środa, 5 lipca 2017

Rozdział XX

Okej, powiem wprost, że przeleciałam tylko ten rozdział wzrokiem w poszukiwaniu błędów, bo nie mam siły. Jestem po sześciu godzinach pracy przy remoncie (hehe, wyprowadź się, mówili, będzie fajnie, mówili ;_;) i nie wiem jak się nazywam, a co dopiero jak rozdział powinien być napisany. Ale no, chciałam się wywiązać wreszcie z obietnicy, że rozdział będzie. No to jest.
Można mnie poganiać, bo już czuję, że przez te remonty na pewno zapomnę o dodaniu czegokolwiek. Ale jestem tu cały czas, czytam, jak ktoś pisze (czasem po miesiącu, ale czytam!), więc można mnie śmiało opieprzać :D Naprawdę mam jeszcze masę rzeczy do dodania i wystarczy sprzedać mi kopa na zachętę :D
A, oczywiście piosenek nie napisałam, są legitne, łącznie z tą o biciu Szwedów, chociaż akurat ta jest tylko stylizowana na historyczną, ale co tam! A, i jakby komuś się nie podobały te piosenkowe wstawki to od razu powiem, że więcej już chyba nigdzie nie ma :P



Po opuszczeniu Kiejdan zatrzymali się w tej samej karczmie, co tej nieszczęsnej nocy, kiedy Cecylia tak okrutnie się na niego obraziła. Teraz, kiedy wszystko było już jasne, nadal milczała. Bernhardowi też głupio było cokolwiek powiedzieć – dopiero teraz uświadomił sobie, że przez te kilka dni, od ostatniej wizyty w karczmie nie zamienili ze sobą ani słowa, prócz czysto technicznych komunikatów. I nawet teraz, gdy sam na sam siedzieli w pokoju, nie zanosiło się na to, żeby Cecylia zamierzała przerwać panującą między nimi ciszę.
Bernhard odchrząknął głośno, żeby zwrócić na siebie jej uwagę. Dziewczyna zwróciła na niego zmęczone spojrzenie. Nie wyglądała dobrze: oczy miała podkrążone i zaczerwienione, a jej twarz zrobiła się niezdrowo blada. Bernhard zauważył, że tak przejmowała się Litwinem, że niemalże nie spała i nie jadła. Może jeszcze go nie przeprosiła – och, a Bernhard ciągle oczekiwał przeprosin! – ale Oxenstierna nie zamierzał pozwolić jej się zagłodzić.
-Idę na kolację – powiedział jej tylko.
-Dobrze – odparła mu na to, odwracając wzrok. – Będę tutaj.
Bernhard wahał się przez chwilę. Nie dało się nie zauważyć, że nadal panowało między nimi nieprzyjemne napięcie.
-Ty też powinnaś coś zjeść – zasugerował jej.
-Nie jestem głodna.
Bernhard uznał, że ta dyskusja nie ma najmniejszego sensu. Zszedł więc na dół, zostawiając dziewczynę samą sobie. Przyniesie jej coś i zmusi ją, żeby to zjadła. Nie pozwoli jej tak nierozsądnie postępować, nie z powodu tego tchórza Torisa.
On sam właściwie też nie miał apetytu. Wmuszał w siebie porcję gulaszu, siedząc przy wciśniętym w kąt izby stoliku. Właściwie to sam nie wiedział, co teraz począć. Jakoś nigdy nie zastanawiał się, co zrobi z Cecylią po dostarczeniu listu. On teoretycznie powinien wrócić do Warszawy, ale przecież Łukasiewiczówny nie mógł ze sobą tam zabrać. Zresztą, ona też by nie wróciła – nie da się z własnej woli uwiązać do Bengta, Bernhard to wiedział i właściwie się cieszył. Nie miał do brata pretensji, bo gdyby nie to małżeństwo, to Cecylia zostałaby już dawno temu wykończona przez Wittenberga, ale jednocześnie on też po cichu liczył, że uda się to jeszcze jakoś odkręcić. Zresztą, jaka to różnica, odkręcić czy nie, Cecylia i tak od Bengta ucieknie, nikt nie był taki głupi, by sądzić inaczej. Bernhard będzie musiał jedynie zadbać, żeby była bezpieczna, kiedy ją zostawi przed powrotem do Warszawy. Odstawiłby ją do ojca, ale z tego, co było mu wiadomo, to Julian Łukasiewicz ciągle przebywał na Śląsku. Bernhard nie zamierzał się tam pchać, życie jeszcze było mu miłe.
Wmuszając w siebie kolejną łyżkę gulaszu, Bernhard powiódł znudzonym wzrokiem za dwójką szwedzkich żołdaków, którzy właśnie weszli do karczmy. Wyglądali na dość zmęczonych podróżą, jednocześnie będąc w raczej dobrym nastroju. Oboje, jak na Bernharda oko, nie mieli więcej jak czterdzieści lat i wyglądali na jeszcze mniej bystrych, niż sam Oxenstierna, a więc jak przeciętny szwedzki rajtar, jak sądził po ich mundurach. Jeden rudy, niewysoki i trochę otyły, z rzadkim, szczeciniastym zarostem, a drugi wysoki i chudy, z czupryną ciemnych, sterczących we wszystkie strony włosów i twarzą oszpeconą przez blizny po ospie. Podeszli do karczmarza i oparli się o blat, przeganiając przy okazji płacącego właśnie za pokój Litwina, który zmierzył ich pogardliwym spojrzeniem i odszedł.
-Hej, ty! – zawołał rudy na karczmarza. Ten spojrzał na niego pytająco. – Szukamy Bernharda i Cecylii Oxenstiernów. Albo Bernharda Oxenstierny i Orjana Falka. Zatrzymał się u was ktoś taki?
Bernhardowi niemalże serce stanęło i włożył chyba wszystkie pokłady siły w to, by nie zakrztusić się jedzeniem.
-Goście nie zawsze przedstawiają mi się z nazwiska, panie oficerze – odpowiedział mu karczmarz po niemiecku. – Gdybyście powiedzieli, jak wyglądają…
-Wysoki blondyn, pewnie w okularach – wtrącił się ten chudy. – Paskudny jak noc listopadowa. – Miło mi, przeszło przez myśl Bernhardowi. – Dziewczyna malutka, też blondynka.
-Tak – rzekł ostrożnie karczmarz, rzucając Bernhardowi przeciągłe spojrzenie. Oxenstierna natychmiast się podniósł i bezgłośnie powiedział do karczmarza: „Zajmij ich na chwilę”, mając nadzieję, że ten zrozumie. I nie pomylił się – mężczyzna nieznacznie kiwnął głową. Bernhard spodziewał się, że będzie mógł liczyć na jego drobną pomoc, bo zostawił tu naprawdę sporo pieniędzy, zdecydowanie więcej niż powinien. – Rzeczywiście, są tu tacy. Pan lejtnant i jego młoda żona.
-Jego żona? – prychnął po szwedzku rudy do swojego towarzysza. – Czy ona nie była żoną gubernatora?
-A co cię to obchodzi? – odparł na to ten chudy. – Może bałamuci bratu żonę. Może udają, żeby nie było nieprzyzwoicie. I co z tego? My ją mamy przyprowadzić Wittenbergowi, tak? Nic mnie nie obchodzi, który Oxenstierna dobiera jej się do tyłka!
-Siedzą na górze, pan Oxenstierna dopiero co schodził po kolację – zagadał ich karczmarz. – Napijcie się, zacni panowie, po kuflu piwa, wasi przyjaciele mogą zaczekać.
Bernhard dziękował Bogu za zamiłowanie żołdaków do alkoholu – rzeczywiście skusili się na propozycję karczmarza. Kupił Oxenstiernie i Cecylii kilka chwil. To musiało wystarczyć.
Kiedy już był pewien, że żołdacy go nie zobaczą, puścił się do pokoju biegiem. Wpadł zziajany, nie pukając, a Cecylia aż podskoczyła ze strachu.
-Chryste Panie, Bernhard, nie strasz mnie tak! – wymamrotała, kiedy już się uspokoiła. Nadal była w okropnym nastroju, mówiła całkiem nieswoim tonem. Bernhard musiał to jednak zignorować, przynajmniej na razie.
-Posłuchaj mnie Cecylio, to bardzo ważne. – Podszedł do niej i złapał ją za ramiona. –Wittenberg przysłał po nas ludzi. Dwóch żołnierzy rozpytuje o nas na dole. Karczmarz namówił ich na kufel piwa, więc mamy chwilę, ale musimy się stąd wynieść.
Swoimi słowami wyrwał Cecylię z tego marazmu, w jakim tkwiła od kilku dni. Zapomniała jakby o całej ten niezręcznej atmosferze, jaka w ostatnim czasie między nimi wykwitła. No, przynajmniej nie uderzyła go, ani nie odsunęła się, kiedy złapał ją za ramiona, a to już był sukces w odczuciu Bernharda.
-Nie damy rady zabrać wszystkiego i się wynieść, żeby nas nie zauważyli – powiedziała ostrożnie. – A nie możemy tego zostawić.
-Wiem – powiedział Bernhard. Zmarszczył brwi. Co robić, co robić?
-Mogę ci ufać, Berciu? – zapytała go, a on zamrugał zdziwiony.
-Przecież wiesz – mruknął, spoglądając na nią ostrożnie.
