniu Chmielnickiego i już kiedyś dane nam było się spotkać z jegomościem Łukasiewiczem.
Łukasiewicz spojrzał na niego z zaciekawieniem.
-Nie pamiętam cię, kozacze – oświadczył, marszcząc brwi.
-Uratowaliście mnie, pane – odparł kozak. – Pomogłem znaleźć sprawców rzezi we wsi na Zaporożu, o co sam byłem oskarżony. A potem wstawiliście się za mną, pane.
-Tak – rzekł wreszcie Łukasiewicz. –Tak, pamiętam, rzeczywiście taka rzecz miała miejsce. Ale gdybyś mi waść nie przypomniał, nigdy bym sam tych spraw nie powiązał.
-Jestem waszym dłużnikiem – oświadczył kozak, klęknąwszy na jedno kolano. – I w służbę waści chcę się oddać. Córce się ofiarowałem, gdym usłyszał, kim jest.
-Prawda to, jako żywo.
-A teraz waści się ofiarowuję, by dług swój spłacić – rzekł kozak. – Walczyć będę dla was, pane, do upadłego, do samej śmierci, oby jak najdłużej, jeśli Bóg pozwoli. Szwedzina będę bić ramię w ramię…
-Przeciw swoim staniesz?
-Waści życie zawdzięczam, nie im.
-Wstań, kozacze – rzekł Łukasiewicz. Iwan posłusznie usłuchał. – Przyjmę twoją służbę. Ale nie mnie służyć będziesz, jeno dalej mojej córce.
Cecylia zrobiła wielkie oczy.
-Chronić ją będziesz i pilnować, co by jej się żadna krzywda nie stała – mówił dalej. – Do Szwedzinów jej spieszno, i choćby nie chciała, to i tak między nimi kończy. Więc jeśli nie jestem w stanie jej powstrzymać, to choć ochronę jej dam. Ale ucieknij bądź zawiedź – rzekł groźnie Łukasiewicz – to całą Ukrainę, całe Zaporoże, całą Ruś zjadę, choćby i do Tatarzynów pognam, by cię znaleźć i flaki ci wypruć, pasy z ciebie tymi rękoma zedrzeć.
-Tak, pane.
-Jej słowo będzie dla ciebie ważne na równi z moim.
-Tak, pane.
-I życie oddasz, jeśli trzeba będzie?
-Tak, pane.
-Niech więc i tak będzie.
W ten oto sposób Bernhard został polskim jeńcem, Iwan złożył swoje śluby, a Cecylia wreszcie była bezpieczna. Tylko, że on był uziemiony, a w oblężonym zamku tkwili dwaj jego bracia.
Bernhard miał bardzo złe przeczucia.
*
Siedzieli bezczynnie w obozie do dnia dwudziestego dziewiątego czerwca.
Cecylia i Iwan niesamowicie się ze sobą dogadywali, oboje byli weseli, głośni, rozchichotani, i gadatliwi, za to Bernhard był bardziej mrukliwy niż zwykle. Kiedy Cecylia zgarnęła go na bok, prosząc kozaka o przejście się po kolację dla ich trójki, i zapytała go o powód swojego złego nastroju, odpowiedział jej:
-Bengt jest w środku. I Gustaw.
Cecylia zmartwiała nieco na jego słowa.
-No tak, tak – mruknęła. – Myślę, że nic im nie będzie. Dowódców zwykle się nie zabija.
-To jest wojna, bitwa – rzekł. – Nie patrzysz na to, do kogo strzelasz. A Gustaw się na pewno do walki rzuci. O Bengta martwię się mniej, on jest mądrzejszy.
-A jaką masz pewność, że Gustaw nadal tam jest? Czy nie miał odejść z Karolem Gustawem?
Bernhard wzruszył ramionami. Nie był zbyt przywiązany do rodziny, a jedynymi wyjątkami byli własnie Bengt i Gustaw. No, i Gabriel, ale jego tam nie było. Niepokój o nich odbierał mu rozum.
Wiedział, że nie zazna spokoju dopóki nie zobaczy ich obu całych i zdrowych.
-Nie martw się. – Cecylia uścisnęła go mocno, a on przestał się przejmować, że stoją w polskim obozie, że żołnierze na nich patrzą i generalnie, że to się nie godzi. – Wszystko będzie dobrze.
Również ją uścisnął.
Chciałby mieć taką pogodę ducha jak ona. Ale mimo wszystko wystarczało mu, kiedy go pocieszała. Chciał jej wierzyć i dlatego chłonął jej słowa jak gąbka wodę. Chciał, by go pocieszyła. Bo Cecylia naprawdę to umiała.
Dwudziestego siódmego czerwca załoga Warszawy prosiła – po raz drugi, z tego, co Bernhard się orientował – o możliwość kontaktu z Karolem Gustawem. I prosiła w osobie posła, Bengta Oxenstierny. Jan Kazimierz rozsierdził się i kategorycznie Wittenbergowi odmówił.
Cecylia, zasłyszawszy owe plotki, przyczaiła się w okolicy namiotów dowództwa i kiedy negocjacje zostały zakończone, dogoniła Bengta, kiedy ten dosiadł już konia, celem powrotu do Warszawy.
-Bengt! – wołała, biegnąc jednocześnie, aż płuca boleśnie ją zapiekły. – Bengt, poczekaj!
Usłyszał jej wołanie i zatrzymał się.
-Cecylia? – Oczy mu rozbłysły. Zsiadł z konia i podszedł do niej. Dał jej chwilę odpocząć po tym szalonym biegu, a po chwili zapytał. – Co ty tu robisz? Gdzie Bernhard? Cały?