Uniosła kąciki ust w delikatnym, smutnym uśmiechu.
-Idź do stajni – powiedziała mu. – Weź karabin. Schowaj się w środku, za drzwiami.
-Cecylio, co ty…
-Ja ich tam sprowadzę – mówiła dalej. – A ty weźmiesz ich z zaskoczenia. Dasz radę z dwoma?
-Ja… co… No tak, ja… - Zamilkł na chwilę i spojrzał na nią podejrzliwie. – Cecylio, coś ty, na Boga, wymyśliła?
-Och, to bardzo proste. – Uśmiechnęła się nieszczerze. – Będę udawała zrozpaczoną panienkę, gotową na wszystko, żeby puścili mnie wolno. I złożę ofertę nie do odrzucenia. Myślisz, że na to pójdą?
Bernhard popatrzył na nią bardzo sceptycznie.
-Ja wiem, że może nie jestem specjalnie ładna, ale…
-Nie o to mi chodzi – burknął. Ten pomysł bardzo mu się nie podobał. – A co, jeśli jednak nie dam rady? Albo jeśli zaciągną cię do pokoju, zamiast do stajni? Sama sobie nie dasz z nimi rady, a ja nie pozwolę…
-No to nie pozwól, właśnie to mi chodzi – przerwała mu. Położyła uspokajająco rękę na jego ramieniu. – Poważnie. Ja się zajmę tym, żebyśmy poszli do tej stajni. A ty naprawdę lepiej się wykaż, bo nie chciałabym… No, sam wiesz.
-Nie ma mowy – burknął.
-To wymyśl coś lepszego – skrzyżowała ręce na biuście. Bernhard nic nie powiedział. – No idź, bo nie zdążymy. Ale Szwedku, naprawdę… Ufam ci.
„Nie zawiedź mnie” pozostało niewypowiedziane, ale Bernhard zrozumiał jej intencje. I nie zamierzał jej zawieść. Nie potrzebował lepszej zachęty. Zresztą, naprawdę aż za dobrze wiedział, że nie było innego wyjścia. A na pewno nie mieli czasu, by go szukać.
-Niech cię któryś dotknie, to za siebie nie ręczę – powiedział jej całkiem poważnie, a ona uśmiechnęła się odrobinkę.
-No idź już – powiedziała tylko, przeganiając go ręką. Musiał jej posłuchać – czasu było przecież co raz mniej.
Wyszedł na korytarz, rozglądając się, czy aby przypadkiem żołdacy nie skończyli już ze swoim piwem i czy nie idą już na górę. Na całe szczęście jednak, kiedy Bernhard zszedł na dół, dostrzegł ich siedzących przy blacie i dopijających trunek. Gestem nakazał karczmarzowi milczeć, a samemu przemknął do drzwi. Nie wyszedł jednak – upewnił się, że żołnierze go nie zobaczą i został w rogu izby, by upewnić się, że Cecylii jednak rzeczywiście nic się nie stanie i wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Żołdacy podnieśli się z miejsc i, wyraźnie podchmieleni, ruszyli schodami na górę. A Cecylia, na całe szczęście, wyszła z pokoju i spotkała się z nimi na schodach. Bernhard właściwie był pewien, że będzie na nich czekała, ale dopiero teraz pomyślał, że rzeczywiście w ten sposób rozegrała to lepiej – gdyby zastali ją w pokoju, to już na pewno by jej z niego nie wypuścili. A tak mogła im wcisnąć, że Bernhard nadal jest na piętrze, więc stajnia wydawała się jedyną sensowną. Oxenstierna dziękował Bogu, że Łukasiewiczówna (nie mógł się odzwyczaić od myślenia o niej w ten sposób) myślała szybciej niż on.
Bernhard naprawdę z trudem powstrzymał się od pójścia tam i rozerwania ich na strzępy już przez samo to, jak ten rudy złapał Cecylię za ramię i szarpnął ją tak, że aż zrobiła się czerwona na twarzy. Po chwili ujęła żołdaka za rękę i, z błagalną miną, zaczęła coś do niego mówić, Bernhard nie wiedział co, ale domyślił się, że przedstawiała mu właśnie ofertę, o której mówiła Oxenstiernie. Czuł, jak krew się w nim gotowała na widok obleśnego uśmiechu i bezwstydnego, lepkiego i pożądliwego spojrzenia, jakie rudy żołnierz przesuwał po ciele Cecylii. Zacisnął pięści. Chudy drab zaczął coś nerwowo mówić do rudzielca, posprzeczali się przez chwilę, ale po chwili problem rozwiązała Łukasiewiczówna, powiedziawszy chudzielcowi na ucho coś, co sprawiło, że i on wydawał się co najmniej zadowolony na samą myśl o tym, co – teoretycznie – miało go czekać.
Po moim trupie, pomyślał Bernhard i wtedy dostrzegł ponaglające spojrzenie Cecylii, które posłała mu ponad ramieniem Szweda. Nie czekał więc już i opuścił izbę, licząc na to, że wkrótce jego mała Polka i tych dwóch osiłków podążą za nim. I że szybko wybije im z głowy pomysł choćby spojrzenia na Cecylię w niewłaściwy sposób.
                Schował się nie w samej stajni, a za jej rogiem. Pomyślał bowiem, że przecież nie wejdą tam w trójkę, jeden pewnie stanie na zewnątrz, na czatach, cierpliwie czekając na swoją kolej. Ta myśl wywoływała u Bernharda mdłości, ale pocieszenie budziła wizja rozprawienia się z żołdakami.
                Oxenstierna się nie pomylił. Rudy żołnierz wydawał się naprawdę Cecylią zachwycony, a ona idealnie odgrywała rolę struchlałej panienki, gotowej na wszystko by ocalić skórę. Nie widziała Bernharda, ale ten wiedział, że dziewczyna mu ufa i na niego liczy.
                Chudy drab został na straży, dokładnie tak, jak Bernhard się spodziewał. Rudzielec wepchnął Cecylię do stajni, obłapiając ją już po drodze. Bernhardowi serce biło jak szalone, za wszelką cenę chciał zakończyć to jak najszybciej.
Stojąc za rogiem stajni przełamał gałązkę, potem zaczął skrobać o drewnianą ścianę. Liczył na to, że to wystarczy, aby zwabić tu tego draba. I również się nie pomylił.
                -Co to było? – usłyszał głos rudzielca.
                -Nie mam pojęcia, coś chyba jest za stajnią – odparł tamten. – Pewnie dzik.
                Chryste, co za idiota, pomyślał Bernhard, i raz jeszcze zaskrobał w ścianę.
                -Idź to sprawdzić, a nie tu stoisz jak ten osioł! – ofuknął go rudy. – Nie chcę, żeby mnie jakiś dzik od tyłu zaszedł, jak będę zajmował się tą ptaszyną.
Właśnie zasłużyłeś na dodatkowe atrakcje, pomyślał dobitnie Bernhard.
-Dobrze, to czekaj – wymamrotał Chudzielec zrezygnowanym tonem.
-Ruszaj się!
-A co, w spodniach nie utrzymasz?
Bernhard aż się skrzywił.
Chudzielec nie miał szans – Bernhard już na niego czekał, gotowy, by zadać kolbą karabinu cios. Trafił go prosto w szczękę, aż żołdak jęknął, a gdy Bernhard poprawił uderzenie kolana się pod nim ugięły. Oxenstierna złapał go za poły płaszcza i postawił do pionu.
-Jest z wami ktoś jeszcze? – wycedził. – Ilu was Wittenberg przysłał?
-Tylko nas dwóch, mieliśmy zabrać dziewczynę – odrzekł od razu tamten. Splunął krwią. – Herr Oxenstierna, proszę…
-Mojemu bratu się będziesz tłumaczył – warknął Bernhard. – Z tego, co zamierzaliście zrobić jego żonie.
Bernhard uderzył go pięścią w szczękę, a gdy żołdak upadł na ziemię, poprawił jeszcze kolbą. Upewniwszy się, że żołdak leżał nieprzytomny, Oxenstierna cicho, starając się nie robić hałasu, ruszył w stronę stajni.
Rudy żołnierz przyciskał Cecylię do ściany, a ta na próżno próbowała opędzić się choć trochę od jego pożądliwych, spragnionych rąk, obłapiających ją w obrzydliwie bezwstydny sposób. Bernhard widział obrzydzenie, ale i zawzięcie malujące się na jej twarzy. Kiedy go dostrzegła, zauważył w jej oczach tak wielką, niewypowiedzianą ulgę, że nie mógł się nie uśmiechnąć. A Cecylia, już spokojniejsza, brutalnie przerwała Szwedowi obrzydliwy, lepki pocałunek, jaki właśnie składał na jej szyi i spojrzała na Bernharda ponad jego ramieniem.
-Berciu, lej go, tylko porządnie! – zawołała, a Szwed na moment stracił rezon.
Nie zdążył się nawet odwrócić – był tak zajęty dobieraniem się do Cecylii, że nawet nie zauważył, jak Bernhard zaszedł go od tyłu. Cios był mocny i celny – żołdak nie stracił może przytomności, ale na pewno tak kołowało mu się w głowie, że w najbliższym czasie nie powinien stanowić żadnego zagrożenia. Podobnie jak jego kolega.