-Cały, cały – uspokoiła go, a jej oddech zwolna się uspokajał. Twarz miała czerwoną, a włosy rozwiane. – Też się o ciebie niepokoił, dlatego cię tak uparcie goniłam… Poszliśmy do Kiejdan, wróciliśmy… Natknęliśmy się na wojsko, zaraz zaprowadzono nas do ojca… Mojego ojca, oczywiście. Berci nie puszczą, póki oblężenie się nie skończy. Ale nie martw się, nie wiedzą, kim jest. No i puszczą go na pewno, bom ojcu rzekła, że on mnie z Warszawy wyprowadził.
-Obawiam się, że już wiedzą – rzekł gorzko Bengt. – Twój ojciec i król jakoś tak dziwnie mi się przypatrywali. Z pewnością zauważyli podobieństwo.
Cecylia zasłoniła usta dłonią.
-Och, ale przecież jeśli rzeczywiście, to oni teraz Berci na pewno nie puszczą!
-Nie jest mi to na rękę, ale jakoś to załatwimy. – Popatrzył na nią typowym sobie, surowym wzrokiem. – A ty dbaj, żeby krzywda mu się tu nie działa, dobrze?
Skwapliwie pokiwała głową.
-Muszę jechać – powiedział. – Zobaczymy się, kiedy to wszystko się skończy.
Kiwnęła głową raz jeszcze.
-Jest źle? – zapytała. – Z wami?
-Jest tragicznie – oświadczył jakimś takim udręczonym glosem, że Cecylii aż zrobiło się go żal. Zresztą, rzeczywiście nie wyglądał dobrze. Dopiero po chwili Cecylia pojęła, że jest ranny, a rękę nosił na płóciennym temblaku. Był blady i umęczony. – Nie mamy jedzenia. Ludzie chorują. Zołnierze uciekają. Długo nie pociągniemy.
-Co ci się stało? – zapytała łagodnym, troskliwym tonem, dotykając czubeczkami palców jego zranionej ręki.
Szwed skrzywił się, ale nie z bólu, już raczej z niezadowolenia.
-Dostałem odłamkiem po pocisku artyleryjskim – wyjaśnił. – Rana nie jest poważna, nie przejmuj się tym. Mimo wszystko jednak chyba będę chorował.
-Macie tam lekarzy? – zapytała. – Cyrulika jakiego chociażby?
Kiwnął głową.
-Tak, ale mówi, że najpewniej przejdę jeszcze gorączkę. Póki co jest co raz gorzej, dostałem przedwczoraj, ale żyję.
Cecylia pokiwała głową. 
-Poddajcie się – poprosiła, gwałtownie łapiąc go za połę płaszcza. – No poddajcie się. Widzę po tobie, że ty już nie masz nadziei. A ja naprawdę nie chcę, żebyś niepotrzebnie zginął. I Bernhard też nie chce. To skrajnie głupie i nierozsądne. Żal, by ludzie tacy jak ty ginęli z tak głupich powodów.
-Cecylio, najdroższa, mnie nie wolno podejmować takich decyzji. Nie samodzielnie i nie kierując się moją własną, nieobiektywną oceną. Ja jestem zmęczony. Śmiertelnie zmęczony. Nie jestem żołnierzem, tylko politykiem. Ale oni nadal mają nadzieję. Wittenberg. On nie chce się poddać. Nie wiem, jak długo to potrwa. Ciągle uparcie twierdzi, że Bóg jest z nami.
-Och, co za uparty osioł!
-Z ust mi to wyjęłaś, kochana. I nie tylko ja jeden tak uważam, oficerowie i damy zgadzają się ze mną od góry do dołu. Tylko, że w kwestiach wojskowych to nie do mnie należy ostateczna decyzja. Ale teraz już naprawdę muszę jechać – powiedział. – Postaram się nie umrzeć – uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.
-Spróbuj tylko, to cię oboje z Bernhardem z grobu wyciągniemy i ubijemy jeszcze raz.
Szwed uśmiechnął się nieco szerzej.
-A Gustaw? – zapytała go jeszcze Cecylia.
-Odszedł z Karolem Gustawem. Powiedz Bernhardowi, aby za dużo się nie martwił.
Cecylia pokiwała głową.
-Dobrze, jedź – rzekła. – Bo pachołek mojego ojca już nas zauważył i biegnie na mnie poskarżyć. Ale mam szczerą nadzieję, że szybko cię ujrzę.
-Ja również – odpowiedział jej bladym uśmiechem. – Bywaj zdrowa, Cecylio.
-Niech Bóg ma cię w opiece. I żebym cię wkrótce całego i zdrowego zobaczyła!

Hrabia Bengt Oxenstierna miał rację. Julian Łukasiewicz domyślił się pokrewieństwa między jej Szwedem, a warszawskim gubernatorem. Znalazł ją  gdzieś w obozie, gdzie spędzała kolejny bezczynny dzień w towarzystwie Bernharda i Iwana i poprosił ją na stronę.
Popatrzył na nią poważnie, a potem zapytał.
-Cecylio, dlaczego nie powiedziałaś, że ten twój Szwed jest z Oxenstiernów?
Kobieta zasępiła się mocno na słowa ojca.
-Bo dobrze wiem, że wtedy,  choćby i życie był gotów za mnie oddać, choćby wszystkim ryzykował, ratując mnie z gniazda węży, to ty i tak byś go nie puścił – oświadczyła. – Było tak właśnie. On ryzykował wszystko. Wszystko. Nie wykonał rozkazu króla, który kazał mnie trzymać w zamku i czekać na okup. On mnie wyciągnął, własną skórą gotów za to zapłacić. Bratu się sprzeciwiając.
-A owym bratem, jak rozumiem, jest nie kto inny jak hrabia Benedykt Oxenstierna? – zapytał ją surowo.
Benedykt? BENEDYKT?
-Tak – przyznała, spuszczając wzrok. Miała nadzieję, że ojciec jakimś cudem nie dowiedział się, że została jego żoną, bo chyba by ją na miejscu udusił. A potem uśmiechnęła się do siebie. Nie miał pojęcia, że jego córeczka została panią hrabiną.