Oxenstierna nie mógł sobie odmówić zaserwowania mu brutalnego kopniaka prosto w brzuch. Szwed jęknął okrutnie i zwinął się w kulkę, wyjąc z bólu.
-Dobrze mu tak - wymamrotała Cecylia, i ona również kopniaka odmówić sobie nie mogła. Szwed zaskomlał boleśnie. – Co za świnia… - Z obrzydzeniem przetarła szyję i policzek. – Co za obrzydliwość! Następnym razem, jak coś podobnego przyjdzie mi do głowy, to mi zabroń!
-Dwa razy nie musisz mi powtarzać.
Bernhard znalazł jakiś nieużywany uwiąz dla koni i związał nim rudzielca, żeby aby na pewno nie wstał. Oboje odetchnęli głęboko i z ulgą. I nagle Cecylia zaczęła się śmiać.
-Jakoś mi się wydawało, że mało atrakcji nas spotkało przez całą drogę tutaj – powiedziała. – Ale zgrany z nas duet, prawda?
-Jeszcze nie czas na takie dyskusje – powiedział Bernhard. – Osiodłaj nam konie, ja biegnę po nasze rzeczy. Musimy stąd iść, im szybciej, tym lepiej. Mówili, że są sami, ale kto ich tam wie.
-Dobrze – zgodziła się Łukasiewiczówna. – No to idź, idź. I nie zapomnij moich spodni, nie będę w tej kiecce jeździła!
Bernhard skinął jej tylko głową i poszedł z powrotem do karczmy. Podszedł po drodze do karczmarza.
-Dziękujemy za pomoc – powiedział Bernhard, rzucając na stół kilka drobnych monet. – Zabiorę tylko rzeczy i już nas nie ma.
-A tamci, problemów nie będzie? – zapytał jeszcze karczmarz.
-Nie, jeden leży związany w stajni, drugi nieprzytomny za nią – wyjaśnił Bernhard. – Niech pan idzie go rozwiązać, kiedy odjedziemy. Widzieli nas i wiedzą, że to my ich wyprowadziliśmy w pole.
Oxenstierna odszedł i pobiegł na górę. Szybko zebrał ich niewielki dobytek – pakunki z jedzeniem, ubrania i koce. Trochę trudno było zabrać mu się z tym na raz, ale ostatecznie udało się wszystko wynieść.
Cecylia czekała na niego, trzymając Chochoła za uzdę – Żaba była tak Łukasiewiczównie posłuszna, że nawet na krok nie poszłaby nigdzie bez niej. Zaczęli przymocowywać bagaże do siodeł. Cecylię znowu ogarnął ten podły nastrój i Bernhard już przygotował się na kolejną pełną milczenia podróż – bądź co bądź, mimo wszystko nadal uważał, że należały mu się przeprosiny. Oczywiście nie zamierzał się dąsać, ale też nie zamierzał płaszczyć się przed nią, żeby zaczęła się do niego odzywać. Nie zrobił nic złego. Nie on.
Odwrócił się, by Cecylia mogła się przebrać. Nie zajęło jej to dużo czasu. Wsiedli na konie i kłusem ruszyli drogą, którą wcześniej  tu przybyli.
-Co robimy? – zapytała Cecylia jakimś dziwnym głosem. Nie wydawała się już tak zasmucona jak wcześniej tego wieczora, już prędzej jakby zakłopotana.
-Odjedziemy trochę – powiedział jej Bernhard. Jej zakłopotanie i jemu się udzieliło. – A później przenocujemy w lesie. Już nie jest tak tragicznie zimno, więc przeżyjemy. Rano pomyślimy co dalej.
No bo właśnie, co dalej? Bernhard nie mógł zabrać Cecylii ze sobą do Warszawy, a nie mógł też nie wrócić. Musiał odstawić Łukasiewiczównę w jakieś bezpieczne miejsce. Ale jednocześnie pojawiał się kolejny problem – ciągle pozostawała żoną Bengta, więc prędzej czy później będą musieli jakoś się spotkać. A Bernhard był między młotem a kowadłem, bo z jednej strony naprawdę modlił się, żeby Cecylia zrobiła wszystko, by to małżeństwo rozwiązać, a z drugiej, to jednak bratu nie życzył źle – zrobił to, w pewnym sensie, dla niego, więc Bernhard nie mógł być niewdzięczny.
Jechali dość długo – zrobiło się okrutnie ciemno i już nie widzieli drogi, musieli więc w końcu zboczyć ze ścieżki i wejść choć odrobinę w las. Przywiązali konie do drzew i rozsiodłali je, wszystko w milczeniu. Potem rozłożyli na ziemi koc, zabezpieczyli zapasy. I wtedy Cecylia usiadła na kocu i, wyraźnie zbierając się w sobie, poklepała miejsce obok siebie na znak, żeby Bernhard usiadł koło niej. Wahał się przez chwilę, ale ostatecznie rzeczywiście przysiadł.
Cecylia najpierw zagryzała usta, a on tylko patrzył na nią wyczekująco. Nie chciał jej poganiać, bo spodziewał się, że rzeczywiście dziewczyna chce go w końcu przeprosić. Gniewał się na nią jeszcze trochę, ale jednocześnie miał świadomość tego, ze wystarczy jedno jej słowo i wybaczy jej wszystko.
Łukasiewiczówna w końcu, gapiąc się gdzieś w przestrzeń wymamrotała coś niezrozumiałego.
-Słucham? – zapytał, bo rzeczywiście niedosłyszał jej słów.
-Przepraszam – powiedziała cicho. Nie patrzyła na niego, mówiła dłubiąc czubkiem buta w piasku. – Za to wszystko co ci powiedziałam. Wcale tak nie myślałam. Tylko… Nie wiem, wolałam sobie wmawiać, że kłamiesz. Nie chciałam ci wierzyć. Przepraszam. Teraz wiem, jaka ślepa byłam… Naprawdę mi przykro. I za to, że nie powinnam ci ufać, bo jesteś Szwedem, też przepraszam. Jezu Chryste, chyba nigdy nikomu nie ufałam bardziej, jak ja mogłam coś takiego powiedzieć…
Głos niebezpiecznie zaczął się jej łamać, a Bernhard za nic nie chciał, żeby się rozpłakała. Cała złość stopniała momentalnie, niczym sopel lodu wystawiony na letnie słońce, i teraz już nie chciał więcej, ani jej żalu, ani poczucia winy. A już na pewno nie jej łez.
Otoczył ją ramionami i przyciągnął do siebie. Tak za nią tęsknił, och, jak strasznie tęsknił, sam nie zadawał sobie z tego sprawy aż do tego momentu, kiedy mógł w końcu ją uścisnąć i nie przejmować się więcej jej pretensjami. Dziewczyna przycisnęła twarz do jego piersi, oplotła go w pasie rękoma. Przez moment, rozkoszując się tą chwilą, Bernhard głaskał ją uspakajającym gestem po miękkich włosach, by po chwili, całkiem bez słowa, wiedziony jakimś dziwnym, niezrozumiałym nawet dla niego samego impulsem, pocałować ją w czoło. To nie było nic nieprzyzwoitego, nic na co brat jej męża nie mógłby sobie pozwolić – przynajmniej tak mówił sobie sam Oxenstierna, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia.
Cecylia uniosła głowę i spojrzała na niego pytająco. W jej oczach czaiła się iskierka wesołości i to dodało Bernhardowi otuchy.
-Czy to miało znaczyć, że się na mnie nie gniewasz? – zapytała go cicho, ale z wyraźną ulgą brzmiącą w głosie.
-Nie, Cecylko – powiedział jej, zakładając jej kosmyk włosów za ucho. – Nie gniewam się.
-To dobrze – rzekła cicho, cichuteńko, jakby bała się, że ktoś usłyszy.
A potem rozpłakała się w głos i Bernhard naprawdę nie wiedział, jak może ją pocieszyć.
*
Cecylia była przygnębiona. Pierwszy parę dni wybuchała płaczem z byle powodu, później było już lepiej, choć Bernhard wyraźnie słyszał, jak pociąga nosem, kiedy sądzi, ze na nią nie patrzył. Było mu jej żal. Nie zasługiwała na to, by cierpieć przez takiego zdrajcę i nieudacznika jak Laurinaitis. Ale Bernhard wiedział, że czas wyleczy każdą ranę i kiedyś wreszcie się z tym pogodzi. I życzył jej tego jak najmocniej. Już nawet ani trochę nie ze względu na siebie.
A potem przyszli do wsi, prosić o gościnę. Trafili w sam środek wesela, na które oczywiście, jak to w Rzeczypospolitej bywało, w imię polskiej gościnności, zostali zaproszeni. I dopiero wtedy Cecylia trochę odżyła.
Przyjemnie było słuchać jej śpiewu, choć nie był taki znowu przyjemny dla ucha. Szczególnie jedna druhna, równie narwana, jak Cecylia, przypadła jej do gustu i obie, ku uciesze weselnych gości i młodej pary, poczęły w akompaniamencie muzyki, przygrywanej przez kilku mężczyzn, śpiewać pieśni, ale o dziwo nie polskie. Dopiero po długiej chwili Bernhard pojął, że panna młoda jest z Zaporoża, a dziewczęta śpiewały po ukraińsku:

A ty myła,
A ty myła, szto-s' dumała.
Ked' soj wweczer,
Ked' soj wweczer zo mnou spała.
Tota jedna dumka moja,
Że ty ne mij, ja ne twoja, duszko moja.
Skoczna, słowiańska muzyka była zupełnie odmienna, niż spokojniejsza, skandynawska, podobnie zresztą jak ludzie – oni wszyscy aż tętnili energią, radością i serdecznością, byli otwarci i przyjęli ich jak swoich. Słowianki były piękne – Bernhardowi Cecylia zawsze wydawała się urocza, taka ciepła i promienna, zupełnie inna, niż Szwedki, ale teraz pojął, że to nie była cecha właściwa jej, a raczej im wszystkim – to był zupełnie inny świat, inni ludzie, inne życie.
Słowiańszczyzna była wspaniała, a oni tak bezwzględnie ją niszczyli.
Podczas oczepin Cecylia złapała wianek panny młodej i mimo wszelkich jej protestów, że niestety już jest mężatką, wciśnięto jej go na głowę.  Panna młoda, urocza, ciemnowłosa kobieta o jasnych, leciutko skośnych oczach uciekała przed kobietami, chcącymi ściąć jej długi, piękny warkocz i włożyć na głowę czepiec. Bernhard patrzył na to wszystko całkiem oniemiały.
W Szwecji coś podobnego byłoby nie do pomyślenia.
I wtedy pomyślał, że jeżeli życie potoczy się tak, że będzie mógł ożenić się z Cecylią, to chciałby właśnie takie wesele.
Zaraz zawstydził się tą myślą. Nie powinien nigdy robić sobie podobnych nadziei. Ale teraz, kiedy ta myśl już się pojawiła, nie mógł się jej pozbyć. Chciał się ożenić z Cecylią. Pojmował jednak, naturalnie, że to zupełnie nie wchodzi w rachubę.
Sprawiało mu jednak przyjemność to, że z góry założono, że to on jest jej mężem. Nie sprostowali tego, żeby nie budzić zgorszenia, a Bernhard cieszył się, mogąc choć udawać, że ona należy do niego.
Spili się trochę oboje. On raczej jak zwykle, na spokojnie, siedział pod ścianą z błogim uśmiechem na twarzy i rumieńcami na policzkach, póki nie porwały go do tańca dwie śliczne druhny, młode i urocze, a jemu aż wstyd było, bo łapał się na tym, że wzroku nie może oderwać od ich wydekoltowanych sukien.
Cecylii do tańca nie trzeba było porywać wcale – po kilku pierwszych łykach, to ona została prowodyrką całej zabawy, porywała chłopców i mężczyzn jednego za drugim, aż wreszcie i na Bernharda nadeszła kolej, a on był już tak pijany, i tak ubawiony, że wcale nie zamierzał odmówić. Cecylia miała stanowczo za dużo energii, była niezmordowana, wirowała w takt muzyki, owszem, z rumieńcami na twarzy, ale bez jakiejkolwiek innej oznaki zmęczenia. Nie on jeden to zauważył, bowiem jeden z mężczyzn wyraził ze śmiechem wątpliwość, czy Bernhard podoła zachciankom żony o tak niezmierzonych siłach, a on zarumienił się na te słowa jak dziewica, podczas gdy Cecylia wybuchła głośnym i perlistym śmiechem, mówiąc, że jak duży, to ma dużo siły. Bernhard po długiej chwili pojął dwuznaczność jej słów, a jego zawstydzone chrząknięcie utonęło w fali gromkiego śmiechu, która nastąpiła po jej słowach.