-Z nim, jak rozumiem, też sobie całkiem dobrze żyjesz? – pytanie zadał takim tonem, że dziewczyna poczuła się bardzo, bardzo urażona.
Cecylia spojrzała na ojca z wyrzutem.
-Tatusiu, jak możesz? – zapytała. – Tak, oczywiście, że dobrze żyję. W pierwszej kolejności to pan Bengt uratował mnie przed gniewem i zemstą feldmarszałka Wittenberga. To on wysłał list, ale to wszystko było kłamstwo, bo Bengt zadbał o to, by Wittenberg miał związane ręce i by nie mógł wyrządzić mi żadnej krzywdy. On, hrabia Oxenstierna, znaczy, kazał mi tylko siedzieć w zamku i czekać, czy przyjedziesz, czy nie, ale nic, zupełnie nic mi nie groziło, i to tylko dzięki niemu.
-A co takiego sprawiło, że i on taki skory do ratowania ci skóry się okazał? – Ojciec patrzył na nią nader podejrzliwie. A Cecylia czuła się co raz bardziej nieswojo. Było jej przykro, że ojciec najwyraźniej ma co do niej i jej prowadzenia się okropne podejrzenia.
-Uratowałam życie jego bratu – powiedziała udręczona Łukasiewiczówna. – To są przyzwoici ludzie, tatku. Przynajmniej niektórzy z nich. On chciał dla mnie dobrze, nic więcej. To nie tak, że oni wszyscy jak jeden mąż chcą nas powyrzynać. Pan hrabia naprawdę był dla mnie zawsze bardzo dobry.
-Takich rzeczy nie robi się bezinteresownie, kochanie. Jeśli jeszcze niczego od ciebie nie zażądał, to kiedyś to zrobi. A Ty, serdeńko, z twoim dobrym sercem, zrobisz wszystko o co on cię poprosi.
-Nie będzie tak, tatku. Mam swój honor i jeśli nawet poprosi mnie o coś okropnego, to wolę umrzeć lub iść do niewoli. Ale on nie poprosi. On się czuł zobowiązany wobec mnie, nie odwrotnie. On bardzo Bernharda kocha.
-Właśnie, ten Szwed… Chciałbym, byś nie trzymała go zbyt blisko.
-Dlaczego? – rozzłościła się Cecylia. – Bo Szwed?
-Też – Łukasiewicz kiwnął głową. – Ale nie o to idzie. Nie do końca. Boję się, by nie spróbował cię zabrać.
Cecylia najpierw popatrzyła na ojca z bardzo niemądrą miną, a potem roześmiała się w głos.
-Co, Bernhard? – zaśmiała się cicho. – On nie z takich, to ja z nas dwojga jego namawiam do złego, nie odwrotnie. Nie musisz się nic a nic martwić, on jest potulny jak baranek. Choć nie wygląda.
-Nie rozumiesz, córeńko, najwyraźniej, co chcę powiedzieć – drążył Łukasiewicz, spoglądając łagodnie na swoją naiwną córkę. – Nie rozumiesz? Naprawdę nie widzisz?
-Czego takiego, tatku?
-Dług został spłacony, a on i tak się w ogień rzucił, by cię ratować – rzekł. – To nie ejst tak, że ja nie jestem mu wdzięczny. Jestem. Jestem niemożebnie wdzięczny, dzięki niemu mam cię tu, bezpieczną, a nie tam, wśród Szwedzinów i latających kul armatnich. Ale jest dokładnie tak, jak rzekłaś. W ogień by za tobą poszedł, na skraj świata i jeszcze o krok dalej. Tu wierzę, że bezinteresownie. Bo z miłości się różne, bywa że bardzo głupie rzeczy, robi.
Cecylia wytrzeszczyła oczy.
-Tatku, no coś ty! – zawołała, czując, jak na jej policzki wkradają się rumieńce. – On mnie do Torisa powiódł. Tu też ci mam dużo do opowiedzenia, ale to później, wiem, że nie masz wiele czasu, a to dluga historia. Powiódł mnie bez słowa.
-A co miałby ci rzec? – rzekł ojciec, spoglądając na nią tak, jakby była za grosz pozbawiona rozumu. – Ze mu serce krwawi na samą myśl o Litwinie? Że nie powiedzie cię i basta, że do niego będziesz należeć?
-Bernhard by nigdy czegoś takiego nie uczynił. – Cecylia była oburzona samą taką sugestią.
-Nie wiesz tego. Na razie jest ci wierny jak pies, gotów życie ci oddać. Ale nie wiesz, kiedy jego cierpliwość się skończy.
-Nigdy się nie skończy, tatku, głupoty gadasz. Zresztą ja wcale a wcale w to nie wierzę.
Cecylia jednak czuła się nieprzyjemnie poruszona. A jeśli to rzeczywiście prawda?
-Oby, Cecylio – rzekł. – Bo zakochany w tobie szwedzki hrabia, to jest kłopot. A wierz mi, zabiję, jeśli spróbuje cię siłą zabrać.
-Nie spróbuje – rzekła uparcie. – To najszlachetniejszy człowiek na ziemi. Nigdy by czegoś podobnego nie uczynił. A zresztą, bzdury pleciesz, on? Zakochany we mnie? Nonsens.
-Ja nie jestem taki znowu pewien – upierał się Łukasiewicz. -  Dlatego zostawiłem ci kozaka.
-Obcemu kozakowi lepiej ufasz, niźli własnej córce?
-Kozak jak przysięga, to przysięga, i nie ma zmiłuj. Nie, o to się nie boję. Ale Szwedowi zaufać nie mogę. A problem polega na tym, że skoro Oxenstierna, to posiedzi w obozie dłużej. Okup zapłacą, to go dostaną.
-Tatku – zawołała ostrzegawczo dziewczyna. – Tylko żeby tobie do głowy nie przyszło go źle traktować. To się nie godzi, po prostu. Oxenstierna czy nie, Szwed czy nie, ale córkę ci z opresji wyratował. Więc miejże choć tyle przyzwoitości, żeby był dobrze traktowany. Bo jak nie, to ja mu sama osobiście będę usługiwać, czy ci się podoba, czy nie.
Ojciec popatrzył na nią surowo i z pewną nutą rozczarowania, jakby pojął, że bardzo zawiódł, dbając o jej wychowanie.
-Będzie dobrze traktowany – rzekł tylko, wiedząc, że nie ma co się z Cecylią sprzeczać. – Masz moje słowo. Chociaż i twoje przywiązanie do niego wcale a wcale mi się nie podoba.
-To moja rzecz, ojcze – odburknęła, wyraźnie urażona.
-Dlatego proszę cię o rozsądek. Bo ja dobrze wiem i rozumiem, że siłą nijak cię nie powstrzymam.
Tak, tu miał rację. Cecylia zdecydowanie należała do tych osób, które jeśli tym im się powiedziało, że im czegoś nie wolno, to zaraz biegły to zrobić. Bo jej nikt niczego nie będzie zabraniał, jak mówiła.
Julian Łukasiewicz wiedział, że Cecylia prędzej czy później, brutalnie bardziej lub mniej, ale zostanie sprowadzona na ziemię. On już nie miał sił. Nigdy ich nie miał. Umiał wychować dzieci skore po podporządkowywania się, a nie buntownicze i butne, takie jak Cecylia czy Aleksander. Nie takie, które niby koty własnymi ścieżkami jeno chciały podążać, za nic mając sobie rozsądek i poczucie przyzwoitości.
Ale kochał córkę bardziej, niż umiałby to wyrazić. I nie chciał, by przez swoje nieokrzesanie musiała cierpieć. A wiedział dobrze, że jej buta i nieokrzesanie do tego właśnie doprowadzą. Na zbyt wiele jej pozwalał i teraz ona zbierała tego owoce.
A już najmocniej obawiał się, że zechce Szweda. Bo wiedział dobrze, co uczynił Toris i tego związku już nigdy, przenigdy nie pobłogosławi, wiedział zresztą, ze i Cecylia nie będzie robić problemów. Ale jeśli ze zdrajcy zrezygnuje na rzecz jednego z tych luterańskich najeźdźców? Tego by nie zniósł i nie zdzierżył. To by było bardzo, bardzo właściwe jej zachowanie, Julian mógłby dać się pokroić, że prędzej czy później to wszystko własnie tak się skończy. Żeby jego własna, ukochana i jedyna, rodzona córka, krew z jego krwi, miała się sprzedać jakiemuś Szwedzinie, zamorskiemu barbarzyńcy? Z kraju, gdzie ludzie jadali gorzej niż psy Korony? Gdzie bród, smród i ubóstwo, gdzie luteranizm i wieczna, sroga zima? Żeby oddać się takiemu psu miała, takiemu prostakowi, dzieci mu rodzić, krew polską mieszać? Nie, do tego Łukasiewicz nie zamierzał i nie mógł dopuścić.
A jeśli Cecylia zrobi cos podobnego, jeśli przyjdzie do tej jej bezmyślnej łepetyny taki pomysł, to siłą ją z mężowskich rąk wydrze, luterańskie bękarty wypędzi, a ją zabierze z powrotem, do matki Rzeczypospolitej.
Nie, wiedział, że nie byłby w stanie tak postąpić, choćby chciał.
Nie. Jeśli Cecylia Szwedowi się odda, jeśli zechce mu żoną być, dzieci mu nosić i rodzić, to on, Julian Łukasiewicz, od tego momentu już nie będzie miał córki. Bo jego córka, jego serce i oczko w głowie, nigdy nie upadłaby tak nisko, by z lutrem dzielić łoże, by ze szwedzkim nędznikiem spółkować, by żyć z takim dzikusem i prymitywem. Nie, jego córka prędzej by umarła, niż zrobiła coś podobnego. Dlatego, jeśli Cecylia tak postąpi, to on już córki nie ma.
*
Bengt, zwany przez Polaków uparcie Benedyktem, zawitał w poselstwie po raz kolejny, tym razem w obecności Bernharda. Młodszy zerwał się na równe nogi na widok brata. Przez chwilę obaj panowie mierzyli się wzrokiem. Potem objęli się nawzajem – krótko i sztywno, ale Cecylia na tyle znała ich obu – no, przynajmniej Bernharda – by wiedzieć, że to i tak, jak na niego, okropnie wylewne okazanie uczuć.
-Cieszę się, że jesteś cały.
-Ja też.
-Herr Oxenstierna – zaczął Łukasiewicz. – Zapraszam.
                Rozmowy trwały długo, ale ich efekt był właściwie oczywisty dla wszystkich. Bengt nie miał ani wyboru, ani siły. Jego stan wyraźnie pogorszył się od czasu, kiedy Cecylia widziała ich po raz ostatni. I przypuszczała, że nie on jeden jest w takim stanie. W końcu wszyscy wyszli przed namiot, a Cecylia i Bernhard ochoczo dołączyli do towarzystwa.
-Jeszcze jedno – powiedział Bengt, spoglądając z ukosa na Łukasiewicza. – Mości panie Łukasiewicz – nazwisko wymawiał z wyraźnym szwedzkim akcentem – chciałem waćpana przeprosić.
Wszyscy zgromadzeni popatrzyli na niego z największa konsternacją. Cecylia szybko zrozumiała, do czego to zmierza. I kolana się pod nią ugięły.