Obudzili się rano w stajni, w stercie siana, Bernhard z obolałą głową, a Cecylia z obtartymi stopami. Mimo to, miała dobry nastrój, lepszy niż przez ostatnie kilka tygodni i nawet więcej się uśmiechała niż smuciła. Bernhard był rad, że wreszcie było widać jakąś poprawę.
Od gospodarzy dostali na drogę kosz pełen jedzenia i pełne bukłaki wina, Cecylii wioskowy cyrulik opatrzył stopy i mogli ruszać w drogę.
Od tego momentu z Cecylią było już tylko lepiej, chociaż Bernhard wiedział, że w chwilach samotności nadal wraca myślami do swojego ukochanego, ale przecież chyba nikt nie oczekiwał, że w przeciągu kilku tygodni ta zawzięta i uparta dziewucha pogodzi się z taką stratą. Zresztą gotów był stwierdzić, że nigdy się z tym nie pogodzi, a pozorna zmiana w jej zachowaniu spowodowana była jedynie usilnymi próbami stworzenia pozorów. Zrobiła się gadatliwa, a Bernhard słuchał, chłonął każde jej słowo. A opowiadała różne rzeczy – przypadkowe historie z dzieciństwa, które coś jej przypomniało, trochę się zwierzała, trochę pożaliła, na przykład na ojca, który niby dobry, niby kochany, niby miłujący ją i jej trudny charakter całym sercem, a jednak wiecznie nieobecny, gotów zostawić ją na pastwę Szwedów w imię obrony ojczyzny. Opowiadała o tym, że gdy była mała, ojca niemalże w domu nie było, ciągle tylko wojaczki i wojaczki, a do domu wracał na tyle, by matce Zuzannie po raz kolejny brzuch przyprawić i zostawić ją samą sobie.
-Ja to trochę rozumiem – mówiła. – Ojciec to jak ja, wolny duch, nam trzeba wolności i swobody, bo inaczej po prostu więdniemy, jak rośliny pozbawione słońca. Ale mam wrażenie, że on się za młodu zupełnie niczym nie przejmował. Tylko własne kaprysy były mu w głowie. On nas wszystkich kocha, tak sobie myślę. Kajtka i Wiktora też, chociaż się nie dogadują… Ach, bo to moi dwaj starsi bracia, będą gdzieś tak w twoim wieku, jak sądzę, albo może troszkę starsi… Ale pewnie nigdy ich nie poznasz, bo raz, że oni na wojaczce wiecznie, Kajtek to historię ojca powtarza, jego żona w chałupie siedzi i stadko małych Łukasiewiczów wychowuje, Wiktor to się chyba kobietami wcale nie interesuje… No, ale o czym ja chciałam… ach tak. No. Ja, Oluś, mój najmłodszy starszy brat, i młodszy, Kornel, to jesteśmy nie dość, że skóra z ojca zdarta, to jeszcze mamy jego charakter. I ojciec nas kocha, ale chyba najbardziej wtedy, kiedy żadne z nas go nie potrzebuje i sami się sobą zajmujemy, a on nam ojcuje tylko, jeśli mu akurat to na rękę.
-Nie wiem, co ci powiedzieć – odrzekł na to Bernhard. – Ja ojca nie miałem tak samo, jak ty matki. Umarł, a ja go prawie nie pamiętam. Za to moja matka… To nie tak, że jej nie kocham. Każdy syn kocha swoją matkę. Ale ona była matką tylko z nazwy, mieliśmy wszyscy, cała dwunastka, najpierw mamki, potem opiekunki, guwernantki, ale nie matkę. Ona zresztą też zmarła niedługo po ojcu, tylko ja byłem wtedy jeszcze nie dorosły, no, ja i Gustaw. Zajął się nami ojciec Erika, kanclerz Axel Oxenstierna, pamiętasz? Jedna z sióstr też nam trochę matkowała i tak naprawdę to ona wychowała nas bardziej niż matka. Nie chcę mówić, że twoje problemy są mniejsze przy moich, ale moim zdaniem nie jest tak źle, ojciec chociaż cię zauważa. Moi rodzice nie zwracali na mnie uwagi właściwie nigdy. Może dlatego wyrosłem na takiego gbura – uśmiechnął się krzywo.
-Och, nie taki z ciebie gbur, przy mnie się całkiem gadatliwy robisz.
-Bo to ty tak ciągniesz za język – oświadczył. – Ciągle paplasz i człowiek po prostu od czasu do czasu musi ci przerwać.
-Jak coś ci się nie podoba, to mogę zaraz przestać! – ofuknęła go, a Bernhard tylko spojrzał na nią z politowaniem.
-Jakoś nie bardzo widzę, żeby ci się udać miało.
Cecylia już-już otwierała usta, żeby głośno rzec, co sądzi na temat jego opinii, kiedy Szwed nagle uniósł rękę w geście nakazującym milczenie. Kiedy na chwilę umilkła, usłyszała to, co on.
Ktoś śpiewał.
Niski, męski i wesoły głos. Po chwili Cecylia zaczęła rozróżniać słowa.