Czuła, jak wzbiera się w niej dzika panika. Chryste, dlaczego nie powiedziała ojcu sama? Dlaczego nie uprzedziła Bengta, żeby trzymał dziób na kłódkę? O Chryste, teraz to już na pewno Oxenstierna nigdzie nie pójdzie. Przynajmniej nie w całości.
-Za co chcesz mnie przepraszać, chłopcze? – Łukasiewicz zmarszczył brwi i wbił w Szweda zielone oczy.
-Że nie prosiłem o zgodę. – Łukasiewicz zmarszczył brwi w wyrazie kompletnego niezrozumienia. – O rękę waćpana córki – dodał więc Bengt.
Cecylia zapragnęła zapaść się pod ziemię. Unikała wzroku ojca jak ognia.
Łukasiewicz prychnął z wyraźną pogardą.
-O rękę mojej córki? – wybuchnął. – Możesz sobie o niej pomarzyć, ty bezczelny, heretycki śmieciu…
-Nie powiedziałaś mu? – spytał Cecylię ostro starszy Oxenstierna. Wlepił  karcący wzrok w Cecylię. A ona cofnęła się o krok i schowała za Bernhardem.
-O CZYM NIE POWIEDZIAŁAŚ, CECYLIO? – Ojciec Łukasiewiczówny wyraźnie tracił cierpliwość. Cecylia po pierwsze, uważała, że to nie pora na takie rozmowy, a po drugie, to zwyczajnie była przerażona reakcją ojca. Złoi jej skórę, jak się to wszystko skończy, była pewna, przełoży ją przez kolano i złoi jej skórę. I to żeby tylko…
Kiedy Cecylia uparcie milczała, wbijając wzrok w ziemię, Bengt wyraźnie postanowił wyjaśnić sprawę za nią.
-W marcu wysyłaliśmy do waszmościa list z żądaniem okupu – zaczął więc bardzo konkretnie Szwed, spoglądając z góry na Łukasiewicza.
-Pamiętam – fuknął groźnie Julian.
-Potem sprawy się skomplikowały, Wittenberg chciał postawić Cecylię pod sąd. Nasze prawo mówi, że kobietę można postawić pod sąd tylko, jeśli nie ma ojca ani męża. A waćpan był stanowczo za daleko, by dało się go ściągnąć.
Długą chwilę wszyscy milczeli, spoglądając w napięciu to na Juliana Łukasiewicza, to na hrabiego Oxenstiernę.
-Musieliśmy więc zorganizować męża na tyle wysoko postawionego, by Wittenberg nie miał odwagi postawić pod sąd jego w imieniu pana córki – kontynuował, ze stoickim wytrzymując palące spojrzenie Łukasiewicza, który wyglądał, jakby za chwilę miał wyjść z siebie i stanąć obok. – Tak się złożyło, że taką pozycję na zamku w tamtym czasie miałem jedynie ja.
Łukasiewicz oddychał głęboko, jakby ze wszystkich sił starał się opanować. Cecylia znała go bardzo dobrze i doskonale wiedziała, że w środku aż kipi ze złości.
-Dobrze – odezwał się nader spokojnym tonem, choć jego oczy ciskały gromy. – Dobrze. Ale moja córka jest katoliczką, więc możesz zabierać swój heretycki zad i…
-Tatusiu, ja… Jakby… Musiałam przejść na luteranizm.
Bengt popatrzył na żonę, która wreszcie wylazła zza pleców jego brata. Cała się trzęsła i nie miała odwagi spojrzeć ojcu w oczy. Teraz chowała się za mężem.
- CO ZROBIŁAŚ? – Kiedy Łukasiewicz wrzasnął na córkę, Bengt otoczył ją ramieniem. To był odruch, nieprzemyślany gest, który tylko pogorszył sytuację. – ZBIERAJ OD NIEJ ŁAPY, TY… - Jego ręka powędrowała do szabli. Zdrowa ręka Bengta Oxenstierny również.
Sytuację załagodził Jan Kazimierz. Złapał Łukasiewicza za rękę, nim doszło do rozlewu krwi.
-Tato, uspokój się…
-MILCZ – warknął. – Ty już lepiej nic nie mów! Ja nawet nie wiem, jak ja mam cię… JAK TY MOŻESZ BYĆ TAKA DURNA, CECYLIO?
-Ale tato, kiedy naprawdę nie było żadnego…
Bengt położył jej rękę na ramieniu. Zamilkła.
-To była jedyna szansa na ratunek waszmościa córki – odezwał się chrapliwym tonem. – Na pewno to waść rozumiesz.
-Gdyby nie to, że Karol Gustaw rozniósłby nas za ciebie w pył – wycedził Łukasiewicz przez zaciśnięte zęby. – Gdyby nie fakt, że to ty, szwedzka zarazo, jesteś jedynym który może jakoś doprowadzić tę sytuację do porządku, to posiekałbym cię tu i teraz na kawałki, pojmujesz?!
Bernhard nie mógł oprzeć się wrażeniu, że groźba ta brzmiała cokolwiek śmiesznie. Łukasiewicz sięgał Bengtowi niewiele ponad ramię. Z drugiej jednak strony Bernhard był święcie przekonany, że byłby dla jego brata godnym przeciwnikiem.
-Rozumiem waści rozgoryczenie…
-NIC NIE ROZUMIESZ I LEPIEJ JUŻ ZAMILCZ, BO ZA SIEBIE NIE RĘCZĘ.
Bengt dłuższą chwilę milczał. Dał Łukasiewiczowi czas na uspokojenie się.
-Zabieram Cecylię ze sobą.
-CO? – zapytali jednocześnie oboje Łukasiewiczowie i Bernhard, z tym, że ten ostatni po szwedzku.
-Waści córka jest moją żoną w świetle prawa – rzekł z bardzo właściwą komuś na jego stanowisku godnością w głosie. Zaraz jednak przerwał mu napad kaszlu. – Małżeństwo jest ważne na każdej możliwej płaszczyźnie – no, to już było zbędne kłamstwo, pomyślała Cecylia, trzęsąc się na myśl, co ojciec sobie po tych słowach pomyśli. – Nie przymusiłem jej do małżeństwa. Prawda, Cecylio? – Spojrzał na żonę.
-Prawda. – Pokiwała głową, choć nie bez wyrzutów sumienia. – Zgodziłam się na wszystko.
Julian Łukasiewicz chciał słyszeć w jej głosie wahanie, chciał wierzyć, że dziewczyna potwierdza, bo się boi. Z jej twarzy jednak wyczytał, że wszystko to jest najszczerszą prawdą.
-Zabieram ją więc ze sobą.
-Nie dam ci jej wywieźć do Szwecji – ostrzegł Łukasiewicz. – Prędzej umrę niż ci na to pozwolę!
-Nikt nic nie mówił o Szwecji – odrzekł na to Oxenstierna . – Na razie.
Julian Łukasiewicz dziękował Bogu, że może i to ich śmieszne małżeństwo było ważne, ale przynajmniej Cecylia nie nosiła jego dziecka. Wszystko jeszcze da się odkręcić. Nie takie rzeczy się odkręcało, pomyślał Julian Łukasiewicz, a jego umysł zalała fala pełnych wstydu wspomnień. Zaraz je jednak od siebie odpędził. Dla dziecka bowiem zrobi się bardzo wiele.
-CECYLIO, ANI SIĘ WAŻ – ostrzegł ją, gdy ujęła hrabiego Benedykta pod ramię, najwyraźniej gotowa go posłuchać.
-Tato…
-Zaczekaj, Cecylio – upomniał ją łagodnie mąż. Łukasiewiczowi poprzez falę gniewu przemknęła myśl, że to, jak łatwo hrabia Benedykt panuje nad jego nieokrzesaną córką, oraz to z jakim rozsądkiem i spokojem Cecylia podchodzi do jego poleceń i upomnień, to jest jakiś cud. Jemu przez dwadzieścia dwa lata nie udało się doprowadzić do czegoś podobnego. A sądził, że Cecylii już nie da się ułożyć.
-BENGT, NIE WTRĄCAJ SIĘ. – Nordycki olbrzym aż zamrugał ze dziwienia, kiedy Cecylia wrzasnęła na niego. Zamilkł, posłusznie, ale jego mina wyraźnie sugerowała, że to nie koniec. Łukasiewicz pomyślał, nie bez okrutnej satysfakcji, że w swoich poprzednich rozmyślaniach się pomylił, i że to Szwedzin wkrótce zostanie poustawiany przez jego córkę, a nie odwrotnie. – Tato, posłuchaj, ja wrócę, spokojnie… – Bengt spojrzał na nią z ukosa, ale nic nie powiedział.
Łukasiewicz spojrzał na nich groźnie.
-Nigdzie nie pójdziesz – rzekł wreszcie. – Po prostu nie, a waćpan, panie Benedykcie, powinien mieć więcej oleju w głowie. Tu jest bezpieczniejsza, niż w mieście, które jak raz padnie…
-Nie martw się – ucięła łagodnym tonem Cecylia, spoglądając na Bengta. – Ojciec ma rację. Ale będę tu, gdy to wszystko się skończy. Obiecuję ci. Oboje z Bernhardem będziemy na ciebie czekać.
Mężczyzna zmierzył ją poważnym spojrzeniem, a potem skinął głową.
Sprawę udało się więc załatwić względnie polubownie. Przynajmniej na razie. Oxenstierna poprosił jednak o rozmowę z Cecylią, nim uda się z powrotem do Warszawy. Łukasiewicz zastrzygł groźnie wąsem. Przez chwilę Cecylia była przekonana, że co najmniej powie Oxenstiernie coś niemiłego, jeśli nie dojdzie do rękoczynów. Szybko się jednak opanował i Cecylia mogła odetchnąć.
-Dobrze. Ale gdzieś na widoku.
-Chwileczkę – odezwał się stanowczo Bengt. – Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Mój brat idzie ze mną.
-A zabieraj go w diabły… - burknął pod nosem Łukasiewicz. Cecylia posłała Bernhardowi zlęknione spojrzenie. Nie chciała rozstawać się w takich okolicznościach.
-Nie, chłopak zostanie z nami – wtrącił się Jan Kazimierz. – Na razie. Ręczę jednak słowem, że nic mu się nie stanie.
Z królem nie było dyskusji.
 Bengt wyciągnął Cecylię po wszystkim przez namiot dowództwa i spojrzał na nią zagniewany.
-Nie powinnaś mnie tak traktować – odezwał się Bengt, spoglądając na Cecylię surowo. – Jestem dyplomatą i…
-Ale to nie była dyplomatyczna kwestia. – Głos Cecylii był zimny jak lód. – Bengt – spojrzała na niego – nie wyobrażaj sobie, że pozwolę ci odebrać mi prawo głosu. Możesz sobie być moim mężem, wiem, jaka była umowa, ale nie jestem i nigdy nie będę twoją własnością. I zapamiętaj to sobie następnym razem, kiedy zechcesz się wtrącać w nieswoje sprawy. Zresztą dość kłopotów mi narobiłeś, teraz będę musiała się przed nim chować!
Bernhard uniósł wysoko brwi, słysząc ich sprzeczkę. Bengt również. Starszy Oxenstierna zdecydowanie nie przywykł do tego tak, żeby nim pomiatać. A Cecylia nie przywykła do tego, żeby ktokolwiek próbował podcinać jej skrzydła. Bernhard powstrzymał się od uśmiechu, ale satysfakcja z powodu tego, że coś to nieszczęsne małżeństwo poróżniło ogromnie go pokrzepiła.