Bo kozacka slawa, krowiju polyta,
Siczena meczamy,
Rubana szablamy,
Szczej slozamy wmyta…

Popatrzyła na Bernharda z nutą lęku w oczach.
-Kozacy – szepnęła przejęta.
Szwed pokręcił głową.
-Może i kozak, ale jeden – rzekł i zmarszczył brwi. – Nie wiem, czy się kryć, czy nie.
-Jak jeden, to chyba dasz mu radę, gdyby bić się chciał, hm? – zapytała cicho.
-Raczej powinienem.
-No to lepiej, żebyś dał – syknęła. – Bo widzę, że ma i szablę, i samopał!
Bernhard jeszcze nie widział, dlatego, burcząc niezadowolony, wcisnął okulary na nos.
Rzeczywiście, kozak był jeden i miał, jak rzekła Cecylia, i szablę, i samopał. Nie sprawiał wrażenia zbyt postawnego i dosiadał małego, jabłkowitego konika, idącego teraz stępa ze spuszczonym łbem.
Nosił czerwony kontusz przewiązany jasnym pasem i haftowany bogato żupan, a na głowie obszytą futerkiem konfederatkę. Nie wyglądał groźnie. Ba, wyglądał na pijanego. Nie bardzo, ale trochę.
Jego skóra miała śniady kolor, oczy miał ciemne, lekko skośne, a wąsy zapuszczone na prawdziwie kozacką modłę, a do tego czarne jak noc. Pykał co jakiś czas fajkę, robiąc przerwę w swojej przyśpiewce. Bernhard zauważył, że do siodła przypiętą miał bandurę i niewielki pakunek.
I Kozak wreszcie ich zauważył. Najpierw popatrzył bystro, wpierw na Bernharda, rękę w gotowości na szabli trzymając, a wtem na Cecylię, opuściwszy dłoń. Zeskoczył z konia zgrabnie i elegancko, a potem, chwyciwszy za lejce, ruszył w ich stronę.
-Lachy?! – zawołał donośnym głosem.
-Nie! – odkrzyknęła mu dziewczyna. – Ja Laszka, on Szwed!
-Laszka i luter, powiadacie? – Teraz, gdy był już nieco bliżej, przestał krzyczeć. – A co was na takie pustkowie sprowadziło?
-Przecie traktem idziemy – rzekła zaraz Cecylia, nie wyraziwszy nawet cienia zdziwienia, że Kozak mówi po polsku.
Kiedy podszedł, Bernhard mógł ocenić, że ten na oko jest kilka lat od niego starszy. Ściągnął czapkę i spod niej opadł mu na ramię równie czarny co jego wąs osełedec.
-Prawda to, jako żywo, ale mało uczęszczanym.
-Jako nam droga wypadła, tak idziemy – dodał Bernhard.
-Więc po ichniemu pojmujesz? Czudowo, ja po waszemu ani słowa rzec nie umiem.
-A ciebie, Kozacze, co sprowadza na ten szlak? – zapytała zaraz Łukasiewiczówna. – Daleko od Siczy, daleko od Zaporoża? A i wcale nie od tej strony idziesz.
-Bo ja nie z Zaporoża, a z Rosji – wyjaśnił. – Sprawę tam miałem, a teraz i tu mam sprawę. Lachy w potrzebie, więc mój czas przyszedł.
-Myślałam, że ty i twoje braty atamany Lachów nie miłujecie – rzekła sucho.
-Prawda, jako żywo – rzekł. – Ale ja nie ataman, tylko Kozak prosty, a i winien coś Lachowi jestem. A że honor swój mam, to w drogę mi było trzeba. Teraz tylko Lacha znaleźć.
-Kto to jest „ataman”? – zapytał Bernhard. Polski może rozumiał, ale Ukraińskie słowa przekraczały jego zdolności.
-Hetman – odpowiedziała mu zaraz Cecylia. – A w którą stronę wam spieszno?
-Póki co w tę samą, co i wam.
-A konkretnie?
-Ne znaju – rzekł, wzruszając ramionami. – Rozpytywał będę i wtedy będę dumał co czynić dalej.
-I myślisz waść, że to wystarczy?
-Myślę, że owszem, bo dowódcy wojskowego szukam.
-Czyli do króla? – zapytała. – I pewien jesteś, że waści rozstrzelać nie każą? Albo na pal wbić, kniaziowym zwyczajem?
-Ty, Laszko, to masz dziób niewyparzony – rzekł na to Kozak, unosząc wysoko brwi. – Jak każą, to każą, skonam. Ale nie sądzę. Na służbę chcę się oddać.
-A, to przecie ja ci bronić nie będę – odparła. – Ale prawda to, póki co nam w tę samą stronę.
Chryste, niech ona tylko mu nie proponuje wspólnej podróży, pomyślał Bernhard.
-Jak się łaskawie raczysz przedstawić, to może zgodzimy się, żebyś nam towarzyszył – rzekła.
Bernhard zacisnął usta. Jak zwykle.
-Jak sobie życzysz, mołodycja – rzekł i ukłonił jej się dwornie. – Zwę się Iwan Bezpały.
Cecylia zaczęła chichotać jak opętana i najwyraźniej ani Bernhard, ani nawet Kozak nie mieli pojęcia, dlaczego.
-Z czego tak rżysz, Laszko?
-Nic, nic – uspokoiła się, ale uśmiech pozostał na jej twarzy. – Mogę ci mówić „Waniuszka”?
-Nie.
-To będę.
Bernhard posłał Kozakowi takie spojrzenie, by wiedział, że i on zna ten ból, i że nic na to nie poradzą nawet we dwóch.
-A ja do ciebie mam mówić „Laszka”? – Kozak uniósł wysoko czarne, krzaczaste brwi.
-Gdzie tam! – Cecylia machnęła ręką. – Cecylia mi na imię. Z Łukasiewiczów, herbu Rosen. A ten gbur to Bercia. Bernhard, znaczy.
Oxenstierna ucieszył się, że Cecylia miała na tyle rozumu w głowie, by nie podawać jego nazwiska.
Kozak jednak patrzył na Cecylię, jakby nagle zobaczył jaki cud, albo jakby kto z  grobu wstał i mu się właśnie ukazał.
-I co się waść tak gapisz?
-Od Juliana Łukasiewicza? – zapytał ją, a ta kiwnęła głową.
-Jako żywo, to przecie mój tatuś… A cóż ty wyprawiasz?! – zawołała zaskoczona.
Kozak klęknął przed nią na jedno kolano i energicznie ujął ją za rękę.
-Przyjmijże mnie na swego pokornego sługę – rzekł, a Cecylia zrobiła wielkie oczy – póki ojca panienki nie odnajdę. Jemu ślubować pragnę i wobec niego dług spłacić. Ale i córce mego wybawcy, choć przypadkiem dane mi było spotkać, służyć będę, tako mi Bóg dopomóż i Święta-Przeczysta!
Bernhard i Cecylia wymienili zaskoczone spojrzenia. Bernhard wzruszył ramionami, a Łukasiewiczówna raz jeszcze zwróciła wzrok na Kozaka.
-No wstańże waść, żartów sobie nie rób! – Pociągnęła go za rękę, a on usłuchał. – Gdzie mi tam sługa potrzebny! – zawołała. – Ale możesz waść z nami iść, skoro tak. Nam do Warszawy spieszno, ojca mojego tam raczej nie zastaniesz, bo Szwedy teraz tam siedzą, ale Warszawa ci i tak po drodze wypada, więc możemy iść razem. A i mój ojciec pewnie łaskawszym okiem na ciebie spojrzy, kiedy mu rzekniesz, że córka jego cała i zdrowa i że na służbę jej się oddać chciałeś.
-Jak sobie życzysz, mołodycja. To będzie zaszczyt, móc wam towarzyszyć.
-No i ocień haraszo – oświadczyła dziarsko. –A teraz chodź waść, siądziesz z nami przy ognisku i opowiesz czym sobie zasłużyłeś na oddanie się na służbę.
***
Jak Cecylia rzekła, tak się stało. Rozpalili ognisko, rozsiedli się, ogrzali, pokrzepili jadłem i winem i wtedy dopiero kozak zaczął snuć swoją opowieść.
-Tak więc – zaczął – wszystko miało miejsce sześć lat temu. Nie jest to specjalnie ciekawa historia, ot, chyba taka, jakich wiele, lecz dla mnie znaczy więcej, niż słowami mogę wyrazić. Walczyłem wtedy pod wodzą atamana Chmielnickiego. Pod Zbarażem się z twoim ojcem zetknąłem, dopiero jakeśmy przegrali. Uciec, jak inni, nie zdążyłem, tako i Lachy na pal uparły się mnie nawlec, twierdząc, żem winien jakiejś masakry, którą nasi w jednej ze wsi urządzili. A jako żywo, było kłamstwo, łeż i potwarz! Prawda to, żem stanął przeciw wam, Lachom, prawda najprawdziwsza. Prawda, żem rękę na Matkę Rzeczpospolitą i króla-ojca podniósł. Wszystko to w moim mniemaniu nawet po dziś dzień sprawiedliwie, bowiem wasi panowie szlachcice jak psów nas traktowali, prawa wszelkie odebrać chcieli, chłopów z nas zrobić chcieli. A Kozak to nie chłop, kozak się tak zgnębić nie da, do roboty w polu się nie da zapędzić, do pracy na rzecz waszych magnatów nie pójdzie, choćby i śmiercią grozili.
-Myślałam, że to o osobiste urazy Chmielnickiego w dużej mierze wtedy poszło.
Po twarzy kozaka przebiegł cień, drgnął nieznacznie, co najwyraźniej umknęło uwadze Cecylii, ale nie Bernharda.
Kozak kiwnął głową.
-Tak – rzekł. – Tak. Ale to był tylko jeden z wielu takich przypadków, mołodycja. Sam bym pałał żądzą zemsty za coś podobnego. Ale atamanowi nie o to szło, w pierwszej kolejności o prawa nasze do walki chciał stanąć.
-Cóż takiego mu Polacy wyrządzili, że mścić się chciał? – Zapytał Bernhard. Nie bardzo orientował się w polityce, to wychodziło już po raz kolejny, dlatego ciekaw był teraz tego wszystkiego. O powstaniu Chmielnickiego słyszał, ale tylko o uszy mu się obiło, nic konkretnego na ten temat nie wiedział.
-Wszystko się niepozornie zaczęło, bo od sporu o posiadłość – mówił Bezpały, pykając fajkę. – Bohdan Chmielnicki i jego ojciec nie dbali zbyt mocno o formalny status swojej posiadłości, nadanej im przez Koniecpolskiego. Pewni byli swojej pozycji, jako że w dobrych stosunkach z tym jegomościem żyli. Ale Koniecpolski zmarł, a Daniel Czapliński postanowił zagarnąć majątek Chmielnickiego.
-I o to tyle krzyku? – Bernhard uniósł wysoko brwi.
-Nie, nie o to – odparł kozak. – To był początek. Potem ten sam Czapliński nastawał, skutecznie zresztą, na cześć żony Chmielnickiego. Syna mu zamordował, a na niego samego ludziom swoim kazał się zastawić. Ataman próbował dochodzić praw w waszych Trybunałach, ba, przed oblicze króla Władysława dotarł i Jego Wysokość raczył rozpatrzeć jego sprawę i przyznać rację we wszelkich kwestiach. Jako rekompensatę majątek Subotów miał otrzymać, ale i tu Czapliński zadbał o to, by tak się nie stało.
Tak, teraz Bernhard był zdania, że rzeczywiście Chmielnicki miał pełne prawo pałać żądzą zemsty.
-Wracając do meritum – mówił dalej kozak – to ojciec twój, pyskata Laszko, raczył uwierzyć moim zapewnieniom, żem to nie ja całą tą rzeź zgotował. Pomogłem mu winnego odnaleźć, czego też nie żałuję, mimo że bratem mi był, bo okrucieństwa zbędnego nie toleruję i nie uznaję.
-To dość osobliwie, jak na kozaka.
-Nie robiłem innym, czego nie chciałbym, by uczyniono mnie – uciął sucho. – Ojciec twój mnie przed oblicze Jaśnie Oświeconego kniazia Jaremy Wiśniowieckiego zaprowadzić raczył, opowiedzieć moją historię, a ten, przekonany przez swego człowieka, raczył wolno mnie puścić. Gdyby nie twój ojciec, jeszcze tego samego dnia na pal by mnie nawlekli, jak wielu moich rodaków.
-Nie powinieneś zatem i ty żądzą pomsty pałać? – zapytała Łukasiewiczówna. Oczy kozaka błysnęły.
-Doceniam to, co mi dano – uciął spokojnym tonem. – A teraz, jeśli łaska, powiedzcieże cóż taką osobliwą parę sprowadziło na szla?
-Ucieczka przed Wittenbergiem – powiedziała Cecylia. – To jest, proszę waszmości Waniuszki, bardzo długa historia.
-Zdaje mi się, że mamy aż nadto czasu – rzekł.
-Tak to może nie, aczkolwiek na skróconą wersję wystarczy.
I Cecylia raz jeszcze opowiedziała. Bernhard zastanawiał się, czy dobrze robi, wyznając jego nazwisko, ale kozak nie wydawał się tym faktem ani odrobinę przejęty. Opowiedziała o początku wojny, bardzo nieszczęśliwym dla Bernharda, potem natomiast i on usłyszał wreszcie historię Łukowców i tego, co Wittenberg im zgotował. Potem usłyszał dokładnie, jak Cecylia pojechała na Śląsk, do ojca i króla Jana Kazimierza, co zresztą zaprawiła historią o monarsze i jego miłosnych podbojach, zakończonych serią ciosów otrzymanych od własnych żołdaków (z czego, nawiasem mówiąc, kozak zaśmiewał się do łez, a i Bernhard nie mógł się nie uśmiechnąć), potem dokładnie przedstawiła to, jakim sposobem dostała się na Zamek (nie omieszkawszy pochwalić się tym, jak położyła trójkę szwedzkich strażników), i od tej pory poszło już z górki – złapanie na przeszpiegach, wymuszone zabójstwo, pretensje marszałka, szybki ślub, niezbyt spektakularna ucieczka, podróż do Kiejdan i wreszcie koniec opowieści. Bernhard był już znudzony, tyle razy to słyszał.
Kozak zdawał się być pod wrażeniem.
-Tak sobie miarkuję, że skaranie boskie ma tu z tobą ten Szwed – spojrzał na Bernharda.
Ten skrzywił się tylko, na znak, że nie zamierza nawet tego komentować.
-Ale rzeknę ci, mołodycja, że to niemądrze rozpowiadać na prawo i lewo, żeś córka chorążego, żeś hrabina, żeś szwedzka małżonka, a już zupełnie niemądrze rozpowiadać, że z jednym z Oxenstiernów się prowadzasz.
Bernhard spojrzał na nią bardzo, bardzo wymownie.
-Ale waść chyba nie zamierzasz wypaplać?
-Ja? – zdziwił się Iwan. – Przecie, że nie, jako żywo, w końcu ci ślubowałem, Laszko.
-Oj, pal już licho te twoje śluby…
-Słowo się rzekło, póki twego ojca nie ujrzę i jemu się na służbę nie ofiaruję, to tobie służyć z największą chęcią będę.
-Eh, jeśli musisz… - Cecylia przewróciła oczami. – Sięgnij no tę bandurę, hm? Zagrasz coś? Umiesz?
-Oczywista, że umiem, jako żywo! – Kozak zerwał się na równe nogi i chwycił za instrument.
Głos miał miły, dźwięczny i przyjemny, to Bernhard musiał przyznać. Choć nie rozumiał ni słowa z tego, co mężczyzna śpiewał, to słuchało się, mimo wszystko przyjemnie.