-Posłuchaj – odezwał się, co by nie rzec, złowrogim tonem Bengt. – Między sobą możemy sobie dyskutować. Wiesz chyba dobrze, że bardzo cię szanuję. Ale nie wolno ci w taki sposób się do mnie odnosić publicznie, rozumiesz?
-Jeśli zasłużysz…
-Cecylio, powiedziałem: NIE WOLNO CI – rzekł z naciskiem. – Wyegzekwuję to w taki czy inny sposób. Chcesz mnie zezwać od najgorszych? Proszę bardzo, ale na Boga, niech to się odbędzie między nami. Będę musiał zachować się wobec ciebie zupełnie nie tak, jak bym chciał, ale nie mogę sobie pozwolić na to, żebyś publicznie wchodziła mi na głowę.
-To nie rozmawiaj więcej z moim ojcem w taki sposób, jakbyś chciał mu pokazać, że nie ma nic do powiedzenia.
-Nie ma i doskonale o tym wie.
-Ale…
Bengt westchnął głęboko.
-Co ja ci mówiłem? – zapytał ją, uniósłszy wysoko brwi. – Dajmy temu spokój. Ale pamiętaj o tym na przyszłość. Nie pozwolę ci na coś podobnego nigdy więcej, Cecylio. Czuj się ostrzeżona.
Cecylia nic nie powiedziała, ale miała dość naburmuszoną minę.
-Idź już – rzekła tylko, pojednawczym tonem. – Idź i o siebie dbaj. Wyglądasz bardzo źle.
-Przeżyję.
-Musisz – powiedzieli równocześnie Cecylia i Bernhard, a potem wymienili uśmiechy. – Widzisz? – dodała Cecylia. – Jest nas dwoje. Musisz nas słuchać. Wyzdrowiej. I przyjdź tu po nas. Będę musiała z tobą o czymś pomówić.
-Kiedy będzie po wszystkim – rzekł. – Bądźcie zdrowi. Oboje. Z niecierpliwością wyczekuję naszego kolejnego spotkania.

To jednak dla Cecylii nie był jeszcze koniec poważnych rozmów. Cecylia panicznie bała się rozmowy z ojcem. Unikała go jak ognia przez resztę dnia, ale nazajutrz postanowiła zmusić go do rozmowy. Tak przecież być nie mogło.
Cecylia naprawdę miała szczerą nadzieję, że ojciec ucieszy na się na jej widok. Grubo się pomyliła. Jedyną osobą, która się szczerze ucieszyła, był Aleksander. Jej starsi bracia, podobnie jak ojciec, byli śmiertelnie obrażeni o jej haniebny postępek, jakim ich zdaniem był ślub ze Szwedem. I nie dali sobie nic wyjaśnić, że to było konieczne i niezbędne.
Cecylia wiedziała, że zdaniem braci powinna raczej umrzeć niż się na to zgodzić.
Nigdy się z nimi nie dogadywała i nawet ich nie lubiła, nie łudziła się też ani przez moment, ale liczyła na to, że ojciec chociaż da sobie wytłumaczyć.
I ostatecznie dał, choć nie skrywał tego, jak bardzo jest obrażony.
-Lepiej, żebyś miała dobry powód, Cecylio – rzekł, usiadłszy naprzeciw niej i spoglądając na nią surowo.
Więc postarała się ojcu wyjaśnić, jak dobry miała powód.
-Nie wiem, co ty sobie o tym myślisz, tato – mówiła. – Ale ja jestem dorosła i mam prawo do własnego zdania. A jest ono takie, że nie chcę umierać głupią, bohaterską śmiercią w imię ojczyzny, jeśli mogę się w względne bezbolesny sposób uratować. Bo ja się, oczywiście, zamierzam z tego małżeństwa jakoś zgrabnie wyplątać. W swoim czasie. Nazwij mnie zdrajczynią, ale ja chcę jeszcze trochę pożyć.
Łukasiewicz nic jej na to nie odpowiedział, tylko popatrzył na nią poważnie.
Cecylia, zanim zdążyła się ugryźć w język, dodała:
-Ja, gdyby to moje dziecko zrobiło coś podobnego, cieszyłabym się, że żyje, zamiast robić mu wyrzuty. Poza tym, to nie miałam żadnej gwarancji na to, że przyjedziesz i mi pomożesz… No bo sam powiedz, tatusiu, przyjechałbyś?
-Nie – rzekł z bolesną prostotą, jakby to miało być dla niej od początku oczywiste. – Nie przyjechałbym. Bo wiem, że by cię nie zabili, to byłaby głupota. Ale nie zostawiłbym cię. Chciałem cię odbić teraz, w czasie bitwy.
-Gdybym za niego nie wyszła, to nie dożyłabym bitwy – rzekła. – Wittenberg myślał, że mam romans z Bernhardem. Tym, po którego przyjechałam. To brat mojego męża. I narzeczony jego córki. Wittenberga. To oczywiście była bzdura, ale on nie dął sobie wyjaśnić… wolał mnie zastrzelić.
Łukasiewicz nadal milczał.
-Tatusiu? – zapytała, wyczuwając, że po jej wyjaśnieniach gniew ojca nieco zmalał.
-Co, kochanie?
-Byłam z Bernhardem w Kiejdanach – rzekła. Zagryzła wargi. Nie bardzo chciała o tym rozmawiać, ale jednocześnie nie zaznałaby spokoju, jeśli by nie zapytała. – Widziałam się z Torisem.
-Mam nadzieję, że pomysł brania ślubu z nim już sobie z głowy wybiłaś.
Był w jego głosie zawód.
Cecylia kiwnęła głową.
-Przynajmniej dopóki nie zrobi czegoś, czym naprawi to co zrobił… - rzekła. – A na to się nie zanosi. Zresztą obraził się na mnie, on sobie chyba najwyraźniej myśli, że obaj chłopcy sobie tu na mnie w najlepsze używają… Rozumiesz, że kazał mi udowodnić, że to nieprawda? – zapytała oburzona. Ojciec wyglądał na trochę zmieszanego tym, jakie tematy córka przy nim porusza, ale z drugiej strony, to już przywykł do jej zachowania.