Nese Hala wodu,
Koromysło hnetsia,
Za neju Iwanko,
Jak barwinok wjetsia.

Haluż, moja Halu,
Daj wody napytsia,
Ty taka chorosza,
Daj chocz podywytsia.
 Cecylia zaczęła ochoczo klaskać, kozak ukłonił się dwornie, a dziewczyna oświadczyła;
-To teraz ja!
I zaczęła śpiewać. 

Mój wianeczku z barwineczku,
zawiesze cię na kołeczku,
na kołeczku, nade drzwiami,
u matusi ukochanej.

Mój wianeczku z białej róży
Do ciebie mi szczęście służy,
służy, służy czas niemały,
wreszcieśmy się doczekały.

Mój wianeczku z trojga ziela
posłużże mi do wesela,
do wesela, do niedziele,
aż zjadą sie przyjaciele.

Przyjaciele jak się zjadą,
za kogo cie Maryś dadzą.
Dadzą, dadzą za miłego,
za Jasieczka nadobnego.

Głos, jeśli chciała i się starała, też miała ładny, trochę chyba za wysoki do tej piosenki, ale nie kaleczyła jej aż tak, żeby nieprzyjemnie się słuchało.
-O, albo wiem! – wesoło popatrzyła na Bernharda. – Znam coś o Szwedach!

Poderwij gnaty, hej, kto żyw,
Przynoszę wieść straszliwą,
Bo oto Szwedzin butny, zły,
Wnet stanie pod Oliwą.

Już toczy tu okrętów moc,
Złe maszty widać z dala,
Nad naszą flagą czarna noc,
Już pora bić na alarm...

Wnet pierwszy bryg na cel nas brał,
Bo miał nas jak na dłoni,
Obrócił się i plunął z dział,
Aż dymem się przesłonił.

Lecz tylko wodę prochem psuł,
Choć jeszcze raz próbował,
Odpowiedź wziął z dziesięciu rur
I gorzko pożałował...

Największy psubrat ku nam rwie,
Chciał z prawej nas zaskoczyć,
Zachował Stary zimną krew,
Nie spuszczał z niego oczu.

Aż chwycił ster do silnych rąk,
Wnet zrobił zwrot na niego
I rozdarł drania dziobu ząb
Żywcem pogrzebanego...

Kolejny okręt jest tuż, tuż,
O burtę burtą wali,
Do bójki Szwedzin gotów już,
Lecz nasi tyż to znali.

Na pokład dziki wrzask się wdarł,
Lecz wzięli tęgie bicie,
Chwycili chłopcy, co kto miał,
Niewielu uszło z życiem...

Bij Szwedzina, bij Szwedzina,
Lej Szwedzina, le-ej.
Pamiętaj Brachu - gęsta mina,
Tylko w głos się śmie-ej.

Teraz to ją kozak oklaskał, a Bernhard tylko się uśmiechnął. Dziewczyna wtedy wyszczerzyła do niego białe ząbki i wypaliła:
-To teraz twoja kolej, Berciu!
Zrobił wielkie oczy.
-Co? – bąknął. – Chyba oszalałaś!
O, nie, nie, nie, nie, nie. On nie był stworzony do takich rzeczy. Czuł jak rumieńce wpełzają mu na policzki, choć przecież zrobiło się już całkiem zimno.
-No Berciu, prooooooszę – jęknęła Łukasiewiczówna. – Proooooszę! – Uwiesiła się jego ramienia. – No Bercia, zrób to dla mnie, nooo….
Nie wiedział, czy Cecylia zdaje sobie sprawę, że jest w stanie namówić go do wszystkiego i robiła to perfidnie, czy po prostu to jej wrodzona zrzędliwość, ale ostatecznie uległ jej prośbom, choć niechętnie.

Pewnej nocy, kiedy nie nastał jeszcze świt
Kiedy pierwszy kur jeszcze nie zapiał
Do pana zamku przyszła chcąc oddać rękę mu
córka trolla, z gór czarownica.

Herr Mannelig, Herr Mannelig, weź za żonę mnie
jam przecież taka jest hojna
Usłyszeć mogę tylko od ciebie tak lub nie
Czy tego chcesz czy nie

Dwanaście pięknych ja rumaków tobie dam
które pasą się w gaju cienistym
Nie poznał jeszcze siodła żadnego konia grzbiet
ni pysk żaden nie gryzł wędzidła

Dwanaście murowanych młynów tobie dam
Które stoją od Tillo do Terno
Ich żarna tak czerwone jak ognie piekła są
Ich koła aż świecą od srebra

Piękny miecz złocony ja tobie jeszcze dam
w boju nigdy cię on nie zawiedzie
Gdy piętnastu złotych pierścieni zabrzmi klang
wróg ucieknie z pola w popłochu

Dodam też koszulę tak białą niby śnieg
co z zamorskich jedwabiów jest tkana
Nie znajdziesz drugiej takiej choćbyś świat cały zszedł
Tobie tylko ją ofiaruję

Dary te królewskie chętnie przyjąłbym
gdybyś była córką Kościoła
Lecz tyś jest córką trolla, starego czarta z gór
siostrą diabła, dziedziczką Necka

I w ciemność precz odeszła córka trolla z gór
w mroku lasów cichła jej skarga
Jeślibym rycerza za męża mogła wziąć
Ma udręka by się skończyła

Kiedy skończył, myślał, że spali się ze wstydu. Ale Cecylia wyglądała na zachwyconą. Kozak krzywił się trochę, ale kiedy wypalił, że dla niego, to ten język jest za toporny do śpiewania, Bernhard pojął, że właściwie się nie wygłupił.
Cecylia pocałowała go w policzek, a on zrobił się czerwony jak piwonia.
Kozak skwitował to tylko złośliwym „nieładnie” i pokręceniem głową.
A potem „Laszka” i Kozak zajęli się śpiewaniem w najlepsze.
Bernhardowi pozostało jednak pilnować, by ich nowy towarzysz nie okazał się zdrajcą i kłamcą. Niby Oxenstierna nie miał jakichś bardzo konkretnych powodów, by żywić do niego niechęć, ale zdawał sobie sprawę, że musi przejawiać dużą dozę nieufności wobec obcych, za siebie i za Cecylię, która za grosz takowej nie posiadała. Po prostu był zdania, że ostrożność nie zawadzi.
Dlatego położył się spać między nią a Kozakiem, ignorując zupełnie jego znaczące spojrzenia, jakby chciał mu rzec, że to naprawdę bardzo nieładnie koło swojej bratowej się tak kręcić. Bernhard już teraz nic sobie z tego nie robił, chyba miał na twarzy wypisane zainteresowanie Cecylią i chyba tylko ona jedna jedyna na całym świecie jeszcze tego nie zauważyła. A że nie miał żadnych nieczystych zamiarów wobec niej, to też się nie przejmował.
Kozak miał trzymać pierwszą wartę, Bernhard wziął na siebie najgorszą, środkową, a na barki Cecylii spadła ostatnia.
Nie udało mu się w ogóle usnąć. Całą wartę kozaka przeleżał opleciony kończynami Cecylii, obserwując go spod półprzymkniętych powiek, żaden podejrzany incydent jednak nie miał miejsca. Kozak siedział i pykał fajkę, czasem ponucił coś pod nosem, ale siedział grzecznie i nasłuchiwał.
Przyszedł obudzić Bernharda, ten jednak, jako się rzekło, wcale nie usnął. Wyplątał się z uścisku Cecylii, a potem zajął miejsce przy ognisku i dorzucił trochę drew do ognia. Był bardzo zmęczony, ale teraz już musiał wytrzymać do końca swojej warty. Ta minęła spokojnie, nawet kozak nikogo nie niepokoił. Ułożył się spokojnie na derce swojego konia i szybko znieruchomiał, a z czasem zaczął z cicha pochrapywać.
Bernhard z ulgą przyjął koniec swojej warty, teraz już ledwo trzymał się na nogach. Obudził Cecylię, co zajęło mu długą chwilę, aż ta wreszcie, niechętnie, podniosła się, przyodziała w swój mundurowy płaszcz, który nadal zachowała i rozsiadła się na derce.  Bernhard położył się obok, ale Cecylia zaraz ułożyła jego głowę na swoim udzie. Oxenstierna usnął, pozwalając jej głaskać się po głowie, zbyt zmęczony, by ją skarcić i odtrącić.