-To twoim tonie wnioskuję, że powiedziałaś mu jasno i wyraźnie co o tym sądzisz?
-Oczywiście – prychnęła, ale miała ochotę sama siebie udusić, kiedy do oczu napłynęły jej łzy na wspomnienie owej kłótni. – Jak mi nie wierzy, to znaczy, że na mnie nie zasługuje. A ja nikomu niczego nie musze udowadniać, a już na pewno nie w takiej kwestii. Nawet jeśli to by była prawda, to ktoś, kto zdradził ojczyznę nie ma prawa mieć do mnie pretensji.
Ojciec uśmiechnął się wreszcie. Lekko i nieznacznie, ale mimo wszystko pokrzepiło to Cecylię.
-Chodź tu do mnie – rzekł i objął ją. – No już – wymamrotał, kiedy Cecylia nagle, gwałtownie i bardzo, bardzo głośno się rozpłakała. – No już, już, nie ma co płakać, przecież się wszystko poukłada, zostawisz tego Szweda, tak? Na razie możesz nam się tam przydać, kiedy tak o tym myślę… Ale potem wszystko będzie dobrze…
-Ale To… - pociągnęła nosem – Toris! No czy on zgłupiał, czy on do reszty rozum postradał?
-Nie wiem, kochanie. Nie wiem. Nikt z nas chyba się tego nie spodziewał. Naprawdę to była ostatnia osoba, którą bym podejrzewał o zdradę. Przecież to są mądrzy, rozsądni ludzie…
-Ale co ja mam teraz zrobić…? – Rozpłakała się jeszcze głośniej, aż Julian już nie wiedział, jak ją pocieszyć.
-Znajdziesz sobie kogoś lepszego – bąknął, bojąc się, że wcale to Cecylii nie pocieszy, a już raczej wręcz przeciwnie. Wbrew jego oczekiwaniom, dziewczyna jednak wreszcie nieco się uspokoiła.
Nie, pomyślała. W pierwszej kolejności, to ja Torisa ze skóry obedrę. I jeśli nie odpokutuje tego, co zrobił, to może sobie o niej zapomnieć.
Nie kochała go tak mocno, by wybaczyć mu zdradę. Nie, jeśli on zdradził z myślą, że Cecylia mu nie wybaczy. Podjął świadomą decyzję i postawił ją niżej. A Cecylia uważała, że jak się kogoś kocha, to się go stawia ponad wszystkim. Nie chciała żyć u boku kogoś, dla kogo była sprawą drugorzędną. Ale kochała go na tyle mocno, by dać mu szansę udowodnić, że się zmienił. I wtedy go poślubi. Wtedy i nie wcześniej.
-Toris powiedział – odezwała się po długiej chwili milczenia matowym, niepodobnym do siebie tonem – że uciekliście spod Krakowa, kiedy Szwedzi zaczęli oblężenie.
Ojciec przez jakiś czas nic nie odpowiadał. Słyszał wyrzut w głosie córki. Słyszał go aż nazbyt wyraźnie.
-To trochę tak, jak z tobą i tym Szwedem – powiedział w końcu. – To głupota ginąć na darmo. Kto by walczył o Warszawę, jeśli byśmy tam wszyscy umarli? Korona nie potrzebuje teraz męczenników. Potrzebuje bohaterów, gotowych stanąć do walki i coś zdziałać. Martwi nikomu nie pomożemy.
Cecylia pokiwała głową. Była trochę zła. Ojciec zawsze twierdził, że lepiej zginąć niż się poddać i ukorzyć. Trochę pachniało jej to hipokryzją, ale z drugiej strony, to przynajmniej zmienił nastawienie z głupszego na mądrzejsze, a nie odwrotnie.
-On będzie chciał mnie zabrać. Mnie i Bernharda – powiedziała w końcu. – A ja dałam słowo, że z nim odejdę.
-Co ci zrobi, jeśli nie odejdziesz? – zapytał ojciec. – Nic cię przy nim nie trzyma.
-Dałam słowo.
-Nikt nie będzie cię winił za złamanie słowa danego Szwedowi.
Cecylia westchnęła.
-Tatusiu – powiedziała łagodnym tonem, spoglądając na ojca – miej trochę więcej szacunku do człowieka, który uratował mi życie, choć naprawdę nie musiał. Poki nie da się w jakiś sensowny sposób z tego wyplątać… Nie chcę robić tego w taki sposób. On naprawdę na to nie zasługuje.
-Zrobił co należało, po tym jak ty uratowałaś jego brata – zauważył. – On tylko spłacił dług. Nie jesteś mu nic winna.
 Cecylia uśmiechnwęła się gorzko. Skoro i ojciec, i Bengt twierdzili to samo, to znaczy, że najwyraźniej coś w tym było. Tylko ona jedna nie potrafiła się pozbyć poczucia obowiązku.
-Nie, tato – powiedziała. –  Wrócę i postaram się jakoś wykorzystać tę sytuację. Hrabina Oxenstierna to nie jest byle kto. Przynajmniej dopóki nie nadarzy się okazja do zgrabnego wykręcenia się od tego małżeństwa.
Ojciec dłuższą chwilę rozważał to, co powiedziała, a potem pokiwał głową.
-Dobrze – rzekł wreszcie. – Dobrze. Ale zabraniam ci, na Boga, zabraniam jechać z nim do Szwecji. Bo już nie puści cię z powrotem, jeśli pozwolisz mu się tam zabrać.
-Tyle mogę ci obiecać. Do żadnej Szwecji się nie wybieram.
I było względnie dobrze, choć Cecylia dobrze wiedziała, że to tylko pozory.